Pokazywanie postów oznaczonych etykietą więzienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą więzienie. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2019

Staszliwe skutki (nie)palenia marihuany


Poznajcie Waltera „Czerwonego” Tylczaka, polskiego gangstera z Detroit, bohatera przerażającej – i kompletnie zmyślonej – opowieści o śmiertelnych skutkach palenia zioła.



Od połowy XIX wieku w USA chętnie palono konopie indyjskie, jednak w ramach wielkiej akcji porządkowania rynku medykamentów i walki ze sprzedawcami różnego rodzaju cudownych eliksirów wprowadzano stopniowo nowe zasady, wedle których konopie podpadały pod kategorię "trucizn", czy "leków szkodliwych dla zdrowia" i mogły być sprzedawane tylko na receptę lekarską. Przepisy zaostrzyły się na początku XX wieku, zwłaszcza po wprowadzeniu prohibicji w 1920 roku, kiedy to wielu ludzi zamiast zakazanego alkoholu relaksowało się paleniem trawy. Po zniesieniu prohibicji w 1933 roku szczególnym wrogiem konopi został szef Federalnego Biura d/s Narkotyków, Harry J. Anslinger, który upierał się, że ich palenie prowadzi do morderczych chętek i nieopanowanego popędu seksualnego - był też wojującym rasistą i dowodził, że palenie skłania białe kobiety do seksu z czarnymi mężczyznami. 

Do naszego kraju zjeżdża całymi tonami śmiertelna, straszliwa trucizna, która niszczy i rozdziera nie tylko ciało, ale samo serce i duszę każdego człowieka, który z miejsca staje się niewolnikiem którejś z jej okrutnych, niszczycielskich form. Marihuana to droga na skróty do domu wariatów. Pal przez miesiąc papierosy z marihuaną, a to, co kiedyś było twoim mózgiem, stanie się jeno magazynem upiornych zjaw. Haszysz z najłagodniejszego człowieka, którego śmieszył pomysł, że mógłby go opanować jakiś nałóg, czyni mordercę, który zabija dla samej przyjemności zabijania.

Ostatecznie dopiął swego w roku 1937, kiedy wprowadzono Marihuana Tax Act, zakazujący posiadania i sprzedaży trawy. Zrazu spotkało się to z niewielkim oporem, bo aptekarze i lekarze nie znali terminu "marihuana" i nie wiedzieli, że uderza to w recepty na konopie - a potem było za późno i raport LaGuardii (burmistrza Nowego Jorku, który nie zgadzał się z propagandą Anslinegra) został odrzucony jako "nienaukowy". 



Zmianom przepisów towarzyszyła wielka kampania Anslingera i jego sojuszników, m.in. magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta, któremu na rękę były opowieści o demonicznej sile marihuany, bo pomagały w sprzedaży brukowców. Artykuły, ulotki i poradniki, dowodzące straszliwej szkodliwości konopi roiły się od krwawych opowieści i znalazły swoją kulminację w filmach: „Marihuana” z 1936, „Zabójca młodości” z 1937, a przede wszystkim w zrealizowanym w 1936 roku przez grupkę religijnych aktywistów „Tell Your Children” („Powiedzcie swoim dzieciom”). Znany jako jeden z najgorszych filmów w historii kinematografii, został nakręcony w dobrej wierze, a następnie – wykupiony, przemontowany i wzbogacony o ostrzejsze sceny przez Dwaina Espera, specjalisty od exploitation films – trafił do kin dla zgoła innej publiczności jako „Reefer Madness” („Ziołowy obłęd”; występował także jako „Paląca kwestia”, „Narkoman”, „Narkotyczna młodość” i „Obłęd miłosny”). W latach 70. osiągnął status filmu kultowego w latach 70., bo upalone pokolenie dzieci kwiatów znakomicie bawiły się przy tej perle nieudaczności, a także później (znakomity parodystyczny musical pod tym samym tytułem z roku 1998, sfilmowany w 2005). Opowieść rozrasta się na zasadzie od rzemyczka do koniczka: prosta jest droga od wypalenia zioła do wypadku samochodowego, morderstwa, samobójstwa, próby gwałtu, halucynacji i ostatecznego szaleństwa. Esper w swojej wersji „Reefer Madness” położył nacisk na sceny seksu i przemocy – a równocześnie był kryty przed zakusami cenzury, był to bowiem film umoralniający. Jakże często największe plugastwa można znaleźć w umysłach samozwańczych strażników publicznej moralności.



Takie dzieła potrzebowały oczywiście, jak średniowieczne kazania, egzemplów, czyli poruszających przykładów z życia wziętych. Dostarczał ich Anslinger i podobne w tonie a niekiedy tożsame notatki rozchodziły się w ulotkach i w prasie. Jedną z czołowych spraw było podwójne zabójstwo w stanowym zakładzie penitencjarnym w Marquette, gdzie zawsze pojawia się straszliwy upalony morderca Tylczak. Na przykład w ulotce „Narkotyczny demon” z roku 1940 można było przeczytać: Jakiś czas temu ciszę więzienia stanowego w Marquette w stanie Michigan rozerwały dźwięki rewolwerowej strzelaniny, a w godzinę później dobroduszny więzienny doktor leżał obok lojalnego więźnia, który oddał życie, próbując ocalić swego przyjaciela, doktora. Śledztwo wykazało, że broń i amunicję przeszmuglowano do więzienia w podwójnych dnach pojemników ze śledziami, a także że do więzienia przemycono również MARIHUANĘ, z której Tylczak, morderca doktora i współwięźnia, dobył swojej demonicznej odwagi. 

*

Niestety dla Anslingera dziennikarze zaczęli naciskać go w sprawie podawania źródeł, więc w 1936 roku napisał do dyrekcji więzienia, która w odpowiedzi sprostowała nieścisłości:

Artykuł w gazecie niewątpliwie odnosi się do zabójstwa dr. A. W. Hornbogena, które miało miejsce w naszym szpitalu więziennym pięć lat temu. […] Pistolety nie dotarły tu w podwójnych dnach pojemników ze śledziami, tylko w konserwach drobiowych firmy Hormel. Zostały tam umieszczone w Detroit, przywiezione tutaj i umieszczone pod niewielkim mostkiem w okolicach terenów należących do więzienia. Następnie puszki wwiózł zastraszony więzień, kierowca ciężarówki. Nigdy nie udało nam się dowieść z całą pewnością, że marihuana miała cokolwiek wspólnego z zamieszanymi w ten spisek, wyglądający na próbę ucieczki. Podejrzewaliśmy wprawdzie, że mieli marihuanę, ale nie znaleźliśmy na to żadnych dowodów.

Następnie dyrektor Walter F. Gries szczegółowo opisuje próbę ucieczki:

W owym czasie czterej osadzeni dzięki pomocy z zewnątrz otrzymali broń; nazywali się Germano, Roxbury, Buver i Hohfer. Trzem pierwszym z nich udało się trafić do szpitala więziennego z przepustką chorobową. Kiedy doktor Hornbogen, zastępujący lekarza więziennego przebywającego na wakacjach, badał pacjenta Germano, ten, poproszony o zdjęcie koszuli, wyjął ze spodni ukryty tam pistolet i zastrzelił doktora, a następnie postrzelił więźnia-pielęgniarza nazwiskiem Oligschlager, który próbował interweniować i pomóc lekarzowi. Doktor zmarł natychmiast, więzień-pielęgniarz tego samego dnia wieczorem.

O ile udało nam się ustalić, ludzie ci nie zamierzali zabić lekarza, tylko stał się on przeszkodą w ich planach, a że – jak zakładamy – byli oni pod niejakim wpływem Marihuany, po prostu zastrzelili go i zbiegli schodami do rotundy, zabrali klucze tamtejszemu strażnikowi, wyszli na dziedziniec, a stamtąd na trzecią kondygnację budynku przemysłowego, gdzie trzej pierwsi osadzeni się zastrzelili. Czwarty, Hohfer, odebrał sobie życie w celi, której nie udało mu się opuścić.

Oto krótka historia incydentu, który wydarzył się tu pięć lat temu, w sierpniu.

Nazwisko Tylczak, owszem, pojawia się w tym obrazku – ale był to człowiek, który zorganizował przemyt broni do więzienia. Został potem aresztowany dzięki ciężkiej pracy detektywa Van Loomisa z policji stanu Michigan. Tylczaka następnie osądzono i skazano. Jakiś czas później wrócił do Detroit żeby zeznawać w innej sprawie i uciekł konwojentom z sali sądowej. Jakiś czas później jego ciało znaleziono chyba gdzieś w hrabstwie Wayne albo w okolicy i podejrzewa się, że został zastrzelony przez członków własnego gangu.

Anslinger musiał być niepocieszony.


"Rotunda" w innym więzieniu w stanie Michigan, w Jackson - był to centralny hol całego więzienia, gdzie dochodziły poszczególne korytarze.


*

Jakie zatem były prawdziwe losy Waltera Tylczaka? Wiemy, że przed ukończeniem osiemnastego roku życia zdążył dwa razy zostać postrzelony przez policję; odsiadywał liczne wyroki, dwukrotnie też uciekł z więzienia. Należał do jednego z najważniejszych i zarazem najbardziej brutalnych gangów w ówczesnych Stanach, Purpurowego Gangu z Detroit, założonego przez braci Burnstein i trudniącego się głównie przemytem alkoholu, porwaniami i wymuszeniami. Na początku lat 30. gangsterzy prowadzili tak wystawne życie - i zarazem czuli się tak dalece bezkarni - że zaczęli popełniać głupie błędy, które ułatwiały policji ich ściganie. Do tego zaczęli ze sobą rywalizować, co pociągnęło serię zabójstw.

Rzeczywiście, w 1932 „Ironwood Daily Globe” donosiło o skazaniu go za zorganizowanie szmuglu pistoletów. Oskarżonymi o przemyt i przyczynienie się do śmierci dr. Hornbogena byli Stanley Podolski, odsiadujący karę 20 do 40 lat w Marquette za napad na bank; Walter Tylczak, obecnie przebywający w więzieniu w Jackson, oraz Stanley I. Sczitko, alias Sam Sceatko, blacharz z Detroit, również osadzony w więzieniu Marquette. Ostatecznie Waltera „Czerwonego” Tylczaka, który już siedział w Jackson za rozbój, skazano za morderstwo drugiego stopnia na dodatkowe 20 do 40 lat odsiadki, a Stanleya Podolskiego i Sczitkę uniewinniono (Stanley, jak sądzę, musiał być słusznej postury, miał bowiem ksywkę „Big Stack”, co należałoby tłumaczyć jako „Stosisko” albo „Hałda”).

Tylczak poszedł siedzieć, ale - jak już wiemy z listu dyrektora więzienia Marquette - uciekł z sądu. A tak naprawdę z aresztu miejskiego, dokąd przeniesiono go z więzienia, żeby zeznawał w sprawie niejakiego Williama Sudomiera, oskarżonego o zabójstwo (w marcu 1931 roku) zamożnego przedstawiciela handlowego Josepha Burke'a. Obaj przestępcy znali się od dziecka, w roku 1925 (kiedy mieli po osiemnaście lat) trafili razem do zakładu poprawczego za rozbój na właścicielu spożywczaka; po pół roku, w styczniu 1926, uciekli stamtąd, ale obaj wpadli – Tylczak pod koniec lutego, kiedy pechowo spróbował obrabować tajniaka, a Sudomier w marcu, kiedy policję powiadomiła czternastolatka, którą namawiał do romantycznej ucieczki we dwoje. 

Wkrótce jednak przyjaciele zostali wrogami; za ucieczkę z poprawczaka trafili do Marquette, a kiedy opuścili więzienie, napadli wspólnie na poborcę podatkowego; Tylczak został postrzelony, Sudomier go porzucił i salwował się ucieczką. Znów obaj znaleźli się w Marquette, ale tym razem w rywalizujących ze sobą grupach. Kiedy ucieczka z więzienia się nie udała, Tylczak i inni więźniowie uważali, że wsypał ich właśnie Sudomier. Teraz, w akcie zemsty, Tylczak oskarżył go przed śledczymi o zabójstwo Burke'a: mieli razem podjechać pod dom ofiary, Walter czekał w samochodzie, a William ruszył do środka z rewolwerem, a wróciwszy oświadczył, że Burke wrócił za wcześnie do domu i "musiał go zastrzelić". Obrońca Sudomiera na sali sądowej zapytał nawet Tylczaka, czy to prawda, że próbuje doprowadzić do powrotu oskarżonego do Marquette w nadziei, że współwięźniowie pomszczą jego krzywdę i ukarzą kapusia. Złożywszy zeznania, Tylczak – jak wiemy – zbiegł 8 lipca 1933 roku.

Za jego głowę wyznaczono nagrodę 500 dolarów wedle starej reguły „żywy lub umarły”, a listy gończe posłano również do Polski, sądząc, że może próbować ukryć się w rodzinnych stronach. Stąd wklejka w albumie polskiej policji i anonse w gazetach:



Poszukiwania były jednak niepotrzebne, bo raptem tydzień po tej notce w łódzkim "Echu" sprawa niejako sama się rozwiązała.

*

26 listopada 1933 roku znaleziono ostrzelany samochód, nowiutkiego chryslera, a wewnątrz dwa ciała. Byli to nierozłączni Abe Axler i Eddie Fletcher, nazywani "bliźniakami syjamskimi", którzy byli najważniejszymi zabójcami w szeregach Purpurowego Gangu. Zostali zlikwidowani zapewne przez własnych ludzi, czy to za podprowadzanie pieniędzy gangu, czy to na zlecenie włoskiej mafii, z którą rywalizowali w handlu narkotykami w Detroit. W chwili śmierci trzymali się za ręce i tak też ich znaleziono. 

Bliźniacy syjamscy

W tej samej okolicy, ledwie dwa dni później, 28 listopada 1933 roku o 7:20 rano pewien farmer znalazł leżące na poboczu ciało. – jak podawały „Ludington Daily News” – Zmarły został zabity strzałem w głowę i zapewne wyrzucony z samochodu do rowu. W kieszeniach znaleziono pociski kal. 38 mm oraz pęk kluczy, które według policji mogły być wytrychami do zamków. Jak się zdaje, z ubrania usunięto wszelkie znaki szczególne i ciało zidentyfikowano dopiero parę godzin później dzięki odciskom palców. Z tego samego artykułu dowiadujemy się również, że Policja hrabstwa Macombe, która zidentyfikowała Tylczaka po jego odciskach palców, uważa że był on jednym z ludzi biorących udział w zabójstwie dr. Juliusa C. Harrisa, dentysty z Detroit, który zginął w kasynie sobotni wieczór, czyli trzy dni wcześniej.

Niedługo później Sudomier, którego proces o zabójstwo Burke'a nadal trwał, ale oskarżony wpłacił kaucję w wysokości 10 tys. dolarów i odpowiadał z wolnej stopy - zgłosił się na policję i powiedział, że jest spłukany, więc chętnie pomoże w sprawie rozwikłania zagadki zabójstwa Tylczaka. Ale nic nie wskazuje, żeby ją rozwikłano. 

Możliwości są różne: zemsta samego Sudomiera, który chciał unieszkodliwić zbiegłego świadka; pozbycie się przez kolegów niewygodnego, intensywnie poszukiwanego przez policję przestępcy; porachunki o pieniądze zrabowane dentyście w kasynie pomiędzy jego zabójcami; wreszcie: ogólny zmierzch Purpurowego Gangu i dobijanie jego resztek przez Włochów. Tak czy owak, Tylczak przeżył życie krótkie i awanturnicze - w chwili śmierci liczył zaledwie dwadzieścia sześć lat i nie miał pojęcia, że za parę lat stanie się jednym z przykładów szkodliwości marihuany.

Za: "Echo" 20 XI 1933, „Ludington Daily News”, 28 XI 1933; „Ironwood Daily Globe” 9 VI, 14 VII, 23 VIII, 13 XII 1932, reefermadnessmuseum.org, album policyjny

piątek, 2 listopada 2018

Hardy zyskuje historię

Ta fotografia, jak wiele innych, była zupełnie anonimowa. Ot, mężczyzna, którego nazwałem "hardy". Sfotografowany w roku 1928 w Warszawie, w Urzędzie Śledczym na tyłach ratusza, o którym niedawno pisałem. Pod trzydziestkę, z wyglądu raczej niezamożny. To wszystko, co o nim wiedziałem.



Na szczęście dostałem od czytelnika link do zbiorów przedwojennej warszawskiej Policji Państwowej, które udostępnia Archiwum Akt Nowych. I oto otworzył się przede mną bezmiar rozmaitych danych i wiadomości, również o tym człowieku.




Stanisław Ciborowski zbiegł z aresztu pod koniec roku 1928, zdjęcie do albumu wklejono zapewne 3 XII - z adnotacją, że zbiegł z Aresztu Rozpoznawczego Policji Polskiej w Warszawie. Jak się tam znalazł? Nie wiadomo. "Gazeta Śledcza" wszelako ujawnia, że był piegowaty, szarooki i mierzył ledwie 158 centymetrów, a w innym miejscu - że był z gminy Chlebiotki pod Łomżą, a w Warszawie mieszkał przy Twardej 34 (czyli chyba gdzieś, gdzie dziś mieści się parking okolony przez Twardą, Sienną i Złotą).




Dzięki imieniu i nazwisku znalazłem notkę w "Kurierze Bydgoskim" z lipca 1939 roku, a zatem o dekadę późniejszą, która wszystko wreszcie wyjaśnia i dopisuje dramatyczne zakończenie.



Oto historia Stanisława: napad rabunkowy, aresztowanie, ucieczka, pochwycenie, wyrok dziesięciu lat odsiedziany w Białymstoku, wyprowadzka do brata do Choroszczy, romans z bratową, pakt, narodziny dziecka, krwawe chrzciny. 

Za: album policyjny, "Kurier Bydgoski" z 21 lipca 1939.

czwartek, 4 października 2018

Trzech muszkieterów z Warszawy

Trzej młodzi mężczyźni, wszyscy sfotografowani w Wydziale Rozpoznawczym Urzędu Śledczego w Warszawie. Dziewięć ujęć na jednej, dużej odbitce:


Gdzie dokładnie mieścił się Wydział Rozpoznawczy? Na tyłach ratusza - od frontu plac Teatralny, a na tyłach wąska uliczka Daniłowiczowska. Dziś ocalał z niej tylko pałac, wzniesiony dla podskarbiego wielkiego koronnego, Mikołaja Daniłowicza (stąd oczywiście nazwa ulicy), swego czasu siedziba znakomitej, zrabowanej przez Rosjan po III rozbiorze Biblioteki Załuskich, której ściany ozdabiały popiersia polskich królów. Popiersia zakopano, ze strachu, że Rosjanie je zniszczą, ale w 1821 odkopano i umieszczono na fasadach oficyn pałacu, a kiedy te rozbierano pod wytyczaną Hipoteczną -- przeniesiono na główną fasadę budowli i tak powstał znany nam dziś Dom pod Królami, obecna siedziba ZAiKSu. Wszystkie pozostałe budowle zostały wymiecione przez historię.

Ta część Warszawy była związana z więziennictwem już od początków XIX wieku, kiedy to w 1817 roku umieszczono tam siedzibę policji, w związku z przenosinami ratusza. Stary, przymały gmach na rynku zburzono i na nową siedzibę kupiono pałac Jabłonowskich i do 1819 przebudowywano go według projektu Lesslów ojca i syna. W 1823 dodano dwa elementy: belwederek na dachu, stanowiący podstawę pod telegraf optyczny, oraz właśnie areszt na tyłach. Na początku XX wieku uznano, że rosnące miasto potrzebuje solidniejszego więzienia i na wykupionej posesji przy Daniłowiczowskiej 7 (dawny pałac Kabryta) powstał w roku 1914 monumentalny, sześciopiętrowy budynek z neorenesansową attyką, Areszt Centralny:


Wspomniany Wydział Rozpoznawczy mieścił się natomiast obok, pod adresem Daniłowiczowska 3, tam gdzie od stulecia działała warszawska policja. Janusz S. Majewski tak opisywał to biuro, posiłkując się artykułem Stanisława Targowskiego z 1925 roku:

W ciasnych pomieszczeniach urzędu śledczego przez kilkadziesiąt lat dwaj policjanci z tzw. biura specjalnego - panowie Kowalik i Kurnatowski - gromadzili kartotekę przestępców. Ilość akt była ogromna, a sam urząd jeszcze przed 1914 r. cieszył się dobra opinią wśród speców z miast europejskich.

Jak wyglądał w latach 20,. pisał Targowski. "Nastrój ciężki: czuje się już w powietrzu, że jest to lokal, w którym starają się fachowo prać zbrukane wszelkim występkiem sumienie. Kartoteki, półki, półki, tysiące fotografii, albumy. Tysiące fotografii z różnych okresów lat ubiegłych i bieżących. Klientela zaś różna: nie każdy umie zdefiniować, kogo chce znaleźć. Z ogólnych dopiero wskazówek poszkodowanego kartotekarz musi się zorientować mniej więcej, z jakiej półki i z jakiej serii podać fotografię i czy jeszcze dla danego przestępstwa mogą się przydać albumy dawniejsze". Były to zatem takie albumy, jak te, które trafiły w moje ręce, a z których pochodzi fotografia Żurka, Podgórskiego i Kudraszewa. Niestety, najpewniej spłonęły w czasie powstania.


O Kurnatowskim prasa pisała wówczas: Powszechnie jest znany jako polski Sherlock Holmes. Ma bogate doświadczenie, świetna pamięć, zimne nerwy i znajomość nieprzeciętną psychologii przestępców. Raz widzianej w życiu twarzy nie zapomni nigdy. Pamięta świetnie stosunki rodzinne i towarzyskie złoczyńców, (...) a co ciekawsze, klienci pana Kurnatowskiego, zwłaszcza ci bywali, lubią go i szanują. Nade wszystko wierzą mu. Pan Kurnatowski nieraz jest zmuszony dać słowo honoru złodziejowi, że spełni swe przyrzeczenie i... wiernie dotrzyma tego przyrzeczenia. Sam budynek przy Daniłowiczowskiej 3, w którym wspomnieni policjanci pracowali i pstryknęli te trzy zdjęcia, nie dotrwał do końca międzywojnia - pod koniec lat 30. biura przeniesiono, a mury wyburzono pod planowaną przez Starzyńskiego rozbudowę ratusza, która nigdy nie nastąpiła. 


*


Zdjęcie jest dość nietypowe, bo stanowi zlepek trzech mugshotów. W dodatku do albumu zostało wklejone w roku 1928, natomiast daty na fotografiach są o trzy do pięciu lat wcześniejsze: 1923 i 1925. Najpewniej wspólna sprawa, ale jaka?

Próbowałem dowiedzieć się czegoś o trzech - szczęśliwie podpisanych - panach: Aleksandrze Żurku, Józefie Podgórskim (niestety: bardzo częste zestawienie imienia i nazwiska) oraz Bazylim Kudraszewie. Najpierw znalazłem w łódzkiej "Republice" kawałek o Żurku, który w lutym 1927 roku z kolegami okradł sklep jubilera, mieszczący się bez mała w tym samym miejscu, co Wydział Rozpoznawczy: po drugiej stronie placu Teatralnego, na tyłach Teatru Wielkiego, w wystawnym Domu Dochodowym Teatrów Rządowych przy Trębackiej:




Teodor Szymański miał swój sklep jubilerski w jednej z najstrojniejszych kamienic tej części Warszawy, wzniesionej na początku XX wieku (1902-1905) z pieniędzy żyjącego w dobrych stosunkach z carskim dworem Adama Zamoyskiego. Projekt wykonał Stefan Szyller: budowla ciągnęła się wzdłuż Trębackiej i zakręcała na Wierzbową, a barok, renesans, klasycyzm i secesję łączyła w jedną eklektyczną i mocno tortową całość. Parter i pierwsze piętro zajmowały ogromne sklepowe witryny długiego pasażu handlowego, który dziś nazwalibyśmy galerią, a wyżej ciągnęły się trzy kondygnacje mieszkań, akcentowane wykuszami - czterema pomniejszymi, ciągnącymi się przez dwa piętra, i sześcioma większymi, dochodzącymi do dachu i tam zakończonymi wieżyczkami:




Dwie takie wieżyczki, widoczne w głębi po prawej, flankowały monumentalny wjazd na tyły Teatru, zaprojektowany z takim rozmachem, żeby dało się tamtędy wwozić wielkie elementy dekoracji scenicznych:




Niestety Dom Dochodowy został poważnie uszkodzony w czasie oblężenia Warszawy, potem jeszcze w powstaniu i ostatecznie wyburzony pod powojenną rozbudowę Teatru Wielkiego przez Pniewskiego. Jesienią 1939 roku Sylwester Braun zarejestrował zniszczenia:



Miejsce napadu nie było zatem przypadkowe: oprócz zakładu jubilerskiego Szymańskiego mieściły się tu m.in. luksusowy sklep Frageta, skład futer Małobęckiej, działający po dziś dzień (choć pod innym adresem, oczywiście) zakład krawiecki Zaremby i salon samochodowy Austro Daimlera. Żurek z kolegami wiedział, w co celować. Łup wartości 80 tysięcy złotych to była wówczas fortuna - ale, jak wiemy, niedługo się nią nacieszył. Sam Żurek, jak się dowiadujemy, mieszkał przy Rybaki 14 – w zagłębiu nędzy między Starówką a Wisłą, gdzie dziś ciągnie się Park Fontann. Z wszystkich podanych w gazecie adresów ten był najpodlejszy - zarówno oba domy na Czerniakowie, jak i kamieniczka "Pod Okiem Opatrzności" przy Freta były z pewnością pocześniejsze, niż jedna z wielu przypominających wiejskie chaty ruder na tamtym odcinku ulicy Rybaki, którą jeszcze w latach 30. wyburzono pod Dom Polaków z Zagranicy (budowany 1938-1939, nieukończony przed wojną, podczas jej trwania mieszkali tam bezdomni i uchodźcy).

O Podgórskim i Kudraszewie z początku nie udało mi się znaleźć niczego... prócz notki gazetowej (drugiej dostarczył mi Ryszard Mączewski, za co serdecznie dziękuję), która wyjaśnia, skąd pochodzi taka nietypowa kompilacja trzech mugshotów. Otóż w styczniu 1928 roku grupa sześciu więźniów, w tym Żurek (w jednej z notek zapisany błędnie jako Turek), Podgórski i Kudraszew uciekli z warszawskiego aresztu przy Długiej, gdzie odsiadywali wyroki. Chodzi o gmach Arsenału Królewskiego, wówczas pełniący funkcję więzienia, pod koniec lat 30. przebudowany by pomieścić bezcenne zbiory Archiwum Miejskiego, kompletnie spalone w powstaniu i po jego zakończeniu. Tak opisują ucieczkę "Goniec Częstochowski" i "Kurjer Warszawski":



Co wydarzyło się z nimi później? Dokładnie nie wiadomo, ale wszyscy wpadli - i to prędko, bo już 15 marca "Kurjer Warszawski"(znów nieoceniony Ryszard Mączewski!) donosił, że wpadł ostatni z uciekinierów, Wasyl (czyli Bazyli) Kudraszew, kieszonkowiec i włamywacz:



Ach, co to były za czasy, kiedy włamywacze miewali pseudonimy typu "Czerwony Waśka", a kobiety upadłe - "Kopiejka"!

*

Dlaczego jest ich tylko trzech, skoro uciekło sześciu? Łapano ich kolejno, jeden - Józef Śliwicki, nazywający się zresztą jak ówczesny sławny aktor, pracujący w Teatrze Wielkim - zmarł na wolności. Kiedy wykonano tę kompilację, dwaj inni pewnie już wpadli. Wielu wiadomości dostarczają kolejne notki, które znalazła Agnieszka Pospiszil. Wiemy już, że Kudraszew ukrywał się najdłużej - a to dlatego, że miał swoją misję na wolności. Chciał - jak donosił "Ekspres Zagłębia" - znaleźć i zamordować kochankę, która po jego aresztowaniu zajęła się, z musu, prostytucją:


Można zatem przyjąć, że Kazi nie zamordował i jakoś się z nią pogodził, skoro towarzyszyła mu w chwili aresztowania - ale to chyba błąd dziennikarza. W czasie procesu bowiem sądzono nie tylko pięciu uciekinierów (szósty, jako się rzekło, zmarł), ale również ich kochanki, pomocników i wspólników w personelu więziennym. Cóż się okazuje? Że ukrywała go pod łóżkiem - a chyba nawet w łóżku, jak można wyczytać z eufemizmów. Kazi natomiast nie odnaleziono, co może świadczyć, że zemsta mu się jednak udała.

Obie notki - kolejno w "Robotniku" i "Naszym Przeglądzie" - z procesu, który toczył się w maju roku 1929 roku, pokazują też, że była to profesjonalnie zorganizowana wielka ucieczka. Wprawdzie jeden z oskarżonych melancholijnie pytał "Czyż widząc tę dziurę można się było oprzeć?" ale robota była misterna. Po pierwsze, zaplanowana z pomocą klawiszy, z których jednego uniewinniono, a trzech skazano. Po drugie, pod murem straży pożarnej na Nalewkach czekały kochanki przestępców trzymające ukryte w bukietach kwiatów ubrania cywilne (!) a dalej czekał na wszystkich zamówiony automobil.




I tegośmy się doszperali w starych papierzyskach wspólnym wysiłkiem.


Za: album policyjny, "Goniec Częstochowski" z 21 I 1928, "Republika" z 22 II 1927 i "Kurjer Warszawski" z 17 I i 15 III 1928, "Ekspres Zagłębia" z 31 I 1928, "Robotnik" z 24 V 1929 i "Nasz Przegląd" z 25 V 1929.

środa, 1 października 2014

Cybulski w Brygidkach, czyli nadzwyczaj spokojny morderca

Hieronim Cybulski, inwalida wojenny, w uznaniu bohaterstwa dostał koncesję na prowadzenie trafiki we Lwowie. Tak się pechowo zdarzyło, że w kioseczku zamordował a następnie poćwiartował ciało prostytutki. Szczątki porozrzucał po mieście, co wywołało zrozumiałą sensację. "Tajny Detektyw" nie zapominał o bohaterze swoich artykułów: odwiedził go również w więzieniu.




O Hieronimie Cybulskim, zwanym "lwowskim Kuertenem" pisałem już wcześniej tutaj: Część I i tutaj: Część II. Kto nie czytał - niech zerknie, sprawa mrożąca krew w żyłach. O zbrodni Maliszów wspomnieć jeszcze chyba nie miałem okazji, ale wszystko przed nami. 

Tropicielom sensacji pragnę zmarnować dzionek: Zbyszek, syn zbrodniarza Hieronima Cybulskiego, to nie słynna gwiazda powojennego kina - ten był synem urzędnika państwowego, trzy lata młodszym od Zbyszka z artykułu.

Jakie były dalsze losy Hieronima C. - nie wiem. Znamy natomiast dalsze losy miejsca, w którym przebywał. Lwowskie "Brygidki" wzięły nazwę od zakonu żeńskiego; po jego kasacie w roku 1784 zostały przerobione - co zresztą często się wówczas działo - na więzienie. Najpierw carskie, potem polskie. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Lwowa Brygidki zamieniono na katownię i więzienie polityczne, gdzie torturowano i mordowano Polaków i Ukraińców. Kiedy dotychczasowy sojusznik Stalina zaatakował na Związek Radziecki, wycofujące się oddziały NKWD w bestialski sposób wymordowały ok. 7 tysięcy więźniów w Brygidkach i w gmachu na ul. Łąckiego. Niemcy, wkroczywszy do miasta, otworzyli przed lwowiakami bramy więzień, żeby zaświadczyć o mordach; z dużym zaangażowaniem kręcili tam propagandowe filmy i fotografowali koszmarnie zniekształcone zwłoki. Równocześnie o zbrodnie NKWD oskarżyli lwowskich Żydów, których aresztowano, wleczono do Brygidek i zmuszano do oczyszczania ociekających krwią cel i wynoszenia trupów. Następnie gmach stał się miejscem straszliwej rzezi Żydów, przeprowadzonej przez oddziały niemieckie i ukraińskich nacjonalistów. 

Na tym tle Hieronim Cybulski wydaje się jedynie skromnym amatorem.

Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934

czwartek, 20 grudnia 2012

Pogodni skazańcy i nieudane wieszanie Gardnera

Dwaj weseli panowie na zdjęciu zasłynęli nie tylko muzykowaniem w celi śmierci, ale i tym, że stracili życie w okresie istotnym z punktu widzenia wykonywania wyroków w Arizonie. Czemu? Zapraszam do lektury.





George Shaugnessy, lat 19, faktycznie pożegnał się z życiem nie 16, ale 13 lipca 1934 roku. Był 71 skazańcem straconym w Arizonie od początku prowadzenia rejestru (pierwsza była, co ciekawe, kobieta, Dolores Moore, powieszona w 1865 roku, w dwa lata po ustanowieniu samej Arizony). Sąsiedni numer 72 na tej liście nosi Louis Douglas, zgodnie z planem pozbawiony życia ostatniego dnia sierpnia 1934 roku. I Shaughnessy, i Douglas zginęli w wyniku zagazowania - nowej metody wykonywania egzekucji, wprowadzonej w miejsce wieszania w Arizonie w lipcu (poprzedzili ich tylko dwaj młodzi bracia Hernandez). Jedynym wyjątkiem była śmierć Apacza Earla Gardnera, który w szale zamordował swoją żonę i małe dziecko (był zresztą recydywistą; odsiedział już wyrok za zabójstwo innego członka plemienia parę lat wcześniej). Gardner zażądał, by "rząd kupił kawał porządnego sznura i się z tym szybko uporał"; na wyraźne życzenie został zatem powieszony 12 lipca 1936 roku - jednak lecąc w dół zapadni, uderzył ramieniem o klapę szafotu  i wytracił część pędu, przez co konał potem powoli, dusząc się, przez dwadzieścia minut. Wreszcie jakiś litościwy człowiek chwycił go za nogi, uwiesił się na nim i tak pomógł mu dokonać żywota. Śmierć Gardnera była spektaklem tak odrażającym, że Kongres USA podjął specjalną uchwałę: odtąd egzekucje federalne mają być przeprowadzane w sposób przyjęty w danym stanie. 

W Arizonie gazowano aż do wprowadzenia moratorium (ostatnia egzekucja:  Manuel Silva, nr 104 na liście, marzec 1963). Karę śmierci przywrócono w roku 1976, ale pierwszą egzekucję przeprowadzono dopiero w kwietniu 1992 roku: śmierć Donalda Hardinga stwierdzono dopiero po 11 minutach w komorze, więc, podobnie jak w przypadku Gardnera, zmieniono metodę na bardziej "humanitarną" (cokolwiek miałoby to oznaczać w kontekście kary śmierci) i, z jednym wyjątkiem (Walter LaGrand, 3 marca 1999 roku) stosuje się śmiertelny zastrzyk, przyjęty obecnie we wszystkich stanach, stosujących karę śmierci. LaGrand był ostatnim jak dotąd zagazowanym skazańcem w USA, trzy lata wcześniej zorganizowano ostatnie wieszanie (William Bailey w stanie Delaware), natomiast dwa lata temu przeprowadzono ostatnie rozstrzelanie (Ronnie Lee Gardner, Utah, czerwiec 2010) i egzekucję na krześle elektrycznym (Paul Powell, Wirginia, marzec 2010). Ale to jeszcze może się zmienić: wprawdzie zastrzyk jest we wszystkich stanach metodą zasadniczą, skazaniec może jeszcze wybrać powieszenie w Waszyngtonie (w New Hampshire mogą za niego wybrać władze), rozstrzelanie w Oklahomie (czynione są też próby, by wprowadzić taką alternatywę na Florydzie; w Utah, gdzie rozstrzelano Ronniego Lee Gardnera, zniesiono tę metodę w roku 2004, ale nowe prawo nie działa wstecz, zatem czterej skazańcy znajdujący się w celach śmierci w momencie wprowadzenia tego przepisu, mogli byli wybrać śmierć przed plutonem egzekucyjnym; jeden z nich podjął taką decyzję, drugi zmarł z przyczyn naturalnych, dwaj jeszcze czekają na wykonanie wyroku) i wreszcie krzesło elektryczne - aż w czterech stanach południowych: w Alabamie, na Florydzie, Karolinie Południowej i w Wirginii. Można powiedzieć "do wyboru, do koloru"; zwłaszcza w Alabamie, która słynie z Yellow Mama, czyli "Żółtej Mamuśki", jedynego w USA krzesła elektrycznego pomalowanego na kolor słonecznej żółci. Więzień, który wykonał je w 1927 roku, posłużył się farbą przeznaczoną do malowania pasów na autostradach, dostarczoną przez miejscowy Stanowy Zakład Budowy Autostrad. 


A skoro już jesteśmy przy pogodnych barwach, brakuje tylko radosnej melodyjki. Przed Państwem Nat King Cole wyjątkowo - mimo okresu świątecznego - nie w repertuarze bożonarodzeniowym, a w ulubionej piosence dwóch panów z celi śmierci, "East side, west side" ("Sidewalks of New York").

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934

środa, 15 sierpnia 2012

Nie hoduje zbóż, ma w kieszeni nóż...

...śpiewała Rodowicz w piosence Osieckiej "Sing Sing". Osiecka uwielbiała gry słowne i ciekawe brzmienie słów, i stąd chyba szlagwortem piosenki stała się akurat nazwa tego więzienia  - a nie Ludlow Street Jail, Fort Slocum, Coxsakie czy Mid-Orange, powiedzmy. Nazwa pochodzi z języka Indian, od których kupiono niegdyś ziemie, gdzie 1825 roku zbudowano pierwsze więzienne budynki. "Sint sinck" znaczy ponoć "kamień na kamieniu" co brzmi iście biblijnie. Natomiast w angielskiej fonetycznej przeróbce to "Śpiewaj, śpiewaj", co też mogło się spodobać Osieckiej.

Wczoraj wieczorem, biegnąc nad brzegiem Hudson River (gdzieś pod oknami hotelu, w którym Brandon ze "Wstydu" energicznie, ekhem, zaprzyjaźnia się z panią prostytutką, patrząc na New Jersey, leżące po drugiej stronie rzeki) uświadomiłem sobie, że gdybym pobiegł dalej jeszcze, trafiłbym do Sleepy Hollow (dawniej Tarrytown, sportretowanego przez Washingtona Irvinga w opowiastce o Jeźdźcu bez Głowy, i w hołdzie dla niego przemianowanego na Sleepy Hollow w 1996 roku; Irving zresztą leży na miejscowym cmentarzyku). A gdybym, minąwszy Sleepy Hollow, wlókł się dalej wzdłuż brzegu rzeki (są to już dystanse maratońskie), to dowlókłbym się właśnie do Sing Sing, o którym 34 numer "Tajnego Detektywa" z 1934 roku wspomina aż dwukrotnie:


To ciekawostka z prawdziwego Sing Sing, nowojorskiego. Ale znacznie większa notka dotyczy Sing Sing przemyskiego (sic!):


A zatem - skwarki zarzewiem buntu! Co ciekawe, w przywołanym filmie z 1930 roku, "The Big House", intryga też zaczyna się od osadzenia więziennego watażki w karcerze, i powodem awantury też jest niesmaczne jedzenie. Wątpię, by kucharze w prawdziwym Sing Sing znali skwarki, ergo - by skąpili ich więźniom, ale to nieoczekiwane powinowactwo między prawdziwym Wasyłykiem a filmowym Butchem jakoś mnie ujęło.

Nawiasem mówiąc, watażkowie więzienni są oczywiście wszędzie, ale w niektórych więzieniach mają więcej do gadania, w innych - mniej. I Sing Sing pod tym względem w swoich czasach było naprawdę wyjątkowe. Zreformował je gruntownie niejaki Thomas Mott Osborne (1859-1926), wywodzący się z fabrykanckiej rodziny o tradycjach społecznikowskich (abolicjonistycznych). Odsłużywszy dwie kadencje jako burmistrz Auburn w stanie Nowy Jork (znany był z tego, że jak Harun ar-Raszid mieszał się z tłumem i - incognito, oczywiście - podsłuchiwał w tawernach i na ulicach, co w trawie piszczy), Osborne zajął się reformami więziennictwa. Dał się zamknąć w celi jako anonimowy więzień i przez tydzień na własnej skórze poznawał warunki w celach, na spacerniaku, w stołówce, itd. Potem natomiast zadziwił więźniów i strażników tym, że poruszał się po Sing Sing bez uzbrojonej obstawy. Jego reformy z miejsca zjednały mu właściwie całą społeczność więzienną, po obu stronach krat - poza garstką watażków, którzy w poprzednim systemie mieli się jak pączki w maśle i dzięki korupcji mogli sobie pozwolić na znacznie więcej, niż jakiś biedak. Jeden z owych "pokrzywdzonych reformami" - manhattański bankier, osadzony za oszustwa - wykorzystując znajomości wśród polityków i  nie szczędząc grosza, rozpętał przeciwko Osborne'owi ogromną kampanię, a w końcu doprowadził do postawienia go przed sądem za krzywoprzysięstwo, zaniedbywanie obowiązków i utrzymywanie kontaktów seksualnych z więźniami. Kiedy oczyszczony z zarzutów Osborne wrócił do Sing Sing, wyprawiono tam z tej okazji ogromną fetę, a więźniowie wystawili ku czci uniewinnionego dyrektora specjalne przedstawienie.

W 1931 roku imieniem Osborne'a nazwano kilka założonych przez niego i połączonych w jedno organizacji. Osborne Association istnieje do dziś i zajmuje się resocjalizacją, a konkretnie - przywracaniem byłych więźniów do normalnego życia w społeczeństwie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934

sobota, 11 sierpnia 2012

Baby, ach te baby, czyli John Dillinger a la francais

John Dillinger był legendą już za życia. To prawda, że miał po temu warunki: obrobił ponad dwadzieścia banków, uciekł z więzienia, miał zawadiacki uśmiech - ale jeszcze zanim padł pod kulami agentów policyjnych, dziennikarze zmyślali na jego temat niestworzone historie. Pisali na przykład, że podawał się za przedstawiciela firmy instalującej alarmy, a potem "sprawdzał system fałszywym napadem", który był napadem prawdziwym. Albo że udawał, że kręci film z napadu, a klienci i pracownicy banku uśmiechali się tylko, nie protestując, i wydawali udawane okrzyki przerażenia. Te opowieści nie miały żadnego pokrycia w faktach.

Pamiętać jednak należy, że ówczesna prasa żyła z Dillingera i innych przestępców-celebrytów ery Wielkiego Kryzysu. Największy wieniec na trumny Bonnie i Clyde'a wysłali gazeciarze z Dallas, którzy dzięki nagłemu końcowi (nie)sławnej pary sprzedali pół miliona gazet. Musiały zatem powstawać i powstawały najrozmaitsze bzdury, zmyślenia i apokryfy, które częściowo trafiały i do polskiej prasy, bezrefleksyjnie relacjonującej wymysły zagranicznych dziennikarzy(n).

Tak jest i w przypadku rzekomego "Testamentu Dillingera" pióra niejakiego Roya Pinkera. Któż to taki? Nikt. Roy Pinker był pseudonimem francuskich dziennikarzy, rzekomym amerykańskim korespondentem Detective'a, wydawanego od 1928 roku przez szacownego Gallimarda (a zatem starszego brata naszego "Tajnego Detektywa"). Kłamstwem jest zatem, że tekst w "Tajnym" został napisany przez nowojorskiego korespondenta pisma, Johna Greena, relacjonującego artykuł Pinkera - nie, został (cóż za piękne, piętrowe oszustwo) naskrobany za biurkiem w Polsce, pewnie w krakowskiej redakcji IKaCa, a może w jednej z krakowskich kawiarenek, niedawno dopiero opuszczonych przez młodopolskich dekadentów. A na biurku lub stoliku leżał egzemplarz francuskiego tabloidu z głupkowatym apokryfem.

Mamy zatem amerykańskiego gangstera widzianego oczami francuskich mieszczan. Jeśli zbrodnia, to koniecznie w tłumie rozkochanych kobiet. Trudno się dziwić, że bohaterki artykułu przypominają w niektórych rysach charakteru bohaterki czułych romansów francuskich dla młodych panien. Nie przypominają ich. Są nimi. Są postaciami literackimi. Przyjrzyjmy im się bliżej. I zobaczmy, co i jak zmyślono.









Od początku. Dillinger nieraz się ostrzeliwał, ale oczywiście nie "staczał formalnych bitew z zastępami wojsk". Za jego głowę nie wyznaczono "dziesiątków tysięcy dolarów" a tym bardziej "pięćdziesięciu tysięcy" - było to, konkretnie, 10 tys. za aresztowanie lub 5 tys. za informację prowadzącą do aresztowania. Inny (co ciekawe: nieco wcześniejszy) plakat proponuje 15 tys. I tyle. Ostatecznie wypłacono 5 tysięcy.

Dillinger regularnie łamał prawo jeszcze jako nastolatek, ale były to takie przestępstwa, jak bicie młodszych kolegów, kradzież samochodu czy obrabowanie miejscowego spożywczaka (za co po raz pierwszy trafił do więzienia). Tu dowiadujemy się, że karierę zaczął od położenia kogoś trupem w kawiarni 11 listopada 1918 roku - co jest bzdurą choćby dlatego, że nie miał wówczas lat 20, jak wynika z tekstu jego rzekomego pamiętnika, ale piętnaście. Jest to - podobnie jak przestępstwa popełniane za namową indiańskiej kochanki - wypisz-wymaluj scenariusz z tanich westernów, opowieści o wielkich rewolwerowcach Dzikiego Zachodu, co wcześnie zaczynali i wcześnie kończyli. Takim samym zmyśleniem jest, oczywiście, ten towarzyszący Dillingerowi "gang amazonek" czy opowieść o Nancy Guttman (być może wzięta skądinąd, być może napisana od zera) i o ścigającym ją zawiedzionym amancie. Ani Bonnie (nie "Bunny", jak pociesznie mylą się Green i Pinker), ani jej partner, Clyde, nie byli nigdy wspólnikami Dillingera (choć, jak głosi legenda, Dillinger posłał kwiaty na ich pogrzeb, podobnie jak gazeciarze z Dallas).

Prawdziwa kochanka Dillingera, Evelyn "Billie" Frechette, miała rzeczywiście krew indiańską - nie po ojcu (Kanadyjczyku o francuskich korzeniach), a po matce (miała indiańskich przodków gdzieś po kądzieli, ale zasadniczo pochodzenie również francuskie). Możliwe, że pomogła ukochanemu w ucieczce z więzienia Crown Point (kupując samochody), ale do więzienia poszła wyłącznie za ukrywanie go w swoim mieszkaniu. Znała go mniej więcej pół roku, odsiedziała ponad dwa. Po wyjściu z więzienia zaszyła się w rezerwacie indiańskim w Neopit, gdzie przyszła na świat. Zmarła tam na raka w 1969 roku. Nic nie wiadomo, żeby miała czyjąkolwiek krew na rękach.

Jeszcze ciekawiej ma się sprawa ze Spence Eaton. Nazwanie jej "dziewczyną niezwykle piękną ale krwiożerczą jak wampir" jest ze strony autorów artykułu wyjątkowym sukinsyństwem. Helen Spence wychowała się w nędzy, mieszkając z rodzicami na barce przycumowanej przy brzegu White River. Którejś nocy, kiedy miała lat 17, na barkę wdarł się niejaki Jack Worls i dwaj jego pomagierzy, którzy zastrzelili ojca Helen, Cicero, a matkę dotkliwie pobili. Zostali pochwyceni i trafili przed sąd (matka Helen zmarła w wyniku pobicia jeszcze przed zakończeniem sprawy). W ostatnim dniu procesu, tuż przed wydaniem wyroku, Helen Spence, drobna, mierząca metr pięćdziesiąt dziewczynka, wyjęła ukryty pod bluzką rewolwer i trzema strzałami położyła trupem Jacka Worlsa. Powiedziała tylko: "On zabił mojego tatusia". Dostała za to dwa lata. Po wyjściu z więzienia zaczęła normalne życie, ale po jakimś czasie sumienie tak jej dokuczało, że przyznała się do innego zabójstwa: otóż przed aresztowaniem pracowała w restauracji, której właściciel "pozwalał sobie z nią" czy - mówiąc dzisiejszym językiem - molestował ją seksualnie. Przesłuchiwana w tej sprawie tuż po znalezieniu zwłok restauratora, wszystkiego się wyparła - teraz jednak przyznała się do zbrodni, a społeczeństwo okazało jej znacznie mniej zrozumienia. Trafiła z dziesięcioletnim wyrokiem do więzienia-farmy, skąd wielokrotnie próbowała uciekać. Było to o tyle łatwe, że strażniczka zakładu regularnie zabierała więźniarki do Memphis, gdzie zmuszała je do prostytucji. Helen, sukcesywnie wynosząc z kawiarni czerwone serwetki, uszyła sobie wyściółkę więziennego stroju - po dotarciu do Memphis obróciła go na lewą stronę i wyszła jak gdyby nigdy nic. Za jedną z ucieczek została karnie wybatożona, nabawiła się ciężkiej infekcji (być może z powodu obicia nerek) i została poddana kuracji brutalnej nawet jak na ówczesne warunki (a właściwie: torturom). Próbowała opisać swoją historię w prasie, ale więzienna cenzura zatrzymała jej tekst. Z obawy przed kolejną ucieczką trzymano ją w celi-klatce, ale i stamtąd udało się jej zbiec. Dzień później więzienny pomocnik (sam zresztą z wyrokiem za morderstwo) spotkał ją na drodze, przyłożył jej lufę pistoletu do szyi i pociągnął za spust. Jak zatem widać, nazwanie jej "krwiożerczą jak wampir" jest zupełną bzdurą, podobnie jak podpis pod zdjęciem, głoszący, że należała do bandy Dillingera i popełniła samobójstwo.

Dillinger rzeczywiście uciekł z więzienia w Crown Point samochodem pani szeryf Lillian Holley (w owych czasach zdarzały się kobiety-szeryfki - na ogół, jak i w tym przypadku, wdowy po szeryfach zastrzelonych w trakcie pełnienia służby), ale nie była ona pod jego urokiem (ucieczki mu nie ułatwiła, po prostu ukradł jej samochód). Przeciwnie, do końca życia (a żyła 102 lata!) pilnowała, by Dillingera w żaden sposób w Crown Point nie upamiętniono.

Nie znalazłem też nigdzie indziej wzmianki o tym, żeby młody Dillinger walczył z przemytnikami alkoholu w ramach policji - owszem, zaciągnął się, ale do marynarki, jako strażak; został karnie zwolniony po dezercji z USS Utah. Zmyśleniem jest także, że zaciągnął się do gangu Franka McErlane'a. Zmyśleniem jest, że wydała go jedna z kochanek - tak naprawdę zrobiła to słynna "Dama w czerwieni" (choć tak naprawdę miała na sobie strój w kolorze pomarańczowym), znajoma jego kochanki, Polly Hamilton. Była to Rumunka, imigrantka, zagrożona deportacją  za niemoralne prowadzenie, niejaka Ana Cumpanas , alias Anna Sage, z zawodu burdelmama. W kinie, przed którym go zastrzelono, Dillingera osaczyli agenci, nie agentki, jak moglibyśmy wnioskować ze zdjęcia.

Cel jednak został osiągnięty: artykuł "Dillinger i kobiety" został napisany, na dziennikarskie konta w Paryżu i Krakowie poszły honoraria za wierszówkę. Za pół roku był już inny wielki przestępca. 

Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934

wtorek, 24 lipca 2012

Król Hiszpanji i zbrodnia w Zawiści

I jeszcze dwa urywki numeru "Tajnego" z ostatniego dnia stycznia 1932 roku: po pierwsze ktoś w rodzaju Arsena Lupin, gentlemana w białych rękawiczkach: Antonio Lusia y Buse, który, by umknąć sprawiedliwości, podawał się nawet za podróżującego incognito króla Hiszpanii. Po każdym "łotrostwie" trwonił wysokie nominały w europejskich kurortach:



I druga sprawa: mniejsza o bezczelnego Waszkiewicza (który zbiegał z pasażu wiodącego do kina Marysieńka - ach, czy nie jest to fraza jak z Tkaczyszyna-Dyckiego?), ale Zawiść! Zbrodnia w Zawiści! Siekierą rąbanie! Przez bezrobotnego Szkudło! Służąca Rozalia pod ciosami siekiery padająca, bo drogę zastąpiła, w Zawiści! Zbrodnia jak zbrodnia - ale imiona, nazwiska, rzeczowniki i czasowniki splatają się tu w tak piękną całość, że każdy by brał w ciemno!



Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

piątek, 23 marca 2012

Tajny Detektyw spotyka Nagrodę Darwina

Tabloidy kryminalne mogły się sporo zmienić jeśli chodzi o ich obecność medialną (przed laty wybiły się na niepodległość z notek w dziale "kronika policyjna", teraz coraz częściej tworzą osobne portale, podlinkowywane do dużych portali z wiadomościami), ale w swej istocie nadal pozostały takie same: ich kołem zamachowym wciąż jest zainteresowanie zbrodnią, w czym łączy się fascynacja przemocą, seksem, karą, rozmaitymi tabu społecznymi. Ale mają one i niekiedy swoja lżejszą, rozrywkową stronę. Już w pierwszym numerze "Tajny Detektyw" zadbał i o ten typ tabloidowej lektury, donosząc o rozmaitych wpadkach przestępców (w tym i wypadku śmiertelnym, który można by zgłosić do Nagrody Darwina):




Pozostaje sprawą otwartą, ile z tych historyjek zostało zmyślonych. Jest niemal pewne (z uwagi na zestaw przewijających się miast) jest to przedruk z prasy niemieckiej, zaś powtarzające się sformułowania "pewien włamywacz", "inny złodziej", "jeden z Sherlocków Holmesów", "jakiś rzemieślnik", zupełny prawie brak szczegółów w każdej z tych anegdot wskazują, że jest to być może zbiór obiegowych bajeczek. Postać złodzieja-nieudacznika ma rodowód antyczny chyba jeszcze i po dziś dzień możemy wyczytać tu i tam zaczerpnięte rzekomo z wiarygodnych źródeł historyjki, które powtarzane są co pokolenie od niepamiętnych czasów. Ma to, zasugerowałbym taką interpretację, znaczenie głębsze niż zwykła rozrywka; ponieważ kradzież jest zakazana, a złodziej obraża swoją działalnością społeczność, w której żyje (czy też opiekujące się nią bóstwo), opowieść o pechowym złoczyńcy przynosi emocjonalną przyjemność, pozwala bowiem zaobserwować działanie metafizycznej sprawiedliwości. A tym, którzy sami nie kradną z powodu bojaźni przed bóstwem lub społeczeństwem (choć czasem ich coś kusi), pokazuje, że to sport niebezpieczny, a ich stanięcie po stronie praworządności jest ostatecznie bardziej opłacalne niż - z pozoru bardziej opłacalna - kradzież.



Za: "Tajny Detektyw" nr 1, rok 1 (24 I 1931)

wtorek, 14 lutego 2012

Więzienie par excellence ludzkie

Czasem zastanawiam się, gdzie trafiali ci wszyscy pochwyceni przez dzielnych policjantów niegodziwi złoczyńcy - poza, rzecz jasna, tymi, którzy dostali kulkę w akcji albo powędrowali na szafot. Otóż między innymi do Świętego Krzyża - szacownego więzienia z długą tradycją, mieszczącego się na Łysej Górze.

Łysa Góra była na początku ośrodkiem kultów pogańskich (według Długosza czczono tam bóstwa Lelum i Polelum oraz Świst i Poświst) - świątynie tamtejsze miała zburzyć Dąbrówka, Chrobry zaś ponoć wystawił pierwszy benedyktyński klasztor. Czy on, czy ktoś później - nie wiadomo, ale klasztor stał i stoi, a od 1864 roku był więzieniem carskim, następnie polskim, wreszcie niemieckim obozem zagłady dla radzieckich jeńców.

Moja babcia, która wychowała się w tych okolicach (w Kielcach i w Lisowie pod Morawicą) twierdziła, że zwalniani po latach więźniowie osiedlali się w tym rejonie i wżeniali w miejscowe rodziny. Rzeczywiście, do dziś na cmentarzach widać tam nazwiska z całego terenu dawnego cesarstwa rosyjskiego. A że byli tam zarówno więźniowie kryminalni, jak i polityczni, to ich potomkowie byli wyjątkowo inteligentni, zaś okoliczne wsie, a zwłaszcza - w jej wspomnieniach Lisów - były "złodziejskie", ale ze specjalnym złodziejskim kodeksem honorowym. Nie wolno było zatem okraść sieroty czy biednego czy obrabować kogoś "do końca" - zabierano jedynie "naddatek" temu, kto "i tak miał za dużo". Se non è vero (że to z powodu osiedlania się więźniów, bo kradzieże udokumentowane w wielu ładnych anegdotach), è ben trovato.







I jeszcze osobno konterfekt zasłużonego więziennika, naczelnika Butwiłowicza.




Z niejakim zainteresowaniem pragnę odnotować, że pejoratywne określenie "polska droga" (na trudno przejezdną, wiejską szutrówkę) pochodzi grubo sprzed czasów ministra Grabarczyka. A po drugie, że w czasach Królestwa Kongresowego konieczne było osobne więzienie dla księży (które, jak można sądzić, nie było w całości przeznaczone dla patriotycznie nastawionych więźniów politycznych) - jednak inne źródła podają, że był to po prostu dom dla księży-emerytów.

Za: "Tajny Detektyw" nr 28, rok I (26 VII 1931)