Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lwów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lwów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 maja 2015

Wyzysk wśród butelek wódki


W czasach PRLu nieustannie rozprawiano o zgniłych kapitalistach, wykorzystujących robotnika - do tego stopnia, że dziś wiele osób zdaje się traktować historie o "tej butelce, którą dziedzic rozpijał chłopa", okrutnych ekonomach i niegodziwych fabrykantach jak bajki o żelaznym wilku. Tymczasem wyzysk człowieka przez człowieka to rzecz jak najbardziej realna.


I nie chodzi tylko o to, co najbardziej nam się kojarzy z tym hasłem: 12-godziny dzień pracy, praca dzieci, fatalne warunki, brak jakichkolwiek zasad bezpieczeństwa, ale i o przemoc rozciągającą się praktycznie na wszystkie dziedziny ludzkiego życia. Podobnie jak zależność chłopa od pana (i pośrednika, czyli ekonoma) w feudalizmie, tak w kapitalizmie starego, wilczego typu (jaki teraz mamy choćby w Chinach) zależność robotnika od właściciela i jego podwładnych jest właściwie nieograniczona. 

Tak bywało i w międzywojniu. Wprawdzie obowiązywały różne przepisy - ale przepisy sobie, a praktyka sobie. Szaleje wielki kryzys, bezrobocie wpędza ludzi w nędzę, jakiej dziś w Polsce znaleźć nie sposób nawet w najbiedniejszych okolicach. Najlepiej miewają się ci, którzy mają porządne posady, zwłaszcza państwowe. Rozwija się cała rozległa gałąź przestępczości związana z załatwianiem posad - łapownictwo z powoływaniem się na prawdziwe lub fałszywe wpływy, zmyślone firmy, które każą sobie płacić za rozpatrzenie podań o pracę, itd. Ci zaś, którzy faktycznie decydują o zatrudnianiu innych, wykorzystują nierzadko tę pozycję w sposób niegodziwy. 

Tak było w przypadku chłopa na schwał, Tadeusza Kuryło, kierownika sortowni flaszek Monopolu Spirytusowego w podlwowskim Zniesieniu, który w ledwie osiem lat zgromadził na koncie 60 tys. złotych, sumę podówczas astronomiczną, i który dzięki byciu "tym-który-może-dać-pracę" pozwalał sobie na najbrutalniejsze wykorzystywanie seksualne pracownic.





Niestety, nie dotarłem do żadnych wiadomości o dalszym losie Stanisława Żółkiewskiego, imiennika słynnego hetmana. Nie wiem, jakim wyrokiem ukarał go sąd za zabójstwo Tadeusza Kuryły, ale, jak się zdaje, mógł liczyć na wyrozumiałość - w międzywojniu, mam wrażenie, bardziej niż dziś liczono się z obiegowym poczuciem sprawiedliwości, niż z rygorem litery prawa. Pozostaje zatem wierzyć, że śmierci wyzyskiwacza Kuryły nie okupił wieloletnim wyrokiem, a tym bardziej że nie zapłacił za ną głową.


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933

środa, 1 października 2014

Cybulski w Brygidkach, czyli nadzwyczaj spokojny morderca

Hieronim Cybulski, inwalida wojenny, w uznaniu bohaterstwa dostał koncesję na prowadzenie trafiki we Lwowie. Tak się pechowo zdarzyło, że w kioseczku zamordował a następnie poćwiartował ciało prostytutki. Szczątki porozrzucał po mieście, co wywołało zrozumiałą sensację. "Tajny Detektyw" nie zapominał o bohaterze swoich artykułów: odwiedził go również w więzieniu.




O Hieronimie Cybulskim, zwanym "lwowskim Kuertenem" pisałem już wcześniej tutaj: Część I i tutaj: Część II. Kto nie czytał - niech zerknie, sprawa mrożąca krew w żyłach. O zbrodni Maliszów wspomnieć jeszcze chyba nie miałem okazji, ale wszystko przed nami. 

Tropicielom sensacji pragnę zmarnować dzionek: Zbyszek, syn zbrodniarza Hieronima Cybulskiego, to nie słynna gwiazda powojennego kina - ten był synem urzędnika państwowego, trzy lata młodszym od Zbyszka z artykułu.

Jakie były dalsze losy Hieronima C. - nie wiem. Znamy natomiast dalsze losy miejsca, w którym przebywał. Lwowskie "Brygidki" wzięły nazwę od zakonu żeńskiego; po jego kasacie w roku 1784 zostały przerobione - co zresztą często się wówczas działo - na więzienie. Najpierw carskie, potem polskie. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Lwowa Brygidki zamieniono na katownię i więzienie polityczne, gdzie torturowano i mordowano Polaków i Ukraińców. Kiedy dotychczasowy sojusznik Stalina zaatakował na Związek Radziecki, wycofujące się oddziały NKWD w bestialski sposób wymordowały ok. 7 tysięcy więźniów w Brygidkach i w gmachu na ul. Łąckiego. Niemcy, wkroczywszy do miasta, otworzyli przed lwowiakami bramy więzień, żeby zaświadczyć o mordach; z dużym zaangażowaniem kręcili tam propagandowe filmy i fotografowali koszmarnie zniekształcone zwłoki. Równocześnie o zbrodnie NKWD oskarżyli lwowskich Żydów, których aresztowano, wleczono do Brygidek i zmuszano do oczyszczania ociekających krwią cel i wynoszenia trupów. Następnie gmach stał się miejscem straszliwej rzezi Żydów, przeprowadzonej przez oddziały niemieckie i ukraińskich nacjonalistów. 

Na tym tle Hieronim Cybulski wydaje się jedynie skromnym amatorem.

Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934

sobota, 23 sierpnia 2014

Wymowne nazwiska czyli w niewoli onomastyki

U Dostojewskiego nazwiska bohaterów są często mówiące. Raskolnikow pochodzi od razkołu, czyli rozłamu, schizmy; Stawrogin - od greckiego "stauros", krzyż; Karamazow - z tureckiego "kara", czyli "czarny" i "maz", od zmazy, śladu, piętna; Smierdiakow - wiadomo, podobnie jak Myszkin (zwłaszcza w zestawieniu z imieniem Lew). Ale dzieje się tak czasem nie tylko w literaturze - poznajcie bohaterów, o których losach zdało się decydować nazwisko.


Niestety, dziennikarz nie zapomniał o seksistowskim stereotypie ("kobieta jako sprężyna zbrodni"), natomiast zapomniał podać panieńskiego nazwiska Rozalii - a wielka szkoda, bo może uzyskalibyśmy kolejny składnik tej niezwykłej układanki. A tak tylko mamy Szczurzyka, który podle zamordował - chciało by się rzec "zagryzł" - Pieniężnego, znakomicie prosperującego jako lichwiarz dzięki pieniądzom ze sprzedaży sklepu (pamiętacie, drodzy czytelnicy, kto tak strasznie, niezbornie mordował osobę trudniącą się lichwą i w jakiej było to książce?). Swoją drogą, sklep był w Lutogniewie, a to też niezła nazwa (pochodząca od słowiańskiego imienia założyciela - "luty" to "srogi", a gniew rozumie się sam przez się...); szkoda, że zbrodnię popełniono nie tam, ale na szosie pomiędzy Kobiernem (etymologicznie pochodzącym zapewne od nieciekawych łopianów), Nowym Folwarkiem, Brzozą a Bożacinem. Ech, już nawet złowróżbny Czarny Sad byłby lepszy niż to miejsce bez nazwy, w szczerym polu.

Co było dalej z nieszczęsnymi bohaterami? Informuje o tym - a także o szczegółach zbrodni, które wyszły na jaw w śledztwie - "Słowo Pomorskie" ze stycznia 1935 roku:
























Szczuraszka zapewne powieszono prędko - egzekucje przeprowadzano wówczas tuż po zakończeniu drogi sądowej. W okresie międzywojennym było sporo amnestii (aż dziesięć), ale żadna nie wypadła na początku 1935 roku, nie sądzę też, żeby obejmowała skazanego na śmierć mordercę; skoro więc nie ocaliła go o apelacja, to zapewne i prezydent nie skorzystał z prawa łaski, bo z opisu zbrodni nie wynikają żadne okoliczności łagodzące, nic też nie wskazuje, żeby Szczuraszek był legionistą czy bohaterem wojny 1920 roku, a to były najmocniejsze przesłanki do skorzystania z prawa łaski. 

Nie wiem też, co stało się z Rozalią - mam przed oczami dekret o amnestii z 1939 roku i jeśli chodzi o poważne zbrodnie, to uwalniano odsiadujących wyrok poniżej roku, skazanym na rok do pięciu darowano połowę kary, na pięć do dziesięciu - jedną trzecią. Dożywocia nie skracano. Siedziała zatem pewnie przynajmniej do wybuchu wojny, a może i dłużej; internet milczy na jej temat, choć niewykluczone, że w więzieniu wróciła do panieńskiego nazwiska. Którego to, jak wiemy, korespondent "Tajnego Detektywa" nie podał.

PS: Obok nie tak może ciekawa onomastycznie, ale poruszająca opowieść o Reginie Greiffowej - dla porządku dodam, że nieszczęsna matka została przez sąd potraktowana z wyrozumiałością, o czym doniosła "Gazeta Lwowska":

 




Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, "Słowo Pomorskie" 10 I 1935, "Gazeta Lwowska" z 26 I 1935.

sobota, 12 października 2013

Bezkarne zbrodnie zbójeckich dynastii szlacheckich vol. II

Obiecałem jeszcze słów kilka o najgroźniejszej dynastii zbójców szlacheckich, a mianowicie - o Stadnickich, bo i oni mieli swój epizod lwowski, kiedy to starli się z możną rodziną Korniaktów, uszlachconych mieszczan Lwowskich o greckim rodowodzie.

Stanisław Stadnicki, zwany "Diabłem Łańcuckim"
Korniaktowie (Carneadi), pochodzący z Krety, a mieszkający również w Konstantynopolu i na Wołoszczyźnie, osiedlili się w II poł. XVI wieku we Lwowie, gdzie wystawili okazałą kamienicę w rynku (później kupioną przez Sobieskich i przebudowaną na jeszcze bardziej reprezentacyjną Kamienicę Królewską). Przywieźli ogromne kapitały, którymi obracali w handlu (winem, tkaninami, futrami), dzierżawie ceł ruskich i lichwie - zajęli bowiem miejsce Fuggerów i Bonerów, stając się bankierami królów i najmożniejszych magnatów Korony i Litwy. Między ich dłużnikami był i Stadnicki, który wymienił się na dobra z Anną z Pileckich, otrzymując Łańcut, sowicie obłożony długami u Korniaktów, do czego dobrał jeszcze u nich trzydzieści tysięcy złotych. 

Konstanty Korniakt starszy

Stadnicki płacić nie lubił, ba, może nawet organicznie nie potrafił. Poczekał na śmierć seniora rodu, Konstantego (1603 r.) i wówczas wypowiedział Korniaktom prawdziwą wojnę: najpierw zaczął najeżdżać ich majątki, paląc i grabiąc dwory oraz mordując czeladź, zaś po przegranym procesie rozsierdził się jeszcze bardziej i na czele 1500 ludzi (m.in. Węgrów, Wołosów i Kozaków) zdobył zamek w Sośnicy, do którego - jako do najbardziej warownej ze swych posiadłości - Korniaktowie przenieśli się z całym majątkiem rodzinnym.  Z kobiet zdzierano drogie suknie - przy okazji zgwałcono żonę i córki Konstantego juniora - wyrywano z uszu kolczyki, starej Korniaktowej prawie odrąbano palce, na których miała kosztowne pierścienie. Łupy szacowano na 140 tysięcy złotych, do niewoli wzięto też Konstantego, którego Stadnicki torturował trzymał w lochu przez pół roku, a wypuścił ciężko chorego, wydobywszy od niego - uzyskane z przyłożeniem szabli do gardła - zrzeczenie się wszelkich pretensji o zajazd Sośnicy oraz długów wysokości 47 tysięcy. Diabłowi Łańcuckiemu za złupienie Korniaktów włos z głowy nie spadł, a kolejne wyroki sądowe przyniosły im groszowe rekompensaty.

Bezprawia, jakich dopuszczał się Stadnicki, nie mogą dziwić, skoro skazywanie szlachcica przez sądy miejskie było podówczas rzadkością; jak pisze Władysław Łoziński w "Prawem i lewem": Skazanie szlachcica schwytanego in recenti crimine przez władze miejskie po za Lwowem prawie nigdy się nie zdarza, a i Lwów, który oprócz większych praw miał także i większe siły do ich wykonania, ciężko nieraz za taki akt sprawiedliwości musiał pokutować — zdarzył się nawet w r. 1647 godny zapisania fakt, że szlachcic pewien nieznaczny, Piotr Kaliszkowski, skazany na ratuszu lwowskim za poranienie mieszczanina na 100 grzywien i na 6 tygodni więzienia, osiągnął formalny wyrok śmierci (poenam talionis videlicet colli) na całym urzędzie lwowskim, bo trybunał zadekretował, aby burmistrz i ławnicy dali głowy pod miecz katowski (eosdem capite plectendos esse demandat!) Nie spotykamy śladu, aby w któremkolwiek z najznaczniejszych po Lwowie miast województwa ruskiego magistrat śmiał ukarać szlachcica. Jeden tylko Halicz w roku 1610 wyjątkowo zdobył się na to. Urząd miejski pojmał za jakiś szkaradny występek Jakóba Jabłonowskiego, osądził go na śmierć i natychmiast ściąć kazał, o co wdowa po straconym wytoczyła miastu proces.

Zdarzały się za to, i owszem, samosądy mieszczan, którzy - czasem nie wyłączając kobiet, dzieci i, c o podkreśla Łoziński, Żydów - brali sprawiedliwość w swoje ręce. I tak w roku 1603, kiedy to Ramułtowie wyprawili w [Drohobyczu] krwawą awanturę i dwóch ruskich księży ranili a trzeciego, Fedora, popa Raniowskiego, zabili — przy najbliższej sposobności mieszczanie uderzają na gwałt w dzwony, napadają tłumnie na dwóch Ramułtów, srodze ich turbują, do uciekających szturmują w gospodzie, czeladź ich rozpędzają, tak że obaj szlachcice tylko cudownym sposobem uchodzą śmierci  chroniąc się do kościoła. Niejaki Jan Kurnatowski, który w roku 1618 wszczął burdę we Lwowie na ul. Św. Jana, zamieszkanej przez Ormian, został literalnie ukamienowany: Pod przewodem Krzysztofa Chaczki rzucili się ku niemu Ormianie i ukamienowali go dosłownie. Wszystko, co żyło na tej ulicy, nawet kobiety i dzieci — poczęło miotać kamienie na Kurnatowskiego, który padł trupem pod tym gradem pocisków. 
Najokrutniej chyba zemścili się mieszkańcy Kołomyi w roku 1613 na niejakim Tomaszu Błudnickim: Jadącego z Kołomyi do Lwowa tłum porwał z sanek i wśród okrutnego znęcania się nad pojmanym zawlókł do saporowieckiego lasu, następnie znajdujący się między tłumem pop Hrehory Oseredko, odwiódłszy nieszczęśliwego >w las na stronę od owej wielkiej gromady, przymusiwszy go, aby przyklęknął na ziemi, z urąganiem i bluźnierstwem wielkiem — opowiada syn Błudnickiego — przeciwko wierze św. katolickiej jadowicie spowiadać mu się przed sobą kazał, po której spowiedzi tenże pop naprzód sam rękami swemi rohatyną albo oszczepem srogim weń uderzył w pierś i aż na drugą stronę przebił, za czem i insi wszyscy hurmą wielką przypadłszy, kto jako i czem mógł, siekli, kłuli okrutnie, już zabitemu haniebnie rany rozmaite zadawali. Zabrawszy potem szkatułę z 2000 zł. i papierami, szablę, łuk, sajdak, i rozebrawszy zabitego do naga, na ostatek nie nasyciwszy się krwi jego, ciało obnażone na sanki ułożywszy tenże pop i z inszymi, których było do 400 albo 500 ludzi, mieszczan i przedmieszczan kołomyjskich, za spólną namową między błota bagniste w las daleko zawieźli i ciało nie wiedzieć gdzie podzieli, sława tylko ta jest, że w błotach i jezierzyskach utopili. Sług też dwóch nieboszczykowskich pojmawszy i także w las zaprowadziwszy pozabijali i potopili.

Takie numery jednak nie z Diabłem Łańcuckim, który jeździł nie z dwoma, a kilkuset sługami, więc mieszczanie raczej mu zagrozić nie mogli Dopiero kiedy rozpoczął spór ze swoim sąsiadem, Opalińskim, trafiła kosa na kamień - po wielu prowokacjach Stadnickiego, jak przesuwanie kamieni granicznych, torturowanie sług, porwanie karła Opalińskiej (sic!) czy zajazdy włości, Opaliński przyjechał z Wielkopolski, zebrał oddziały i wydał Stadnickiemu bitwę... w której poniósł sromotną klęskę i ledwo salwował się ucieczką. Powetował to sobie wkrótce, rabując podwody Stadnickiego, wiozące ze Śląska pieniądze, konie, kosztowności i wino, ale przede wszystkim wygrywając kolejną bitwę pod murami Łańcuta, który następnie gruntownie splądrował, wywożąc stamtąd niewyobrażalne wprost skarby. Równie niewyobrażalna była zemsta Stadnickiego, który, powróciwszy do swoich dóbr, w niesłychanie okrutny sposób potraktował swoich poddanych, podejrzewanych (słusznie chyba) o wzięcie udziału w rabunku, po czym począł pustoszyć ziemie Opalińskiego, zupełnie go rujnując.

Cała Rzeczpospolita z królem na czele usiłowała doprowadzić do ugody między przeciwnikami - i rzeczywiście, obaj stawili się w Trybunale Lubelskim, gdzie Stadnicki przyjechał nie na czele nie trzydziestu, jak mu kazano, a siedmiuset ludzi, i wszczął burdy, zastraszając sędziów i łupiąc mieszczan. Tu miarka się przebrała i lublinianie po prostu dali odpór czeladzi, gromiąc hajduków watażki i zmuszając Stadnickiego do kolejnej ucieczki. Mając nadzieję na obfite posiłki z Siedmiogrodu (planował bowiem osadzenie na tronie polskim, w miejsce znienawidzonego Zygmunta III, księcia Gabriela Batorego), Stadnicki spał spokojnie, a Opaliński tymczasem po troszeczku rósł w siłę i przekabacał stronników wroga. Wreszcie pod nieobecność "Diabła" najechał w lipcu 1610 roku jego fortecę w Wojutyczach pod Samborem, zrabował, pałac spalił, a dzieci i żonę pojmał, po czym oddał w opiekę krewnym. 20 sierpnia jego żołnierze dopadli samego Stadnickiego w lesie pod Chyrowem i położyli go trupem; Tatar Persa odciął mu głowę i zaniósł swemu panu.

Na placu boju pozostała pani Stadnicka, która miała się okazać niezgorszym ziółkiem; najpierw rozpoczęła walki o schedę po mężu - i broniła jej zbrojnie. Potem zaangażowała się w długi spór ze szwagrem o opiekę nad synami. Kasztelan sanocki, Marcin Stadnicki, chciał ich wychować na wykształconych obywateli - Stanicka natomiast miała swoje metody i plany wychowawcze, więc posługując się to oszustwem, to porwaniem, synów odzyskała. Zrobiła to jednak na swoją zgubę - tak wychowała trzech synów, zwanych Diablętami, że wkrótce sami przeciwko niej wystąpili, kiedy powtórnie wyszła za mąż za warchoła Poniatowskiego. Wypędzili z Łańcuta matkę i własną siostrę, Felicjanę, zagarnęli wsie i kosztowności. Po paru latach porwali z powrotem siostrę, co przyprawiło matkę o rozstrój i śmierć - w testamencie więc podzieliła majątek między męża a córkę, a synowie postanowili biedna Felicjanę trzymać w zamknięciu, by nie wyszła za mąż. Każdy alians w tej rodzinie kończył się konfliktem - uwięziona Felicjana więc rozkochała w sobie innego warchoła, dała mu się porwać, poślubiła go, powojowała u jego boku z braćmi, po czym zwróciła się przeciwko mężowi (uzyskała nawet unieważnienie małżeństwa w Rzymie) i stanęła po stronie braci. Młodzi Stadniccy też zresztą walczyli między sobą, walczyli bowiem nieustannie i z każdym, kto się nawinął, co wszystko ich przywiodło do smutnego końca.

Zygmunt zginął w jakiejś potyczce. Władysław zrobił sobie wroga w staroście Krasickim, rozpędzając sejmik - został przez Krasickiego najechany i złupiony; ścigany, schronił się w klasztorze w Leżajsku, gdzie go pojmano, zawiedziono do Łańcuta i tam bez sądu rozstrzelano na brzegu Wisłoka. Głowę odpiłowano i zaniesiono Krasickiemu (co było praktyką częstą), który wypłacił siepaczom stosowną nagrodę. W tym samym czasie przepadł ślad po trzecim bracie, Stanisławie, zwanym Diabełkiem, któremu - w przeciwieństwie do Władysława - udało się uciec wojskom Krasickiego; plotki podają, że miał trzy żony, z których jedną zadusił, a drugą utopił, jak odnotował Wacław Potocki w wierszu "Na Stadnickiego Diabełka". Wiadomo natomiast, co się stało z jedynym znanym jego synem, również Stanisławem: podczas Potopu obwołał w Bieczu króla szwedzkiego królem polski, został pojmany przez starostę i wydany katu. Tak oto w roku 1656 cała linia Diabła wygasła pod mieczem w Bieczu.

A co z odwiecznym wrogiem Stadnickich? Konstanty Korniakt dopiero na młodych Diablętach mógł sobie nieco powetować dawne straty. Kiedy bracia byli osłabieni bojami z siostrą i szwagrem, wymusił na nich w roku 1622 oddanie klucza żurawieckiego; Władysław Stadnicki chciał się na nim mścić, ale w drodze na zajazd zabił w sprzeczce jednego z przybocznych, przez co wszyscy towarzysze się od niego odwrócili, zostawiając go w szczerym polu. Korniaktowi więc wydano nie tylko klucz majątków, ale i zrabowane niegdyś w Sośnicy rodzinne klejnoty. Dwa lata później jednak Konstanty młodszy zginął w wojennej potrzebie, bijąc się z Tatarami. Z trzech jego synów najstarszy Michał zmarł w trakcie studiów w Rzymie podczas epidemii malarii (spoczywa w marmurowym grobowcu S. Maria in Aracoeli); drugi, Aleksander, zmarł jako 27-latek, zostawiając małoletnią córkę, Elżbietę. Dobra w Sośnicy i Hussakowie przeszły pod zarząd stryja, a trzeciego brata, Karola Franciszka. Uszczuplone przez niego znacznie, trafiły w końcu, ze ślubem Elżbiety, do Krasickich. Karol Franciszek był gruntownie wykształconym dworzaninem (w Krakowie, Grazu i Padwie), podróżnikiem (towarzyszył zapewne wujowi, Jerzemu Ossolińskiemu, w sławnym wjeździe do Rzymu) i wojownikiem: bił się ofiarnie w trakcie powstania Chmielnickiego i Potopu. Jednak na jego synach ród Korniaktów wygasł w początkach XVIII wieku. Na wszystko bowiem koniec przyjść musi. Również na tę opowieść.


Za: Jacek Komuda, Warchoły i pijanice, Krzysztof Bulzacki Rody lwowskie, Władysław Łoziński, Prawem i lewem.

poniedziałek, 9 września 2013

Bezkarne zbrodnie zbójeckich dynastii szlacheckich vol. I

Historia Polski jest - jak historia wszystkich chyba krajów - również historią zbrodni i bezprawia. Bezprawie Rzeczypospolitej Szlacheckiej nie mogło się równać z tym, co dziś mianem "bezprawia" określamy (w kraju zaskakująco jednak, zwłaszcza jak na nasze tradycje, praworządnym); przypominało bardziej to, co dzieje się dziś w Naddniestrzu albo innych półdzikich krainach - i to nie tylko gdzieś na Dzikich Polach, ale i w sercu kraju, we Lwowie.


W XVII wieku Lwów ze swoimi trzydziestoma tysiącami mieszkańców był drugim - po siedemdziesięciotysięcznym Gdańsku - co do ludności miastem Rzeczypospolitej Obojga Narodów; ustępował mu stołeczne: (do niedawna) Kraków i (od niedawna) Warszawa. Słynął z handlu, licznych i bogatych kościołów, pięknych kamienic. Równocześnie, jak widać, sobiepanowie Policcy mogli sobie po nim i po jego okolicach hasać ad libitum, za nic mając mieszczan, oburzonych na rabunki i morderstwa; pozwolili sobie na zarąbanie królewskiego urzędnika. Dopiero uśmiercenie szlachcica, Głembockiego, postawiło nieco tamę ich zbrodniom - ale nie na długo. Sprawiedliwość była sprawowana nie przez trybunały, a - jak na Dzikim Zachodzie - przez samozwańczych szeryfów i krewnych ofiar. 

Czemu Policcy tak długo się opierali sprawiedliwości - trudno orzec; być może chodziło tu o osobiste umocowanie w miejscowych władzach, być może o ogólny rozpad administracji i wymiaru sprawiedliwości w Rzeczypospolitej. Nie byli przecież jedyni; na Kujawach grasował zbójecki ród szlachecki Grabskich, zajeżdżających i rabujących sąsiedzkie dwory; nieco wcześniej w Teleśnicy w Sanockiem mieszkała inna sympatyczna rodzinka, Rosińscy. Mieli oni w zwyczaju zapraszać braci szlachtę do dworu, ugaszczać obficie, a potem skrytobójczo mordować; a że mieli na rozkazy cały oddział uzbrojonego chłopstwa, miejscowa szlachta bała się ich za te zbrodnie pociągnąć do odpowiedzialności. Dopiero po paru latach starosta Bal z bratem jednej z ofiar dokonał zajazdu na Teleśnicę; pojmał wprawdzie jednego z Rosińskich, ba, urządził mu nawet dla zabawy udawaną egzekucję, z pieńkiem, spowiednikiem i całym cyrkiem - ale potem, z radości, popił się z całą służbą i Rosiński mógł czmychnąć (co, oczywiście, przypomina słynne "zwycięstwo" szlachty nad rosyjskimi jegrami w "Panu Tadeuszu").

Najsłynniejsza ze zbójeckich rodzin to "Diablęta Łańcuckie", potomkowie najsłynniejszego chyba warchoła Rzeczypospolitej, Stanisława Stadnickiego, zwanego "Diabłem". Również ich historia wiąże się ze Lwowem, a w szczególności z tamtejszym rodem Korniaktów. Ale o tym w następnym odcinku...


PS: Drobne spostrzeżenie; artykuł historyczny napisał lwowski profesor, L. M. Czy rzeczywiście był profesorem (choćby gimnazjalnym) i ukrywał się pod inicjałami (być fałszywymi zapewne, bo iluż mogło być profesorów o takich inicjałach we Lwowie przedwojennym), bo to wstyd publikować pod pseudonimem? Czy też był dziennikarzem "Tajnego..." lub nieśmiałym autorem-korespondentem, który dla splendoru dodał sobie "prof." przed inicjałami? Tego nie dowiemy się nigdy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 37, rok 4, 9 IX 1934

czwartek, 15 sierpnia 2013

16 ciosów sztyletem, czyli co by Freud powiedział?

Odratowany przez policję żonobójca i niedoszły samobójca, Aleksander Kahanek, kupiec lwowski, w trakcie przesłuchań  rozwinął bogatą w szczegóły opowieść, typową dla ludzi cierpiących na manię prześladowczą. Co skłoniło go do zamordowania nieszczęsnej Kahankowej? Czy rzeczywiście za zbrodnią stał nieznany "zły duch"?



Rok temu pisałem już o Kahanku, który zabójstwem żony połączonym z samobójstwem postanowił uwolnić świat od niszczącego wpływu Żydów i masonerii. Początek artykułu przypomina to, co już wiemy, dalej jednak można przeczytać o zagadkowym nieznajomym:



Nie znalazłem na razie, niestety, żadnych wiadomości o procesie Kahanka; nie sądzę jednak, by odnalazł się jakiś "zły duch" stojący za zabójstwem - zwłaszcza taki, jak na okładce "Tajnego Detektywa", czyli widmowy łeb w aureoli. Owszem, być może trafił się jakiś cwaniak, który omotał lwowskiego kupca, zdradzającego coraz dalej postępujące symptomy obłędu, i postanowił przygarnąć jego składaną w skarpecie gotowiznę - wątpię wszakże, by przekonywał go (a już zwłaszcza hipnotyzował) by zgładził żonę; jeśli bowiem coś mogło pokrzyżować plany przejęcia majątku, to właśnie zabójstwo i towarzyszący mu skandal. Podejrzewam nawet, że nieznajomy, u którego Kahanek rzekomo deponował kapitały, był jego wymówką: interes, niegdyś kwitnący, prosperował - i z powodu kryzysu, i za sprawą rozstroju nerwowego właściciela - coraz gorzej. Chwiejny umysł mógł w takim wypadku wygenerować niewidzialnego przyjaciela, u którego deponuje się bajońskie sumy (bo 50 tys. przed wojną było sumą bajońską).

Ciekawe, jak wszystko tu się składa w długoletnią historię choroby i obsesji, z których chory, niestety, leczył się - jak wiemy z listu do mecenasa - nie u lekarza, a samą "pomocą Boga" i "własną inteligencją". Czego Kahanek się nie tknął, było trefne: konkurencja chciała go zniszczyć, sprzedając towary zbyt tanio (przypominam, że szalał kryzys i sklepy wyprzedawały się, żeby utrzymać się na powierzchni), żona była w zmowie z mafią, a przeciwnicy złośliwie z Kahanka robili wariata. Widać tu również silne wpływy propagandy kościelno-endeckiej: mania gromadzenia gotówki była tłumaczona potrzebami "Polski mocarstwowej" (inwestycje są dla żydowskich spekulantów; Polak-katolik-patriota trzyma przecież pieniądze w kufrze!), życie najlepiej spędzić w klasztorze (sowicie go uposażywszy), a wszystkiemu grożą Żydzi i masoni.

Było może i drugie dno w tej manii - absolutnie, oczywiście, niewyrażalne - i nieprzypadkowo ofiarą śmiertelną została właśnie żona, a nie ten Żyd czy tamten mason. Otóż małżonkom wyraźnie się nie układało na tle seksualnym, i nie chodzi tylko o 15 czy 16-letnią (w zależności od źródła) różnicę wieku. W "Tajnym Detektywie" czytamy: "on zarzucał jej niepłodność - ona zanik aktywności", ale z wcześniejszego artykułu wiemy też, że jednym z przejawów manii prześladowczych Kahanka było oskarżanie żony, że truje go ona napojami miłosnymi, których sekretów nauczył jej pierwszy mąż. "Pierwszy mąż" zresztą to określenie grzecznościowe; Gloss był wieloletnim kochankiem późniejszej pani Kahankowej i zostawił jej w spadku cały majątek, ale do ślubu nie doszło, jak dowiadujemy się z materiału w łódzkim "Echu":


Czy takie właśnie było tło mordu? Młody, 31-letni mężczyzna ("przystojny", jak czytamy w "Echu", ale tu już można mieć pewne wątpliwości...) poślubił wdowę-niewdowę dla pieniędzy, zainwestował je w - nomen omen - interes, "ale wtedy mu wychłódło, bo już była stare pudło", w związku z czym frustracja seksualna rosła (a u mężczyzny o sztywnym kręgosłupie moralnym rozładowywanie jej w jakikolwiek inny sposób w grę nie wchodziło) i znalazła ujście w manii prześladowczej, która po dziesięciu latach zaowocowała mordem (dokonanym - co by na to Freud powiedział - ostrym narzędziem, w łóżku)? Możemy tylko gdybać.



PS: Kamienica przy Fredry 4, w której Kahanek prowadził sklep papierniczy, stoi po dziś dzień (podobnie jak ta na Sykstuskiej, gdzie zginęła Kahankowa); dziś mieści się tam sklep Hugo Bossa  i biuro notariusza:




Za: "Tajny Detektyw" nr 37, rok 4, 9 IX 1934, "Echo", rok X nr 216, 9 VIII 1934

czwartek, 4 lipca 2013

Marzenie wojującego ateisty

Historia studenta Olejniczaka jest jak żywcem wyjęta z propagandy reformacyjnej czy komunistycznej, jak z "A Rake's Progress" czy "The Four Stages of Cruelty" Hogartha, gdzie pierwszym krokiem do ostatecznego upadku jest nie drobny występek, ale rozpoczęcie studiów teologii katolickiej. Dalej, od rzemyczka do koniczka, wszystko prowadzi go do zbrodni.



Teraz widzimy to jak na dłoni: teologia katolicka - polskokatolicka - prawosławna - romans - drugi romans, połączony z wyłudzeniem pieniędzy - zabójstwo. A, jak mawiał Tuwim: "Nie zabijaj, gdyż może prowadzić to do kradzieży, a stąd już tylko krok do kłamstwa!".

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

poniedziałek, 20 maja 2013

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

"Tajny Detektyw" nie tylko informował o przestępstwach i procesach, ale i pomagał w śledztwie, stanowiąc ogólnopolską tablicę ogłoszeń, gdzie poszukiwano zaginionych, informowano o wysłaniu listów gończych czy próbowano zidentyfikować żywych i martwych: na przykład kobietę ubraną w żółty barchanowy szlafrok w kwiaty albo szajkę kasiarzy z Warszawy.






Każde z tych ogłoszeń jest inne: Byk i Maczuga to zbóje-celebryci, o których już sporo wspominałem; kasiarze z Warszawy nie byli aż tak znani, ale to też przestępcy. Zdjęty szałem podróżowania i przygód dziesięcioletni Wilhelm Sron może jeszcze wrócić - uciekał już dwa razy i, jak się dowiadujemy z innej gazety, łódzkiego "Echa", odnaleziony - podawał dla zmylenia przeciwnika fałszywe personalia. Z "Echa" wiemy też, że jest najlepszym uczniem w klasie i ma obgryzione paznokcie. Paulina Korneluk, kobieta w żółtym barchanowym szlafroku w kwiaty, wygląda jak Giulietta Massina żywcem przeniesiona z jednego z filmów Felliniego - i ona ma szansę odnaleźć swoje miejsce w życiu, a wraz z nim swoją pamięć. Natomiast do życia nie wrócą już dwa anonimowe męskie trupy: nieboszczycy mogą co najwyżej trafić do rodzinnych grobowców, jeśli takowymi dysponują. 

I wreszcie ta idylla: dwie dziewczynki na zdjęciu ze skradzionego aparatu, stojące w białych, marynarskich spodniach przy nadmorskim pomoście. Odnajdą się, nie odnajdą? Czy te dwie z kliszy trafią do rąk swoich żywych, roześmianych pierwowzorów? Tego nie dowiemy się nigdy. Ale poszukujemy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, 28, 40, 52 rok IV, 25 II, 6 VII, 30 IX i 16 XII 1934

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Zbrodnia we Lwowie vol. II, czyli "zrobię z ciebie gulasz"



W toku procesu weterana Hieronima Cybulskiego wyszło na jaw tyle smakowitych (przynajmniej dla tabloidów) szczegółów, że sąd postanowił prowadzić przesłuchania przy drzwiach zamkniętych. Z zeznań samego zbrodniarza, jego bliskich oraz zatrudnianych przez niego prostytutek wyłonił się obraz sadysty, tyrana i perwersyjnego miłośnika brzydoty. 



Już podczas śledztwa zdrowie psychiczne Cybulskiego podawano w wątpliwość, od lat bowiem poważnie nadużywał alkoholu i cierpiał na kiłę, która niekiedy prowadzi do obłędu. Trudno się dziwić takim sugestiom: kiedy został przyłapany przez policjantów w kiosku, jadł akurat słoninę, którą krajał tym samym nożem, którym wcześniej ćwiartował zwłoki Emilii Szew, koryntjanki. W procesie (który, co zrozumiałe, wywołał ogromne zainteresowanie: do sądu wpuszczano za kartami wstępu, a sądzono w tej samej obszernej sali, w której w pierwszym procesie skazano na śmierć Gorgonową) powołano biegłych psychiatrów, którzy stwierdzili jednak, że Cybulski jest całkowicie zdrów na umyśle. Jako że pojawiły się plotki, jakoby nosił on w głowie odłamki szrapnela, które spowodowały utratę świadomości i pchnęły go do zbrodni, kioskarza prześwietlono promieniami Roentgena. Plotki się nie potwierdziły. 

W toku śledztwa i procesu oskarżony opisał dokładnie noc popełnienia zbrodni. Emilia Szew (lub Scheff) miała przyjść do kiosku około godziny 23, gdzie Cybulski przyniósł - jak podaje łódzka gazeta "Republika" - 2 flaszeczki wódki i zakąski. Do godz. 3 pili wódkę i jedząc rozmawiali. Po stosunku Cybulski siedząc z dziewczyną* na łóżku wsypał palcami szybko i niepostrzeżenie do szklanki z której piła ona wódkę odrobinę proszku cjankali i dał jej do wypicia, przyczem szklankę, z której pił, trącił o szklankę dziewczyny, mówiąc "na zdrowie". Po wypiciu denatka**, krzyknąwszy "oj" przewróciła się na wznak na łóżku straciła przytomność i po chwili przestała oddychać. Cybulski widząc koło siebie trupa postanowił zwłoki pokrajać, wynieść i rozrzucić i w tym celu zabrał się odrazu do krajania. Nożem obciął naprzód denatce piersi, przeciął tułów wpoprzek koło pępka, używając w robocie prócz noża siekiery i piły. Do godz. 5 nakrajał tyle mięsa ze zwłok denatki, że napełnił niem 2 skórzane teczki, resztę zaś zwłok z nieodciętą jeszcze głową włożył do drelichowego worka i położył koło łóżka. Ukończywszy tę czynność Cybulski położył się i usnął. Po obudzeniu się umył, otworzył kiosk i handlował aż do wieczora. 


Widoczny na ilustracji ze "Światowida" (znalezionej na blogu  międzywojnie.blogspot.pl) skromny kiosk, w którym odbywały się "straszliwe orgje". 


Lekarze nie byli jednak pewni, czy przyczyną śmierci Emilii Szew było otrucie - wprawdzie w żołądku dał się wyczuć nikły zapach gorzkich migdałów, ale równocześnie na resztkach zmasakrowanej głowy odnaleziono ślad pierwotnego ciosu ciężkim narzędziem. Inna łódzka gazeta, "Echo", podała: Jak dotychczas [...] uważa się za pewną tezę, iż Cybulski otruł najpierw swą ofiarę przez wsypanie trucizny do kieliszka z wódką, a dopiero następnie poćwiartował zwłoki. Ponieważ wynik analizy chemicznej zdaje się przeczyć temu przypuszczeniu, stwierdzone obecnie fakty wskazują, że ma się do czynienia ze zbrodniarzem niezwykle wyrafinowanym, który dlatego zapewne zeznał o otruciu, aby móc twierdzić, że uczynił to po pijanemu, a tem samem osłabić wrażenie okrutnego czynu, jakim był rąbanie siekierką i krajanie trupa. Można obecnie przypuszczać, że Cybulski ofiarę swą upił, a gdy pod wpływem alkoholu zasnęła, wówczas zabił ją siekierą - na co wskazywałoby również gruntowne pocięcie głowy, co pomogłoby ukryć największą ranę.    

Przez jakiś czas podejrzewano, że Kołodziej był wspólnikiem Cybulskiego, że nakrył go w trakcie krojenia zwłok i przyrzekł milczenie i pomoc w wynoszeniu szczątków w zamian za jakieś korzyści, ale tego mu nie udowodniono. Sprawę mordu na Emilii Szew usiłowano powiązać, bezskutecznie, ze wspomnianą już cause celebre, czyli morderstwem Lusi Zarembianki, pasierbicy Gorgonowej, a także, na prośbę policji czeskiej, z zabójstwem niejakiej Otylii Vrańskiej, praskiej prostytutki, której poćwiartowane ciało znaleziono w dwóch walizkach:







I tym razem nie udało się udowodnić winy Cybulskiego. Na jaw wyszły za to inne jego ciemne sprawki: Jak się okazuje - donosi dalej "Republika" - jest niezwykłym typem zboczeńca seksualnego. Jeszcze przed rozprawą opowiadał swym obrońcom, którzy go odwiedzili w celi więziennej, że nie mógł zasnąć w nocy, jeżeli przedtem nie sprowadził sobie do kiosku jakiejś dziewczyny. Gdy kładł się sam, miewał stale koszmarne wizje i budził się z silnym bólem głowy. Dalej opowiadał zbrodniarz swym obrońcom, że do żony czuł całkowitą obojętność i od wielu lat nie istniała dla niego, jako kobieta. Podobnie był zupełnie obojętny w stosunku do młodych kobiet. Głód seksualny odczuwał tylko na widok kobiet starszych i brzydkich. Im kobieta była starsza, tem większe wzbudzała w nim pożądanie. W swym kiosku urządzał stale potworne orgje, zapraszając najbrzydsze, stare i zniszczone prostytutki. Szczególnie pod wpływem alkoholu stawał się dla kobiet niebezpieczny (tu z uwagi na drastyczność zeznań sąd utajnił rozprawę). Owa zaniedbywana żona pojawiła się zresztą na sali sądowej, podobnie jak brat mordercy. Brat chciał mu przekazać białą marynarkę, żeby wystąpił całkowicie ubrany na jasno, bo "to robi wrażenie". Kiedy Cybulskiego wyprowadzono z sali, żona podbiegła do niego na korytarzu i - scena jest, doprawdy, tragikomiczna - spytała przez łzy: "No, i co słychać?".

"Echo" donosiło że w aktach znalazły się sekretne notatki mordercy: dzienniczek Cybulskiego, będący swego rodzaju pamiętnikiem. Cybulski po jednej stronie zapisywał wydatki i wpływy z interesu, a na drugiej prowadził kronikę dnia. Zapisywał mianowicie wszystkie ważniejsze wydarzenia dzielnicy, notował skony swych znajomych, zajścia, które dochodziły do jego wiadomości, swoje perypetje miłosne, przepowiadał dalej codziennie pogodę i notował prognostyki, a gdy następnie sprawdzały się one, z zadowoleniem stwierdzał to w dzienniku. Z zeznań świadków wynikało, że Cybulski był emocjonalnie rozchwiany. Z jednej strony parę lat wcześniej usiłował popełnić samobójstwo, z drugiej - terroryzował swoją rodzinę: 9-letni syn maltretowany bał się panicznie ojca i uciekał na jego widok pod opiekę matki. To doprowadziło pewnego razu tyrana do takiej pasji, że z nożem w ręku rzucił się na żonę, krzycząc: "Zbyszka ukrzyżuję, a z ciebie zrobię gulasz". Mimo tego nie uznano go za chorego psychicznie - za morderstwo na Emilii Szew został skazany na dożywocie, choć wówczas za takie zbrodnie szło się na ogół na szafot. Zapewne zaważyła tu bohaterska karta weterana. W więzieniu ponoć sprawował się jak najlepiej. Jego kiosk rozebrano, żeby nie przypominał o krwawej zbrodni, o tych palcach w pudełku z cukierkami i o głowie w teczce, które przywodzą na myśl makabryczny limeryk Goreya:

Ćwiartowanie Wawzera Skowczyka
Było wstrętne: mózg jego zatykał
Odpływ zlewu, jelito
Znaleziono w burrito,
Palce zaś odszukano w ręcznikach.

Ofiarę Cybulskiego - a raczej to, co z niej zostało - pochowano po kryjomu. Oficjalnie dlatego, że władze nie życzyły sobie "niezdrowej sensacji", ale chodziło o coś jeszcze: koleżanki z pracy Emilii Szew zapowiadały, że wystąpią w sposób manifestacyjny, a manifestacji prostytutek władze Lwowa nie życzyły sobie pewnie jeszcze bardziej, niż niezdrowej sensacji. Kondukt, który 13 lutego o godzinie 8 rano poniósł trumnę z kaplicy Instytutu Medycyny Sądowej na cmentarz Janowski, liczył zaledwie pięć osób najbliższej rodziny ofiary.


* określenie nieco pochlebne, skoro miała lat niemalże czterdzieści.
** określenie nieco przedwczesne.


Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

niedziela, 28 kwietnia 2013

Zbrodnia we Lwowie vol I., czyli palce w słoiku z cukierkami

Park, w parku śnieg, pod śniegiem piach. W piachu kawałki porąbanego i osmalonego ciała - w sumie zaledwie 14 kg. Kolejne dni przynoszą jeszcze 21 kg ciała ofiary (w sumie 44 kawałki), rozsypanego w różnych częściach Lwowa. To niedużo, skoro badania wykazują, że zarąbana kobieta była "dobrze odżywiona". Lwów szumi od plotek. Takiej sensacji "Tajny Detektyw" oczywiście przegapić nie mógł. 




Skąd ten "Lwowski Kuerten" w tytule? Ha, wielka wojna przyniosła Niemcom okres ogromnej nędzy, frustracji, niepewności i nierówności, co miało się skończyć obłędem hitleryzmu. Nic dziwnego, że w straumatyzowanym społeczeństwie pojawiło się kilku seryjnych morderców: Haarmann, Grossmann i Kuerten. Wspomniany w tekście Fritz Haarmann (działający wcale nie w Hamburgu, a w Hanowerze, zwany nawet "wampirem z Hanoweru") został zgilotynowany za zgwałcenie i uśmiercenie 24 chłopców w wieku od 10 do 22 lat, choć przyjmuje się, że lista jego ofiar była w rzeczywistości dłuższa. Berlińczyk Grossmann mordował młode kobiety, które następnie ćwiartował (trudno podać liczbę ofiar, choć lista mogła zawierać nawet pół setki nazwisk), kości wyrzucał do rzeki, a mięso sprzedawał na wojennym czarnym rynku; powiesił się w celi przed egzekucją. Kuerten, najbardziej z nich trzech znany, pierwszych morderstw miał się dopuścić jako dziewięciolatek; atakował - co rzadkie - bez szczególnego wzorca, w zależności od tego, na kogo akurat natrafił: kobiety, mężczyzn i dzieci. I choć liczba ofiar była najmniejsza (9 morderstw i 7 usiłowań morderstwa), to właśnie Kuerten zrobił największą medialną karierę. "Tajny Detektyw" nie tylko o nim pisał (że przypomnę tekst z początków tego blogu) ale i co jakiś czas nazywał kolejnego rodzimego mordercę "polskim Kuertenem" (podobnie jak dzisiejsza prasa, która szuka "polskich Fritzlów"). Tak było i w przypadku lwowskiej zbrodni, choć nie było mowy o seryjnym mordercy, a "polskiego Kuertena" należałoby chyba nazwać "polskim bieda-Kuertenem".





Polska po wielkiej wojnie, dodajmy, była nie mniej wykrwawiona i zniszczona niż Niemcy (zwłaszcza, że doszła nam jeszcze jedna ekstra wojna, obrona w roku 1920); wprawdzie ogólna radość z odzyskania niepodległości i wielkie nadzieje działały tu dokładnie odwrotnie, niż niemieckie przygnębienie po traktacie wersalskim, ale zniszczeni weterani zaludniali tereny po obu stronach granicy. Otto Dix i George Grosz, którzy zresztą sami cierpieli na zespół stresu bojowego po przejściu przez okopy, w czasach Republiki Weimarskiej genialnie portretowali swoich byłych towarzyszy broni: jako kaleki-cyborgi bez nóg, rąk, o kulach, ze sztucznymi szczękami, gnijących w suterenach, biedujących na ulicach, wiodących życie zastępcze, niepełne, skarlałe:

Otto Dix: "Grający w skata"
Otto Dix: lewe skrzydło tryptyku "Metropolis"
George Grosz "Bohater"

George Grosz "Ocaleniec"

Jedną z metod opieki nad weteranami były właśnie państwowe koncesje na prowadzenie kiosków, przynoszące może nie kokosy, ale możliwość w miarę godnego utrzymania (dodajmy, że conocne sprowadzanie "koryntjanki" przez Cybulskiego nie oznaczało wówczas, że był bogaty; płatny seks w międzywojniu, o czym pisałem już wcześniej, był bardzo tani). Tak oto ci, którzy przelewali krew za Polskę, dożywali swoich dni na skromnych posadkach, szanowani przez współobywateli. Wprawdzie nie każdy z weteranów, jak widać, był postacią nieskazitelną, ale we Lwowie, raptem 14 lat po heroicznej obronie miasta, bohaterstwo pamiętano - zwłaszcza, że jeśli Cybulski był inwalidą już w armii austriackiej, to męstwem w walce z bolszewikami wykazał się jako kaleka. Tymczasem przez niefrasobliwość Kołodzieja sprawa się wydała - i trzeba było jakoś przełknąć gorzką pigułkę, bohatera-mordercę. O procesie, śledzonym przez cały Lwów, a może i całą Polskę - w następnym wpisie.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

piątek, 22 lutego 2013

Perlmutterówna, tapicer i żebraczy high-life.

Dziennikarze-hieny nie są niczym nowym - przed wojną w gazetach reprodukowano zdjęcia trupów, podawano bez ogródek wszelkie dane personalne ofiar i przestępców (z adresem włącznie), a ludzkie dramaty opisywano niekiedy jako zabawne scenki z życia ulicy. Jak w przypadku nieszczęsnej żebraczki ze Lwowa.


Opowieść o Perlmutterównie jest podana przez lwowskiego korespondenta w sposób lekki i zabawny: oto imitujący wyższe sfery romans ze sfer niższych, istna "Opera za trzy grosze" w wersji farsownej, gdzie zaradna, ładna dziewuszka przechodzi przez ramiona chasyda, żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza, tapicera Salza, i cukiernika Guertla, przedstawianego jako "Don Juan trzeciej dzielnicy"*. Dużo tu kpiny - nie wiadomo z czego, chyba z tego, że lwowscy żebracy w ogóle są zdolni do miłości i "bawią się" w takie luksusy, jak romanse.

Frydzia Perlmutterówna jest według dziennikarza "filarem tego dramatu"; mnie wydaje się nie filarem, a udręczoną dziewczyną, którą bieg wydarzeń rzuca jak popsutą lalką. Już start miała raczej kiepski: Skałat leżał podówczas w województwie Tarnopolskim, pod samą granicą wschodnią RP, do niedawna jeszcze w "Golicji i Głodomerii", jak ze względu na potworną nędzę przezywano Cesarsko-Królewską prowincję Galicję i Lodomerię. Kiedy dziś słyszymy czasem, że w Polsce panuje bieda, stosujemy zupełnie inne pojęcie biedy niż w międzywojniu, zwłaszcza w okresie Wielkiego Kryzysu, który szczególnie dawał się we znaki w kraju zniszczonym zaborami i I wojną światową, który swoje lata względnej zamożności przeżywał ostatnio za czasów Sobieskiego. Skala bezdomności, żebractwa, prostytucji była niewyobrażalna. Miarą tego, jak trudno było zarobić choćby parę groszy, niech będą słowa z książki Moniki Piątkowskiej "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce" o cenach usług prostytutek: Uliczna dziewczyna czekająca na okazję pod drzwiami szynku lub nieopodal dworca kosztowała klienta 1,50 zł, czyli tyle, ile pięć kilogramów śledzi, trzy kilogramy cebuli, kilogram mięsa wołowego z kością i dokładką podrobów, 2,5 kg grochu, 25 sztuk sprzedawanych luzem papierosów lub litr śmietany. Za 1,50 zł w latach trzydziestych można się było przespać w prywatnym przytułku na wynajętym łóżku, kupić trzy bilety na wiejską zabawę, dwa obiady w tanim barze "Pijak" na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie lub raz zagrać z ulicznym szulerem w trzy karty. [...] Z kwoty 1,50 zł jaką klient płacił za usługę, uliczna dziewczyna aż złotówkę oddać musiała amatorskiej sutenerce, zapisującej nocny utarg na ścianie kreskami swojego pokoju. W zamian, poza łóżkiem, na którym mogła przyjąć klienta, "chustkowa" dostawała jeszcze poczęstunek dla mężczyzny i alkoholowy napitek, ale ten bywał często dodatkowo płatny. [...] W II Rzeczypospolitej ulicznej dziewczyny zazwyczaj nie było stać na samą siebie.
Chciało by się dodać: a co z dziewczyną-żebraczką, która żadnej usługi nie sprzedaje, a w dodatku ma na utrzymaniu małe dziecko? Warto zwrócić też uwagę na to, kim są lwowscy żebracy: to nie niziny społeczne, programowi bumelanci, ale, co typowe dla okresu Wielkiego Kryzysu, zdeklasowani rzemieślnicy: cukiernik, tapicer. To społeczeństwo pełne ludzi, którzy zostali gwałtownie pozbawieni środków do życia i nie mogą pracować mimo ogromnej woli pracy, która niektórych przywodziła - tu znów odsyłam do Piątkowskiej - do obłędu.

Historia Perlmutterówny nie nadaje się na farsę. To raczej materiał na operę w typie "Wozzecka". 14-latka wydana za człowieka, który zamiast zajmować się utrzymaniem rodziny, powinien raczej zgłębiać święte księgi i służyć Bogu, nawiązuje romans z żołnierzem KOPu - jedynym w tej opowieści, który ma stałe i bezpieczne miejsce zatrudnienia, trwały żołd; tyle, że żołnierz, mimo dramatycznych okoliczności (wyrzucenie dziewczyny z domu przez męża, śmierć obojga jej rodziców) najwyraźniej nie zamierzał zapewnić opieki ani młodziutkiej matce, ani - swojemu lub nieswojemu - dziecku. Frydzia ucieka więc na zachód, do miasta, najmuje jakąś norę - z początku mogła zresztą, jak to często wówczas bywało, zajmować z dzieckiem tylko jakieś schody, które za dnia opuszczała. Natrafia na Salza, który najpierw się nią zaopiekował, potem porzucił dla "żebraczki-chrześcijanki" (podział religijny, co ciekawe, był ważny nawet wśród żebraków), zostawiając jej - co istotne - meble. I ten Guertel, pokazany jako bawidamek, jako uwodziciel - jakby "nasz korespondent", kawiarniany buc, nie rozumiał, że dla tej dziewczyny mężczyzna nie był luksusem, ale, być może, kwestią tego, czy ona i dziecko przeżyją przez kolejny rok. Takich jak Perlmutterówna, które w swojej nędzy i upodleniu dochodziły do ściany, więc dusiły dziecko, a potem wypijały esencję octową, było na pęczki. Ale, jak się okazała, od Guertela zamiast wsparcia mogła oczekiwać syfilisu. Oraz przepicia jedynej jej własności - mebli zostawionych przez Salza.

Buechner już, oczywiście, nie żył, ale Alban Berg - i owszem. Kto mógłby napisać libretto? Może Albert Doeblin? Berg dzięki temu mógłby dłużej pożyć, bo stać byłoby go na doktora i operacji karbunkuła na szyi nie robiłaby mu żona nożyczkami, tylko specjalista. A coś może skapnęłoby i Frydzi Perlmutter-X-Salz-Guertel? Nie, raczej nie.


Lwów, obecny widok ulicy Pid Dubom (Pod Dębem); dom, w którym mieszkała Frydzia - trzeci od lewej, z balkonem.
Widoczne wysokie (względnie) okna suteren. Za użytkownikiem Chef ze strony 
http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?p=67650633

* III Dzielnica, czyli Przedmieście Żółkiewskie, było tym, czym dla Warszawy Nalewki, a dla Krakowa-Kazimierz: dzielnicą żydowskiej biedoty.


Za: "Tajny Detektyw" nr 42 rok IV, 14 X 1934

czwartek, 7 lutego 2013

Dwusetny wpis - Miasta cieni cz. VIII

Po dwóch i pół roku prowadzenia "Tajnego Detektywa" zebrało się aż dwieście wpisów. Z tej okazji kolejna porcja zdjęć z albumu polskiej policji z lat międzywojennych - tym razem mugshots piętnaściorga oskarżonych z 1927 roku.