Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małopolska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małopolska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 kwietnia 2015

Eros i Tanatos w jednym stały domu

G. Grosz, John der Frauenmoerder, 1918
Zbrodnia na tle seksualnym niejedno ma imię. Seks - wiadomo, sprężyna życia, nieraz, naciągnięta, odbije i trafi, że nie ma czego zbierać, trup się ściele gęsto. I proszę, do wyboru, do koloru: Małopolska, Wielkopolska, homo, hetero, gwałt, bójka, a wszędzie tylko ten Eros spleciony z Tanatosem!


Jak widać - może być najspokojniej pod słońcem, zabawa zorganizowana przez samarytanki na zakup apteczki, a tu się Eros pakuje i po sprawie. Noże zatopione w ciałach ofiar, ujmowanie krwawego Lucka, takie sprawy. W tym samym numerze "Tajny" donosi również z Wielkopolski - wiadomo, bliżej Zachodu, Berlina, stolicy rozpusty i zboczeń, więc i zbrodnia mniej przaśna, żadni tam nożownicy w remizie, tylko prawdziwy Lustmord (dodaję jeszcze króciutką wzmiankę z "Nowego Kurjera"):




Pan w kółku, który na zdjęciu wygląda dość przerażająco - w pierwszym odruchu myślałem, że to podobizna zboczeńca i mordercy Dominiaka, z ohydnie wykrzywionymi, pełnymi wargami - w istocie, jak wiemy, mamy do czynienia z wybitnym psychiatrą, który w tekście wypowiada się jako ekspert (a ciemny kształt pod nosem to nie wargi, a tak strzyżony wąs). Dr Oskar Bielawski miał jednak i swoją ciemną stronę: był jednym z czołowych eugeników polskich, który raptem dwa lata później, w roku 1935, założył pismo eugeniczne "Higjena Psychiczna", w którym przedstawił program ustawy eugenicznej, wzorowanej na prawach nazistowskich, z pomysłem "policji medycznej", która by wyłuskiwała ze zdrowego ciała społeczeństwa jednostki "niewłaściwe", a następnie przymusowo je sterylizowała. Na szczęście ustawy nigdy w Polsce nie wprowadzono, a Bielawskiego II wojna światowa, spędzona między innymi w obozie, zniechęciła chyba do całej teorii czystości krwi.

I jeszcze jeden dopisek: "Veto", jakże właściwie dobrano tu reklamę do tekstu! "Veto" było środkiem dezynfekującym, który miał służyć do zapobieganiu zakażeniom wenerycznym. "Nowy pojemnik" opisywany w reklamie przypominał nabój (zresztą armia zachęcała swoich żołnierzy do stosowania tego specyfiku). Nieco więcej o tym leku na blogu Czas Gentlemanów. 

Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933," Nowy Kurjer" 202/1933

środa, 18 lutego 2015

Zagadka strzałów w Mysłowicach vol. I

W dobie powszechnego dostępu do broni palnej strzelaniny zdarzały się dość często; Polska pod tym względem bardziej wówczas przypominała Dziki Zachód - czy dzisiejsze USA - niż dzisiejszą naszą rzeczywistość. W Mysłowicach doszło do morderstwa, którego tajemnicę, jak się zdawało, prędko rozwikłano. Jednak rzeczywistość była bardziej skomplikowana.

25 marca łódzkie "Echo" donosiło o popełnionej poprzedniego dnia zbrodni. Biuro w magazynach kolejowych, dwaj młodzi, żonaci mężczyźni - jeden leży, zabity, w kałuży krwi, drugi ledwie dycha. Ale zanim straci przytomność, szepce jeszcze do ucha komisarza Jonderko (sic!) złowrogie nazwisko. Scena, zaiste, filmowa:


Jednak późniejszy o parę miesięcy, bo listopadowy tekst w "Tajnym Detektywie"  (będący zresztą amatorskim reportażem, nadesłanym na konkurs pisma) naświetla całą sprawę z zupełnie innej strony. Techniki detektywistyczne pozwoliły na zgoła inne odczytanie tej zbrodni:



Dziwny byłby to przebieg zbrodni - najpierw morderstwo, potem panika, próba samobójcza -  i, ostatnim tchem, oskarżenie znienawidzonych braci Kudrów. A potem, skoro się jednak przeżyło... to tak krawiec kraje, jak materii staje. Zrzucenie winy na Kudrów to jednak dopiero początek - Palka był pomysłowy, a proces zaiste wzbudził duże zainteresowanie. Trwał od czerwca do września 1934 roku, powołano wielu świadków, a do tego zarządzono ekshumację zwłok Pioskowika. O tym, jak przebiegał, opowiem w następnym odcinku. 

Tymczasem, na deser jeszcze mała smakowitość z tegoż samego numeru "Echa", z którego zaczerpnąłem pierwszą notkę:


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933, "Echo" 25 III 1933 nr 84

poniedziałek, 4 listopada 2013

Może panowie bandyci pozwolą papierosika? Czyli opowieść o Byku z bykiem.

Na fali popularności słynnego duetu przestępczego reporterzy "Tajnego Detektywa" wyśledzili i wypytali o młodość zbójców nie tylko starą Macużynę, ale i rodzinę Byka; materiał o jego pierwszych zbrodniach trafił na łamy po udanej obławie, w której policjanci w końcu Byka dopadli i zastrzelili.


Jeszcze wiele lat po śmierci Byk był pamiętany jako sławny bandyta - choć przecież konkurencję miał sporą, bo międzywojenna Polska bandytami stała. W historiach mojej babci pojawiał się zrazu w historiach o tym, jak w latach 20-tych mój pradziadek chadzał po gościńcu na Kielecczyźnie z odbezpieczonym rewolwerem, jak w westernie. "Po latach, już jako dorosła, znalazłam na strychu stare roczniki jakichś gazet kryminalnych z czasów mojego dzieciństwa, i tam były mrożące krew w żyłach historie o bandycie Byku." Z czasem, w miarę jak traciła pamięć, postać z gazet - dam głowę, że były to roczniki "Tajnego Detektywa" - zlała się jej z historią o rabowaniu dworu w Lisowie. To Byk z kompanami miał się tego dopuścić, o czym tak mniej więcej opowiadała mojej matce i mnie:

- Po pierwszej wojnie zbójcy, grasowali i grasowali. Mój ojciec po przyjeździe do Polski, parę lat później... ze dwa-trzy lata później... kiedy musiał się wybrać gdzieś dalej poza wieś, to chadzał z dwoma nabitymi rewolwerami w dłoniach...
- Jak John Wayne.
- ... jak John Wayne. Albo jak Gary Cooper. No. Bardzo było niebezpiecznie, a najgorszy był taki gang Byka... gang, bo ja wiem, czy tak to można nazwać... dwóch ich było, czasem trzech. Wiem, że herszt nazywał się Byk, bo kiedy już byłam dorastającą panienką, znalazłam na strychu gazety z tego okresu, w których opisywano ich kolejne wyczyny. Mieli na sumieniu kilka osób, a akurat tego dnia, kiedy pojawili się w Lisowie, zabili jakąś staruszkę w sąsiedniej wsi. Czy może umarła na zawał, kiedy jej grozili pistoletem? Nie pamiętam. W każdym razie ja byłam maleńka i, wiem to z opowieści mamy, leżałam w kołysce w sąsiednim pokoju. Mój dziadek pracował w gabinecie.
- Znamy to na pamięć... - rzuciła mama.
- I co z tego? - bezpośredniość tego typu pytania odbiera na jakiś czas możliwość argumentowania, więc nie przeszkadzaliśmy więcej w potoku narracji - Dziadek pracował w gabinecie. Musiało być lato, bo żniwa, wszyscy w polu, wieś puściuteńka. I nagle, w samo południe, do dworu wpadają bandziory, Byk i ten jego pomagier, i dawaj rabować po wszystkich szafach, wygrażać pistoletami... Na rogu stołu, pokazywała mi to potem i mama, i babcia, na rogu takiego wielkiego dębowego stołu układali łupy: srebra, biżuterię, zegarki. Przetrząsali papiery, wybebeszali szuflady biurek, wrzeszczeli potwornie. Drzwi do gabinetu dziadka otworzyli kopniakiem, a dziadek tylko podniósł oczy znad papierów, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyciągnął papierośnicę i powiedział...
- "Może panowie bandyci pozwolą papierosika?" - krzyknęliśmy z mamą chóralnie.
- ...a oni - ciągnęła niezrażona babcia - owszem, pozwolili. Pomagier dalej rabował i układał wszystko na rogu stołu w salonie, a Byk rozsiadł się i palił, zarekwirowawszy dziadkowi srebrną papierośnicę, zegarek i banknoty. A wtedy moja mama, i nie potrafię jej tego przebaczyć po dziś dzień, zamknęła drzwi pokoiku, w którym spałam, na małą, byle jaką zasuwkę, i czmychnęła z domu tylnym wejściem, wiecie, że moja mama zawsze biegała zamiast chodzić, a co dopiero wtedy, dobiegła do dzwonu na trwogę i zaczęła bić, bić w dzwon bez opamiętania. Ludzie podnieśli głowy znad zboża i rzucili się ku wsi, a bandyci zwiali gdzie pieprz rośnie, zostawiając w popłochu wszystko, co zgromadzili na rogu stołu. Niedługo potem złapano ich i dostali jakieś bardzo wysokie wyroki... ale wiecie, nie mogę wybaczyć mamie, że zostawiła dziecko, bo mogliby się dostać bez problemu do kołyski, raz kopnąć drzwi i po wszystkim. Przez wiele lat śniło mi się to tak wyraźnie, jak własne wspomnienie: odpadające po kolei gwoździki, pękającą zasuwka i bandyci wdzierający się do mojego pokoiku, zabierający mnie z kołyski... brrr, nawet teraz mam dreszcze, kiedy o tym pomyślę.

Opowieść jest, niestety, z faktograficznym bykiem, i to sporym. Rabunek był prawdziwy, nazwisko zbója - już nie. Byk, poza wszystkim, działał głównie siekierą - dopiero Maczuga używał tak subtelnego narzędzia, jak rewolwer. Po drugie, grasował raczej w Małopolsce niż na Kielecczyźnie: z Trzciany do Lisowa było z siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt kilometrów. Po trzecie, moja babcia urodziła się w roku 1919, kiedy zatem leżała w kołysce, Byk, i owszem, wszedł na przestępczą drogę, ale rąbał siekierą w najbliższych okolicach. Natomiast, i owszem, na strychu mogła po latach znaleźć numery "Tajnego Detektywa" i skojarzyć słynnego rozbójnika z tym bezimiennym hersztem, który dał się złapać na uprzejmość mojego prapradziadka, Leonarda Brokla. 

Prawdziwą - a przynajmniej: prawdziwszą - historię Antoniego Byka można przeczytać poniżej:






Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934)

niedziela, 10 lutego 2013

Z czyścioszkiem na policję

Higienę cenimy i pochwalamy - jednakże jeśli ktoś raptem miesiąc po powodzi zajeżdża parukonną bryczką, wchodzi do sklepu i żąda pół kilograma mydła, to - jak mówi klasyk homiletyki polskiej, ks. Natanek - wiedz, że coś się dzieje. Kupiec Konigsberg wiedział. I zadziałał.



Powódź, o której wspomina mimochodem tekst, miała miejsce w lipcu 1934 roku i zapisała się w historii jako jedną z największych klęsk żywiołowych międzywojnia. Pod pewnymi względami podobna była do pamiętnej powodzi z roku 1997: przydarzyła się w lipcu,  pociągnęła za sobą podobną liczbę ofiar (55, o jedną mniej niż ta nam znana), ale zalała znacznie mniejszą powierzchnię (126 tys. hektarów, a nie 666 tys.), a także zniszczyła mniej mostów (78 a nie 4000) i dróg (167 km, a nie 14,4 tys. km). Skromniejsza niż "powódź tysiąclecia", potrafiła jednak opóźnić o parę miesięcy koronację cudownego obrazu Matki Boskiej Bocheńskiej i do tego stopnia osłabić jarmark w Wieliczce, że kupiec Konigsberg uważniej przyjrzał się dziesięciozłotówce, sfałszowanej przez złotnika Węglarza. W ten sposób do ofiar powodzi (na szczęście nie śmiertelnych) dołączyła jeszcze "obładowana rulonami dziesięciozłotówek" szajka i nieszczęsna, wzięta w krzyżowy ogień pytań służąca Trybułówna.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

środa, 6 lutego 2013

Złe skutki czytania, czyli jak zostać mordercą

Są morderstwa, w których złoczyńca sam przyznaje się do winy, są takie, gdzie o winie decyduje sąd - czy to w procesie dowodowym, czy w procesie poszlakowym. Jeśli jednak poszlak jest niewiele, a wyrok wydaje nie sędzia, a vox populi, "dowodem" może być cokolwiek, choćby czytanie książek. Tak było w przypadku ślusarza Kubińca z Szarowa pod Niepołomicami.




Kiedy pod koniec IV wieku Augustyn z Hippony zobaczył Ambrożego, biskupa Mediolanu, przy pracy, doznał szoku: Ambroży czytał po cichu. Nie otwierał ust, nie odczytywał słów na głos, po prostu przesuwał wzrokiem po tekście. Obaj ci wybitni ludzie, wkrótce zresztą obaj kanonizowani, należeli do ówczesnych elit intelektualnych - a jednak Ambroży wywarł swoim cichym czytaniem takie wrażenie na Augustynie, że ten zapisał ową "osobliwość" w swoich Wyznaniach. To, co zaskakiwało w Mediolanie w IV wieku, na polskiej wsi, jak widać, nie straciło swojej mocy jeszcze w czasach przedwojennych. Cóż, w 1931 roku w Polsce było 23% analfabetów (odsetek ten malał w międzywojniu - od 36% w 1919 do ok. 20% w 1938 roku), znacznie oczywiście więcej we wsi niż w mieście. Stanisław Kubiniec na warunki szarowskie był dziwakiem. I to wystarczyło, by w pierwszym odruchu miejscowych przypisać mu winę.

Kto naprawdę stał za morderstwem Kubińcowej i małego Józia? W wydanej niedawno przez PWN zajmującej książce Życie przestępcze w przedwojennej Polsce Monika Piątkowska (posiłkując się zresztą obficie "Tajnym Detektywem") pokazuje, że napady były wówczas na wsi na porządku dziennym. Chłopi, którzy wyemigrowali za ocean, za jedną z największych różnic między starym a nowym krajem widzieli właśnie w poziomie przestępczości: kto kładł się spać w chacie na Pokuciu czy w Małopolsce, musiał brać pod uwagę, że może się obudzić z obrzynem przystawionym do głowy. Lub nie obudzić się w ogóle. Poza grasującymi wszędzie bandami zbójców, o których pisałem już wielokrotnie, sporo było przestępców "z okazji" - okazja bowiem czyniła wówczas, jak się okazuje, nie tylko złodzieja, ale i mordercę. Wystarczyło, że jakiś włóczęga, a może i sąsiad z tego samego Szarowa, zorientował się, że w chacie została tylko kobieta i dziecko, chwycił za młotek i dokonał zbrodni, która przyniosła mu ledwie parę złotych (na to wskazywałby również fakt, że zbrodniarz zgoła nieprofesjonalnie przeszukał szuflady, zostawiając znacznie większą sumę).

Mało brakowało, a trzecią ofiarą przestępcy stałby się sam Kubiniec. Jednak lincze w ówczesnej Polsce należały do rzadkości; przy całej uldze, jaką emigranci odczuwali w Stanach, gdzie nie musieli kurczowo przyciskać toreb do ciała i dziwowali się, że towary stoją na ulicy w stosach, tak, że każdy mógłby je ukraść, a przecież nie kradnie - amerykańska prowincja jeszcze w latach 30-tych mogłaby Kubińca zlinczować. Co kraj, to obyczaj.


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

piątek, 22 czerwca 2012

Kocmyrzów, czyli dwa teatry na Dzikim Zachodzie





Historia jest z gatunku najbanalniejszych: jakaś sprzeczka parobków, napad na sklepik, strzelanina. Trzy trupy. Ciekawe jest jednak otwarcie, oprawa wszystkiego. Podkrakowska wieś Kocmyrzów, sąsiednie wsie Karniowo i Czuliców, przedstawienie. Dwór w dawnej posiadłości Czulickich (którzy rezydowali tam od XIV w.; jeden z nich, Imram z Czulic, zginął pod Grunwaldem) należał wówczas do van Wollenów, którzy bardzo dbali o "swoich włościan", zakładając straż pożarną, wspomagając ruch spółdzielczy (działała tam spółdzielnia mleczarska produkująca znane w Krakowie masło "Jagódka") i organizując właśnie spektakle teatralne w spichlerzu. Dwór stoi nadal: 



Zdjęcie użytkownika Żuraw1965 z forum Eksploratorzy; więcej zdjęć TUTAJ

Co do spichlerza - nie wiem, chyba rozebrano go pod pegeerowskie budynki. Nie były to, jak widać, żadne pałace, ale skromny dość dworek. Tak czy owak, w rok po zbrodni, w 1933 roku z inicjatywy Marii van Wollen młodzież czulicka wystawiała "Hanusine wesele" Jędrzeja Cierniaka w Teatrze Słowackiego w Krakowie, a wspomniany w tekście Włodzimierz Miarczyński, drugorzędny aktor krakowski, często chyba "krzewił kulturę teatralną wśród ludu", jak powiedzieliby jedni, lub "chałturzył na prowincji", jak powiedzieliby drudzy, bowiem w zbiorach NAC mamy nie tylko jego zdjęcia ze sceny, jak to ze "Szwejka"" Haska w Teatrze Słowackiego (gdzie stoi na deskach obok Jaracza):

Od lewej W. Szymborski (Papiernik), K. Utnik (Dozorca więzienny), 
S. Jaracz (Szwejk), Z. Kułakowski (Profesor) i W. Miarczyński (Paliwec)

...ale i takie, gdzie zajada zebrane przez wiejskie dzieci poziomki (1935 r.):


Wiejskie objazdówki trwały chyba w najlepsze.*

Mamy do czynienia z historią trochę jak z Dzikiego Zachodu: miejscowe elity krzewią kulturę, bawią się w pozytywistyczną orkę i wystawiają dla ludu sztukę, na którą przychodzą i "miejscowi dzicy ludzie" i klasa pośrednia, jak Geislerowie: emerytowani posterunkowy i nauczycielka. Tymczasem w sąsiedniej wsi, u Greislerów, idzie na ostro - świstają kule, kuzynka pada od trzech kul. Rusza się rewolwer ze ściany, trup się ściele gęsto.

Potem to, co zwykle. Dochodzenie. Siostry zabitego jak te płaczki antyczne, tyle, że w chustach na głowie - mimo chłopskiej zwykłości wielkie w tej rozpaczy (przynajmniej na zdjęciu). Oskarżony skuty łańcuchem z mizerną kłódeczką.

I na to wszystko wchodzi kolejne przedstawienie: po tragedii musi być i farsa, slapstikowy upadek "jakiegoś wieśniaka", salwa śmiechu nad trupami. Deadwood.


*Mogą nam się dziś wydawać śmieszne, ale w czasach, kiedy analfabetyzm na wsi był powszechny, ta forma społecznikowskiego wsparcia miała sporo sensu. Sztuki zapomnianych dziś Władysława Gutowskiego ("Surdut i siermięga") czy zabitego w Palmirach Jędrzeja Cierniaka, redaktora naczelnego "Teatru Ludowego", były częścią szerokiego, ogólnopolskiego ruchu, który tworzył teatr dla szerokich mas (po polsku dla chłopów, jak w wymienionych wypadkach, ale i w jidysz dla biedoty żydowskiej). Wydawane jeszcze za czasów zaborów, np. w seriach "Naród sobie!", miały treść dostosowaną do ubogiej wiedzy widowni, skoncentrowaną na sprawach wsi, walory edukacyjne i wymowę umoralniającą, co często widać po samych tytułach "Oko za oko", "Ojciec rywalem", "Przed ożenkiem", "Dopust Boży" (to Gutowski) czy "Dożynki", "Szopka krakowska", "Wesele krakowskie", "Franusiowa dola".




Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

piątek, 3 lutego 2012

Uwaga na uprzejmość w małopolskiej kolei!

Rubryka "KTO i CO?" uczy nas tym razem, że jeśli już spotkamy kogoś uprzejmego w PKP na trasach małopolskich, to zapewne będzie to rabuś, w dodatku z ukrytym w rękawie sztyletem!

Przeskanowałem całą rubrykę, bo wprawdzie egzekucja amerykańskiego gangstera jest niezbyt ciekawa, ale nie mogłem się oprzeć wiedeńskiej midinetce, częstującej szefa policji cukiereczkami. No nie mogłem.







Za: "Tajny Detektyw" nr 28, rok I (26 VII 1931)

niedziela, 16 października 2011

Jubileuszowo: solidna zbrodnia w dwóch reportażach Vol. II

Kto zabił pod Miechowem? Kto strzelał do kupców żydowskich, wracających z Krakowa ze sporym utargiem po sprzedaży pierza na Kazimierzu? Ha! Już kolejny numer Tajnego Detektywa daje nam na to odpowiedź, i to na (zszarganej nieco) okładce:




Czytajcie sensacyjne szczegóły o zbrodni w Miechowie - a dowiecie się, że Marja Makowska nie pociągnęła wcale za spust i trafiła na okładkę, ponieważ pstryknęła sobie zdjęcie w Sosnowcu.



Rajd po tandecie i knajpach. Koronkowe majtki i perfuma dla kochanki, dla nich - garnitury z bazaru. Zdjęcie w sosnowieckim atelier: dziewczyna z przyciężką szczęką i lekkim "błędzikiem w oku", chłopię pod krawatem z tandety, z misiowatym swetrem wystającym spod marynarki. Jakieś usiłowanie szczęścia, pozorowanie normalności, wyraz uczucia, być może, zupełnie prawdziwego, które zdarza się przecież każdemu, dlaczego więc nie miałoby się zdarzyć mordercy?

Za: "Tajny Detektyw" nr 42, rok I (1 XI 1931)

poniedziałek, 16 maja 2011

Księżniczka i żebraczka, czyli o dwóch morderczyniach. Cz. II. "Żebraczka"


Rewolwer w ręce kobiety trafiał w owych czasach niespecjalnie często, a jeszcze rzadziej w nich wypalał, zatem borykająca się z sercowymi kłopotami (i rozwiązująca je w nieco, przyznajemy, zbyt dramatyczny sposób) Kościńska trafiła na pierwszą stronę "Tajnego Detektywa". Kadr, brutalny, krwawy, w kolorze mógłby trafić na okładkę niesławnego czasopisma "Zły", jak dla mnie ma w sobie jednak - mimo skandalicznej, obliczonej na najniższe efekty roboty fotografa i redakcji - pewną szlachetność, a to dzięki podobieństwu nieszczęsnej denatki z w strzaskanych okularach do legendarnego kadru z "Pancernika Potiomkina" (zresztą, była to wówczas pełna nowość; strzał Kościńskiej był oddalony od premiery filmu Eisensteina tyleż, co ta notka od premiery "Charliego i fabryki czekolady"):


Dalej jednak bardzo skąpo:


Jednak miłość młodej, honorowej lwowianki do nieczułego Łonaka, strażnika granicznego z Pokucia, to nie stołeczne skandale z księżniczkami i utracjuszami. Zamiast rozkładówki dostała im się tylko krótka notka w dziale "Kto i co?" (na tle materiału o Korybut-Woronieckiej wygląda to tak blado, że chciałoby się odrzec: "No chyba nikt i nic...?"). A przecież wzrusza to Kościńska w strzaskanych okularach - i ta śmiertelna sukienka, którą, zapobiegliwa, przywiozła razem z rewolwerem.

Za: "Tajny Detektyw" nr 45, rok I (22 XI 1931)

wtorek, 28 września 2010

Figle lingwistyczne z trupem w tle

Międzywojnie to czas literackich awangard i lingwistycznych rozrywek - byli na nie czuli nawet dziennikarze "Tajnego Detektywa", o którym świadczy ten "feljeton z kół prawniczo-literackich" (wraz z opublikowanym w poprzednim wpisie składały się na wspólne dzieło pod nazwą "Dwie zbrodnie za murem cmentarnym").

Piękny dramat na ulicy Pięknej, mąż Kochanek, Kochankowa zabita za posiadanie kochanka, kochanek a wszystko to "dziwna geometrja naszych, powojennych czasów"! Wypieki na twarzy, tłuczek w miednicy!

 

Za: "Tajny Detektyw" nr 38, rok I (4 X 1931)

poniedziałek, 27 września 2010

Krakowskie centusie mordują blisko cmentarza!

P. T. Publiczność z pewnością jednym rzutem oka oceni, że w materiale dzisiejszym zamiast tytułowych dwóch zbrodni podajemy opis jednej; czynimy to w ramach tzw. angielskiego suspensu licząc na wyrozumiałość naszych Czytelników. Gorąca sprawa Kochanka zostanie przedstawiona w następnym wpisie.

Czytelników z Kongresówki zbulwersuje oczywiście nie tylko ohyda samych zbrodni, ale i skąpstwo krakowskich centusiów, którzy z oszczędności dokonują przy samym murze cmentarza, czym mieszkaniec Kongresówki brzydziłby się z pewnością.

Postać nieszczęsnego marszanda-in-spe, obitego przez męża Stefanji, budzi w nas jednak pewne wzruszenie. Już dwa lata później pewien malarz-in-spe obejmie władzę Reichskanzlerską. A gdyby zamiast tego współpracował z Ręczmieniem przy produkcji i sprzedaży widoczków olejnych Wawelu?



Za: "Tajny Detektyw" nr 38, rok I (4 X 1931)