Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samobójstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samobójstwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 stycznia 2019

Policja na tropie słynnej kuzynki

Ta twarz na pierwszy rzut oka nie powinna się pojawić w "Albumie przestępców" - ale też pozory mylą; ileż to już razy, wrzucając zdjęcia do sieci, pisałem o tym czy tamtym delikwencie "Szczere spojrzenie" a potem go identyfikowałem i okazywało się, że to wielokrotny oszust. Tu jednak mamy dość sympatyczną starszą panią o delikatnych rysach, ze skromną biżuterią i czołem okolonym otokiem siwiejących włosów, zupełnie jak...


...zupełnie jak Maria Curie-Skłodowska na banknotach. I skojarzenie to nie jest przypadkowe - była to bowiem, jak się okazało z "Gazety Śledczej", Maria Felauer-Skłodowska, kuzynką noblistki.










"Henryk i Wiesława" to Henryk Felauer (niekiedy: Felaner), właściciel majątku Rykoszyn pod Kielcami, który poślubił rodzoną ciotkę noblistki, Wisławę Julię Skłodowską. Ich córka była postacią niebylejaką - z pewnością nie tak słynną jak kuzynka, ale w Łodzi bardzo znaną. Już sam fakt, że była lekarką, oznaczał dla kobiety urodzonej w roku 1874 drogę przez mękę i wyrzeczenia. Nie wiem, gdzie ukończyła studia, ale w roku 1910 praktykowała w Krynicy jako ginekolożka i ogłaszała się w "Medycynie i kronice lekarskiej":


Bliźniacze domy zdrojowe "Pod Koroną" i "Pod Berłem", spore i murowane, z których każdy zawierał pięćdziesiąt pokojów, należały do państwa, czyli były zapewne częścią C.-K. systemu opieki zdrowotnej. W roku administracyjnym 1913/1914 była pierwszą asystentką Dyrektora Domu Zdrowia (zastępowaną od 5 V 1914 przez inną lekarkę) Towarzystwa Domu Zdrowia uczącej się młodzieży polskiej "Pomoc bratnia" w Zakopanem, czyli "Bratniaka" - instytucji, która leczyła ubogich studentów, którzy w owych czasach masowo zapadali na gruźlicę. Szefem towarzystwa był dr Kazimierz Dłuski, słynny działacz niepodległościowy, który poślubił siostrę Marii Skłodowskiej, wszystko więc pozostawało w bliskich kręgach rodzinnych. Nie wiem, w którym roku ani czemu Maria Felauer przeniosła się do Łodzi, nic też nie wiem o jej mężu - zapewne poślubiła któregoś z kuzynów i stąd nazwisko "Skłodowska", ale może w ten sposób tylko podkreślała powiązania ze słynną podówczas rodziną, a pozostała przy nazwisku panieńskim, bo sama była już dość znana jako lekarka. Oprócz działalności medycznej zajmowała się tłumaczeniami ("Bakterye i choroby zakaźne" M. Schotteliusa, wyd. 1907) oraz pracą naukową, m.in. napisała pierwszą w historii biografię kuzynki - "Życie Marii Skłodowskiej-Curie i znaczenie radu w lecznictwie" (1926). Mieszkała przy Zamenhofa 1(lub 2, jak podają inne źródła), blisko rogu Piotrkowskiej, w nieistniejącym już domu, na którego miejscu stoi szereg brzydkich bloczków.

*

Co zatem sprawiło, że Maria Felauer-Skłodowska trafiła do "Gazety Śledczej"? Otóż nie tyle może zaginęła, co zniknęła - i było to zniknięcie bardzo starannie zaplanowane, świadoma decyzja samodzielnej, odważnej i opanowanej kobiety, a nie "desperatki", jak pisał dziennikarz "Echa":


Podobny nieco w treści artykuł w "Nowym Kurierze" dodaje znaczący szczegół: że po każdej wizycie na cmentarzu, gdzie leżała jej matka, Maria Felauer popadała na kilka dni w tak głębokie przygnębienie, że spędzała kilka dni w łóżku. Wygląda więc, że Maria cierpiała po prostu na depresję - spowodowaną częściowo przynajmniej śmiercią męża i matki - którą dziś być może dałoby się wyleczyć. Niemniej jednak śmierć swoją zaplanowała w najdrobniejszych szczegółach.


Maria Felauer-Skłodowska opuściła mieszkanie 13 listopada 1930 roku - nie do końca pewna, czy uda się jej przeprowadzić samobójstwo, skoro dała służącej czas do 1 grudnia. Mogła spokojnie przyjąć zabójczy zastrzyk w mieszkaniu, ale wybrała jednak góry - czy to dlatego, że z Zakopanem łączyły ją szczególnie szczęśliwe wspomnienia z młodości, czy żeby nie narażać na taką przykrość służącej? Trudno orzec.

Odkrycie nastąpiło dopiero 5 I 1931 roku "nieopodal Świstówki" (przy czym chodzi zapewne nie o dolinę tej nazwy, tylko o nazywaną tak niekiedy błędnie Świstową Czubę, która faktycznie ma bardzo strome ściany), co opisuje "Echo":


 Ale, jak się okazało, nie były to wcale zwłoki Marii Felauer - co również wyjaśnia, czemu "Gazeta Śledcza" poszukiwała lekarki jeszcze w marcu. Dopiero 17 maja 1931 "Zakopiańska lista gości. Chwila bieżąca. Dodatek do wydawnictwa >>Zakopane i Tatry<<" poinformowała o kolejnym znalezisku:

Zwlekała zatem do ostatniej chwili - ponad dwa tygodnie nosiła się z tą myślą, aż ją zrealizowała, do samego końca dbając o szczegóły: kartkę i pieniądze zapakowała do termosu, wiedząc, że tam przetrwają zimę i roztopy. Umysł ścisły.



Za: album policyjny, "Medycyna i kronika lekarska" z 30 VII 1910,  "Gazeta Śledcza" z 12 III 1931",  "Nowy Kurier" z 28 XII 1930, "Echo" z 21 XII 1930 i 6 I 1931, "Zakopiańska lista gości" z 17 V 1931.


środa, 2 marca 2016

Tożsamość, czyli zbóje, paryskie trupy i samobójczyni z inicjałem

Wielce sobie cenimy naszą prywatność i ochronę danych osobowych, zatem praktyki "Tajnego Detektywa" mogą wydawać się nam barbarzyńskie - ale to tylko kwestia różnic kulturowych. Teraz, przestępca poszukiwany, zmieniając się w przestępcę schwytanego, w jednej chwili traci twarz (rozpikselowaną lub zakrytą czarnym paskiem) i nazwisko, zastąpione inicjałem (inna sprawa, na ile to pozorne w czasach internetu). Przed wojną tymczasem publikowano swobodnie wizerunki, imiona, nazwiska, a nawet adresy zamieszkania zarówno przestępców, jak i ofiar. 
Nie dziwi to w momencie ścigania, jak w przypadku choćby tych dwóch defraudantów, uciekających przez kraj polskich Clyde'a i Clyde'a:


Ale przecież wizerunki i personalia przestępców drukowano również po ujęciu - przykładem niech będzie notka o schwytaniu trzech braci Leszczuków (o których losach niewiele więcej mogłem się dowiedzieć); warto zauważyć, że są opisywani jako "zbrodniarze", "groźni bandyci", bez żadnej refleksji nad domniemaniem niewinności, choć dopiero przecież czekali na rozprawę:



Publikowano też - jak to dzieje się i dziś - zdjęcia osób zaginionych, z nadzieją, że ktoś je odnajdzie. Dziwić może natomiast, że niekiedy "Tajny" zamieszczał fotografie zwłok (lub, jak na załączonym obrazku, osoby, co do której nie bardzo wiadomo, czy żyje, czy nie - notka nie informuje jednoznacznie o śmierci, ale opisuje kobietę w czasie przeszłym):

Identyfikowanie zwłok przez publiczne okazanie miało, oczywiście, swoją długą tradycję - w XIX wieku w Paryżu wybudowano nawet w kostnicy miejskiej specjalne "akwarium", w którym kolejne zwłoki wykładano na pochyłe marmurowe płyty ("miasto świateł", zważywszy na populację, zawsze miało dostatek topielic, ludzi zasztyletowanych w zaułku, itd.). Mimo, że genitalia pruderyjnie zasłaniano specjalnymi deseczkami lub ręcznikami, rosła popularność oglądania trupów jako wielkomiejskiej formy rozrywki - codziennie do kostnicy pielgrzymowało ok. 40 tys. ludzi, w tym wielu brytyjskich turystów. Ostatecznie w roku 1907 kostnicę zamknięto z powodów "higieny moralnej" - ale również dlatego, że, dzięki rozwojowi technik policyjnych, szanse identyfikacji zmarłego wzrosły. 







Personalia nie były chronione w żaden sposób, przeciwnie, nierzadko żerowano na nich, jak było to w przypadku niejakiego Gagatka, zamieszanego w pomoc kasiarzowi (tytuł: Czy Gagatek był gagatkiem?), albo Mieczysława Kochanka, który zasztyletował niewierną żonę, co prowadziło do serii kalamburów. W tekście Tajemnica Koperty Kr. N. Wog. przeczytać możemy o kasiarzu Stanisławie Cichockim, zwanym „Szpicbródką”. Policja dokonała rewizji w mieszkaniu kochanki jednego ze jego współpracowników, Mariana Brzezińskiego. „Tajny Detektyw” podaje wówczas jej nazwisko i adres: Kazimiera Kozłowska, ul. Pańska 86. Nikt tu nie bawił się w zakrywanie oczu czarnym paskiem, a nazwiska zastępowano inicjałem bardzo rzadko i chyba tylko za sprawą jakichś zakulisowych ustaleń środowiskowych. Tak było w przypadku tragicznego w skutkach romansu dwojga doktorów UJ a także samobójstwa pewnej osiemnastolatki:



Cóż, zaważyło pewnie to, że Maria była córką wdowy po szacownym właścicielu ziemskim. A może i jej młodość? Trudno powiedzieć. Tak czy owak, tygodnik postanowił oszczędzić rodzinie skandalu, choć i tak zamieścił zdjęcie - cóż, w czasach przedfejsbukowych fotografia nastolatki mniej widać zdradzała ogólnopolskiej publiczności, niż pełne nazwisko.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, nr 47, rok III, 19 XI 1933

poniedziałek, 19 października 2015

YOLO w Krotoszynie, Anno Domini 1932

Myślałby kto, że #yolo, akronim nastoletniej dewizy "You only live once!" ('żyje się tylko raz') to jakaś nowość, że osiemdziesiąt lat temu ludzie żyli skromnie i skrzętnie, a nawet jeśli nie - posługiwali się starym, dobrym, nieco zaśniedziałym "Carpe diem". Niekoniecznie. Poznajcie tragiczne dzieje rodziny Krawczyków, krotoszyńskich królów życia.




Cóż dodać do smutnej opowieści o rozrzutnym producencie odbiorników radiowych? Niewiele chyba, bo od czasów bajki LaFontaine'a o mrówce i pasikoniku wiemy jak pasikoniki kończą, nawet jeśli mają żonę i dziecko. 

Prócz może tego szczególiku, na który natrafiłem, próbując ustalić adres przedwojennej Fabryki Kawy Słodowej "Extra" w Krotoszynie, żeby sprawdzić, czy budynek ze zdjęcia jeszcze stoi. Budynku nie znalazłem, znalazłem za to sprzedawany kiedyś na Allegro świstek:


A zatem nie tylko pasikonik Krawczyk, ale i mrówka Staniszewski, zapobiegliwy właściciel fabryki i domu, miał finansowe kłopoty i musiał postawić firmę w stan likwidacji. Wielki kryzys bowiem potrafi zagłodzić nie tylko pasikonika, ale i mrówkę.


Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932

środa, 8 kwietnia 2015

Redukcja w górnictwie a miłość

Historia banalna, jakich wiele: oboje młodzi, kochają się na zabój i zabój się wydarza. Bo rodzice nie akceptują, bo komu innemu ją przyrzeczono, bo on ma iść do klasztoru, różnie. Albo, jak tu - grozi mu zwolenienie i nici ze ślubu. Ale jest w tej historii coś więcej.


Niewiele dodam, bo niewiele dodać mogę - rzadko łapie mnie aż takie wzruszenie nad numerami "Tajnego Detektywa", ale tu, prawdę mówiąc, ścisnął się mięsień tłoczący. Raz przy tym porażającym skromnością pożegnaniu: "Dowidzenia na zawsze - Jan i Cyla - jesteśmy w ogródku - wszystko Twoje". A po raz drugi przy straceńczej fotografii, którą sobie zrobili wiedząc już, że za pół tygodnia będą tylko parą zwłok w przydomowym ogródku. Chciało by się do nich podejść i powiedzieć: dajcie spokój, za sześć lat wojna, wszystkie etaty będą nieważne. Kochajcie się, póki się w ogóle da. 

*

W tym samym numerze, jak na ironię, jeszcze notka o konkursie na reportaż z fotografiami, akurat ze Śląska (w tym chyba cyklu ukazał się reportaż o zabójstwie Pioskowika, który niedawno wklejałem). Jak dla mnie - Polokówna i Banaś wygrywają w cuglach.



Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933

poniedziałek, 16 lutego 2015

Jak zaszczute zwierzęta, czyli mord na dr. Lachmundzie

Mam nadzieję, że w epoce mitologizowania międzywojennej Polski ktoś wreszcie napisze monumentalną powieść o ówczesnej beznadziei - o kraju, w którym, owszem, "Gdynia się rozbudowuje", ale panuje powszechna nędza i alkoholizm, straszliwa przestępczość i szalejące bezrobocie, które wespół doprowadzały do takich tragedii, jak zabójstwo lekarza w Stanisławowie.



Historia nie jest może sama w sobie szczególnie ciekawa, ale pokazuje stan społeczeństwa, gdzie panowała powszechna beznadzieja, ludzie, wysadzeni z siodła przez wielki kryzys, a często i przez paskudne stosunki społeczne, zachowywali się jak zaszczute zwierzęta, nie szanowali życia ani własnego, ani cudzego - co pod wieloma względami przypomina mi arcyciekawy tekst Mashy Gessen o śmiertelności wśród dzisiejszych Rosjan.

O tragedii w Stanisławowie donosił też "Express Ilustrowany" w notce osobliwie zestawionej z reklamami tortów i innych łakotek, o czym wspominam...


...bo przy okazji znalazłem w tej samej gazecie inny jeszcze drobiazg. Nigdy dość powtarzania, jak bezwzględna była prasa międzywojenna w ujawnianiu osobistych danych. Katarzyno Rizak, jeśli gdzieś się unosisz w formie ektoplazmowej, wiedz, że Ci bardzo współczuję nie tylko tej próby, ale i tej notki.


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933, Express Ilustrowany z 17 XI 1933, nr 319

niedziela, 18 stycznia 2015

Zemsta, zemsta, zemsta na wroga!


W znanym i lubianym cyklu ciekawostek "Nieprawdopodobne a jednak prawdziwe!" Tajny Detektyw - poza drobiażdżkami o nietypowym użytkowaniu trumny i o przemycie ludzi drogą powietrzną (dziś zupełny banał), przytacza dwie zajmujące opowieści o zemście: jedną z Europy, drugą z holenderskich kolonii (dzisiejszej Indonezji).



Trudno mi sprawdzić, czy obie opowieści są prawdziwe - przypadku pani z Dijon nie udało mi się zgooglować, drugi jest tak ogólnikowy, że nawet nie ma o co się zaczepić. Zemsta złośliwej samobójczyni, przygotowana na zimno, przypomina nieco jedno ze śledztw Sherlocka Holmesa ("Zagadka mostu Thora"), gdzie niekochana żona, zdradzana przez męża z guwernantką, zaaranżowała swoją samobójczą śmierć tak, że rzuciła oskarżenie o morderstwo na niewiernego i jego kochankę. Historia z Jawy natomiast wygląda jak typowe egzemplum "z dalekich krain", gdzie moralność wygląda nieco inaczej, ale dla Europejczyka jest jednak na swój sposób zrozumiała. Takie pomysły nie są nowe - wszak już w "Listach perskich" Monteskiusza i "Podróżach Guliwera" Swifta mamy podobne zderzenia różnych systemów społecznych i etycznych. 

Tak czy owak sądzę, że redaktorom "Tajnego" zimna zemsta, z rozmysłem wykorzystująca śledztwo policyjne, bardziej się kojarzyła z etyką europejską; natomiast ta żarliwa, z uderzeniem nie w obiekt furii, ale w "to, co mu najdroższe", wydawała się mniej zrozumiała, "dzika" i odległa. Tymczasem Bronisław Malinowski opisywał tradycję samobójstwa, które było zarazem zemstą na współplemieńcu (jeśli był obecny przy tej śmierci, musiał sam popełnić samobójstwo lub zapłacić ogromną grzywnę), a w tym samym czasie w Warszawie słynne były kłótnie pomiędzy dorożkarzami, którzy zamiast siebie nawzajem, okładali batami pasażerów przeciwnika...

Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934)








sobota, 18 października 2014

Satanistyczne zbrodnie w międzywojennej Warszawie - vol. III Doktor Bruze

Choć, jako się rzekło, śmierć porucznika Uchnasta mogła być zupełnie niepowiązana z serią samobójstw w kołach okultystycznych, prasa robiła swoje. W latach 30-tych o rzekomej satanistycznej sekcie informowało ponad trzysta tytułów prasowych. W "Tajnym Detektywie" zaczęto budować legendę diabolicznego sadysty, doktora Bruze mieszkającego w podwarszawskich Gołąbkach. 



Warszawskie samobójstwa okultystyczne rozpoczęły się - jak podaje Zbigniew Łagosz - w roku 1924 (od apokryficznej, być może, śmierci niejakiego Wł. Ż., syna profesora politechniki), ale zainteresowanie prasy datuje się od zgonu Eugeniusza Rostkowskiego (1926), po nim zabili się Bolesław Wójcicki i Lucjan Krzyżewski, następnie dwie studentki, Wanda i Beata, wreszcie Zbigniew Werner (1930). Przy Rostkowskim znaleziono ponoć karteczkę z odręcznym napisem: Z rozkazu Szatana. Bracia oczekują. Strzał. Północ i hebrajską literą szin. Podobne karteczki znajdowano też przy pozostałych samobójcach - jedyną znaną reprodukuje Łagosz i, choć widnieje na niej szin, to niczego o szatanie nie ma:


Widzimy tylko cyfry, znaki, litery, a także napis: Rembgracja (?) powrót do Absolutu do nirwany, Shin - element przyciągania, 1930 ciepły i wilgotny 9 IV 1930. Jak wyjaśnia Łagosz: 

Wiemy, że najbardziej „złowrogie” wrażenie robiła na prasie znajdująca się na wszystkich sześciu kartkach litera szin. Litera ta jest dwudziestą pierwszą literą alfabetu hebrajskiego o swej numerycznej wartości 300. Prasa podawała, że jest to symbol „Szeloszeta” – czytaj Szatana. Jednak to nie do końca prawda. Litera szin reprezentuje również duszę świata i zrozumienie życia. W tym kontekście bardziej zrozumiałe wydają się umiejscowione na karcie słowa „powrót do absolutu”. Literę szin można rozpatrywać na trzech poziomach. Poziom realny to zrozumienie życia, poziom duchowy – dusza świata i poziom mityczny – duch Boga. Szin będzie zatem pojmowaniem w pełnym znaczeniu inteligencji, duszy i ducha, operujących na trzech poziomach świadomości, ale nieoddzielnie. Należy pamiętać również, że samobójcy należeli do Zakonu Martynistów, w którego manifeście z roku 1921 możemy przeczytać: „Przypomnijmy sobie, że Chrystusa przedstawia litera Szin i owo Szin, Symbol Chrystusa, powinno być dla nas Granicą Równowagi i Granicą Zgody, uzgadniającą podwójne przeciwstawne elementy: Dobro i Zło, Materię i Ducha, Ciemność i Światło”.

Uchnast to zdecydowanie inny przypadek - jego śmierć przydarzyła się już po rewizjach i konfiskatach w domu kilku poczesnych okultystów (m.in. Czyńskiego) oraz po nieudanym procesie, do którego nie doszło, bo materiał dowodowy był zbyt szczupły. Kiedy więc w roku 1934 usiłowano dokleić sprawę Uchnasta do sensacji sprzed paru lat, chodziło chyba tylko o pragnienie, by przywrócić społeczną fascynację satanistami  - i przyciąć grosza na sprzedanych nakładach gazet. Skąd się wziął dr Bruze - trudno powiedzieć. Być może wzorowano go na Mikołaju Mikołajewiczu Czaplinie, pomocniku Czyńskiego, który faktycznie miał organizować sadystyczne orgie i karmić adeptów narkotykami. Na ilustracji przedstawiony jest jako dandys w typie Bułhakowskiego Wolanda, w tekście opisano go z kolei jako człowieka skrywającego oczy za ciemnymi okularami, odzianego w mniszy habit. Pojawia się też doklejanie kolejnych śmierci - niedoszłego samobójstwa inżyniera L-skiego oraz tajemniczych zwłok z Wału Miedzeszyńskiego. W obu przypadkach brak wzmianki o karteczce z literą szin, pojawia się za to kwestia trójkątnego tatuażu, wcześniej niewspominanego. Są to zatem sprawy albo przypadkowe, albo wręcz zmyślone na potrzeby artykułu.

Pozostaje ostatnie pytanie: jaka była przyczyna sześciu śmierci, w których samobójcy zostawili przy sobie karteczki z literą szin? Łagosz podaje kilka możliwości:
1. Samobójstwa rytualne, których celem była "operacja magiczna" - uczniowie składali się w ofierze by wzmocnić przygasające zdrowie mistrza Czyńskiego
2. Składali się w ofierze aby, wyzwalając życiową energię, wspomóc odprawiany przez niego rytuał. 3. Adeptom narzucano samobójstwo, obiecawszy im coś w zamian (np. stan nirwany i połączenie się z Absolutem, jak sugeruje karteczka znaleziona przy Krzyżewskim).

Tak czy owak, kampania prasowa, rewizje i przygotowania do procesu na tyle ostudziły warszawskich okultystów, że kolejnych zwłok z karteczką opatrzoną szin już nie znaleziono. Doktor Bruze zaś, jak się zdaje, rozpłynął się w powietrzu - jak złe licho lub jak kaczka dziennikarska.


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934, Z. Łagosz "Mit polskiego satanizmu...", Hermaion nr 1/2012

czwartek, 16 października 2014

Satanistyczne zbrodnie w międzywojennej Warszawie - vol. II porucznik Uchnast


Tam, gdzie dziś wypada mniej więcej środek warszawskiego placu Konstytucji, przed wojną był narożnik Marszałkowskiej i Koszykowej: czteropiętrowa eklektyczna kamienica, nakryta zdobną kopułą. To właśnie tutaj, w dwupokojowym mieszkaniu na drugim piętrze oficyny, w maju 1934 roku doszło do satanistycznej orgii i tajemniczej śmierci polskiego ułana.

Zdjęcie za portalem Warszawa1939.
Niestety, nie dysponuję numerem "Tajnego Detektywa", gdzie sprawę szczegółowo opisano (acz wiem, że nie jest to, jak błędnie podano w tekście, numer 25, bo to właśnie z 25go numeru pochodzi dzisiejsza wklejka), ale sprawa Uchnasta pojawia się tu i tam w necie, często z cytatami z "Tajnego", więc coś da się zrekonstruować.

Mieszkanie należało do małżeństwa Meyerów. W majową noc pani Julia Meyerowa, wyekspediowawszy męża, Ewarysta, w podróż do Gdańska, sprosiła gości: swojego kochanka, Tadeusza Gutnajera, dwie koleżanki, Marię Wierzejską i rotmistrzową Okulicz-Kozarynową, a dla pań do pary dwóch poruczników z 10. pułku ułanów w Białymstoku: Marcelego Marcinkowskiego i przyszłego denata, Stanisława Uchnasta. "Tajny Detektyw" opisał szczegółowo starania gospodyni, która zadbała o aprowizacje, lokum, wystrój wnętrz i przyjemną atmosferę:

W przytulnym pokoju stołowym urządzono libację, w czasie której rozwieszono na ścianach pornograficzne obrazki, a kiedy goście wpadli już w nastrój, rozdzielono się na trzy pary, które tworzyli: gospodyni domu z p. Gutnajerem, p. Wierzejska z por. Marcinkowskim i p. Okulicz-Kozarynowa z por. Uchnastem. Pierwsza para ulokowała się w sypialni, druga w saloniku, a trzecia w kuchni.

Pod jednym względem jednak, że pozwolę sobie zauważyć, gospodyni nie umiała się zachować, sama brukając cudzołóżczo własne łoże małżeńskie, zamiast odstąpić je gościom i wycofać się do najmniej prestiżowego pomieszczenia. Tak czy owak, pary bawiły się szampańsko, ale nad ranem z rzeczonej kuchni dał się słyszeć strzał. Kiedy pozostali - zapewne skąpo ubrani - uczestnicy orgietki stanęli w progu, zobaczyli krwawiącego ułana, który przed śmiercią wyszeptał tylko "Ostatni rozkaz". Na Marszałkowską wezwano policję:

Przy łóżku leżał trup, z piersi przez mundur sączyła się krew. Prawa ręka nieboszczyka kurczowo trzymała rewolwer. - Zapewne samobójstwo wyrwało się policjantowi. Lecz w tej chwili za plecami policjantów rozległ się głos kobiety. - To ja go zabiłam. Przed policjantami stanęła kobieta w średnim wieku, ubrana szykowanie. Wygląd miała straszny, Włosy rozwichrzone, głowa opadała jej na piersi, a twarz boleśnie była skurczona o błędnem spojrzeniu zamglonych oczu. -Tak, to ja go zabiłam - powtórzyła i z jękiem osunęła się na ziemię.

Kiedy jednak odzyskała przytomność, nie przyznawała się już do winy, a lekarze orzekli samobójstwo. Jednakże tajemnicze ostatnie słowa ułana i przedziwny stan rotmistrzowej wystarczyły, by część prasy uznała, że chodziło o hipnozę - choć, oczywiście, wystarczyło, że zblazowana pani Okulicz-Kozaryn zażądała od kochanka "Jeśli nie chcesz mojej zguby, kulę w pierś swą poślij, luby". On szeptałby o rozkazie, ona - że go zabiła. Niezbyt metafizyczne powody śmierci sugerowała też czytelnikom "Ilustrowana Republika" (zwracam uwagę, że powściągliwie nie podała nic o pornograficznych obrazkach, a pitigrillenie się z inflagrantem określiła jako "asystowanie"):


Dla "Tajnego Detektywa" takie rozwiązanie było jednak zbyt łatwe. Przyczyną samobójstwa musiała być diaboliczna hipnoza. A skoro tak, to trzeba było znaleźć bohatera, który zafascynuje czytelników: doktora Bruze. Ale o tym w następnym odcinku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934, "Ilustrowana Republika" nr 140 rok XII, 24 V 1934,  Warszawa 1939Marszałkowska 48 Majewskiego, Focus Historia 

środa, 15 stycznia 2014

Szalony psychiatra, czyli samobójstwo wśród woskowych figur vol. II

Doktor Clerambault, wybitny psychiatra, mistrz Jacquesa Lacana, był nie tylko lekarzem, ale i artystą. I to właśnie prowadzi nas do jego tajemniczej obsesji i ciemnych sprawek.


Poza psychiatrią zajmował się szerokim polem dziedzin na pograniczu sztuki i nauki: był malarzem, fotografem i etnografem. Zaczynał od pisania poezji, następnie przez dwa lata studiował w paryskiej Szkole Sztuk Dekoracyjnych, ale że pochodził z rodziny sędziowskiej, został zmuszony do wybrania studiów prawniczych; widać, że mu tam nie szło, bo w końcu, wbrew woli ojca, przeniósł się na medycynę. Jednak zainteresowania artystyczne Clerambaulta nie obumarły, przeciwnie, dojrzewały przez lata. Koncentrowały się wokół północnoafrykańskich tkanin, które kolekcjonował i uwieczniał na zdjęciach; był autorem kilku prac na temat ubioru ludów północnej Afryki, wykładał też w paryskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Prace badawcze w Afryce zaczął w Tunezji w roku 1910; ranny w trakcie I wojny światowej, trafił na rekonwalescencję do Maroka (1917-19), gdzie przedsięwziął szereg badań etnograficznych i wykonał wiele tysięcy zdjęć (od 6 do 40 tys., źródła różnie podają; w Muzeum Człowieka znajduje się ok. 400 odbitek, podarowanych przez autora) postaci, głównie kobiet, w tradycyjnych strojach. Większość fotografii przedstawia kolejne fazy drapowania ubiorów, niekiedy w niemalże filmowy sposób. Clerambault pisał, że świat arabski odchodzi od drapowania, ubiory są coraz częściej szyte, co łączy się ze zmianą warunków życia, zwłaszcza - z industrializacją i urbanizacją, miał więc poczucie dokumentowania ginącej sztuki.

Wiele wskazuje jednak na to, że jego zainteresowania nie były wyłącznie naukowe. Kochamy głaskać dłonią futro; pragniemy, by jedwab przesuwał się po naszym nadgarstku. Futro za sprawą swej formy wymaga pieszczot aktywnych; jedwab z podobną słodyczą pieści skórę, która staje się pasywna; a potem, powiedzieć można, ujawnia nerwowość swoimi rozdarciami i krzykami - pisał. Fascynowały go draperie - tradycyjne sposoby ich układania, które niosły ze sobą specyficzne znaczenia. Próbował zgłębić, czy sekwencja ruchów, wymagających ułożenia szaty, niosła jakiś przekaz, a zatem czy i powstały w jej wyniku układ fałd był "mówiący". Aby opisać erotyczne własności jedwabiu, stworzył dwa neologizmy: hyfefilia (umiłowanie tkanin) i aptofilia (ekscytacja dotykaną materią). Nie wystarczało mu gromadzenie materiałów i szat: eksponował je na specjalnych manekinach, wykonywanych wedle szczególnych wskazówek. Nie chodziło mu chyba jednak o adorowanie zakwefionych piękności, ale o samą draperię, o układ fałd właśnie - używał ich zresztą w wykładach, choć czasem preferował żywe modelki.

Pośród jego rozlicznych prac naukowych znajdziemy i takie, które odnosiły się bezpośrednio do tej namiętności: Klasyfikacja ubiorów drapowanych (1928), O tkaniu dla chorych (1929), Uwagi o tkactwie chińskim (1932) oraz Kobieca namiętność erotyczna w stosunku do tkanin (1908-10). Ta ostatnia praca jest studium czterech przypadków kobiet, które zostały przyłapane na kradzieży materiału w domach towarowych, a które - jak się okazało w toku badania - dzięki tkaninom uzyskiwaly seksualne spełnienie, jakiego nie dał im żaden mężczyzna. Clerambault stwierdza, że jest to podrzędna forma fetyszyzmu, bo fetyszyzm prawdziwy - znaczące słowa - jest wyłącznie męski, aktywny, a nie kobiecy, pasywny. Fetysz dla kobiety to tylko kawałek materii - rzuca z przyganą - a nie osobowość!


Głosy krytyki odzywały się już w epoce. Po pierwsze Clerambault, łącząc powagę medycyny i władzy policyjnej, nadużywał swojego stanowiska - kazał np. przetrzymywać dłużej atrakcyjne kobiety jeszcze przed postawieniem diagnozy tylko po to, by mógł zrobić im zdjęcia; podawał też, jak mają być w tym celu uczesane. Wykorzystywał chorych, a zwłaszcza chore, w publicznych wykładach (co było przyjęte), nierzadko traktując je w sposób uwłaczający (co już przyjęte nie było). Póki trafiał na biedne kobiety, o które nikt się nie upominał, był bezpieczny - kiedy jednak w szpitalu policyjnym bez nakazu przetrzymywał młodego aktora, który pokłócił się z właścicielką domu o wysokość czynszu, sprawa zrobiła się poważna. Clerambault zachował wprawdzie stanowisko w szpitalu policyjnym, ale Akademia Sztuk Pięknych odwołała jego wykłady. Tuż po jego śmierci surrealista Robert Desnos napisał artykuł, w którym twierdził, że doktor był bardziej chory, niż jego pacjenci (czego odbicie mamy w artykule w "Tajnym Detektywie", być może zresztą jest to przedruk z francuskiej wersji pisma). W roku 1996 Yvon Marciano nakręcił film "Le Cri de la Soie" ("Krzyk jedwabiu") z Marie Trintignant w roli przyłapanej na kradzieży jedwabiu fetyszystki, niepiśmiennej szwaczki, i Sergio Castellitto w roli dr. Gabriela de Villemera, czyli de Clerambaulta, który prze do romansu z pacjentką, swoistego trójkąta między kobietą, mężczyzną a jedwabiem. W istocie niewiele wiadomo o jego seksualnej orientacji - jeden z pierwszych jego biografów przypisywał mu liczne romanse, by zdezawuować plotki o homoseksualizmie Clerambaulta, ale, prawdę mówiąc, brak wiadomości o jakichkolwiek seksualnych relacjach doktora z jedną czy drugą płcią. Tkaniny, jak się zdaje, zupełnie mu wystarczały.


Wersja podana przez "Tajnego Detektywa" była więc zarazem prawdziwa i nieprawdziwa, sensacyjna i niesensacyjna, zależy, czy przykładamy dawne, czy nowe miary. Wiele sądów lekarza, które wtedy uchodziły za neutralne, dziś budziłoby słuszne oburzenie (np. teza, że czarny jest w naturalny sposób sprzymierzeńcem rasy białej w kontaktach z Arabami, podobnie jak pies towarzyszy człowiekowi w walce z lisem - zawsze stanie po stronie człowieka, a nie lisa, choć do lisa z pozoru jest mu bliżej.). Dziennikarz ponaciągał fakty, połączył rozmaite wątki, niekoniecznie zgodnie z prawdą i rozsądkiem, by uczynić historię o samobójstwie i manekinach atrakcyjną w jarmarczny sposób.

Clerambault był tymczasem postacią fascynującą i, bezsprzecznie, chorobliwą, ale nie w tak prosty sposób wszakże, w jaki podawała to brukowa prasa. Należało by do niego przyłożyć czulsze i bardziej wykwintne instrumenty.


Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934, Gen Doy, "Drapery: Classicism and Barbarism in Visual Culture"

sobota, 11 stycznia 2014

Szalony psychiatra, czyli samobójstwo wśród woskowych figur vol. I

Parę dni temu prasę obiegła wieść, że Kim nie rozstrzelał swojego wuja, ale rzucił go psom na pożarcie -wkrótce okazało się, że to dziennikarska kaczka z hongkońskiego tabloidu. W "Tajnym Detektywie" też trafiają się brednie, wyssane z brudnego dziennikarskiego palca - stosunkowo łatwo je poznać. Problem w tym, że życie czasem przerasta fantazję, jak to było w przypadku sprawy dr. Clerambaulta.



Wszystko tutaj śmierdzi zmyśleniem. Tytuł nawiązuje oczywiście do słynnego filmu ekspresjonistycznego, "Gabinetu dr. Caligari" Roberta Wiene. Demoniczny dr Caligari prowadził podwójne życie, jedno jako szacowny dyrektor szpitala dla psychicznie chorych, drugie - jako jarmarczny hipnotyzer, manipulujący wychudzonym somnambulikiem Cezarem, którego skłaniał do popełniania morderstw. Należy pamiętać, że nie był to wówczas zakurzony antyk - wprawdzie w 1934 roku nieme filmy trąciły nieco myszką, a na ekrany wchodziła komedia "Czy lucyna to dziewczyna?", ale od premiery legendarnego ekspresjonistycznego arcydzieła minęło raptem 14 lat, czyli tyle, ile nas dzieli od premier roku 2000: "Prostej historii" Lyncha, "American Beauty" Mendesa czy "Blair Witch Project" (który może jest temu najbliższy jako "wpisujący się w pamięć horror").



Zatem: nawiązanie do słynnego filmu grozy, lekarz o podwójnym życiu, do tego Paryż, stolica światowego zepsucia i rozpusty, gdzie wszelkie dewiacje są możliwe, wreszcie "komnata obłędu", pełna woskowych manekinów, służących szaleńcowi do przedziwnych, paraseksualnych rytuałów. No i, jakżeby inaczej, śmierć samobójcza, spowodowana strachem przed ślepotą. Tylko to sobie wyobraź, czytelniku, wystaw to sobie w głowie, czytelniczko: kilkaset manekinów, przebranych w kosztowne materie - a każdy z manekinów to słynna kobieta: Wirginia, Beatrycze i Kleopatra, ta Kleopatra, w której objęciach w końcu wypali sobie w głowę. Do tego ilustracje: naiwny fotomontaż z leżącymi na podłodze woskowymi głowami i parą przerażonych ludzi, czy kryjący się za kanapą facet podobny do młodego Salvadora Dali (trudno powiedzieć, kogo mają symbolizować, bo nie pasują do żadnego fragmentu artykułu). Jakby powiedział klasyk, "Jest to wielkie ssanie z palca". Problem w tym, że opowieść jest w sporej części prawdziwa - choć akcenty ma mniej sensacyjne, ale za to ciekawsze.


Gaetan Henri Alfred Edouard Leon Marie Gatian de Clerambault (1872-1934) rzeczywiście istniał, co więcej, był wybitnym psychiatrą francuskim, jedynym mistrzem tak słynnego dziś Jacquesa Lacana, i wieloletnim dyrektorem szpitala psychiatrycznego Prefektury Policji.  Prawdą jest również, że z wiekiem tracił wzrok - po nieudanej operacji zaćmy cierpiał na głęboką depresję i faktycznie się zastrzelił (17 listopada 1934, czyli sprawa była świeża), choć raczej nie w objęciach woskowego manekinu. 

To on w 1921 roku jako pierwszy opisał tzw. "Zespół de Clerambaulta" czyli erotomanię (erotomanię w sensie ścisłym, a nie potocznym, gdzie oznacza przesadny pociąg seksualny): zaburzenie polegające na przekonaniu chorego, że obdarzyła go uczuciem jakaś słynna postać. Niezdrowa obsesja przybiera niekiedy formy skrajne, jak stalking, czy nawet zbrodnicze (przykładem niech tu będzie zabójstwo Miss Polski z 1991 roku, Agnieszki Kotlarskiej, którą niezrównoważony wielbiciel zadźgał nożem). Był też autorem złożonego systemu taksonomicznego rozmaitych symptomów psychotycznych, a także - niezależnie od rosyjskiego badacza - opisał zespół automatyzmu psychicznego, zwanego Zespołem Kandinskiego-Clerambaulta. Francuz bazował na obserwacji chorych w paryskim szpitalu policyjnym, Rosjanin - na własnych halucynacjach, które próbował zdiagnozować.

Kandinsky (zbieżność nazwisk ze słynnym malarzem nieprzypadkowa - byli krewnymi) w roku 1877 pod Sewastopolem, w trakcie wojny turecko-rosyjskiej, przeżył omamy i gwałtowne wahania nastroju, które skończyły się próbą samobójczą. Ocalony i zwolniony ze służby wojskowej, opisał objawy: "pseudohalucynacje" (czyli takie halucynacje, które sam chory odbiera jako urojone) i naprzemienne poczucia natłoku myśli i pustki w głowie, połączone z przekonaniem, że jakaś zewnętrzna siła kieruje mózgiem chorego, wykradając z niego myśli lub upychając je tam gwałtownie. Po kilkunastu latach Kandinsky zdiagnozował u siebie nawrót choroby i trafił do Szpitala św. Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu, któremu wcześniej dyrektorował - tam popełnił samobójstwo, zażywając śmiertelną dawkę morfiny. Aż do zgonu notował kolejne symptomy, a jego ostatnie słowa brzmiały: Nie mogę dłużej pisać, bo przestaję widzieć. Światła! Światła!



Zdaje się, że to z tych dwóch źródeł - opisu Zespołu de Clerembaulta i Zespołu Kandinskiego-Clerambaulta - autor artykułu w "Tajnym Detektywie" zaczerpnął przekonanie, że doktor miał omamy oraz że kochał się w słynnych kobietach z dalekiej przeszłości: Kleopatrze, Beatrycze czy Wirginii. To jednak nie koniec zbieżności historii naciągniętej przez żądnego sensacji dziennikarza z historią prawdziwą. Doktor Clerambault miał bowiem rzeczywiście swoją tajemniczą obsesję - ale o tym w następnej notce. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934

niedziela, 25 sierpnia 2013

Trup pośród hollywoodzkich sław

Jest wszystko, czego trzeba w kryminale w stylu Agathy Christie: luksusowa posiadłość, wspaniałe przyjęcie, towarzystwo z wyższych sfer, nagły strzał, ciało - i, oczywiście, podejrzenia. Kto zabił autora musicalowych piosenek? I czemu?


Jerry Jarnagin - bo tak naprawdę brzmiało jego nazwisko, przekręcone przez redaktorów "Tajnego Detektywa" - rezydował z żoną w Toluca Lake. W tej okolicy mieszkało wówczas - i mieszka po dziś dzień - sporo rozmaitych sław; wówczas: Amelia Earhart z mężem, magnatem wydawniczym, Putnamem, a później, między innymi, Bing Crosby, Bob Hope, Doris Day, Frank Sinatra, Goldie Hawn, Denzel Washington, Andy Garcia, Zac Efron, Kirsten Dunst, Miley Cyrus, Jonas Brothers... W czasach Earhart (która osiedliła się w Toluca Lake z uwagi na bliskość fabryki samolotów firmy Lockheed w pobliskim Burbank) można się tam było "zaszyć" z dala od szumu wielkich studiów filmowych (choć Universal Studios były o rzut beretem), dziś celebrytów przyciąga głównie figurujące w nazwie miejscowości jezioro: ogrodzone, prywatne, w całości należące do mieszkańców otaczających je willi.

Przyjęcie mogło być zatem po hollywoodzku huczne - ale nie było; w istocie gości było tylko troje: wspomniana w artykule siostrzenica (nie kuzynka) pani Franklin z narzeczonym (nie mężem), i przyjaciółka małżonków, pani Klein. Pistolet faktycznie leżał na oddalonym od ciała fotelu - początkowo więc sądzono, że doszło do morderstwa. Podejrzenia padły na byłego służącego ("zabił lokaj!"): Lawrence'a Thomasa, który miał być wkrótce przesłuchiwany w sprawie napaści na chlebodawczynię. Otóż pomiędzy Thomasem a Jarnaginem wywiązała się gwałtowna kłótnia, a kiedy pani Franklin usiłowała zainterweniować, została pobita przez służącego kolejno dzbanem na wino, nogą od stołu i telefonem (sic!). Thomas miał jednak niepodważalne alibi: był z matką w odległym o pięćdziesiąt kilometrów mieście Pomona.

Bliższe badania wykazały, że wszystko wskazuje na samobójstwo - kompozytor bywał ponoć ostatnimi czasy poważnie przygnębiony kłopotami z finansami i ze znalezieniem angażu. Morderca nie miałby jak wyślizgnąć się z miejsca zbrodni niezauważony przez obecnych. Rana była zadana z bliska (i osmalona), zaś pistolet, upuszczony przez Jarnagina, albo upadł na fotel i wraz z nim został przesunięty w ogólnym zamieszaniu, albo podniesiony przez kogoś bezwiednie i odłożony na bok. Jak pisze Berkeley Daily Gazette, Pani Franklin, wdowa, gwiazda komedii muzycznej, nie była przekonana, czy jej mąż faktycznie popełnił samobójstwo [...] Aktorka, dawszy wyraz swej niepewności w wybuchu histerii [...] omdlała na pulpit dla świadków.

Ostatecznie sąd uznał śmierć Jarnagina za samobójstwo - i być może tak w istocie było. A może po prostu zabrakło na miejscu panny Marple lub Herculesa Poirot?


PS: Jarnagin był drugim mężem pani Franklin - pierwszy, Burton Green, również kompozytor, przeżył załamanie nerwowe na froncie I wojny światowej, gdzie występował z żoną ku pokrzepieniu serc jankeskich chłopców; zmarł po kilkutygodniowej chorobie w roku 1922. Jarnagin, jak wiemy, postradał życie w 1934. Sama pani Franklin, która przed Wielkim Kryzysem obwieściła prasie, że planuje założenie domu dla emerytowanych aktorek (na co wkrótce nie miała odpowiednich środków), sama zmarła w analogicznej instytucji w roku 1941. Miała 65 lat. Przyznawała się do 57. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nałogowa narzeczonobójczyni czyli straszne skutki czytelnictwa

Wszyscy - w tym ja - biadają nad upadkiem czytelnictwa, tymczasem znad Sekwany płyną wieści zatrważające: czytelnictwo prowadzi w prostej linii do morderstwa. Poczytajcie o Rachel Mery, ofierze "okropnych książek francuskiej ulicy" i projekcji filmowych. Trup się ściele gęsto.



Krótka notka w gazecie "The Argus", wychodzącej w Melbourne, rzuca nieco inne światło na dramat Rachel. Heurteur, zastrzelony narzeczony - skądinąd całkiem nieźle zapowiadający się dyrygent, zachowało się kilka operowych nagrań pod jego batutą - według australijskich dziennikarzy miał dość czytelniczki-gruźliczki i planował się z nią rozstać. Zważywszy na rozwój wydarzeń, można tylko mu przyklasnąć, ale nie był wystarczająco zdecydowany. Niestety, źródła milczą, jakie lektury spowodowały jego opieszałość. Jako że "Zeszłego roku w Marienbadzie" nie weszło wówczas jeszcze na ekrany kin, podejrzenia nasze kierują się na lekturę Prousta.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

środa, 3 kwietnia 2013

Jak żyć w kryzysie, czyli redukcja denata

Wielki Kryzys przetoczył się - jak i dziś - przez wszystkie warstwy społeczeństwa i sprawił, że wiele słabszych jednostek po prostu nie radziło sobie w nowej, trudniejszej rzeczywistości. Samobójstwa były na porządku dziennym - i nie chodzi tylko o spektakularne skoki bankierów i bankrutów z nowojorskich wieżowców, ale i o drobnych ciułaczy, o przeciętniaków. Historia urzędnika Szablińskiego jest wzorcowym wręcz przykładem takiego powolnego osuwania się w depresję.


Nawiasem mówiąc, z interesującego artykułu w New York Magazine dowiadujemy się, że słynne masowe samobójstwa bankierów należą raczej do legendy. Sądząc po doniesieniach prasowych i raporcie ówczesnego naczelnego lekarza miasta Nowy Jork, w bezpośrednim następstwie Czarnego Czwartku 1929 popełniono tyleż samo samobójstw, co w analogicznym okresie w 1928 roku, i tylko cztery z nich były skokami z wieżowców. A ryzyko samobójstwa nie jest wcale w zawodzie bankiera wyższe niż w innych zawodach. Natomiast w szerszej perspektywie statystyki samobójstw, i owszem, odzwierciedlają przemiany ekonomiczne - i tak szczyt osiągnęły w roku 1932, gdy Wielki Kryzys dał się we znaki nie tylko najzamożniejszym, którzy inwestowali na giełdach, ale szerokim masom. Ta epidemia trafiła z kryzysem i do Polski. 




Samobójstwo urzędnika Szablińskiego jest, w jakimś sensie, typowe. Najwięcej bowiem ucierpiały na kryzysie klasy pośrednie. Najzamożniejsi mieli się z czego wyprzedawać, a ci, którzy stracili na inwestycjach, często byli świadomi ryzyka i zabezpieczyli się dodatkowo. Najbiedniejsi: żebracy, prostytutki, bezdomni byli przyzwyczajeni do życia w nędzy, nie mieli też wielkich oczekiwań, nie byli przyzwyczajeni do wygody - ich sytuacja nie uległa dramatycznej zmianie. W depresję popadali zatem na ogół ci, którzy zostali gwałtownie zdeklasowani: od robotników i rzemieślników, przez drobnych mieszczan, po inteligencję pracującą i drobnych przedsiębiorców. W tekście o Perlmutterównie pisałem o nowych żebrakach: jeden z bohaterów był z zawodu tapicerem, drugi cukiernikiem. Mieli w ręku fach, wykształcenie, ale nie mieli gdzie pracować ani gdzie się podziać. Rentierzy, którzy żyli z odłożonego kapitału, zostali nagle bez grosza przy duszy, a klasa średnia, która czyniła swoje skromne inwestycje w życie codzienne, okazała się niewypłacalna. Do tej klasy należał też Michał Szabliński, który pędził zwyczajne życie pracownika Izby Skarbowej, miał żonę, córeczkę i świeżo wybudowaną na Jerozolimce (podwileńska wieś z kalwarią i sanktuarium). Słowem: zapobiegliwy leming z kredytem mieszkaniowym, który żyje skromnie na posadce, ale pozwala mu się to po pięćdziesiątce wybić na "obywatela" czyli właściciela nieruchomości. 

Spłacanie cudzego, podżyrowanego kredytu, własne problemy finansowe, wreszcie afera z panem P. Tego było, po prostu, zbyt wiele jak na jednego urzędnika. Popełnił zatem samobójstwo (z podwójnym zabójstwem - mniej w tym jednak Sardanapala, więcej człowieka, który sobie nie radzi z odpowiedzialnością), bo poniósł całkowitą życiową klęskę, od której nie było odwrotu. 

Nie ukrywam, że Szabliński mnie wzrusza. W tym, jak porządkuje papiery, jak zostawia po sobie porządek, jest jakaś rozpaczliwa wielkość. W tej drobiazgowości księgowego - rozmach tragedii większej niż cała wileńska Izba Skarbowa.


Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

wtorek, 8 stycznia 2013

Król Albanii i kula, od której zginęła łotewska baronowa

Często źródła spoza "Tajnego" pozwalają mi coś dopowiedzieć: te same sądowe sprawy, te same morderstwa były relacjonowane w prasie polskiej i zagranicznej, można dotrzeć do archiwów i przyszpilić konkretny fakt. Tym razem pozostaję zupełnie bezradny. Opowieść o rosyjskiej arystokratce, kochance Kiereńskiego, Dybienki, Lenina, wreszcie samozwańczego króla Albanii, Zogu I, która popełniła samobójstwo lub została zamordowana przez czekistów, wydaje się, delikatnie mówiąc, przesadna. Niestety, nigdzie nie mogłem znaleźć wiadomości, które pozwoliłyby ją potwierdzić lub obalić. Ale czyta się świetnie.







Wszystko tu jest, oczywiście, grubymi nićmi szyte - nieopanowany apetyt seksualny, samobójstwo ojca, katalog kochanków - choć, kto wie, może nie zostało zmyślone całkowicie. O Dorothei Kloppman - de Rop powstała nawet książka. Niestety, po grecku. Z tego, co piąte przez dziesiąte zrozumiałem, jest to thriller oparty na prawdziwych wydarzeniach, a Dorothea de Ropp, jakkolwiek z pochodzenia Rosjanka, była baronową łotewską. Faktycznie, istnieje rodzina Niemców Bałtyckich tego nazwiska. Sylvester Wilhelm Gotthard von der Ropp (ur. 1877), syn Kozaczki z Krymu i barona o korzeniach krzyżackich, w 1910 roku przeniósł się do Anglii, w czasie I wojny światowej był brytyjskim lotnikiem, a później - brytyjskim szpiegiem. Zamieszkał w Berlinie, osobiście poznał się z Hitlerem i został jego prywatnym doradcą w kwestiach angielskich (równocześnie wyciągając sekrety Luftwaffe). Dorothea nie mogła być żoną tego akurat de Roppa (miał dwie żony, noszące zgoła inne imiona i nazwiska panieńskie), ale może tu był jakiś łącznik szpiegowski? Trudno orzec. Tak czy owak, nawet jeśli większość tej historii to zmyślenie, musiała być jakaś wersja pierwotna, z której korzystał i autor tekstu w "Tajnym", i greckiej powieści. O co mogło w tym chodzić?

Historia Dorothei de Ropp mogła powstać na zamówienie polityczne żeby kogoś skompromitować. Nie chce mi się bowiem wierzyć, żeby albański ambasador w Atenach  położył łapę na prywatnym pamiętniczku królewskiej kochanki, po czym lekką rączką przekazywał te sekrety prasie międzynarodowej.

Król Albanii, Ahmed Zogu, władzę zdobył w sposób nie do końca legalny. Albania, poza krótkim okresem (1443-79) państwowości, wywalczonej przez narodowego bohatera, Skanderberga, była na ogół pod czyimś panowaniem. Kiedy wyłoniła się nagle z odmętów historii po I wojnie bałkańskiej (1912), przydzielono jej, jak to zwykle bywało na Bałkanach w owym czasie, niemieckie książątko, niejakiego Wilhelma zu Wied, siostrzeńca królowej Rumunii. Zu Wied się nie sprawdził i po pół roku został obalony, państwo przez całą I wojnę światową było okupowane, by wreszcie stać się niepodległą republiką. Tekę premiera otrzymał Ahmed Zogu, pnący się po szczeblach kariery polityk, zaręczony z córką największego posiadacza ziemskiego w Albanii (a zarazem lidera Partii Postępu). Jednak, zamieszany w skandal finansowy i w dodatku raniony w zamachu, ustąpił stanowiska niedoszłemu teściowi, którego po paru miesiącach obalił biskup, Fan Noli. Zogu wrócił do gry i po pół roku, dzięki wsparciu generała Wrangla, obalił biskupa. Tym razem postanowił umocnić władzę i wymusił na parlamencie zmianę ustroju: został najpierw prezydentem, a potem królem Albanii, Zogu I. Zaraz potem zerwał zaręczyny, robiąc sobie z niedoszłego teścia śmiertelnego wroga - i to śmiertelnego w sensie dosłownym, bowiem zgodnie z albańskimi zasadami Shevket Verlaci za taką zniewagę miał go prawo zabić.

Jako król Zogu z jednej strony unowocześniał państwo, z drugiej - powiązał je gospodarczo z Włochami Mussoliniego, na których również wzorował ustrój swojej monarchii. Choć sam był mahometaninem, składał przysięgę na Biblię i Koran, w miejsce praw islamskich wprowadził kodeks wzorowany na szwajcarskim, a także otworzył granice dla żydowskich uchodźców z nazistowskich Niemiec. Ślub wziął dopiero w roku 1938, i to z katoliczką (Geraldine Apponyi, hrabianką o korzeniach węgiersko-amerykańskich). Niecały rok później Włochy zajęły Albanię (urząd premiera objął ponownie Verlaci), a młoda para musiała uciekać, co było tym trudniejsze, że królowa dwa dni wcześniej powiła następcę, Lekę I. Kiedy włoski minister spraw zagranicznych, hrabia Ciano (nota bene honorowy obywatel Tirany) wkroczył do komnat królowej i znalazł stos pokrwawionej w trakcie porodu pościeli, miał krzyknąć "Szczenię uciekło". Ahmed, Geraldine i Leka spędzili wojnę w Londynie, potem mieszkali w Egipcie, wreszcie we Francji. 

Od początku władza Zogu budziła spore opory (nawet jeśli podawał się za dziedzica Skanderberga, bezpośredniego potomka jego siostry) - na króla odnotowano aż 55 zamachów, on z kolei prześladowaał przedstawicieli opozycji, posuwając się nawet do tego, że albańscy agenci zabijali dysydentów na emigracji. Jego zażartym wrogiem pozostawał Verlaci, który miał przecież wszelkie środki by opłacać skrytobójców (do tego stopnia, że król, obawiając się otrucia, uczynił swoją matkę przełożoną pałacowych kuchni). Nietrudno sobie wyobrazić, że w tej walce ogromną rolę musiała odgrywać propaganda. Żeby wiedzieć, komu służył pamiętniczek Dorothei (czy chodziło o skompromitowanie Zogu I? czy o zrzucenie odium morderstwa z agentów albańskich na czekistów?), trzeba by znać dokładnie ówczesną politykę albańską. Żeby zaś wiedzieć na pewno, gdzie tu zmyślenia, a gdzie prawda, trzeba by chyba otrzymać moce Ducha Świętego.


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934