Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fałszerstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fałszerstwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 września 2019

Samobójstwo i zabójstwo czyli dwaj panowie M. vol. I

Bywa, że zbrodnie doskonałe stanowią dla detektywów zagadkę, która nie zostanie rozwikłana nigdy. Bywa też, że zagadka rozwiązuje się bez mała sama z siebie, jak było to w przypadku pewnego niedoszłego samobójcy z poznańskiego hotelu.



9  marca 1933 roku lokalna prasa poznańska podała w krótkiej notce, że w pokoju hotelowym jeden z gości usiłował sobie podciąć żyły. Późniejsze publikacje - jak artykuł w "Dniu Bydgoskim" z 22 kwietnia - pozwoliły na bardziej szczegółową rekonstrukcję wydarzeń. Gość przybył w dniu 8 marca w godzinach przedpołudniowych do Hotelu Europejskiego przy ul. Marszałka Focha, prosząc o pokój do wieczora. Przed udaniem się do pokoju Mossakowski zażądał wódki i przysłania mu posłańca. W pokoju wręczył posłańcowi list, zaadresowany do żony, w którym pisał: — ,,Jestem nieuleczalnym alkoholikiem i dlatego odbieram sobie życie." Upłynęło zaledwie kilka minut od czasu kiedy posłaniec opuścił pokój, kiedy portjer hotelu Maciejewski, usłyszał brzęk tłuczonego szkła. Natychmiast udał się na podwórze, gdzie stwierdził, że w pokoju zajętym przez przybyłego dopiero Mossakowskiego stłukł ktoś szybę. Gdy zapukał do drzwi a nie otrzymał żadnej odpowiedzi, wszedł przez sąsiedni balkon do pokoju, gdzie zobaczył Mossakowskiego na łóżku z przeciętą lewą ręką, z której sączyła się krew. Na podłodze tuż i przy łóżku również była struga krwi. Na nocnym stoliku leżał skrwawiony nóż kuchenny. Portjer Maciejowski zaalarmował natychmiast pogotowie, które przewiozło niedoszłego samobójcę do szpitala, gdzie z odnalezionego dowodu stwierdzono, że jest to Edward Mossakowski.

Edward Mossakowski w szpitalu, "Słowo Pomorskie", data nieznana.

To nazwisko nic policji nie mówiło, bo Mossakowskiego wcale nie szukała. Policjant jednak skojarzył jego wygląd z rysopisem mordercy pewnego listonosza w Toruniu... bingo, Edward Mossakowski był Stefanem Millerem. 

*

Rzecz cała wydarzyła się w Toruniu przy ul. Grudziądzkiej 62 w zwykłym domu robotniczym z muru pruskiego, z dwiema otwartymi, ciągnącymi się przez całą wysokość fasadę werandami. To właśnie tam, na drugim i ostatnim piętrze w trzech pokoikach mieszkała Golusowa, wdowa po tragicznie zmarłym kolejarzu, która dorabiała sobie do renty wynajmowaniem pokoju sublokatorom.

Ul. Grudziądzka 62, NAC
Dom ten istniał zresztą do niedawna - stracił wprawdzie parę lat temu pierwszą, potem drugą werandę, ale stał, dopóki Urząd Miasta nie zdecydował wyburzyć go... pod parking w marcu 2019 roku. Tak oto miasta tracą bezmyślnie swoją pamięć.

23 lutego przybył tam młody człowiek, który przedstawił się jako Stefan Miller i wynajął pokój:


Te karty meldunkowe - wypełnione ze złamaniem przepisów, bo bez przedłożenia stosownego dowodu tożsamości - mamy nawet na zdjęciu. Podobnie jak obrębiony dziwnym szlaczkiem podpis Millera:





Łatwo się domyślić, jaki był plan Mossakowskiego: wybadanie zwyczajów pocztowych.




"Dziennik Bydgoski", jak Państwo widzą, starannie dawkuje napięcie - zresztą cały materiał o procesie Mossakowskiego zajmuje w tym numerze trzy i pół strony i podzielony jest na dwie części - nakreślenie ogólne sprawy i relację z sali sądowych, a każda z nich - na kilka osobnych artykulików pod sensacyjnymi tytułami.


Z Grudziądzkiej Mossakowski vel Miller pobiegł na Rynek Staromiejski, co dziwi, bo to jednak półtora kilometra - trasa do łatwego przejścia, jasne, ale nie kiedy właśnie się kiedy zamordowało się człowieka i zależy na czasie. Najpewniej po prostu w "gorszej dzielnicy" na Mokrem nie miał jak złapać taksówki ("dorożki samochodowej") ani innej okazji.



Tymczasem na Grudziądzkiej sprawa się wydała:


Zwracam uwagę na znaczący szczegół : leżący na stole i "splamiony krwią" numer "Tajnego Detektywa". Prasa konkurująca z IKCem od samego początku próbowała zwalczać "Tajnego" jako pismo demoralizujące (a "Tajny" odpowiadał umoralniającymi artykułami o pożyteczności prasy kryminalnej). Jedna z większych akcji wymierzonych przeciwko tygodnikowi miała miejsce w październiku, pół roku później, kiedy w Krakowie popełniono bardzo podobne morderstwo. Była to słynna "sprawa Maliszów", kiedy to młode małżeństwo planowało podobną akcję (w zamyśle chcieli tylko ogłuszyć listonosza), jednak wskutek wmieszania się rodziny, która pokój odnajmowała, Maliszowie ostatecznie zabili trzy osoby i ciężko ranili czwartą. Pomysł miała im dać właśnie sprawa Mossakowskiego z Torunia, a jej szczegóły mieli poznać za sprawą artykułów w "Tajnym Detektywie". Wiemy zresztą z relacji z sali sądowej, że sędzia szczegółowo dopytywał oskarżonego o pismo. Wróćmy jednak do biegu wypadków.

Mossakowski w Poznaniu szalał, trwoniąc pieniądze na dobra rozmaite, od wódki po samochodzik dla dziecka, żonę zaś uspokoił wiadomością, że kasę ma z puszczania w obieg fałszywych pieniędzy:







Ale, jak już wiemy, nie było to konieczne - Mossakowski w ataku histerii próbował popełnić samobójstwo i ostatecznie przyznał się do winy bez większego naciskania. U Hińczów, u których się zatrzymał z początku, znaleziono w palenisku narzędzia zbrodni: nóż i młotek. Do Torunia posłano jego zdjęcie, które rozpoznał kierowca taksówki i wynajmująca pokój wdowa. Zaczął się proces.

Za: "Dzień Bydgoski" z 22 IV 1933, album policyjny




poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Tajemnica środka na nagniotki firmy "Unicum"

Przeznaczenie nie wybiera. Można żyć spokojnie i pracowicie, rozwijać przedsiębiorstwo, wytrwale doskonalić nowe formuły rewelacyjnego środka na nagniotki oraz płynu do zmniejszania pocenia stóp i pach - a tu, proszę, wkracza Nemezis i jedną eksplozją kotła zmiata z powierzchni ziemi zapobiegliwego wynalazcę Jurkiewicza! Ale to nie koniec tej historii, a dopiero początek.


Nie wiem, co stało się dalej z panią Hajncel-Jurkiewiczową i jej siostrą, nie dysponuję wypowiedziami z ewentualnego procesu, mogę zatem tylko gdybać o motywach i losach bohaterek tej historii. "Unicum" mogło być wcześniej firmą dobrze prosperującą dzięki produkcji "Pluskwiolu", środka na nagniotki (pod nazwą "Jurkanun", patent z roku 1909) i soli do nóg, ale Wielki Kryzys robił swoje - może dlatego wdowa Jurkiewiczowa postanowiła podreperować budżet firmy i domu kolportażem podrabianych monet, wchodząc w spółkę z fałszerzem?

Natomiast coś mnie kusi, żeby zupełnie inaczej ocenić czyn pasierbic, panien Jurkiewiczówien, które opublikowały w prasie wspomniane w tekście ogłoszenie. Ich macocha nie wygląda mi wcale na najsympatyczniejszą macochę świata; może więc pasierbice postanowiły ni mniej, ni więcej, tylko rozpropagować możliwie jak najszerzej kompromitujące ją oskarżenie? Z jednej strony zachowywały twarz, bo "broniły przybranej matki jak lwice", z drugiej - stawiały krok na drodze do przejęcia firmy zbudowanej przez ojca. Ale to, oczywiście, tylko gdybania.


Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933

piątek, 25 października 2013

Zażywny morfinista i fałszywe papiery

Dziś w Toruniu z okazji festiwalu Tofi Fest będę opowiadał o "Tajnym Detektywie" i albumie policyjnym; z tej okazji przeglądałem sobie po raz kolejny zdjęcia z albumu i natrafiłem na zdjęcie dwóch zażywnych panów, spacerujących bliżej nieokreśloną ulicą. Byli - co rzadkie - podpisani. Postanowiłem zgooglować nazwiska... bingo! Oto sprawa Balickiego.


Dobry wujek Google doprowadził mnie do cyfrowych zasobów bibliotecznych, a konkretnie - do numeru "Nowego Głosu, żydowskiego dziennika porannego", gdzie w dodatku "Życie Warszawy" podano w roku 1938 następującą wiadomość o procesie Balickiego, Plewy i innych:


Okazuje się zatem, że jowialny grubas w meloniku i przykrótkiej krawatce to z zawodu okrętowy barman, w dodatku morfinista - choć, prawdę mówiąc, nie wygląda na specjalnie wyniszczonego nałogiem. Wujek Google, skoro już wiedziałem, za co Balickiego skazano, pozwolił na jeszcze jedno znalezisko. Balicki był, jak się okazuje, doświadczonym fałszerzem, ponieważ już sześć lat wcześniej, o czym donosił Krotoszyński Orędownik Powiatowy, był sądzony, a nawet skazany za podobne przestępstwo:

Ale nie było to jedyne znalezisko - przeglądając bowiem po raz setny zdjęcia, dostrzegłem znajomą twarz: przystojny blondyn z białym szalikiem pod szyją... czy aby? Spojrzałem raz jeszcze i byłem pewien: mam operacyjne zdjęcie jednego z najsłynniejszych przestępców międzywojnia. Ale o tym następnym razem!


Za: album policyjny, "Nowy Głos, żydowski dziennik poranny" nr 168, 18 VI 1938, "Krotoszyński Orędownik Powiatowy", nr 8/rok 57, 30 I 1932




niedziela, 10 lutego 2013

Z czyścioszkiem na policję

Higienę cenimy i pochwalamy - jednakże jeśli ktoś raptem miesiąc po powodzi zajeżdża parukonną bryczką, wchodzi do sklepu i żąda pół kilograma mydła, to - jak mówi klasyk homiletyki polskiej, ks. Natanek - wiedz, że coś się dzieje. Kupiec Konigsberg wiedział. I zadziałał.



Powódź, o której wspomina mimochodem tekst, miała miejsce w lipcu 1934 roku i zapisała się w historii jako jedną z największych klęsk żywiołowych międzywojnia. Pod pewnymi względami podobna była do pamiętnej powodzi z roku 1997: przydarzyła się w lipcu,  pociągnęła za sobą podobną liczbę ofiar (55, o jedną mniej niż ta nam znana), ale zalała znacznie mniejszą powierzchnię (126 tys. hektarów, a nie 666 tys.), a także zniszczyła mniej mostów (78 a nie 4000) i dróg (167 km, a nie 14,4 tys. km). Skromniejsza niż "powódź tysiąclecia", potrafiła jednak opóźnić o parę miesięcy koronację cudownego obrazu Matki Boskiej Bocheńskiej i do tego stopnia osłabić jarmark w Wieliczce, że kupiec Konigsberg uważniej przyjrzał się dziesięciozłotówce, sfałszowanej przez złotnika Węglarza. W ten sposób do ofiar powodzi (na szczęście nie śmiertelnych) dołączyła jeszcze "obładowana rulonami dziesięciozłotówek" szajka i nieszczęsna, wzięta w krzyżowy ogień pytań służąca Trybułówna.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

sobota, 11 sierpnia 2012

Baby, ach te baby, czyli John Dillinger a la francais

John Dillinger był legendą już za życia. To prawda, że miał po temu warunki: obrobił ponad dwadzieścia banków, uciekł z więzienia, miał zawadiacki uśmiech - ale jeszcze zanim padł pod kulami agentów policyjnych, dziennikarze zmyślali na jego temat niestworzone historie. Pisali na przykład, że podawał się za przedstawiciela firmy instalującej alarmy, a potem "sprawdzał system fałszywym napadem", który był napadem prawdziwym. Albo że udawał, że kręci film z napadu, a klienci i pracownicy banku uśmiechali się tylko, nie protestując, i wydawali udawane okrzyki przerażenia. Te opowieści nie miały żadnego pokrycia w faktach.

Pamiętać jednak należy, że ówczesna prasa żyła z Dillingera i innych przestępców-celebrytów ery Wielkiego Kryzysu. Największy wieniec na trumny Bonnie i Clyde'a wysłali gazeciarze z Dallas, którzy dzięki nagłemu końcowi (nie)sławnej pary sprzedali pół miliona gazet. Musiały zatem powstawać i powstawały najrozmaitsze bzdury, zmyślenia i apokryfy, które częściowo trafiały i do polskiej prasy, bezrefleksyjnie relacjonującej wymysły zagranicznych dziennikarzy(n).

Tak jest i w przypadku rzekomego "Testamentu Dillingera" pióra niejakiego Roya Pinkera. Któż to taki? Nikt. Roy Pinker był pseudonimem francuskich dziennikarzy, rzekomym amerykańskim korespondentem Detective'a, wydawanego od 1928 roku przez szacownego Gallimarda (a zatem starszego brata naszego "Tajnego Detektywa"). Kłamstwem jest zatem, że tekst w "Tajnym" został napisany przez nowojorskiego korespondenta pisma, Johna Greena, relacjonującego artykuł Pinkera - nie, został (cóż za piękne, piętrowe oszustwo) naskrobany za biurkiem w Polsce, pewnie w krakowskiej redakcji IKaCa, a może w jednej z krakowskich kawiarenek, niedawno dopiero opuszczonych przez młodopolskich dekadentów. A na biurku lub stoliku leżał egzemplarz francuskiego tabloidu z głupkowatym apokryfem.

Mamy zatem amerykańskiego gangstera widzianego oczami francuskich mieszczan. Jeśli zbrodnia, to koniecznie w tłumie rozkochanych kobiet. Trudno się dziwić, że bohaterki artykułu przypominają w niektórych rysach charakteru bohaterki czułych romansów francuskich dla młodych panien. Nie przypominają ich. Są nimi. Są postaciami literackimi. Przyjrzyjmy im się bliżej. I zobaczmy, co i jak zmyślono.









Od początku. Dillinger nieraz się ostrzeliwał, ale oczywiście nie "staczał formalnych bitew z zastępami wojsk". Za jego głowę nie wyznaczono "dziesiątków tysięcy dolarów" a tym bardziej "pięćdziesięciu tysięcy" - było to, konkretnie, 10 tys. za aresztowanie lub 5 tys. za informację prowadzącą do aresztowania. Inny (co ciekawe: nieco wcześniejszy) plakat proponuje 15 tys. I tyle. Ostatecznie wypłacono 5 tysięcy.

Dillinger regularnie łamał prawo jeszcze jako nastolatek, ale były to takie przestępstwa, jak bicie młodszych kolegów, kradzież samochodu czy obrabowanie miejscowego spożywczaka (za co po raz pierwszy trafił do więzienia). Tu dowiadujemy się, że karierę zaczął od położenia kogoś trupem w kawiarni 11 listopada 1918 roku - co jest bzdurą choćby dlatego, że nie miał wówczas lat 20, jak wynika z tekstu jego rzekomego pamiętnika, ale piętnaście. Jest to - podobnie jak przestępstwa popełniane za namową indiańskiej kochanki - wypisz-wymaluj scenariusz z tanich westernów, opowieści o wielkich rewolwerowcach Dzikiego Zachodu, co wcześnie zaczynali i wcześnie kończyli. Takim samym zmyśleniem jest, oczywiście, ten towarzyszący Dillingerowi "gang amazonek" czy opowieść o Nancy Guttman (być może wzięta skądinąd, być może napisana od zera) i o ścigającym ją zawiedzionym amancie. Ani Bonnie (nie "Bunny", jak pociesznie mylą się Green i Pinker), ani jej partner, Clyde, nie byli nigdy wspólnikami Dillingera (choć, jak głosi legenda, Dillinger posłał kwiaty na ich pogrzeb, podobnie jak gazeciarze z Dallas).

Prawdziwa kochanka Dillingera, Evelyn "Billie" Frechette, miała rzeczywiście krew indiańską - nie po ojcu (Kanadyjczyku o francuskich korzeniach), a po matce (miała indiańskich przodków gdzieś po kądzieli, ale zasadniczo pochodzenie również francuskie). Możliwe, że pomogła ukochanemu w ucieczce z więzienia Crown Point (kupując samochody), ale do więzienia poszła wyłącznie za ukrywanie go w swoim mieszkaniu. Znała go mniej więcej pół roku, odsiedziała ponad dwa. Po wyjściu z więzienia zaszyła się w rezerwacie indiańskim w Neopit, gdzie przyszła na świat. Zmarła tam na raka w 1969 roku. Nic nie wiadomo, żeby miała czyjąkolwiek krew na rękach.

Jeszcze ciekawiej ma się sprawa ze Spence Eaton. Nazwanie jej "dziewczyną niezwykle piękną ale krwiożerczą jak wampir" jest ze strony autorów artykułu wyjątkowym sukinsyństwem. Helen Spence wychowała się w nędzy, mieszkając z rodzicami na barce przycumowanej przy brzegu White River. Którejś nocy, kiedy miała lat 17, na barkę wdarł się niejaki Jack Worls i dwaj jego pomagierzy, którzy zastrzelili ojca Helen, Cicero, a matkę dotkliwie pobili. Zostali pochwyceni i trafili przed sąd (matka Helen zmarła w wyniku pobicia jeszcze przed zakończeniem sprawy). W ostatnim dniu procesu, tuż przed wydaniem wyroku, Helen Spence, drobna, mierząca metr pięćdziesiąt dziewczynka, wyjęła ukryty pod bluzką rewolwer i trzema strzałami położyła trupem Jacka Worlsa. Powiedziała tylko: "On zabił mojego tatusia". Dostała za to dwa lata. Po wyjściu z więzienia zaczęła normalne życie, ale po jakimś czasie sumienie tak jej dokuczało, że przyznała się do innego zabójstwa: otóż przed aresztowaniem pracowała w restauracji, której właściciel "pozwalał sobie z nią" czy - mówiąc dzisiejszym językiem - molestował ją seksualnie. Przesłuchiwana w tej sprawie tuż po znalezieniu zwłok restauratora, wszystkiego się wyparła - teraz jednak przyznała się do zbrodni, a społeczeństwo okazało jej znacznie mniej zrozumienia. Trafiła z dziesięcioletnim wyrokiem do więzienia-farmy, skąd wielokrotnie próbowała uciekać. Było to o tyle łatwe, że strażniczka zakładu regularnie zabierała więźniarki do Memphis, gdzie zmuszała je do prostytucji. Helen, sukcesywnie wynosząc z kawiarni czerwone serwetki, uszyła sobie wyściółkę więziennego stroju - po dotarciu do Memphis obróciła go na lewą stronę i wyszła jak gdyby nigdy nic. Za jedną z ucieczek została karnie wybatożona, nabawiła się ciężkiej infekcji (być może z powodu obicia nerek) i została poddana kuracji brutalnej nawet jak na ówczesne warunki (a właściwie: torturom). Próbowała opisać swoją historię w prasie, ale więzienna cenzura zatrzymała jej tekst. Z obawy przed kolejną ucieczką trzymano ją w celi-klatce, ale i stamtąd udało się jej zbiec. Dzień później więzienny pomocnik (sam zresztą z wyrokiem za morderstwo) spotkał ją na drodze, przyłożył jej lufę pistoletu do szyi i pociągnął za spust. Jak zatem widać, nazwanie jej "krwiożerczą jak wampir" jest zupełną bzdurą, podobnie jak podpis pod zdjęciem, głoszący, że należała do bandy Dillingera i popełniła samobójstwo.

Dillinger rzeczywiście uciekł z więzienia w Crown Point samochodem pani szeryf Lillian Holley (w owych czasach zdarzały się kobiety-szeryfki - na ogół, jak i w tym przypadku, wdowy po szeryfach zastrzelonych w trakcie pełnienia służby), ale nie była ona pod jego urokiem (ucieczki mu nie ułatwiła, po prostu ukradł jej samochód). Przeciwnie, do końca życia (a żyła 102 lata!) pilnowała, by Dillingera w żaden sposób w Crown Point nie upamiętniono.

Nie znalazłem też nigdzie indziej wzmianki o tym, żeby młody Dillinger walczył z przemytnikami alkoholu w ramach policji - owszem, zaciągnął się, ale do marynarki, jako strażak; został karnie zwolniony po dezercji z USS Utah. Zmyśleniem jest także, że zaciągnął się do gangu Franka McErlane'a. Zmyśleniem jest, że wydała go jedna z kochanek - tak naprawdę zrobiła to słynna "Dama w czerwieni" (choć tak naprawdę miała na sobie strój w kolorze pomarańczowym), znajoma jego kochanki, Polly Hamilton. Była to Rumunka, imigrantka, zagrożona deportacją  za niemoralne prowadzenie, niejaka Ana Cumpanas , alias Anna Sage, z zawodu burdelmama. W kinie, przed którym go zastrzelono, Dillingera osaczyli agenci, nie agentki, jak moglibyśmy wnioskować ze zdjęcia.

Cel jednak został osiągnięty: artykuł "Dillinger i kobiety" został napisany, na dziennikarskie konta w Paryżu i Krakowie poszły honoraria za wierszówkę. Za pół roku był już inny wielki przestępca. 

Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934

piątek, 1 czerwca 2012

Fałszerz w limuzynie i ostatni polski alchemik

Zabawna jest mieszanina społecznego oburzenia i fascynacji techniczną biegłością, z jaką "Tajny Detektyw" pisze o sprawie dr Salabana - niemieckiego jurysty, który po godzinach, kiedy służba poszła lulu, zajmował się z żoną fabrykowaniem dwumarkowych monet w kanciapie za pokoikiem z łóżkiem. Czyli: podlec, łotr i drań, ale pilniczków używał z zadziwiającą sprawnością. To jednak, co ujmuje najbardziej, to sposób wprowadzania monet do obiegu: mieszanina grandeur z przaśnością, luksusowej limuzyny ze zwykłym targowiskiem, gdzie koperek i pęczek włoszczyzny:




Pisząc o tym skandalu w poważnych sferach "Tajny" wspomina o Dunikowskim - istotnie, słynny polski artysta miał na sumieniu pewną aferę, o której było bardzo głośno: zastrzelił mianowicie młodego malarza, Wacława Pawliszaka (a potem uniknął kary). Huczał jednak o tym nie Paryż, a Warszawa, i nie w 1932 a w 1905. Dunikowski, o którym tu wspomniano, to ktoś zgoła inny: inż. Zbigniew Dunikowski, polski naukowiec, który trudnił się alchemią. No, powiedzmy - nie miał wyrabiać złota z ołowiu, ale zasadniczo zwiększać wydajność rud z pomocą napromieniowań (w tym z użyciem sobie tylko znanych "promieni Z", które później chciał odsprzedać rządowi francuskiemu jako mające moc strącania samolotów). Więcej o tym Dunikowskim tutaj:

Wróćmy jednak do naszych Salabanów. W kwietniu 1932 o ich sprawie donosiła nowozelandzka gazeta "Otautau Standard and Wallace County Chronicle", z której dowiadujemy się, że para wnosząc na targowisko fałszywe monety zajeżdżała wprawdzie limuzyną, ale ubrana była skromnie; dr Salaban natomiast przyznał się do wprowadzenia na rynek nie 30 tys. fałszywych dwumarkówek, a jedynie 4 tys. Nie sądzę jednak, by miało to większe znaczenie (podobnie jak informacja, że willa Salabanów znajdowała się w Berlinie na Schoenebergu, pisanym zresztą przez nowozelandzkiego dziennikarza jako "Shoneberg", a nie w Lichtenfeldzie) - przy osiągnięciach naszego Dunikowskiego kwoty te nie robią specjalnego wrażenia. Polak potrafi! 


Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

czwartek, 3 marca 2011

Smutny koniec Pączka, czyli Tłusty Czwartek z kryminalistami!

 Z okazji znanego i lubianego Tłustego Czwartku publikujemy dwa artykuły z jednej strony "Tajnego Detektywa", które w tym zestawieniu nieodparcie nam się kojarzą z dzisiejszym obżarstwem, nawet jeśli zamieszczono je w numerze bliskim raczej Trzech Króli niż tego ruchomego święta.




Pozostawiamy bez komentarza tę zastanawiającą koincydencję onomastyczną!



Za: "Tajny Detektyw" nr 2 (104), rok III (8 I 1933)

czwartek, 14 października 2010

Miasta cieni cz. IV

Powracam do mojego policyjnego albumu z lat 30-tych, tym razem by pokazać narzędzia zbrodni i występku: formy do odlewania fałszywych monet, utensylia włamywaczy, pistolety (sprytnie ukrywane w rulonach gazet), a nawet morderczą klamkę. W tym zestawieniu największe wrażenie zrobiła na mnie siekiera: lśni ciemno na czystym, białym polu, jakby tylko czekała, aż jakiś grafik weźmie ją na okładkę "Zbrodni i Kary".








wtorek, 10 sierpnia 2010

Aplin, czyli Panasony

I aktorstwo, nawet komediowe, ma - jak każda dziedzina sztuki, swoich van Meegerenów. Obsada procesu doborowa. Chaplin jako Chaplin, Karlos Amador jako Aplin, jako statyści w pierwszych rzędach: Pickford, Fairbank, Swanson. W roli efektów specjalych: palona taśma filmowa.

Dodać tylko należy, ze zwykłej blogerskiej przyzwoitości, że wymieniony we wstępie Alceo Dossena tak naprawdę nie był fałszerzem, a znakomitym imitatorem, który wykonywał rzeźby w stylu dawnych mistrzów. Jednak nieuczciwy marszand, niejaki Fasoli, wfasolał je kolekcjonerom i muzeom, inkasując kokosy, a Dossenie płacąc nędzne grosze. Rzeźbiarz dowiedział się o całej sprawie i wytoczył proces nieuczciwemu marszandowi, przy okazji demaskując wiele "cennych oryginałów" jako doskonale wykonane stylizacje.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok I (23 VIII 1931)