Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żona. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2013

Virtuti Militari i szalone nożyczki vol. III Wyrok

W ostatnim dniu procesu Jezierskiego, 7 maja 1934 roku, prokurator i obrońca wygłosili mowy, które dziś mogą budzić nie tylko zadziwienie, ale i sporą wesołość.

Różycki ze swoim adwokatem, Gustawem Beylinem (z okazji procesu Jezierskiego).
Pierwszy głos zabrał prokurator, i była to mowa co się zowie, z której publiczność dowiedziała się wszystkiego, czego przy drzwiach zamkniętych nie usłyszała, w szczególności o niewystarczających możliwościach seksualnych Jezierskiego: 



Mnóstwo tu ciekawostek. Po pierwsze: że jeszcze w międzywojniu świat teatru był uznawany za hedonistyczny i niski moralnie, wywołujący "nerwowe podniecenie", skoro więc mężczyzna honorowy bierze sobie żonę z "półświatka", to sam sobie winien. Kwestia, czy "doszło do korony romansu" jest szczególnie zabawna: cześć kobiety najważniejsza, skoro więc kobieta mówi, że korony nie było, to nie było, koniec, kropka (a ma to znaczenie walne, bo od tego zależy, czy furia Jezierskiego była uzasadniona, a zatem i wysokość wyroku!). Po drugie: świadomość zmian społecznych, że oto kiedyś "ciało ustępowało przed duchem, a dziś ciało upomina się o swoje prawa" i mężczyzna ma, w jakimś sensie, moralny obowiązek zaspokajać żonę. Po trzecie: usprawiedliwienie Różyckiego, który mógł sobie koronę romansu wziąć, a nie wziął, co dobrze o nim świadczy. I last but not least, obrona kobiety przez przywołanie tekstów Otto Weiningera, nieszczęsnego rasisty, fantasty, Żyda-antysemity, histeryka ze skłonnością do teatralnych gestów (z samobójstwem w domu Beethovena na czele) i największego chyba mizogina w historii, który naukowo chciał udowodnić obiektywną niższość kobiety.

Potem przemawiał reprezentujący Różyckiego adwokat Beylin:


Beylin rozwijał tezę, że Różycki "mógł wziąć, a nie wziął", a winien wszystkiemu jest Jezierski, który nie traktował żony tak, jak powinien. Całą przewiną aktora był niewinny pocałunek w policzek w trakcie składania życzeń. Wreszcie przemówił i obrońca, który miał zgoła inne zdanie na temat tego, czy "doszło do korony romansu", ale skoro kobieta mówi, że nie doszło, to skupił się na budzącym oczywiste skojarzenia słowie "garsoniera":

 

Adwokat, oczywiście, łapie się czego może: oskarża Różyckiego, Jezierską, przywołuje to, że Jezierski "uciekł z majątku rodziców na Ukrainie" (sam Jezierski w końcowej mowie poprosi, żeby sumienie sądu było sumieniem Ojczyzny!), a w aktorze widzi nagle nie członka hedonistycznego półświatka, ale "artystę", który ma obowiązki moralne wobec społeczeństwa (bardzo zabawne to przesunięcie). Wreszcie ogłasza, że nie zna możliwości seksualnych oskarżonego, co musiało wywołać na sali uśmieszki.

Jak się zdaje, najwięcej samemu sobie zaszkodził Jezierski. Powiedział, że dwukrotnie się spowiadał - od pierwszego księdza, jeszcze przed zajściem, usłyszał, że jego obowiązkiem jest bronić czci żony, od drugiego, kapelana więziennego, uzyskał rozgrzeszenie, przez co nie umiał znaleźć w sobie żalu. I to się na nim zemściło: to właśnie fakt, że nie widział swojej winy w próbie zabójstwa, że uważał się za sprawiedliwego mściciela, uzupełniającego lukę w systemie karnym, gdzie brak kary za uwodzenie mężatek, sprawił, że sąd wysłał go do więzienia aż na cztery lata. Uznano, że działał z zazdrości, ale pretensje jego były nieuzasadnione - jako okoliczność łagodzącą potraktowano jego zasługi bojowe. Po wyroku - czytamy w "Nowinach codziennych" - żona Jezierskiego wybuchnęła płaczem, zbliżając się doń na pożegnanie. Pointa artykułu brzmi następująco: Gdy sąd udał się na naradę, p. Jezierska urządziła w sali demonstrację. Zbliżywszy się do ławy powodu cywilnego wręczyła adw. Beylinowi, który występował w imieniu p. Różyckiego, bukiet białych lilij. Były to jednak kwiaty papierowe.

*

Jakie były dalsze losy Jezierskiego? Natrafiłem na biogram na por. rezerwy Norberta Lewald-Jezierskiego, pochodzącego z starej rodziny szlacheckiej herbu Rogala (wywodzącej się z Bibersteinów, a gospodarującej na Pomorzu, Litwie, Ukrainie), który urodził się 16 września 1896 roku (wiemy, że Jezierski miał w czasie zajścia 37 lat) i faktycznie miał Virtuti za wojnę 1920 roku, wszystko zatem wskazuje, że chodzi o tę samą osobę. We wrześniu 1939 roku w Brześciu dołączył do 3 Baterii Motorowej Artylerii Przeciwlotniczej i wraz z nią walczył w kampanii wrześniowej, po czym przedostał się jakoś do Anglii i walczył w Dywizjonie 300 jako kapitan-obserwator. Zginął 4 maja 1942 roku pod Hamburgiem, kiedy jego bombowiec został zestrzelony nad morzem, leży na amerykańskim cmentarzu wojennym w Soltau-Becklingen. 

Różycki przeżył wojnę, w trakcie okupacji nie grał w teatrach (pracował w aktorskich kawiarniach, m.in. w słynnej "U aktorek"); powrócił do spalonej Warszawy w 1949 roku i do śmierci w 1967 grał w Teatrze Polskim. Nie znam dalszego przebiegu kariery scenicznej pani Jezierskiej, nie wiem też, czy pozostała przy nazwisku i przy mężu.



Za: "Nowiny codzienne" nr 123 i 125/1934 oraz "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

piątek, 3 maja 2013

Virtuti Militari i szalone nożyczki vol. II Proces

Oficerski atak nożyczkami jest jak z farsy, zresztą "Czwarty do brydża" Grzymały-Siedleckiego to komedia.  Jednak im dalej wchodzimy w szczegóły, tym robi się poważniej i rzewniej. Teraz relacja z procesu, w następnym wpisie - mowy końcowe i wyrok.

Różycki z inną aktorką, Marią Gorczyńską

"Nowiny Codzienne" piszą, że Różycki grał w "Czwartym" ni mniej ni więcej, tylko Don Juana, ale chyba tylko metaforycznie, bo skądinąd wiemy, że odtwarzał postać Władysława; natomiast parę lat wcześniej istotnie grał w "Wywczasach Don Juana" Wroczyńskiego, zaś już po opisywanych zajściach (1937), podstarzałego donżuana Tola w "Skizie" Zapolskiej. Lowelasem był chyba nie tylko na scenie. Jezierska poznała Różyckiego w trakcie prób do "Czwartego..." i wkrótce życzliwy doniósł mężowi o pocałunku wymienionym przez aktorów. Małżonkowie przeprowadzili ze sobą poważną rozmowę, podczas której Jezierska - jak donoszą "Nowiny Codzienne" - zapewniała męża, że zbliżenie to jest tylko chwilowe, mimo to jednak dwukrotnie odwiedzała Różyckiego w jego garsonierze na ul. Górnośląskiej.

W Jezierskim krew zawrzała, bo taką najwyraźniej miał naturę. Prasa drukowała rozmaite opinie na jego temat. Wprawdzie "Tajny Detektyw" podawał, że żył ostatnio źle z żoną i oboje dążyli do separacji, ale już łódzka "Republika" (myląc zresztą w nagłówku imiona napastnika i ofiary) pisała o małżeństwie w samych superlatywach: Porucznik Norbert Jezierski uchodził za pierwszorzędnego oficera. Odznaczony był orderem Virtuti Militari i szeregiem innych odznaczeń bojowych [Krzyż Walecznych, Niepodległości, Miecze Hallerowskie i odznakę za udział w powstaniu górnośląskim; w toku procesu między powodami do dumy podawał i to, że jego siostra zastrzeliła się, chcąc uniknąć gwałtu ze strony bolszewików, jakby jego własne ordery nie wystarczyły]. Ze swą obecną małżonką pobrał się mniej więcej przed rokiem. Nastąpiło to w takich okolicznościach. Przed rokiem obecna p. Roma Jezierska poważnie zaniemogła. Stan jej był bardzo był groźny i lekarze zadecydowali, że musi się poddać operacji. Nie wiedząc, czy operacja się uda, młoda kobieta postanowiła na łożu szpitalnem połączyć się z ukochanym człowiekiem. Współżycie młodych małżonków nie zdradzało żadnych nieporozumień. W ostatnich tygodniach por. Jezierski zaczął otrzymywać anonimowe listy i telefony, które prawdopodobnie spokojnego i zrównoważonego człowieka doprowadziły do wczorajszego wybuchu. "Nowiny Codzienne" dodawały, aż że do procesu przebywał nadal na Pawiaku, odwiedzali go przyjaciele, ale nie żona. Gazeta zauważała też, że w analogicznych sprawach oskarżonego nie przetrzymywano zazwyczaj w więzieniu i władze są bardzo srogie, co wyjaśnia późniejszy numer: Od czasu aresztowania przebywa w więzieniu, na co bynajmniej nie użala się. Przeciwnie, gdy rodzina czyniła zabiegi o zwolnienie go za kaucją, pragnął pozostać nadal w odosobnieniu. Robi wrażenie romantyka-idealisty, a przytem człowieka egzaltowanego. Poznać to po górnolotnem wysławianiu. 

Jezierski już podczas służby wojskowej miał zatarg z jakimś pułkownikiem i byłby stanął przed sądem wojennym, gdyby nie to, że uznano go za niepoczytalnego. Wydaje się, że istotnie był nieco oderwany od rzeczywistości. Znajomy porucznik porównał go nawet do Don Kichota, mówiąc, że był egzaltowany i nie było rzeczy, którą by się nie interesował. Sam oskarżony wyjaśniał w sądzie, że po powrocie z frontu był załamany stanem etycznym społeczeństwa i powodowany moralnym wzruszeniem, napisał dramat, w Toruniu zaś poznał Romanę, swoją pierwszą miłość, kobietę, w której widział idealną partnerkę do głoszenia prawd etycznych ze sceny. On miał pisać, ona - odgrywać. Tandem umoralniający, spójnia autora dramatycznego z aktorką. Żonę opisywał następująco: jednostka głęboko wartościowa o niewydarzonej duszy i tęsknotach zakrojonych na cudownych płaszczyznach. Miała olbrzymi talent o podświadomości nadzwyczaj czujnej. Jezierska z kolei mówiła, że zainteresowała się nim od strony intelektualnej. Chodziło nam obojgu o stworzenie rzeczywistości odmiennej od normalnego założenia małżeństwa wogóle. [...] Nie będę w tej chwili romantyczką, jeśli powiem jak może wyglądać najciekawsze przeżycie kobiety z mężczyzną. To byliśmy my. Jednak, jak się okazało w toku procesu, szlachetny dramaturg nie był w stanie zaspokoić młodej żony, która zaczęła szukać pocieszenia w romansie z aktorem. Z początku flirtowała z nim, potem zaczęła go odwiedzać pod pozorem, że chciałaby go zobaczyć jak wygląda poza sceną, w życiu prywatnym. Według Różyckiego rozmawiali tylko o sztuce i światopoglądzie, zaś Jezierski za to wymyślał mu od "męskich kokot". Ten wątek, nawiasem mówiąc, jest bardzo ciekawy, kiedy patrzymy na niego z dzisiejszej perspektywy, gdy wiedza o zachowaniu kryptogejów jest znacznie rozleglejsza; Jezierski po raz pierwszy zakochał się grubo po trzydziestce, jego związek "nie miał przypominać zwykłego małżeństwa", historia odejścia z wojska była okryta mroczną tajemnicą, był egzaltowany, skłonny do dramatyzowania i wielkich słów, równocześnie w toku procesu zarzekał się, że gdyby miał pewność, że żona będzie z Różyckim szczęśliwa, to ustąpiłby pola, jakby nieszczególnie mu na tym związku zależało... Ale tego, czy Jezierski był "w szafie", zapewne nigdy się nie dowiemy.

Proces przyniósł ciekawe szczegóły, choć od czasu do czasu toczył się przy drzwiach zamkniętych (tak właśnie: co jakiś czas, kiedy mogło dojść do obrażenia moralności, wypraszano publiczność - w tym kwiat polskich aktorek ze Smosarską na czele - po czym zapraszano ją ponownie). I tak Michał Znicz, znany aktor międzywojenny, zaprzeczył jakoby mówił w garderobie, że trafił swój na swego i nareszcie ktoś mu pokaże, jak się żony uwodzi i położy temu kres. Zapytany natomiast, czy za kulisami aktorzy całują nieraz aktorki tu i ówdzie (rozkoszna dwuznaczność miejsca), przyznał, że i owszem, ale nikt z tego nie wysnuwa wniosków o romansie. Zabawne są zeznania pewnego inżyniera, znajomego Jezierskiego: radził nieszczęśliwemu mężowi, by co najwyżej obił laską po buzi aktora, którego tytułował wytrenowanym uwodzicielem. Zapytany, czemu tak go nazywa, odpowiedział: Miałem na myśli fakt, że jeżeli ktoś ma praktykę, to staje się fachowcem w swojej dziedzinie, a Różycki jest przecież zawołanym amantem scenicznym. Na to padło pytanie: A dlaczego nazywa go pan draniem? Czy każdy mężczyzna, który ma powodzenie u kobiet, musi być draniem? Tu stracił rezon i odparł:  No-o, nie zawsze... 

Sam Jezierski wyznał, że atak zaplanował (specjalnie nie założył munduru, żeby nie splamić jego honoru) a za nożyczki chwycił, bo Różycki wzbudził w nim wstręt śliską charakteryzacją i przyklejonym nosem. Rzucił się na niego z okrzykiem "Ty stary kabotynie!". Chodziło wszak nie o zbrodnię w afekcie, ale o przykładne, publiczne ukaranie uwodziciela i zwrócenie uwagi na to, że kodeks nie przewiduje kar za uwiedzenie czyjejś żony. Różycki, specjalizujący się w rolach amantów-donżuanów, był tu idealnym celem, fachowcem w uwodzeniu kobiet, symbolem wiarołomstwa, szkodnikiem społecznym, który deprawuje kobiety. Swoje zdanie o aktorze Jezierski wyrażał zaiste górnolotnie: Chciałem ukarać go za zdeptanie godności kobiety, szereg poniżeń, które z racji Różyckiego musiały spotkać moją żonę. On zdeprawował żonę moralnie, uwiódł kobietę, od której jest o 25 lat starszy, załamał w niej do głębi podwaliny moralne, nie liczył się z niczem, w sposób obrażający jej godność. Napełnił mój dom brudem. Jacyś ludzie, raz nawet kobieta, zapytywali mnie telefonicznie, czy wiem o romansie mojej żony, zaznaczając, że szkoda tak młodej kobiety dla starego uwodziciela. Wokół mnie wytworzyła się brudna atmosfera. Okazuje się, że i sama sztuka Grzymały-Siedleckiego (dziś nieco, podobnie jak jej autor, zapomniana i znana głównie z miażdżącej a lapidarnej recenzji Słonimskiego: "Chętnie byłbym pierwszym wychodzącym") była tu istotna: Romans rozgrywał się za parawanem sztuki "Czwarty do brydża", która zrodziła polemikę prasową o niemoralności uwodziciela cudzych żon. I choć zdecydowany byłem na rozwód z żoną, chciałem czynem swym odkryć prawdę i zaprotestować przeciwko temu, co się działo. 

Dopiero złośliwy rewolwer i obrócona w poprzek kula sprawiły, że z pełnego godności - w ówczesnym godności rozumieniu, oczywiście - czynu zdradzonego męża-moralisty, oficera i dramaturga, został farsowy atak fryzjerskimi nożyczkami.


Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

czwartek, 2 maja 2013

Virtuti Militari i szalone nożyczki vol. I Atak

Zazdrosny mąż atakuje prawdziwego lub domniemanego kochanka żony - zdarzało się i zdarza. Nie zawsze jednak atakujący jest kawalerem orderu Virtuti Militari, a atakowany - znanym aktorem teatralnym i filmowym. Dramat, który rozegrał się za kulisami Teatru Nowego w Warszawie, na szczęście - jak to w teatrze bywa - nie pociągnął za sobą ofiar śmiertelnych.



Gdzie dokładnie miały miejsce to wydarzenia? Nazwę "Teatr Nowy" nosiło na przestrzeni dziejów kilka warszawskich teatrów, nowość bowiem, jak wiadomo, jest cechą względną i szybko przemijającą. Pierwszy Teatr Nowy istniał przez dwie dekady (1881-1901) przy Królewskiej jako letnia scena ogródkowa rozrywkowego Teatru Małego. Jego następca (1921-26) był krótkotrwałym teatrem operetki i farsy w wielkiej kamienicy na Marszałkowskiej 125 (naprzeciwko gmachu Towarzystwa Ubezpieczeń "Rosja", powojennego "Domu pod sedesami"). Obecny Nowy Teatr Warlikowskiego jest piąty z kolei, w latach 1947-2005 istniał powojenny Teatr Nowy (gdzie z początku kierownikiem literackim był Tuwim, potem dyrektorował tam Dmochowski i Hanuszkiewicz, wreszcie przekształcił się w Teatr Praga). Natomiast Jezierski atakował Różyckiego w przedwojennym Teatrze Nowym, który w latach 1928-39 mieścił się w Salach Redutowych Teatru Wielkiego i był sceną eksperymentalną Teatru Narodowego.

Z artykułu w "Tajnym" wiemy, że były lotnik Jezierski był pisał sztuki teatralne - i rzeczywiście, całe zajście ma aspekt farsowy. Niestety, nie mam numeru 5 pisma, gdzie sprawa była zapewne opisana smakowicie i z detalami, ale jest i numer "Republiki", gdzie czytamy relację: 
     Około godz. 7.30, a więc na trzy kwadranse przed rozpoczęciem przedstawienia komedji „Czwarty do brydża", do garderoby męskiej, zajmowanej przez trzech artystów pp: Różyckiego, Zni­cza i Ziembińskiego, wszedł mąż występującej w tejże sztuce artystki p. Ro­many Jezierskiej, emerytowany porucznik-pilot Norbert Jezierski. Por. Jezier­ski dość często przychodził za kulisy, toteż wizyta jego nie zdziwiła nikogo. 
     W garderobie, przy długim stole siedział p. Michał Znicz, obok fryzjer tea­tralny czesał p. Antoniego Różyckiego. Jezierski po przywitaniu się ze Zniczem i zamienieniu z nim kilku słów, odwrócił się w stronę jego sąsiada i odsuwając dłonią stojącego obok fryzjera, zapytał spokojnie: 
— Czy mam przyjemność z panem Antonim Różyckim? [wg relacji z procesu pierwsze słowa brzmiały: Czy pan jest Różycki? Czy to pan pożyczył mojej żonie 10 złotych?]
Ody padła potwierdzająca odpowiedź, p. N. Jezierski zarepetował go i skierował lufę w stronę oniemiałego artysty.
     Wszystko to trwało sekundę. Strzał jednak nie nastąpił, bowiem rewolwer zaciął się. Widząc to, p. Różycki, zresztą znany sportsmen i bokser, rzucił się na napastnika i chwytając go za dłonie usiłował wyrwać broń. Wywiązała się walka, w czasie której Jezierskiemu wypadł rewolwer z dłoni, wówczas, korzystając z tego, iż na stole leżały nożyczki fryzjerskie, p. N. Jezierski schwycił je i dwukrotnie zresztą niegroźnie ugodził p. Różyckiego w policzek. Odgłosy szamotania zwabiły do garderoby męskiej p. Jezierską, a także maszynistów oraz dyżurnych strażaków, którzy walczących rozdzielili i por. Jezierskiego obezwładnili, wzywając jednocześnie pomocy.

     Przybyłemu posterunkowemu por. 
Jezierski oświadczył, że jako oficer może b
yć aresztowany jedynie przez żandarmerję. 
Po stwierdzeniu, że obecnie 
znajduje się w stanie spoczynku, od
prowadzono go do XII komisarjatu, gdzie s
pisano protokół o całem zajściu, z
atrzymując por. Jezierskiego w areszcie.  [...] 
Przedstawienie wczorajsze odbyło się normalnie. Widownia nawet nie domyślała się, w jakim stanie grają jej ulubieńcy. Po przedstawienia p. Jezierska nie wróciła do domu, a nocowała u rodziny. Por. Jezierskiego dzisiaj o godz. 8 rano wraz z wstępnym aktem oskarżenia przesłano do urzędu śledczego.


Tyle na razie o Jezierskim, więcej w kolejnym wpisie, gdzie obiecuję szczegółową relację z procesu. Co do Siwca zaś - który trafił tu przez przypadek, ale uzupełnijmy dla porządku - był to herszt rodzinnej (Franciszek, jego brat Ferdynand, matka Ludmiła i siostra Zofia, zwana "piękną Zośką") bandy zbójeckiej, terroryzującej na początku lat 30-tych Rybnik i okoliczne miejscowości. 25 listopada 1933 roku bracia Siwcowie wybrali się z kolegą po fachu, Ludwikiem Ostrzołkiem, na włam do Paruszowca, gdzie zamierzali splądrować sklep rzeźnicki. Spłoszeni, przenieśli się do Ligoty Rybnickiej i okradli tam sklep kolonialny Franciszka Kuczery, ale w drodze do Rybnika zostali zatrzymani przez posterunkowego Fojcika. Ostrzołek uciekł, Siwców Fojcik prowadził do miasta, ale - jak donoszą "Nowiny Codzienne" - Franciszek w pewnym momencie zwrócił się podniesionym głosem do posterunkowego, zapytując się go, na jakiej podstawie i dlaczego ich zatrzymano. Następnie Siwiec, oparłszy rewolwer o ramię swego brata, dał do posterunkowego trzy strzały, jeden za drugim. Dwa z nich położyły posterunkowego trupem na miejscu. Bracia uciekli z miejsca zbrodni, Franciszek przez jakiś czas usiłował się ukrywać, ale niebawem został ujęty w Chwałowie. W trakcie procesu i śledztwa nie tylko udowodniono mu zabójstwo Fojcika, ale i wyświetlono należycie całą historię bandy i jej przestępstw. Brat Franciszka, Ferdynand, został skazany na siedem lat więzienia, o wyrokach dla reszty przedsiębiorczej rodzinki nie znalazłem żadnych informacji.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

czwartek, 20 września 2012

Śmierć komiwojażerowej cz. IV i ostatnia

Sprawa Langego była, jak pamiętamy, rozwojowa, i poza zamordowaniem żony usiłowano mu przypisać kilka innych zbrodni. W tym celu przywieziono nawet do Poznania pewnego szewca, który po dwóch latach od przelotnego spotkania w warsztaciku pamiętał jeszcze, kto towarzyszył jego klientce (imponująca pamięć!). Z kolei przesłuchania pokazały, że syn mordercy, Brunon, sporo się chyba przyczynił do ukrywania zbrodni tatusia. Co z tego znalazło swoje odzwierciedlenie w wyroku?



Nie wiem, czy tajemniczą panią z górskiej wycieczki kiedykolwiek odnaleziono - być może wiadomość o tym wypłynęła gdzieś w kolejnych numerach "Tajnego", które jeszcze nie trafiły w moje ręce. Co stało się z ofiarami z lasu w Ponarach (który już niebawem miał się stać widownią znacznie okrutniejszej zbrodni)? Co z podwójnym zabójstwem pod Toruniem, którego, jak się zdaje, nie popełnił jednak włóczęga o pięknym nazwisku Makselon? Nie wiem. Tak czy owak, z innych dzienników można się dowiedzieć, że obaj Langowie, ojciec i syn, po kilku miesiącach procesu zostali osądzeni i skazani.

"Orędownik na powiat Nowotomyski" przekazuje nam wzruszającą opowieść żonobójcy o tym, jak to właściwie był ofiarą kolejnych niemiłych kobiet. Pierwsza żona przyjęła go nieżyczliwie "jako niepotrzebny mebel", druga bezczelnie żądała ślubu, więc się doigrała, trzecia nie dała pieniędzy na sklepik i ciskała ciężkimi garnkami... pasmo nieszczęść i krzywdy męskiej:



Z kolei "Goniec Częstochowski" doniósł, że Lange apelował, ale nic nie  wskórał. Jego syn, Brunon, uzyskał zmniejszenie wyroku i wyszedł po drugiej rozprawie. Widać kupno fuksszwanca nie było wystarczającym powodem, żeby trzymać go dłużej w więzieniu; tak naprawdę został zresztą skazany nie za pomoc w usuwaniu zwłok, ale za ułatwianie bigamii (zeskanowałem jeszcze dwa krótkie tekściki z tej samej strony, ujęty dramatyczną historią księdza, rzuconego przez pas transmisyjny o klepisko, oraz złodzieja-altruisty) :


Ostatecznie, jak widzimy, Langemu nie przypisano wszystkich zbrodni, które policja całej Polski usiłowała pod niego podłączyć. Morderca kobiet, w dodatku przyłapany w ekscytujących okolicznościach, z poćwiartowanym trupem w walizce, idealnie nadawał się do czyszczenia statystyk (który to już z rzędu "polski Kuerten"?). Skończyło się jednak na dwóch żonach (które, formalnie rzecz biorąc, żonami nie były, skoro żyła pierwsza pani Langowa): Gromadzińskiej i Nowickiej. I, jak się zdaje, na stryczku - choć nie znalazłem artykułu o wykonaniu wyroku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934  , "Orędownik na powiat Nowotomyski" nr 144 13 XII 1934, "Goniec Częstochowski" nr 70/1935

wtorek, 18 września 2012

Śmierć komiwojażerowej cz. III

Skoro tylko policja - i prasa! - zrobiła szum wokół Langego, zaczęły spływać "pozytywne wiadomości" (widzę tu znaczące rozszerzenie definicji słowa "pozytywny") o jego poprzednich przestępstwach. Wyjaśniło się również, czemu Lange był - jak to ujmuje "Tajny" - "dwuosobowy", czyli czemu posługiwał się naprzemiennie imionami Jan i Franciszek.




Trudno czytając te słowa nie pomyśleć sobie o działaniach policji, która, złapawszy jakiegoś poważnego zbrodniarza, często usiłuje mu wmusić i inne przestępstwa, żeby oczyścić sobie kartoteki. Czy Kwiatkowska, Wiśniewska, Dudziakówna, Gromadzińska w istocie wszystkie padły ofiarą Langego? Co do ostatniej trudno mieć wątpliwości, ale powiązanie mordercy z Poznania z poprzednimi sprawami mogło być takim właśnie czyszczeniem policyjnych statystyk. To i owo wyjaśni ostatnia część cyklu o ponurym Langem - już wkrótce.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

Śmierć komiwojażerowej - cz. II


Kamienica na Małeckiego 4 w Poznaniu jeszcze - jak sprawdziłem na Google Maps - stoi. Obdarto ją wprawdzie z przedwojennych balkonów, wstawiając peerelowskie balustrady w stylu barakowym, oberwano piękny gzyms na kroksztynach - ale stoi. Ktoś tam mieszka - na zdjęciu w Google Maps widać otwarty lufcik w tym oknie, które redaktor "Tajnego Detektywa" zaznaczył krzyżykiem jako "okno pokoju śmierci". Nie wiem tylko, czy zduni nie rozebrali pieca, w którym Lange próbował spalić zwłoki żony? I czy mieszkańcy wiedzą, co się działo osiemdziesiąt lat temu w sublokatorskim pokoju?



Lange zatem okazał się łotrem z dorobkiem, szczwanym lisem, czyhającym na książeczki PKO. Biedna ta Nowicka, myślę sobie. Nie tylko, że ofiara. Ale że z ręką w nocniku obudziła się w 38. wiośnie życia, że może by chciała ułożyć sobie życie, a nie tylko pracować na posadzie. Przypomina nieco - przy wszystkich, rzecz jasna, różnicach w stylu życia wówczas i dziś, w obranej karierze, etc. - niektóre z korporacyjnych singielek, które po prostu nie mają czasu na nic poza pracą. A później jakiś żigolo... no, niekoniecznie ukatrupi, ale po oszczędności rękę wymanikiurowaną wyciągnie.

I ta druga. Czy raczej pierwsza, pierwsza Langowa. Która pali papiery i udaje, że o niczym nie wie. Właśnie dlatego, że wie - wie, czego może się spodziewać po mężu, który jest z nią od lat i zrobił jej gromadkę dzieci. Langowa pierwsza i druga, obie doświadczone przez los, choć każda w inny sposób.


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 19 VIII 1934 

niedziela, 16 września 2012

Śmierć komiwojażerowej - cz. I

W życiu każdej redakcji pisma policyjnego nadchodzą okresy posuchy, kiedy naprawdę nie ma o czym pisać. Czy to w wyniku koniunkcji planet, czy za sprawą plam na słońcu, czy też zwykłego zbiegu okoliczności, nikomu jak na złość akurat nie chce się nikogo zamordować, albo przynajmniej odkryć zwłok. Cisza. Flauta. I wtedy, nagle, pojawia się jakiś dzielny człowiek, powiedzmy - Franciszek Lange, poznaniak - który swą żonę ćwiartuje, wywozi (niemal całą) w walizkach za miasto i tam próbuje spalić jej szczątki. Dla "Tajnego" to prawdziwe szczęście, które opromienia aż cztery kolejne numery pisma.




Zabójstwo żony dla pieniędzy może wydawać się stosunkowo banalne - ot, komiwojażer próbował sobie jakoś ułożyć życie i osiągnąć majątkową stabilizację, rozkochując w sobie i mordując służącą, pracującą w zamożnych domach. Ćwiartowanie zwłok i palenie nimi w piecu też nie było aż taką rzadkością. Owszem, cała sytuacja jest na swój sposób malownicza - niezidentyfikowane szczątki ludzkie w bagażu podręcznym, pożar, mała stacyjka... ale starczyłoby na jeden krwawy reportaż i tyle. Im jednak śledczy głębiej wchodzili w sprawę, tym ciekawszych rzeczy dowiadywali się o panu Lange. O tym przeczytają Państwo w następnych odcinkach - już niebawem.


Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok 4, 12 VIII 1934 

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Król mydła i Daisy, czyli jak Zabłocki na mydle

Z okazji niedawnej Parady i ogólnopolskiego sporu o związki partnerskie pozwalamy sobie przywołać historię sprzed 70 lat, by dowieść, że gejów i lesbijek, zakał zdrowego polskiego społeczeństwa, za żadne skarby państwo nie powinno chronić przed zagrożeniem, jakim jest zalegalizowany związek! Dość tych wygórowanych przywilejów dla seksualnych inwertytów! Koniec z państwową ochroną przed pułapkami legalizacji! Niech każdemu dewiantowi i każdej dewiantce grożą takie same ponure skutki, jak Rollinsowi!




 Swoją drogą, chętnie patrzę na to jako na piękną opowieść o zaślepieniu miłością, i to podwójnym. Nie tylko operetkowy milioner-król mydła, który połasił się na młodą i ładną gruchającą telefonistkę, ale i ona - gąska z półświatka, która (tak to sobie wyobrażam), zakochana w Bauerze, naraża całe swoje nowe życie, dostatek, bezpieczeństwo, wyjątkowego farta, (o którym dwie dekady później marzyła połowa bohaterek granych przez Monroe) po to tylko, by kraść biżuterię wartą tysiące, choć ma do dyspozycji miliony.

Za: "Tajny Detektyw" nr 46, rok I (29 XI 1931)

niedziela, 20 lutego 2011

Młoda Mallinosonowa czyli sprytny tatuńcio

Prosto z Nowego Jorku przebrzmiały nieco news o tragicznej córce "króla jedwabiu", Hirama Mallinsona, który tak długo kombinował, aż się dokombinował:


Wspomniałem powyżej, że news przebrzmiały, bowiem już wtedy Tajny podawał mocno odgrzany kotlecik (pismo zreszta nie istniało jeszcze, kiedy Lorna skakała z dwunastego piętra); Bowen podał do sądu teścia-krętacza dopiero trzy lata po śmierci żony, i to właśnie wiadomość o spowodowanej pozwem śmierci Hirama Mallinsona 12 maja 1931 roku (nekrolog ukazał się w The Time 25 maja) musiała zwrócić uwagę naszych łowców wiadomości zza oceanu.
Przy okazji dodać należy, że o ile w Nowym Jorku okna rzuciła się panna Mallinson, to młody Rollison, który wypada (a właściwie: zostaje wyrzucony) z okna w "Dziadach", miał swój pierwowzór w niejakim Mollesonie. Jan Molleson, nastoletni uczeń szkoły w Kiejdanach, pisał z kolegami patriotyczne wierszyki, wytatuował sobie na ręku trupią czaszkę i smarował na parkanach "Konstanty naszych rąk nie ujdzie!", przez co zaaresztowano go, skazano na śmierć, ostatecznie zmieniono wyrok na zesłanie. Zmarł i spoczął w grobie nad rzeką Szyłką, dopływem Amuru - jedna z okolicznych gór nosi jego imię.

Mallinsonównę pochowano natomiast na cmentarzu w Kensico pod płytą z motylem (widać, że państwo Mallinson jeszcze w latach 30-tych hołdowali estetyce secesyjnej):



Natomiast gruźlicze sanatorium w Adirondack, w którym Lorna swego czasu się leczyła, otrzymało od jej rodziców donację w wysokości ćwierci miliona dolarów, za którą wybudowano całkiem ładny neotudorowski budynek z mieszkaniami dla laborantów:


Opatrzony stosowną tablicą, tym razem z liśćmi klonu:



Czy była to próba wydania zawczasu ulokowanych w akcjach pieniędzy żony, których w pozwie - oprócz odszkodowania - domagał się Bowen? Źródła milczą.

Za: "Tajny Detektyw" nr 43, rok I (8 XI 1931)

sobota, 4 grudnia 2010

Niewesoły birbant

Kiedy angielski milioner miga się od zapłacenia za swoją przygodę (czyli zamordowanie polskiej Królowej Pomidorów w pokoju hotelowym), warto wspomnieć przygodę innego milionera, Jessego Livermore'a.

Livermore był jednym z najsłynniejszych graczy giełdowych w historii; kilkakrotnie tracił wielomilionowe fortuny i zdobywał je ponownie. Znany był z tego, że zarobił na wielkich kryzysach w 1907 i 1929, natomiast zdarzało mu się tracić w okresach hossy.



W rzeczywistości Livermore miał za sobą 26-godzinny ciąg picia, do czego w ówczesnych Stanach przyznać się nie mógł (biedactwo, nie wiedział, że gdyby poczekał do grudnia, to mógłby chlać w majestacie prawa, bo właśnie w grudniu 1933 roku zniesiono prohibicję); wpadał w ciągi alkoholowe na tle depresji, z którą zmagał się przez większość życia.

28 listopada 1940 roku, niemal równo siedemdziesiąt lat temu, Livermore zastrzelił się w szatni hotelu Sherry Netherland na Manhattanie, zostawiając pięć milionów dolarów w inwestycjach, papierach wartościowych i gotówce. Jego pierworodny syn, również imieniem Jesse, popełnił samobójstwo w 1976 roku, trując się gazem. To samo uczynił syn Jessego i wnuk Jessego, Jesse, w roku 2006.

Jak widać, rodzina Livermore'ów jest pozbawiona jakiejkolwiek inwencji.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934)

poniedziałek, 4 października 2010

Straszne skutki horoskopu czyli Pierson-Pearson nieortograficzny acz grillowany

Nic tak nas nie raduje jak odpowiednio opisane amerykańskie seryjne morderstwa. Z okazji powrotu Dextera przypominamy bohatera sprzed lat - przysadkowatego, acz łamacza serc. Niewieścich.

Zwracamy uwagę na dramatyczną uwagę o jednym z dwudziestu milionów anglosaskich Brownów oraz na fakt, że zbrodniarz wpadł przez błąd ortograficzny, a w zbrodnię popadł przez wiarę w astrologię, co dedykujemy wszystkim matołkom uczącym się w polskich szkołach i czytującym rubryki z horoskopami.




A ze spraw poważnych: najpierw mnie zaskoczyło, że amerykańska policja sprzed lat 80-ciu zupełnie jasno przyznawała się (ba, chełpiła!), że w ramach "wyższej konieczności" katowała podejrzanych, udostępniając nawet zdjęcia posiniaczonych aresztantów. Potem zaś pomyślałem sobie, że za 80-lat zdjecia z Abu Ghraib
 też będą się wydawały niewyobrażalne... a tu nic się nie zmienia, ot co!

Za: "Tajny Detektyw" nr 38, rok I (4 X 1931)

niedziela, 26 września 2010

Nieznana karta z życia Andersa czyli "bo wyrok był za słony"



W ramach intermezzo - ciekawostka jurystyczna z międzywojennego Berlina specjalnie dla naszych mizogińskich.




Za: "Tajny Detektyw" nr 38, rok I (4 X 1931)

środa, 21 lipca 2010

Młodzi idą

Zanim wyjadę na festiwal filmowy, na parę godzin przed pociągiem do Wrocławia wklejam ujmującą historię o młodych małżonkach, uwikłanych w tragedię konsumpcji, którzy radzili sobie jak madli, tfu, jak mogli.