Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/36. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1934/36. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2013

Trup pośród hollywoodzkich sław

Jest wszystko, czego trzeba w kryminale w stylu Agathy Christie: luksusowa posiadłość, wspaniałe przyjęcie, towarzystwo z wyższych sfer, nagły strzał, ciało - i, oczywiście, podejrzenia. Kto zabił autora musicalowych piosenek? I czemu?


Jerry Jarnagin - bo tak naprawdę brzmiało jego nazwisko, przekręcone przez redaktorów "Tajnego Detektywa" - rezydował z żoną w Toluca Lake. W tej okolicy mieszkało wówczas - i mieszka po dziś dzień - sporo rozmaitych sław; wówczas: Amelia Earhart z mężem, magnatem wydawniczym, Putnamem, a później, między innymi, Bing Crosby, Bob Hope, Doris Day, Frank Sinatra, Goldie Hawn, Denzel Washington, Andy Garcia, Zac Efron, Kirsten Dunst, Miley Cyrus, Jonas Brothers... W czasach Earhart (która osiedliła się w Toluca Lake z uwagi na bliskość fabryki samolotów firmy Lockheed w pobliskim Burbank) można się tam było "zaszyć" z dala od szumu wielkich studiów filmowych (choć Universal Studios były o rzut beretem), dziś celebrytów przyciąga głównie figurujące w nazwie miejscowości jezioro: ogrodzone, prywatne, w całości należące do mieszkańców otaczających je willi.

Przyjęcie mogło być zatem po hollywoodzku huczne - ale nie było; w istocie gości było tylko troje: wspomniana w artykule siostrzenica (nie kuzynka) pani Franklin z narzeczonym (nie mężem), i przyjaciółka małżonków, pani Klein. Pistolet faktycznie leżał na oddalonym od ciała fotelu - początkowo więc sądzono, że doszło do morderstwa. Podejrzenia padły na byłego służącego ("zabił lokaj!"): Lawrence'a Thomasa, który miał być wkrótce przesłuchiwany w sprawie napaści na chlebodawczynię. Otóż pomiędzy Thomasem a Jarnaginem wywiązała się gwałtowna kłótnia, a kiedy pani Franklin usiłowała zainterweniować, została pobita przez służącego kolejno dzbanem na wino, nogą od stołu i telefonem (sic!). Thomas miał jednak niepodważalne alibi: był z matką w odległym o pięćdziesiąt kilometrów mieście Pomona.

Bliższe badania wykazały, że wszystko wskazuje na samobójstwo - kompozytor bywał ponoć ostatnimi czasy poważnie przygnębiony kłopotami z finansami i ze znalezieniem angażu. Morderca nie miałby jak wyślizgnąć się z miejsca zbrodni niezauważony przez obecnych. Rana była zadana z bliska (i osmalona), zaś pistolet, upuszczony przez Jarnagina, albo upadł na fotel i wraz z nim został przesunięty w ogólnym zamieszaniu, albo podniesiony przez kogoś bezwiednie i odłożony na bok. Jak pisze Berkeley Daily Gazette, Pani Franklin, wdowa, gwiazda komedii muzycznej, nie była przekonana, czy jej mąż faktycznie popełnił samobójstwo [...] Aktorka, dawszy wyraz swej niepewności w wybuchu histerii [...] omdlała na pulpit dla świadków.

Ostatecznie sąd uznał śmierć Jarnagina za samobójstwo - i być może tak w istocie było. A może po prostu zabrakło na miejscu panny Marple lub Herculesa Poirot?


PS: Jarnagin był drugim mężem pani Franklin - pierwszy, Burton Green, również kompozytor, przeżył załamanie nerwowe na froncie I wojny światowej, gdzie występował z żoną ku pokrzepieniu serc jankeskich chłopców; zmarł po kilkutygodniowej chorobie w roku 1922. Jarnagin, jak wiemy, postradał życie w 1934. Sama pani Franklin, która przed Wielkim Kryzysem obwieściła prasie, że planuje założenie domu dla emerytowanych aktorek (na co wkrótce nie miała odpowiednich środków), sama zmarła w analogicznej instytucji w roku 1941. Miała 65 lat. Przyznawała się do 57. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

poniedziałek, 25 lutego 2013

Wilczy kapitalizm w działaniu - czyli dziecko i zwłoki matki

W dziale "Z 4-ech stron świata" tym razem dwie opowieści o strasznych kapitalistach. Jedna jest anegdotką obyczajowo-psychologiczną bez większej głębi. Drugą natomiast warto przypomnieć tym wszystkim, którzy tęsknią do wolnego rynku w stanie czystym i żachają się na określenie "wilczy kapitalizm".


"Manekin", jak widać, przed wojną miał znaczenie szersze i oznaczał również modelkę, pokazującą klientkom na żywo stroje w wielkich domach mody - dziś jest to zwyczaj chyba całkowicie zapomniany. Typy takie jak Pierre Vailier znamy osobiście i zapewniamy, że podobne potrzeby emocjonalne absolutnie nie muszą łączyć się z bogactwem ani zawodem bankiera. Zdecydowanie poważniejszy i bardziej dramatyczny jest drugi wycinek:


Chicago w latach 30-tych przeżywało, jak całe Stany, Wielki Kryzys - ale w mieście całkowicie opartym na wielkim przetwórstwie kryzys był wyjątkowo dotkliwy. Tylko połowa mieszkańców Chicago, którzy pracowali w fabrykach w roku 1927 pracowała w nich nadal sześć lat później - na pierwszy ogień poszli oczywiście czarni, Latynosi, głównie Meksykanie, oraz imigranci z Europy Wschodniej (tak pięknie opisywani wówczas w wierszach Sandburga); ale w gruncie rzeczy nikt nie mógł być pewien wypłaty; miasto zalegało na przykład z pensjami nauczycieli po osiem miesięcy z okładem. Na kryzys nałożyły się bowiem kłopoty podatkowe: otóż jeszcze w 1928 roku kilku potentatów z branży nieruchomości upomniało się, by wprowadzić w życie martwy przepis sprzed pół wieku, z konstytucji Illinois, która kazała równomiernie opodatkować wszystkie posiadane dobra: meble, samochody, papiery wartościowe. Argumentowali, że właściciele nieruchomości ponoszą zbyt duże nakłady finansowe i w związku z tym odmówili płacenia podatków. Walka toczyła się przez parę lat, Stowarzyszenie Płatników Podatku od Nieruchomości (ARET) zgromadziło trzydzieści tysięcy członków, miało ogromny budżet i własną audycję radiową - dopiero decyzja Sądu Najwyższego, który odmówił zajęcia się sprawą, sprawiła, że ruch stracił na sile. Znaczenie miała również postawa nowego burmistrza: pochodzącego z Czech demokraty, Antona Cermaka*, który zdobył mandat, walcząc z rasowymi uprzedzeniami i porywając za sobą wyborców z różnych pogardzanych grup etnicznych (metody jego przeciwnika, który układał o Cermaku rasistowskie wierszyki, okazały się mniej efektywne: w rezultacie okazał się ostatnim jak dotąd republikańskim burmistrzem tego miasta). Tak czy owak, miasto Chicago niemal ogłosiło upadłość finansową i nie dysponowało funduszami na jakąkolwiek opiekę społeczną czy łagodzenie kosztów kryzysu, zaś prywatne i religijne organizacje charytatywne same były w większości na krawędzi bankructwa. 

W tej sytuacji dochodziło często do dramatycznych wydarzeń, choćby takich, jak to opisywane w "Tajnym Detektywie". Ciekawe, że szpital próbował zatrzymać za długi nie tylko zwłoki matki, ale i zupełnie żywe dziecko - o ile pierwszy problem został rozstrzygnięty prawnie, o tyle o drugim ani słowa. Cóż, zważywszy, że ostatni stan oficjalnie zdelegalizował niewolnictwo dopiero parę dni temu  można się zastanawiać, co stało się z dzieckiem... A mówiąc poważnie, niewolnictwo było w Illinois nielegalne od roku 1818, natomiast różne formy zniewolenia człowieka przez człowieka były tam, oczywiście, praktykowane, o czym wiele można poczytać w "Wierszach Chicagowskich" Sandburga.

I na koniec jeszcze z tej samej rubryczki salto mortale, które mortale na szczęście się nie okazało. Przynajmniej dla kaprala, bo nie wiem, jaka wtedy była kara za dezercję w brytyjskiej armii...




*Cermak zginął w Miami w zamachu na prezydenta-elekta Franklina Delano Roosevelta; niektórzy twierdzą, że to on był prawdziwym celem (a zleceniodawcą był chicagowski syndykat mafijny), wydaje się jednak, że w takim razie wybrano by jakąś mniej strzeżoną okazję. Jak na ironię, strzelcem był Giuseppe Zangara, ubogi kalabryjski imigrant, murarz, który strzelał "do wszystkich królów, prezydentów i kapitalistów"; biedny Zangara, który miał ledwie metr pięćdziesiąt wzrostu i w dodatku cierpiał na chroniczny ból brzucha, stał w gęstym tłumie na chybocącym się, rozkładanym metalowym krzesełku, wiele więc wskazuje na to, że Cermak był jednak przypadkową ofiarą. Ostatnie słowa Zangary, który zginął na krześle elektrycznym, brzmiały: "Naciśnij guzik. Naciśnijże ten guzik!".



Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 


środa, 6 lutego 2013

Złe skutki czytania, czyli jak zostać mordercą

Są morderstwa, w których złoczyńca sam przyznaje się do winy, są takie, gdzie o winie decyduje sąd - czy to w procesie dowodowym, czy w procesie poszlakowym. Jeśli jednak poszlak jest niewiele, a wyrok wydaje nie sędzia, a vox populi, "dowodem" może być cokolwiek, choćby czytanie książek. Tak było w przypadku ślusarza Kubińca z Szarowa pod Niepołomicami.




Kiedy pod koniec IV wieku Augustyn z Hippony zobaczył Ambrożego, biskupa Mediolanu, przy pracy, doznał szoku: Ambroży czytał po cichu. Nie otwierał ust, nie odczytywał słów na głos, po prostu przesuwał wzrokiem po tekście. Obaj ci wybitni ludzie, wkrótce zresztą obaj kanonizowani, należeli do ówczesnych elit intelektualnych - a jednak Ambroży wywarł swoim cichym czytaniem takie wrażenie na Augustynie, że ten zapisał ową "osobliwość" w swoich Wyznaniach. To, co zaskakiwało w Mediolanie w IV wieku, na polskiej wsi, jak widać, nie straciło swojej mocy jeszcze w czasach przedwojennych. Cóż, w 1931 roku w Polsce było 23% analfabetów (odsetek ten malał w międzywojniu - od 36% w 1919 do ok. 20% w 1938 roku), znacznie oczywiście więcej we wsi niż w mieście. Stanisław Kubiniec na warunki szarowskie był dziwakiem. I to wystarczyło, by w pierwszym odruchu miejscowych przypisać mu winę.

Kto naprawdę stał za morderstwem Kubińcowej i małego Józia? W wydanej niedawno przez PWN zajmującej książce Życie przestępcze w przedwojennej Polsce Monika Piątkowska (posiłkując się zresztą obficie "Tajnym Detektywem") pokazuje, że napady były wówczas na wsi na porządku dziennym. Chłopi, którzy wyemigrowali za ocean, za jedną z największych różnic między starym a nowym krajem widzieli właśnie w poziomie przestępczości: kto kładł się spać w chacie na Pokuciu czy w Małopolsce, musiał brać pod uwagę, że może się obudzić z obrzynem przystawionym do głowy. Lub nie obudzić się w ogóle. Poza grasującymi wszędzie bandami zbójców, o których pisałem już wielokrotnie, sporo było przestępców "z okazji" - okazja bowiem czyniła wówczas, jak się okazuje, nie tylko złodzieja, ale i mordercę. Wystarczyło, że jakiś włóczęga, a może i sąsiad z tego samego Szarowa, zorientował się, że w chacie została tylko kobieta i dziecko, chwycił za młotek i dokonał zbrodni, która przyniosła mu ledwie parę złotych (na to wskazywałby również fakt, że zbrodniarz zgoła nieprofesjonalnie przeszukał szuflady, zostawiając znacznie większą sumę).

Mało brakowało, a trzecią ofiarą przestępcy stałby się sam Kubiniec. Jednak lincze w ówczesnej Polsce należały do rzadkości; przy całej uldze, jaką emigranci odczuwali w Stanach, gdzie nie musieli kurczowo przyciskać toreb do ciała i dziwowali się, że towary stoją na ulicy w stosach, tak, że każdy mógłby je ukraść, a przecież nie kradnie - amerykańska prowincja jeszcze w latach 30-tych mogłaby Kubińca zlinczować. Co kraj, to obyczaj.


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

wtorek, 15 stycznia 2013

Po ile Szekspir, po ile - kochanek?

Tym razem w dziale "Kurioza kryminalne" dwie wzmianki znad Sekwany, które pozwalają zaobserwować, że siła nabywcza franka w sądach francuskich była nader różnorodna; jeśli wnioskować z tych dwóch notek, sprawy obyczajowe były znacznie tańsze niż polityczne.


Wzmianka o skazaniu Szekspira może się wydawać groteskowa, ale w rzeczywistości sprawy miały się nieco inaczej. W początkach roku 1934 socjalistyczny rząd francuski był bliski upadku, a Action Francaise, niesławny ruch nacjonalistyczny, nawoływał do obalenia "chorej, zepsutej demokracji" na drodze ulicznej rewolty. W ramach tej kampanii przekonał kierownictwo Commedie Francaise do wystawienia "Koriolana" w nowym przekładzie autorstwa szwajcarskiego tłumacza, René Louisa Pichauda - nie był to jednak przekład sensu stricto, ale luźna wersja, swobodnie przełożona z angielskiego oryginału i zaadaptowana do potrzeb francuskiej sceny - choć, jak zauważają autorzy "Encyklopedii Szekspirowskiej, chodziło raczej o adaptację do potrzeb francuskiej polityki, czy raczej, dodajmy, francuskiej polityki widzianej przez Action Francaise. Sztukę tak wyreżyserowano, a tekst tak przycięto, by zabrzmiały jak komentarz do bieżących wydarzeń, a tłum Rzymian, manipulowany przez polityków, sportretowano jako bestie z obrazów Breughela. Wprawdzie do tak upragnionej przez Action Francaise rewolucji nie doszło, ale widownia teatru stała się polem walki, gdzie zwolennicy i przeciwnicy rządu ścierali się w sposób brutalny i zgoła nieparlamentarny.  Przeciwna strona polityczna też zresztą zachowała się idiotycznie, premier bowiem wylał dyrektora teatru i zastąpił go na stanowisku szefem policji, co budzi - słusznie - jak najgorsze skojarzenia. Tak czy owak, ukarano nie Szekspira, a Comedie Francaise, i to nie za tekst "Koriolana", a za jego politycznie zaangażowaną przeróbkę, której wystawienie miało prowadzić do obalenia legalnego rządu. Dziś, po tylu latach istnienia i sukcesów (zmiennych, dodajmy) teatru zaangażowanego politycznie, sporo się zmieniło i standardy polityczno-artystyczne z pewnością dozwalają na daleko idące manipulacje tekstami klasyków - taki wyrok więc dziwi, nawet jeśli żywimy zrozumiałą niechęć do ludzi, którzy chcieli w międzywojennej Francji wprowadzić dyktaturę.

A co z panią B.? Niedawno w "Wysokich obcasach" ukazał się tekst o parach, w których partnerów dzieli duża różnica wieku i o tym, jak są społecznie stygmatyzowane. Cóż, jak się zdaje, w tym przypadku mąż starszy o 36 lat był stygmatyzowany głównie przez własną żonę. Ciekawe, czy kara (nawet w tak niskim wymiarze) skłoniła ją do porzucenia amanta?

Za: "Tajny Detektyw" nr 36 rok 4, 2 IX 1934 





sobota, 12 stycznia 2013

Pismo Napoleona i miotełka z piór czyli spalone biblioteki ordynackie

Dziś, kiedy sporo mówi się o niszczejącym budynku Biblioteki Ordynacji Krasińskich, który w wyniku wieloletnich sporów prawnych coraz bardziej popada w ruinę, warto przypomnieć, że w międzywojennej Warszawie były aż trzy znakomite biblioteki ordynackie, udostępniane społeczeństwu przez arystokratyczne rody: Zamojskich, Przezdzieckich i Krasińskich. W 1934 roku szajka złodziejska wykradła z jednej z nich nader cenne zabytki.



Gmach Biblioteki na Okólniku - po wojnie zabrany prawowitym właścicielom i odbudowany ze zniszczeń, mieścił drukarnię, a od dwóch dekad stoi pusty. Należy oficjalnie do miasta, potomkowie fundatora usiłują go odzyskać, a tymczasem, gzyms po gzymsie, rzeźba po rzeźbie, piękna stuletnia budowla (1912-14, proj. Julian Nagórski) niszczeje; w maju "zesquatowali" ją studenci pobliskiej Akademii Muzycznej: urządzali w środku próby i koncerty, twierdząc, że w ten właśnie sposób wypełniają wolę fundatora, Edwarda Krasińskiego, który stworzył to miejsce by służyło społeczeństwu.

Jak widać, nie była to pierwsza próba wtargnięcia do tej budowli - choć opisana w "Tajnym" miała zdecydowanie inne, nieszlachetne powody. Nie wiemy, niestety, jakie konkretnie obrazy wyniesiono wówczas z Biblioteki oraz które z nich odzyskano, a które przepadły. Nie wiemy też, czego dotyczyło zaginione "pismo Napoleona" . Niewykluczone jednak, że dzięki złodziejom te akurat eksponaty przetrwały wojnę, bowiem losy trzech bibliotek należą do najczarniejszych kart polskiej historii zbiorów sztuki.  

Zbiory Ordynacji Krasińskich zostały założone (w dużej części zresztą jako zbrojownia), przez Wincentego, generała napoleońskiego (a potem wiernego poddanego kolejnych carów), ojca słynnego poety. Dzięki jego kontrowersyjnej postawie przetrwały kolejne powstania praktycznie bez uszczerbku. Przez wiele dziesięcioleci mieściły się w dzisiejszym Pałacu Czapskich (dziś gmach Akademii Sztuk Pięknych przy Krakowskim Przedmieściu), kiedy jednak po śmierci ostatniego ordynata z linii opinogórskiej przeszły do linii z Radziejowic (1909 r.), sam pałac trafił do rodziny Raczyńskich, którzy postanowili zbiory stamtąd usunąć. To właśnie wtedy Edward Krasiński wybudował dla nich wielką kamienicę naprzeciwko Zachęty (zwaną "Heurichowską" od nazwiska architekta), a kiedy zmienił zdanie - gmach na Okólniku (oskrzydlony dwoma, jakbyśmy dziś powiedzieli, luksusowymi apartamentowcami: pieniądze z wynajmu mieszkań pozwalały na utrzymanie biblioteki; mieszkał tam również jej właściciel i opiekun). Niestety, wybuch I wojny przerwał prace budowlane, militaria zamurowano w powstałych już piwnicach (co fatalnie się odbiło na ich stanie) i Bibliotekę w jej właściwej formie otwarto dopiero w roku 1928. Było tam: 77 000 dzieł w dwustu kilkudziesięciu tysiącach tomów, 700 dyplomów, 7 000, rękopisów, ok. 8 000 rycin i rysunków, wreszcie 2 500, map i atlasów. Z kolei muzeum ordynackie szczyciło się liczącą ok. 900 obiektów wyborną zbrojownią, zasobną w płótna obcych i polskich malarzy galerią ok. 350 dzieł, zbiorkiem kilku cennych rzeźb, wreszcie skarbcem bogatym w różnego rodzaju wyroby rzemiosła artystycznego.* Biblioteka Ordynacji Krasińskich jako jedyna z trzech ordynackich bibliotek poszczycić się mogła tak nowoczesnym,  powszechnie dostępnym i odseparowanym od prywatnej rezydencji budynkiem. 

Najstarsze i najcenniejsze chyba zbiory mieściła Biblioteka Ordynacji Zamojskiej, założona wraz z Akademią w XVI wieku przez Jana Zamoyskiego i przechowywana w Pałacu Błękitnym (do niedawna zajmowanym przez ZTM). Przed wojną obejmowała 70 000 dzieł (97 000 tomów), przeszło 2 000 rękopisów, 624 dyplomy pergaminowe, kilkanaście tysięcy autografów, kolekcję rycin, numizmatów oraz 315 map i atlasów i stale się rozrastała. Pod koniec lat 30-tych planowano dobudowanie do niej specjalnych pracowni naukowych i magazynów, do czego, z oczywistych przyczyn, nie doszło.

Wreszcie Biblioteka Przezdzieckich trafiła do Warszawy w poł. XIX wieku, a pod koniec tego stulecia wybudowano dla niej gmach - pałac na ul. Foksal (znacznie zniszczony w czasie wojny i odbudowany w zmienionej, socrealistycznej formie; obecnie zajmuje go Klub Dyplomatyczny MSZ), gdzie przechowywano cenny księgozbiór liczący 60 000 tomów i 500 rękopisów, bogate archiwum zawierające m.in. 800 dokumentów pergaminowych i papierowych, jak również zasobny zbiór kartograficzny złożony z 350 map, atlasów i planów. Sale biblioteczne były - inaczej niż w przypadku pozostałych omawianych kolekcji - połączone ściśle z prywatną rezydencją, ale zbiory udostępniano naukowcom. 

Te trzy instytucje przez okres zaborów często zastępowały brak państwowych instytucji muzealnych, dzięki ogromnym magnackim majątkom pozwoliły ocalić ogromną część naszego dziedzictwa (wszystkie trzy łączyły też zbiory biblioteczne ze zbiorami sztuki, umieszczonymi częściowo w salach pałacowych, rezydencjonalnych, a i samo ich umeblowanie i wyposażenie miało ogromną wartość artystyczną). Niestety, mimo tego - a właściwie przez to właśnie - stały się oczywistym celem III Rzeszy. Duże straty poniosły już we wrześniu 1939 roku, kiedy w wyniku starannie planowanych bombardowań spłonęła większość Biblioteki Przezdzieckich (resztki przyniesiono do kamienicy przy Szczyglej, gdzie nadal potajemnie udostępniano je naukowcom). W kilkakrotnie bombardowanym pałacu Zamoyskich  straty szacowano na ok. 50 tys. obiektów, czyli 1/3 zbioru - w czasie wojny doprowadzono je do stanu używalności i stworzono tam tajną placówkę naukową. Stosunkowo najlepiej - dzięki żelbetowym stropom - przeżyła wrzesień 1939 roku Biblioteka Krasińskich (spłonęło tylko kilka obrazów, zniszczeniu uległa też spora liczba drobnych obiektów w skarbcu). Niestety, Niemcy wkrótce zaczęli rabować najcenniejsze przedmioty i wywozić je do Berlina (nie obyło się także bez rozgrabiania całkowicie prywatnego), wiosną 1940 roku aresztowali Edwarda Krasińskiego i osadzili go w obozie w Dachau, gdzie zmarł po paru miesiącach, a instytucję podporządkowali Stadtsbibliothek Warschau: utworzono tam Oddział III, do którego zwieziono najcenniejsze obiekty z Biblioteki Narodowej i Uniwersyteckiej (żeby zwolnić dla nich miejsce, zbiory muzealne przerzucono do zamkniętego gmachu Muzeum Narodowego). W wyniku kolejnych przenosin i rabunków zbiory muzealne zostały rozproszone, natomiast gigantyczna biblioteka została już po upadku powstania w całości, planowo spalona przez niemieckie komando. Jeszcze w trakcie powstania Niemcy spalili też kamienicę na Szczyglej (ze zbiorów Przezdzieckich przetrwały jedynie szczątki, w tym rękopis "Grażyny") oraz Pałac Błękitny wraz z biblioteką Zamojską, z których ocalała jedynie niewielka grupa najcenniejszych rękopisów, pamiątek i druków, zawczasu zamurowana w podziemiach, m.in. biblioteka Zygmunta Augusta i rodzinne archiwa (był między nimi prezentowany niedawno przepiękny XV-wieczny atlas map Klaudiusza Ptolemeusza, wywieziony w trakcie "akcji pruszkowskiej"; to te zabytki po wojnie ostatni ordynat przekazał Bibliotece Narodowej).

Zbiory wszystkich trzech bibliotek ordynackich uległy straszliwym zniszczeniom, a ich ocalałe części są obecnie rozsiane po rozmaitych instytucjach w kraju i za granicą. Niekiedy pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie - zwłaszcza te, które zostały zrabowane na własną rękę przez niemieckich żołnierzy, ale nie tylko. Jak głosi śliczna anegdota, przez całe lata w magazynie Biblioteki Narodowej stała ocalona z Biblioteki Ordynacji Zamojskiej miotełka z piór - wprawdzie nigdy jej nie używano, bo są przecież specjalistyczne odkurzacze, ale też nikomu nie przyszło do głowy jej wyrzucić. I słusznie. Kiedyś bowiem ktoś uważnie spojrzał na archiwalną reprodukcję i krzyknął: "Ojej! Miotełka z piór to tak naprawdę pióropusz od szyszaka księcia Józefa Poniatowskiego!". Miejmy nadzieję, że kiedyś tak wypłynie również owo utracone "pismo Napoleona". 


*Ta i inne kursywy za Konrad Ajewski, O trzech bibliotekach ordynackich...
Za: "Tajny Detektyw" nr 36 rok 4, 2 IX 1934 


czwartek, 10 stycznia 2013

Ten czwarty Strauss, czyli mafijny hazard w Detroit

Różne różności pojawiały się w "Tajnym Detektywie", ale po raz pierwszy chyba spotkałem się z tekstem, który tak by afirmował życie. Korespondent pojechał do Detroit, taksówkami się powoził, w kości pograł, lunch darmowy opędzlował, a na koniec jeszcze zdążył na kabaretowe występy, po czym wszystko opisał i zainkasował honorarium. Ech, życie!


Pojawiający się w tekście burmistrz Bowles był rzeczywiście dość nieciekawą postacią i politykiem słynącym z nieskuteczności; większość życia upłynęła mu na wysuwaniu swej kandydatury na różne stanowiska, na których wyborcy z reguły go nie chcieli. Kandydował na burmistrza Detroit przy wsparciu Ku-Klux-Klanu w roku 1925, a także rok później; wreszcie wygrał w roku 1930, ogłosiwszy program bezwzględnej walki ze zbrodnią oraz mieniąc się gorliwym zwolennikiem prohibicji, co zjednało mu księży, pastorów i ich wiernych. Kiedy jednak szef policji pod naciskiem prasy przeprowadził kilka udanych akcji przeciwko miejscowej mafii (właśnie hazardowej!), Bowles go odwołał. Miał to sam przypłacić stanowiskiem: powszechne oburzenie doprowadziło do odwołania go po zaledwie sześciu miesiącach (a nie dwóch latach, jak twierdzi korespondent "Tajnego") sprawowania władzy. Po miesiącu starał się o reelekcję, ale jak na złość, w noc tuż po ogłoszeniu wyniku referendum, mafia zastrzeliła w kawiarni jednego z głównych autorów odwołania Bowlesa: Jerry'ego Buckleya, nieprzejednanego radiowego dziennikarza śledczego. Wprawdzie ludzie Bowlesa zrobili wszystko, żeby przedstawić samego Buckleya jako mafiosa, ich wysiłki poszły na marne: w pogrzebie Buckleya uczestniczyło 10 tys. ludzi, a Bowles kolejne wybory przegrał z kretesem. Kandydował jeszcze parę razy: do parlamentu stanowego, do Izby Reprezentatów i ponownie na stanowisko burmistrza. Bezskutecznie.

Jest jeszcze właściciel speluny, Strauss - jednak, jak dodaje korespondent, nie słynny kompozytor. Tylko nie który? Nie Johann Strauss ojciec, nie Johann Strauss syn, czy nie Richard Strauss? Dwaj pierwsi nie żyli wprawdzie, ale to raczej ich kojarzyłaby publika "Tajnego Detektywa". Czy kojarzyłaby Richarda? Trudno powiedzieć. Zawsze można jednak dodać, że kiedy orkiestra w "Wielkim Gatsbym" wykonuje jazzową wersję utworu "Historia świata" Vladimira Tostoffa, to Fitzgerald pił tu właśnie do Richarda Straussa i "Also sprach Zarathusta". Wszystko zatem możliwe. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

środa, 9 stycznia 2013

Chciwy i chciwsza, czyli "Dom zły" w 1934 roku

Współczesna emigracja zarobkowa to nic nowego. Przez ponad sto lat do polski płynęły strugą - raz szerszą, raz węższą - legendarne pieniądze ze Stanów, dolary w złocie i w banknotach, emigranci stawali się reemigrantami, przyjeżdżali w hamerykańskich ubraniach, z hamerykańskimi kuframi i hamerykańskim etosem pracy. To, co ze Stanów, było w wielu kawałkach Polski synonimem światowości i luksusu (na metce surduta, który odziedziczyłem po pradziadku widnieje: Krawiec amerykański A. Fiszbein, Łuków), a zatem i przedmiotem pożądania, pchającym nieraz - jak w tej opowieści - do zbrodni.



To nie jest zbrodnia wielka ani ważna. To jest zbrodnia, jakich wiele. Gospodarz, który lubił latem sypiać w stodole, bo chłodniej. Pazerny parobek, zdradliwa gosposia. Szafa, w której leży 40 złotych, drobny łup. Tylko nazwy i nazwiska brzmią dziś ciekawie: Szapućko, Żupla, Dudojć, Oszmiana, Borcie, Kliwica. Kawałek innej Polski, Litwy właściwie, która, zarazem, była taką samą Polską, ba, takim samym światem, gdzie chciwy morduje pracowitego siekierą, a chciwsza wydaje mordercę policji.

Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

wtorek, 8 stycznia 2013

Król Albanii i kula, od której zginęła łotewska baronowa

Często źródła spoza "Tajnego" pozwalają mi coś dopowiedzieć: te same sądowe sprawy, te same morderstwa były relacjonowane w prasie polskiej i zagranicznej, można dotrzeć do archiwów i przyszpilić konkretny fakt. Tym razem pozostaję zupełnie bezradny. Opowieść o rosyjskiej arystokratce, kochance Kiereńskiego, Dybienki, Lenina, wreszcie samozwańczego króla Albanii, Zogu I, która popełniła samobójstwo lub została zamordowana przez czekistów, wydaje się, delikatnie mówiąc, przesadna. Niestety, nigdzie nie mogłem znaleźć wiadomości, które pozwoliłyby ją potwierdzić lub obalić. Ale czyta się świetnie.







Wszystko tu jest, oczywiście, grubymi nićmi szyte - nieopanowany apetyt seksualny, samobójstwo ojca, katalog kochanków - choć, kto wie, może nie zostało zmyślone całkowicie. O Dorothei Kloppman - de Rop powstała nawet książka. Niestety, po grecku. Z tego, co piąte przez dziesiąte zrozumiałem, jest to thriller oparty na prawdziwych wydarzeniach, a Dorothea de Ropp, jakkolwiek z pochodzenia Rosjanka, była baronową łotewską. Faktycznie, istnieje rodzina Niemców Bałtyckich tego nazwiska. Sylvester Wilhelm Gotthard von der Ropp (ur. 1877), syn Kozaczki z Krymu i barona o korzeniach krzyżackich, w 1910 roku przeniósł się do Anglii, w czasie I wojny światowej był brytyjskim lotnikiem, a później - brytyjskim szpiegiem. Zamieszkał w Berlinie, osobiście poznał się z Hitlerem i został jego prywatnym doradcą w kwestiach angielskich (równocześnie wyciągając sekrety Luftwaffe). Dorothea nie mogła być żoną tego akurat de Roppa (miał dwie żony, noszące zgoła inne imiona i nazwiska panieńskie), ale może tu był jakiś łącznik szpiegowski? Trudno orzec. Tak czy owak, nawet jeśli większość tej historii to zmyślenie, musiała być jakaś wersja pierwotna, z której korzystał i autor tekstu w "Tajnym", i greckiej powieści. O co mogło w tym chodzić?

Historia Dorothei de Ropp mogła powstać na zamówienie polityczne żeby kogoś skompromitować. Nie chce mi się bowiem wierzyć, żeby albański ambasador w Atenach  położył łapę na prywatnym pamiętniczku królewskiej kochanki, po czym lekką rączką przekazywał te sekrety prasie międzynarodowej.

Król Albanii, Ahmed Zogu, władzę zdobył w sposób nie do końca legalny. Albania, poza krótkim okresem (1443-79) państwowości, wywalczonej przez narodowego bohatera, Skanderberga, była na ogół pod czyimś panowaniem. Kiedy wyłoniła się nagle z odmętów historii po I wojnie bałkańskiej (1912), przydzielono jej, jak to zwykle bywało na Bałkanach w owym czasie, niemieckie książątko, niejakiego Wilhelma zu Wied, siostrzeńca królowej Rumunii. Zu Wied się nie sprawdził i po pół roku został obalony, państwo przez całą I wojnę światową było okupowane, by wreszcie stać się niepodległą republiką. Tekę premiera otrzymał Ahmed Zogu, pnący się po szczeblach kariery polityk, zaręczony z córką największego posiadacza ziemskiego w Albanii (a zarazem lidera Partii Postępu). Jednak, zamieszany w skandal finansowy i w dodatku raniony w zamachu, ustąpił stanowiska niedoszłemu teściowi, którego po paru miesiącach obalił biskup, Fan Noli. Zogu wrócił do gry i po pół roku, dzięki wsparciu generała Wrangla, obalił biskupa. Tym razem postanowił umocnić władzę i wymusił na parlamencie zmianę ustroju: został najpierw prezydentem, a potem królem Albanii, Zogu I. Zaraz potem zerwał zaręczyny, robiąc sobie z niedoszłego teścia śmiertelnego wroga - i to śmiertelnego w sensie dosłownym, bowiem zgodnie z albańskimi zasadami Shevket Verlaci za taką zniewagę miał go prawo zabić.

Jako król Zogu z jednej strony unowocześniał państwo, z drugiej - powiązał je gospodarczo z Włochami Mussoliniego, na których również wzorował ustrój swojej monarchii. Choć sam był mahometaninem, składał przysięgę na Biblię i Koran, w miejsce praw islamskich wprowadził kodeks wzorowany na szwajcarskim, a także otworzył granice dla żydowskich uchodźców z nazistowskich Niemiec. Ślub wziął dopiero w roku 1938, i to z katoliczką (Geraldine Apponyi, hrabianką o korzeniach węgiersko-amerykańskich). Niecały rok później Włochy zajęły Albanię (urząd premiera objął ponownie Verlaci), a młoda para musiała uciekać, co było tym trudniejsze, że królowa dwa dni wcześniej powiła następcę, Lekę I. Kiedy włoski minister spraw zagranicznych, hrabia Ciano (nota bene honorowy obywatel Tirany) wkroczył do komnat królowej i znalazł stos pokrwawionej w trakcie porodu pościeli, miał krzyknąć "Szczenię uciekło". Ahmed, Geraldine i Leka spędzili wojnę w Londynie, potem mieszkali w Egipcie, wreszcie we Francji. 

Od początku władza Zogu budziła spore opory (nawet jeśli podawał się za dziedzica Skanderberga, bezpośredniego potomka jego siostry) - na króla odnotowano aż 55 zamachów, on z kolei prześladowaał przedstawicieli opozycji, posuwając się nawet do tego, że albańscy agenci zabijali dysydentów na emigracji. Jego zażartym wrogiem pozostawał Verlaci, który miał przecież wszelkie środki by opłacać skrytobójców (do tego stopnia, że król, obawiając się otrucia, uczynił swoją matkę przełożoną pałacowych kuchni). Nietrudno sobie wyobrazić, że w tej walce ogromną rolę musiała odgrywać propaganda. Żeby wiedzieć, komu służył pamiętniczek Dorothei (czy chodziło o skompromitowanie Zogu I? czy o zrzucenie odium morderstwa z agentów albańskich na czekistów?), trzeba by znać dokładnie ówczesną politykę albańską. Żeby zaś wiedzieć na pewno, gdzie tu zmyślenia, a gdzie prawda, trzeba by chyba otrzymać moce Ducha Świętego.


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

niedziela, 23 września 2012

Przestroga Magdy Falus dla Michała Figurskiego

Wstrząsająca historia celebryty Figurskiego, który wraz z żoną Odetą nie może sobie pozwolić na cotygodniowe sushi, zatoczyła tak szerokie kręgi, że nie było chyba Polaka, który nie uroniłby łzy nad ich ciężkim losem. Znany literaturoznawca porównał nawet Figurskiego do Swanna, który z braku ostatniego franka w kieszeni nie może zaprosić swojej Odetty na cotygodniową wycieczkę do Luwru . Jedna jedyna pani Stanisława (74 l.), przyrządzając wczoraj tradycyjne, ludowe sushi na niedzielny obiad, zerknęła znad maty i ryżu na zdjęcie pary, wyświetlone na jej kuchennym laptopie, malowanym w kierpce, parzenice i kaszubskie pasiaki, po czym rzuciła : "Una odenta i un tyz odenty".

Aby ulżyć parze pariasów w ich codziennym bólu, "Tajny Detektyw" przywołuje dziś gwiazdę przeszłości, o której pamięta dziś tylu, ilu za osiemdziesiąt lat będzie pamiętać o Figurskich. Niechaj historia Magdy Falus stanowi ostrzeżenie dla tych, którzy z taką łatwością nabierają przekonania, że samochody, wycieczki i dobre jedzenie po prostu należą im się z uwagi na ich astralną wprost cudowność:





Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

piątek, 21 września 2012

Drobne ogłoszenia, drobne ogłoszenia... vol. II

I znów garść tego, co zazwyczaj w strukturze gazety upychane jest po marginesach, ignorowane, a po latach wydaje się nie mniej zajmujące, niż krwawe morderstwo: ogłoszenia, odpowiedzi redakcji, reklamy.

Najbardziej rozczula mnie - niestrudzonego poszukiwacza archiwalnych numerów "Tajnego" - to zapewnienie, że brakujące numery można sobie uzupełnić po 30 gr od sztuki. Ach!











 




Za: "Tajny Detektyw" nr 41 rok I, 25 X 1931, nr 4 i 10 rok II, 24 I i 6 III 1932, nr 47, rok III, 19 XI 1933, nr 33, 34, 36, rok IV, 12 VIII, 19 VIII i 2 IX 1934

poniedziałek, 10 września 2012

Mocne babki czyli tipsiary d'autrefois

Dziś stereotypowa dziewczyna gangstera to barbie: długonoga, spalona sztucznym lub prawdziwym słońcem tipsiara (inna sprawa, jak dziewczyny gangsterów wyglądają naprawdę), talia jak u osy, usta jak u Angeliny Jollie, biust jak u Pameli Anderson w latach świetności. Ale inaczej drzewiej bywało, oj, inaczej, zwłaszcza na Pokuciu, gdzie okoliczne wioski terroryzował ponury Hrim oraz jego sztab, uwidoczniony na zdjęciach:


Charakterne kobiety, co się zowią! Widać, że i kochać umiały mocno, i łeb siekierą urąbać nie tylko kurczęciu, ale i większemu zwierzowi.

Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 


czwartek, 6 września 2012

Czy wampir padł ofiarą niewinności?

Dziś, kiedy wpisze się w Google nazwisko Ensztajn, wyskakuje Albert Einstein. Nazwisko to samo (acz inaczej zapisane), ale biografia zgoła inna. W roku 1934 Einstein wykładał w Princeton i zastanawiał się, czy ubiegać się o amerykańskie obywatelstwo, natomiast Tadeusz Ensztajn trafił na łamy (a nawet - jak w przypadku "Tajnego Detektywa" - okładki) polskiej prasy jako "Wampir z Łowicza", który miał dopuścić się licznych gwałtów i morderstw na młodych kobietach i dziewczynkach (jego przezwisko to nawiązanie do celebryty zbrodni międzywojennej, Kuertena, nazywanego "Wampirem z Duesseldorfu", o którym dawno temu wspominałem tutaj).



Na zdjęciu wygląda Ensztajn nader niepozornie - i rzeczywiście, prasa miała wyraźnie problem z tym, że groźny potwór, wampir terroryzujący kawał Polski, nie tylko nie sprawia wrażenia groźnego monstrum, ale wręcz zdaje się "niemal dzieckiem" i w dodatku jest sierotą. Zadawano pytanie "w jaki sposób zdołał skutecznie atakować nieraz silne i DOBRZE ROZWINIĘTE DZIEWCZĘTA".

Wedle oficjalnej wersji matka Ensztajna "została zniewolona" przez pijanego rosyjskiego żołnierza (a nawet, wedle innych źródeł, żołnierzy) "na początku wojny". W społeczeństwie pamiętającym tamtą armię oraz jej następczynię, czyli armię bolszewicką z 1920 roku, musiało to być przyjmowane ze współczuciem i zrozumieniem; jednakże z metryki (oskarżony miał w 1934 roku 21 lat), a także wzmianek w innych gazetach, wynika, że gwałt ów wydarzył się w roku 1913, więc albo Ensztajnowa-matka została zgwałcona w czasach pokoju, albo ów gwałt został post factum przez nią zmyślony by ukryć "panieńskie dziecko" - lub zmyślony przez samego Ensztajna, tak, jak wielu włóczęgów zwykło zmyślać serceszczypatielne historie na swój temat (jakby całe życie spędzone na tułaczce nie było wystarczająco serceszczypatielne). Zresztą poczęcie było, jak się zdaje, osobliwą linią obrony: Ensztajn gwałcąc i zabijając dziewczynki, miał mścić się za krzywdę zgwałconej matki (za "Głosem Porannym" z 22 VII. 1934 - proszę łaskawie zignorować "Złośliwego" i arcyksięcia Habsburga, który zresztą ożenił się dopiero w 1951 roku, i to nie w Sztokholmie, a w Nancy, i nie ze Szwedką, a z niemiecką księżniczką Saxe-Meiningen):









Trudno dziś powiedzieć, czy Ensztajn rzeczywiście - piękna to fraza! - "padł ofiarą niewinności" i wmówiono mu przestępstwa, czy dokonywał ich z zimną krwią, czy też był chory psychicznie. A już z pewnością takich diagnoz nie powinien stawiać bloger na podstawie artykułów brukowej prasy. Jednak fascynująca jest sama postać Ensztajna - dziecko gwałtu, prawdziwego lub zmyślonego dla ukrycia nieślubnej miłości, chłopak z sierocińca, utrzymujący się z kradzieży i sprzedaży śpiewników kościelnych (pomysł dla Dyckiego!), który do sądu przychodzi w więziennym drelichu, bo swoich (nadających się do okazania w sali) ubrań nie ma. A mimo to broni się z zadziwiającą inteligencją, wprawiając świadków w zakłopotanie.

Równie fascynujące są owe dwie dziewczynki, które Ensztajn... no właśnie. Według jednej relacji  "zabrał na włóczęgę", gdzie o niego rywalizowały, według relacji innej - usiłował zgwałcić, a one tak się tym zawstydziły, że "nie wróciły do domu i poszły na służbę" (za "Expressem Ilustrowanym" z 23 lipca 1934 - proszę zignorować Marszałka, gen. Balbo i "Serce w udręce"):



O ile na zdjęciu w "Tajnym" Rozenówna wygląda jak dziecko, o tyle Pietrzakówna sprawia wrażenie kobiety nie tylko dorosłej, ale wręcz starej. Jak układały się niezdrowe relacje w tym dziwnym trójkącie? Czy Ensztajn był drobnym, nieudolnym gwałcicielem (który nawet kołek od brony zgubił), czy ofiarą zazdrosnych o siebie dziewczynek? Trudno powiedzieć. Co ciekawe, został skazany za morderstwo na Lisiewskiej, choć znalezione w jej dłoni włosy, wyrwane z głowy napastnika, nie pasowały do Ensztajna, a także za nieudolne napastowanie Okruchówny, której ostatecznie nic nie zrobił, oraz próbę gwałtu i pobicie Perzynówny, która - z racji poważnego urazu głowy - wydaje się niepewnym świadkiem. Jakie były jego dalsze losy? Czy wyszedł z więzienia w czasie wojny, po wojnie? Nie wiadomo. Zważywszy, że urodził się w roku 1913, teoretycznie mógłby jeszcze gdzieś żyć - zjawa z zupełnie innych czasów.


PS: Wiem, że sprawa poważna i dramatyczna, ale ujrzawszy na sąsiedniej stronie "Expressu" tę reklamę nie mogłem się powstrzymać; może to rzuca pewne światło na niejasny wiek Pietrzakówny:




Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934