Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 października 2015

Gniew ludu pod "Ziemiańską" czyli z historii obcego kapitału w Polsce

W kwietniu 1932 roku na ulicy Mazowieckiej w Warszawie krępy, biednie ubrany człowiek oddał dwa strzały do eleganckiego cudzoziemca, z którym przez chwilę rozmawiał. Tak zaczął się jeden z najbardziej dramatycznych procesów II RP: sprawa Juliana Blachowskiego, zabójcy dyrektora zakładów żyrardowskich.



Miejsce jest symboliczne i przypomina, że II RP to zarazem znane kabarety i stołeczny blichtr, jak i brutalność i powszechność polityki twardej ręki - zarówno po stronie rządzącej, jak i po stronie różnych frakcji opozycyjnych. Dziś zaskakiwać może poziom tej brutalności, ale należy pamiętać, że Polska była krajem świeżym, który niejako wyrósł na terroryzmie; nieprzypadkowo akcja pod Bezdanami (1908), w której bojowcy PPSu napadli na pociąg carski i zrabowali ponad 200 tys. rubli, była nazywana „akcją czterech premierów”. Skoro „terroryzm w słusznej sprawie” przynosił po latach szacunek i najwyższe honory, przyzwolenie na łamanie prawa było znacznie większe, niż obecnie. Blachowski zaś popełnił zabójstwo w samym sercu sanacyjnej rozrywki, przed kawiarnią Ziemiańską, raptem parę metrów od stolików Tuwima, Słonimskiego i Wieniawy. Prezydenta Narutowicza zastrzelono o krok dalej, w Zachęcie – po drugiej stronie Ogrodu Saskiego, w Galerii Luxenburga przy Senatorskiej, mieścił się legendarny teatrzyk Qui Pro Quo. Minister Pieracki zginął na ulicy Foksal, nieopodal kawiarni Pod Pikadorem na Nowym Świecie, gdzie swój literacki związek nie tak dawno zawiązali Skamandryci. Na środku zaś tej mapy mamy wspomnianą Ziemiańską i Adrię na Moniuszki – nie sposób zrozumieć w pełni Tuwimowskiego Balu w Operze, nie wystawiając sobie w głowie tej mapy.

Ofiara Blachowskiego, Gaston Koehler-Badin, był pochodzącym z Alzacji obywatelem szwajcarskim, który w imieniu francuskiego konsorcjum "króla bawełny", Boussaca, zarządzał największą fabryką lniarską w Europie: Zakładami Żyrardowskimi. Był też, jak się okazało w toku procesu, emblematycznym złym burżujem, który, zdawało się, zszedł prosto z kart komunistycznej agitki. Osobiste problemy Blachowskiego miały tu bowiem znaczenie tylko cząstkowe; "Tajny Detektyw" (który, wedle mojej wiedzy, poświęcił sprawie tylko dwie wzmianki: krótką notkę i okładkę następnego numeru, już bez tekstu) napisał o zabójcy, nieco kpiarsko chyba, "chciał być mścicielem". Cóż, historia pokazała, że tym mścicielem stał się w istocie - i, jak mawiano, strzały na Mazowieckiej "zabiły człowieka ale powstrzymały śmierć miasta".




Proces Blachowskiego bowiem zwrócił uwagę nie tylko na skandaliczne warunki, jakie nastały w spółce odkąd zaczęli tam rządzić Francuzi, ale i przypomniał podejrzaną kwestię francuskiej własności Zakładów. Boussac kupił większościowy pakiet udziałowy w 1920 roku, ale z powodu wojny z Rosją nie inwestował w odbudowę fabryki, więc rząd RP przyjął ją pod zarząd, przywrócił produkcję wstrzymaną po zniszczeniach I wojny światowej i zatrudnił ponad tysiąc osób. W roku 1924 po długich negocjacjach, minister Kucharski podpisał tzw. "transakcję żyrardowską", na której skarb państwa stracił ponad 2,5 mln franków szwajcarskich, bowiem strona francuska zwracała Polsce jedynie 0,73% (!) nakładów na odbudowę fabryki. Następnie Boussac doprowadził do ogólnego upadku zakładów, które słynęły z jakości płótna w całej Europie, wyprowadzał zyski księgując fikcyjne straty i unikając podatków, obniżył jakość produkcji, opieczętowując gorsze płótno z zakładów francuskich stemplami żyrardowskimi, itd. (min. Kucharski, który miał wziąć milion franków szwajcarskich łapówki, uniknął postawienia przez Trybunałem Stanu, bo zabrakło do tego paru głosów, a następnie, korzystając z immunitetu, uniknął również odpowiedzialności w zwykłym procesie karnym). Wraz z upadkiem zakładów zaczął się upadek całego Żyrardowa, powstałego przecież wokół przędzalni Girarda.

Od nastania rządów francuskich w fabryce robotników zaczęto "traktować jak psy", w czym celował Koehler Badin. Przeprowadził masowe zwolnienia - wyrzucił na bruk trzy tysiące robotników, na ich miejsce przyjmuje uczniów, których rzekomo tymczasem szkoli, ale po okresie próbnym wyrzuca i bierze następnych (przypomina ci to coś, drogi stażysto i droga stażystko?). Jako "esteta" zwalniał robotników starych i grubych, prządki o krzywych nogach, toteż tacy ludzie w czasie jego inspekcji musieli ukrywać się w toaletach. Wśród najwyższych rangą pracowników wprowadził rządy terroru, znany był z wybuchów furii. Strajki nic nie dawały, bo dyrekcja wykorzystywała je jako pretekst do kolejnych zwolnień, bez odpraw, więc nawet finansowała namawiających do strajku prowokatorów (!). W roku 1934 kontrola państwowa wykazała wyprowadzenie z firmy 25 mln złotych (co przekraczało kilkakrotnie jej wartość) oraz zaleganie z podatkami na 2 mln złotych. Zarząd, w tym kilku Francuzów, zaaresztowano - wprawdzie, na skutek międzynarodowego skandalu (Francja dba o swoje korporacje) ostatecznie nie pociągnięto ich do odpowiedzialności, ale fabryka, wykupiona, trafiła z powrotem do skarbu państwa i zarządzał nią Państwowy Bank Rolny.

Blachowskiego wszystko to dotyczyło osobiście - nie był pierwszym z brzegu robotnikiem, tylko twardym graczem z wieloma latami działalności niepodległościowej i socjalistycznej na koncie. Już jako szesnastolatek, w roku 1906, wstąpił do Narodowego Związku Robotniczego, gdzie zajmował się m.in. szmuglem broni i bibuły, zlikwidował też carskiego konfidenta; jako osiemnastolatek został zaaresztowany na ul. Karowej, torturowany w śledztwie (zrywanie paznokci); nikogo nie wydał, siedział na Pawiaku, następnie w roku 1909 skazano go wyrokiem sądu na cztery lata katorgi i dożywotne mieszkanie w guberniach syberyjskich. Z Syberii wrócił po rewolucji i zajmował się różnymi zajęciami, działał też w PPSie. Zostaje wybrany przewodniczącym Rady Miejskiej,  ale że współpracował z dziennikarzem Hulką-Laskowskim, który w swoich tekstach był głównym demaskatorem francuskich machinacji w Żyrardowie, zarząd fabryki zaczął rozsiewać o nim plotki (m.in. że otrzymuje łapówki od Koehlera-Badina) - stracił poparcie, nie wybrano go na kolejną kadencję, wrócił do picia, z którym miał problemy na Syberii. Wszystko to doprowadziło do tragicznych wydarzeń na Mazowieckiej.

Blachowskiego, po którego stronie była sympatia społeczeństwa, skazano na pięć lat, bo działał pod wpływem silnego wzburzenia. Mieszkańcy Żyrardowa zawiązali komitet, apelujący o skrócenie wyroku - do prezydenta Mościckiego trafia siedem tysięcy podpisów, w tym podpisy władz miasta. Akcja okazała się skuteczna - Blachowski wyszedł z więzienia po niecałych dwóch latach. Zginął 23 stycznia 1943, zapewne w Palmirach, rozstrzelany z innymi więźniami Pawiaka, był bowiem na gestapowskich listach proskrypcyjnych. Ale to już zupełnie inna historia.

Za: "Tajny Detektyw" nr 18, 19, rok II, 1 i 8 V 1932 oraz znakomity i obszerny artykuł Tomasza Bohajedyna w Le Monde Diplomatique

piątek, 23 października 2015

Zazdrość fryzjera, czyli Sosnowiec we krwi

Jeśli sądzicie, że nożyczki to jedyna śmiertelna broń w ręku fryzjera, to mylicie się srodze. Oto Longin Posyłek, zabijaka z Zagłębia, i dramatyczna historia jego miłości do nadobnej manikiurzystki Bolesławy.


Zastanowił mnie bardzo ten sprawozdawczy ton autora, cała scenka "naszego korespondenta", który miał niebywałe szczęście, że znalazł się w samym sercu wydarzeń. Wydawało mi się to nieco podejrzane - sądziłem że raczej pozbierał trochę plotek i je udramatyzował. I rzeczywiście, "Express Wieczorny Ilustrowany" podaje zgoła inną wersję: Posyłek zastrzelił Kapuścińskiego przy zakładzie, natomiast z Bolesławą spotkał się osobno przy stadionie Victorii, dopiero tam ją zabił i popełnił samobójstwo:



Wersja korespondenta jest zatem nieprzypadkowo nieprecyzyjna - w przeciwieństwie do zwyczaju "Tajnego Detektywa" nie podaje adresu zakładu ani domu, przed którym zginął Kapuściński, tylko ogólnie pisze o dzielnicy Pogoń. Nic dziwnego, skoro dziennikarza w ogóle nie było przy morderstwie. Ale niejedyna to zastanawiająca nieścisłość w tych relacjach - okazuje się bowiem, że bardzo różne podawano motywy, które powodowały fryzjerem Posyłkiem. Widać tu splot wydarzeń, z jednej strony rzutujące na związek zabójstwo ojca, z drugiej zazdrość. Posyłek-senior faktycznie został zaszlachtowany w Częstochowie, motywy były najpewniej rabunkowe. Morderstwo zostało opisane przez "Gońca Częstochowskiego", zwracam uwagę na ujmujące informacje o nietypowych miejscach zadołowania pieniędzy przez ofiarę (poniżej budyneczek, w którym zamordowano Jana Posyłka, w jego dzisiejszym kształcie na Google Maps): 




Śmierć ojca i wiszące nad Longinem podejrzenie - zwłaszcza, jeśli zagnieździło się również w ślicznej główce manikiurzystki Bolesławy - mogło być poważnym czynnikiem, który popchnął chłopaka do straszliwych czynów. Jeśli wieszczące zbrodnię listy napisał 24. marca, to było to tuż po zgonie ojca, skoro "Goniec" 26. marca podaje szczegóły zupełnie świeżej sprawy. 

Znacznie ciekawszy wydaje mi się jednak trójkąt - nie tyle pomiędzy Kapuścińskim, Bolesławą a Longinem, ile pomiędzy miłością, pracą i pieniędzmi. Kapuściński to w czasach kryzysu człowiek, któremu się powodzi: ma własną firmę, zakład przy Orlej 14 (i to spory, skoro zatrudnia jeszcze manikiurzystkę), jest mistrzem fryzjerskim, nauczycielem zawodu, dobrze znanym w Sosnowcu - może nie członkiem elity miejskiej, ale członkiem elit rzemieślniczych z pewnością. A to daje mu zupełnie inne możliwości, niż Longinowi, zatrudnionemu na posadzie pomocnika. Sprawa zwolnienia jest niejasna - właściwie każdy materiał prasowy opisuje ją nieco inaczej. Wydaje się jednak, że Bolesława i Longin zostali wyrzuceni w tym samym czasie i że ich zakochanie było tu istotnym czynnikiem - jeśli pisać o zazdrości, to nie tylko o zazdrości Longina, ale i o zazdrości Kapuścińskiego, żonatego 44-latka, który nie pozostał obojętny na wdzięki swojej przystojnej pracowniczki, jak eufemistycznie stwierdza "Tajny Detektyw". Ostatecznie jednak nawet to sformułowanie okazało się chyba za mało eufemistyczne jak na sosnowieckie warunki. W końcu Longin był nikim, a zmarły - szanowanym obywatelem miasta. Po tygodniu zatem podkręcono nieco wersję: już nie zaplanowane morderstwo, już nie listy z 24. marca, ale ujrzenie fotografii. Podejrzenia był nieuzasadnione i opierały się na zupełnie fałszywych podstawach - konkluduje pismo. Ten fryzjer to wariat był jakiś, gorąca głowa:


Jak było naprawdę? Czy Posyłek faktycznie został zwolniony tylko dlatego, że źle wypełniał obowiązki, a Bolesława - bo zakończyła praktyki? Czy Kapuściński zginął, bo podarował Bolesławie niewinną fotografię, i to na jej wyraźną prośbę? A może było odwrotnie, może Kapuściński traktował swój zakład - jak np. ofiara księżnej Zyty Woronieckiej, przedsiębiorca Boy, albo jak kierownik składów wódki Kuryło - jak rezerwuar młodych kobiet, które szef może traktować jak darmowe pracownice seksualne, po czym skandalik przykryto? Tego, zapewne, nie dowiemy się nigdy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17 i 18, rok II, 24 IV i 1 V 1932, "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 105, rok X, 15 IV 1932, "Goniec Częstochowski" nr 68, rok XXVII, 26 III 1932 

wtorek, 18 stycznia 2011

Ala Labello w składzie towarów łokciowych i Kandyd na wyścigach.

Tajny Detektyw troszczy się również o morale i wiedze prawną P. T. Czytelników, ofiarowując im do wglądu casusy prawne i łamigłówki etyczne, które ujmują swoim staromodnym czarem (tuż obok pełnokrwistych zdjęć ofiar i sążnistych opisów zbrodni). Tym razem Ala Labello w swej niedościgłej roli (u jej boku chlebodawca, grany przez Żabczyńskiego, który ma mieć w Warszawie swoje rondo, tylko nie wiadomo które; proponuję rondo borsalino) i rozpaczliwa historia o nadmiarze złotych polskich.




Za: "Tajny Detektyw" nr 44, rok I (15 XI 1931)