Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pościg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pościg. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2021

Nieudana robótka pana Chojeckiego czyli strzały w Gdyni

Jest wrzesień roku 1936, slogany sanacyjnej Polski głoszą od dawna, że "Gdynia się rozbudowuje". Rozbudowuje się i bogaci, a zatem są tu złodzieje, doliniarze, włamywacze - miejscowi lub na gościnnych występach. Mogą okraść miejscowych kupców, turystki zwiedzające polski port przy okazji wizyty w modnym Zoppot, inżynierów czy kapitanów. Na przykład komandora Krzyckiego.

Włamywacz jest młody, nazywa się Henryk Chojecki, i ma już pewne doświadczenie. W marcu wyszedł z więzienia i puścił się w wir pracy (w swoim, rzecz jasna, złodziejskim zawodzie). To zapewne on jakiś czas wcześniej okradł po drugiej stronie ulicy mieszkanie inżyniera Ludwika Budki oraz parę innych lokali; w czasie jednego z włamań groził nawet rewolwerem. Teraz takie ostre ruchy nie wydają się konieczne: jest przedpołudnie, komandor Krzycki wyszedł do pracy, służąca jest na zakupach. Chojecki wytrychem włamuje się do środka i rozpoczyna plądrowanie. Spokojna robótka.

Pochodzący z Odessy Polak Ludgard Sylweriusz Krzycki ma lat pięćdziesiąt osiem; swego czasu był oficerem marynarki carskiej, fartownie przeżył bitwę pod Cuszimą (bo kazano mu odpłynąć na jego transportowcu "Władymir" do Szanghaju), dzięki czemu po zawarciu pokoju z Japonią odbierał rosyjskich jeńców; potem do 1917 roku pływał na statkach straży granicznej po Morzu Czarnym, a już rok później pojawia się w Gdyni. Służy w Morskiej Służbie Granicznej, odchodzi do cywila w randze komandora, potem pływa w marynarce handlowej na statku "Kraków" (który dwukrotnie uszkodził manewrując w porcie), wreszcie zatrudnia się w Urzędzie Morskim jako urzędnik. Dlatego też mieszka w blokach pracowniczych, należących do Urzędu - raczej samotnie, bo wprawdzie po przyjeździe do Polski wziął ślub, ale o żonie nic nie wiadomo (mogła umrzeć młodo, kto wie, czy nie przy porodzie?). Z tego związku ma córkę Jadwigę, urodzoną w 1918 roku, która jednak w roku 1936 jest już osiemnastoletnią panną i, kto wie, może mieszka zupełnie gdzie indziej. Natomiast komandor z pewnością ma wspomnianą służącą, która w tej historii odegra swoją - dramatyczną - rolę. Odgrywa ją już teraz, wchodzi na scenę, oto ona.

Maria Kropidłowska ma 21 lat; przez chwilę mocuje się z zamkiem, ale od środka tkwi wytrych; w końcu jej się to udaje i oto widzi przed sobą plądrowane mieszkanie i obcego mężczyznę; zaczyna krzyczeć, zaskoczony Chojecki wyciąga rewolwer i strzela do niej dwukrotnie, po czym, zostawiając łupy, rzuca się do ucieczki, co opisują "Dziennik Białostocki" i "Goniec Częstochowski":



Żeby zrozumieć jego ucieczkę, trzeba sobie to wystawić na przedwojennej mapie. Gmach Urzędu Morskiego z kompleksem domów mieszkalnych mieścił się tam, gdzie i dziś, ale ulice nazywały się inaczej. Urząd Morski widać w górnej części planu, oznaczony numerem 15, przy ul. Centralnej (dziś: Chrzanowskiego); włamywacz wybiegł z budynku i uciekał dalej Mostową (która właściwiej chyba powinna się nazywać Wiaduktową, bo prowadziła wiaduktem ponad torami, prowadzącymi na nabrzeża szwedzkie, szczecińskie i Wendy; dziś zresztą Mostowa nazywa się również Wendy).


Pościg zdołał zgubić - jak donosiła prasa - w okolicy Starego Dębu. Stary Dąb to nie nazwa ulicy czy hotelu (choć stała obok karczma tej nazwy) - faktycznie był stary i był dębem. Wielkie drzewo rosło w samym środku jezdni, stanowiąc jeden z nielicznych reliktów Gdyni sprzed jej gwałtownej rozbudowy. Miał pod nim swego czasu siadać Napoleon, Jan III Sobieski a nawet Henryk IV Lancaster w drodze na krucjatę (choć to wszystko raczej bujda).



Co stało się dalej z bohaterami tego przestępstwa? Służąca, którą kule trafiły koło serca i w policzek, miała być "śmiertelnie ranna", a zamach - "morderczy". Jednak jeden z wycinków donosi, że jej życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Kiedy miesiąc późnej "Goniec Częstochowski" informował, że w Warszawie schwytano włamywacza Chojeckiego, nic nie wspomina, żeby był on ścigany za morderstwo, a jedynie że postrzelił służącą - należy się więc spodziewać, że Maria Kropidłowska napad przeżyła.


Ludgard Krzycki w czasie wojny zamieszkał w Warszawie, po wojnie wrócił do Gdyni do pracy w Urzędzie Morskim, w 1950 roku przeszedł na emeryturę, przeprowadził się pod Nowy Sącz do córki kuzyna i tam zmarł siedem lat później, niespełna osiemdziesięcioletni, do śmierci czekając na powrót córki, Jadwigi. 

Jadwiga Tadrowska, kurierka AK ps. "Wiśka", była w czasie wojny kurierką w Budapeszcie; po wkroczeniu Niemców na Węgry wróciła do Warszawy, ale budapesztańskie gestapo zawiadomiło siatkę w Polsce - została zaaresztowana i zginęła w Alei Szucha. 

Inżyniera Ludwika Budkę, którego wcześniej okradł Chojecki, hitlerowcy rozstrzelali w ramach czystki polskiej inteligencji na Pomorzu w Piaśnicy w listopadzie 1939 roku.

Stary dąb miał zostać celowo wycięty przez hitlerowców - ale, jak mówi znawca miejscowej historii, to najpewniej nie do końca prawda: Według innych relacji, drzewo, któremu ograniczony dostęp do wody, spaliny i ruch uliczny zwyczajnie nie służyły, spróchniało. Wydaje się to o tyle wiarygodne, że na wszystkich znanych zdjęciach drzewo jest bezlistne. Ponoć przewróciło się, kiedy zahaczył o nie jadący w stronę portu czołg. Fragmenty drzewa miały być skrzętnie zebrane przez okolicznych mieszkańców, powstały z nich potem meble i ramy do obrazów, które stały się cennymi rodzinnymi pamiątkami.

Co do samego zaś Chojeckiego - to skoro go schwytano, to zapewne i skazano. Ale do wyroku się nie dogrzebałem. O jego losach milczy Tacyt.


Za: album policyjny, "Dziennik Białostocki" z 9 IX 1936, "Goniec Częstochowski" z 12 IX i 16 X 1936, Zbigniew Penkalski Życie codzienne naszych antenatów 1794-1945, Mikołaj Wierzbicki, Dom i karczma z ulicy Portowej, ZbigWie - teksty Moja ciotka "WIŚKA" kurier Armii Krajowej oraz Ojciec mojej ciotki Ludgard Krzycki oraz last but not least, Marek Adamkowicz, Okradał gdyńskiego komandora, postrzelił służącą





niedziela, 28 września 2014

W pościgu za multimilionerem

Słynny obywatel Kane z filmu Wellesa był wzorowany na dwóch postaciach: magnacie prasowym Williamie Randolphie Hearście oraz multimilionerze Samuelu Insullu. Pierwszy przetrwał Wielki Kryzys, choć musiał wyprzedać znaczną część swojej kolekcji sztuki; drugi, który jeszcze parę lat wcześniej widniał na okładce Time'a, "stracił tak wiele, że mógł sobie pozwolić na bycie bankrutem" i był ścigany przez amerykańskie władze na drugim końcu świata.


Samuel Insull, urodzony w Londynie w roku 1859, w wieku 22 lat zapuścił bokobrody, które miały mu dodać powagi, po czym wyjechał do Stanów by zostać sekretarzem swojego idola: Thomasa Alvy Edisona. Zyskawszy jego zaufanie, został jednym ze współtwórców Edison General Electric i został wiceszefem tej firmy, po czym przeniósł się do Chicago Edison Company, jednej z elektrowni zaopatrujących w prąd Chicago. Dzięki wprowadzeniu tańszych opłat za prąd w godzinach niższego poboru mocy, firma gwałtownie się rozwinęła - a Insull wprowadził kolejne innowacje, m.in. doprowadzanie prądu i sprzedaż urządzeń poniżej kosztów firmy (bo zwróci się to w eksploatacji). Równolegle inwestował w koleje, fabryki neonów i szyldów elektrycznych, wydobycie gazu i w radio. Radykalna ekspansja wymagała radykalnego finansowania, Insull zatem wypuścił tanie akcje i obligacje, które przyniosły duże pieniądze - ale dramatycznie straciły na wartości w momencie krachu na giełdzie. Bogacza, którego długi o 16 mln dolarów przewyższały jego stan posiadania, oskarżono o celowe narażenie akcjonariuszy na straty.





Insulla faktycznie sprowadzono do Nowego Jorku i wytoczono mu trzy kolejne procesy: o wyłudzenie drogą pocztową, o złamanie przepisów związanych z bankructwem oraz o przekroczenie regulacji anty-trustowych. Wszystkie sprawy wygrał i ostatecznie został uniewinniony. 

Nie na wiele jednak mu się to zdało: kryzys pochłonął ogromny majątek i dawny milioner, skompromitowany, wyprowadził się do Francji ze swoją żoną, dawną śpiewaczką rewiową. Kiedyś zarabiał rocznie po kilkanaście milionów, teraz musiał się zadowolić dywidendami z dawnych firm, wynoszącymi 21 tys. dolarów (wciąż była to fortuna, ale, zważywszy przyzwyczajenia państwa Insull, takie pieniądze wydawały im się chyba jałmużną). 16 lipca 1938 byli w Paryżu, gdzie przyjechali z okazji święta wyzwolenia Bastylii. Samuel Insull chorował na serce, żona poprosiła więc, żeby nie upierał się przy jeżdżeniu metrem - ale uważał, że teraz jest już "biednym człowiekiem" i nie może korzystać z taksówek czy dorożek. Wybrał się na miasto samotnie i zmarł na atak serca zszedłszy po schodach, prowadzących na stację Plac Zgody, przed samą bramką biletową. Ciało zidentyfikowano dzięki rachunkowi z pralni. W momencie śmierci w kieszeniach miał 30 franków, a cały jego majątek wynosił około 1000 dolarów minus 14 mln dolarów długu. 

Gdyby żył dziś, po kryzysie 2008 roku dostałby tylko podwyżkę od rady nadzorczej swojej firmy. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934

niedziela, 30 grudnia 2012

Bandycki fason Płoskonia czyli fatum nad Rzeszowem

Na tylnej okładce "Tajnego" taki oto sielski obrazek: wieś, karczma, wózek konny, auto i "urlopowany bandyta Płoskoń". Czemu "urlopowany"? Ha, nie wierzcie Państwo tym, którzy wygadują, że wprawdzie dziś sądy są pobłażliwe i naiwnie puszczają bandytów na przepustki, a kiedyś tego nie było. Otóż: było, a historia Płoskonia najlepszym dowodem.



Jak trzeźwo zauważył korespondent, czterech lat nie daje sąd za zasługi obywatelskie; Płoskoń był bandziorem zaprawionym w bojach, umiejętnym, hardym, bezczelnym i w dodatku grabił kogo się dało: księży i cerkwie,  kolekcjonerów i nauczycieli, Polaków i Żydów. Jednak, co ciekawe, swoje ofiary terroryzował nie tylko bronią, ale i złowrogą sławą. Tyle tylko, że nie własną. Światłem odbitym.

Płoskoń był doświadczony, ale nie był dość glamour. Glamour byli wówczas na Podkarpaciu dwaj inni bandyccy hersztowie, działający zresztą wspólnie, przy których boku Płoskoń był tylko pomagierem: Byk i Maczuga. Żeby było zabawniej, nie były to ich pseudonimy, ale najprawdziwsze nazwiska: Antoni Byk i Władysław Maczuga nie przebierali w środkach, nie wzdragali się przed mordem, zwłaszcza z użyciem swojskiej siekiery, którą zarąbali m.in. posła Kawalca i zwrotniczego Szczepana (to robota Byka) oraz kanonika Chmurowicza (to Maczuga z kolegami). Potem były i kolejne ofiary: trzyosobowa rodzina Herzbergów z Błażowej, kierownik szkoły w Drohobyczu, nauczycielka. Działalność Byka i Maczugi siała grozę - ale i budziła opór; władze wyznaczyły za ich ujęcie wysoką nagrodę i już niebawem, w lipcu 1934 roku, Byk został zastrzelony w policyjnej zasadzce. Maczuga wymknął się, ale, osaczony, stopniowo tracił siły. Wreszcie wpadł w obławie - policja znalazła go, bezbronnego, skulonego w kryjówce: jamie pod psią budą w zaprzyjaźnionym gospodarstwie. Skazany na karę śmierci, próbował ucieczki z rzeszowskiego więzienia w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1934 roku - udało mu się nawet przekroczyć więzienne bramy, ale zaklinował się w piwnicznym okienku i wtedy dosięgły go kule strażników. Przewieziony do szpitala, konał jeszcze parę dni, aż zmarł 7 stycznia. Zapytany przez sędziego, czemu uciekał, powiedział, że nie chciał skończyć na szubienicy. Sytuacja, jak to dzisiaj się niekiedy mawia, "była dynamiczna", i to właśnie dlatego Płoskoń z kolegami pierwszego lipca wołał jeszcze "Byk i Maczuga do was przyszli", a w sierpniu wspominał tylko o Maczudze. Tak czy owak, przyjrzyjmy się temu "The Rake's Progress":






Jakie były dalsze losy pozostałych postaci? Franciszek Rąb przeżył wprawdzie napad Maczugi i Płoskonia, ale niecałą dekadę później zginął z rąk innych bandytów: aresztowany przez gestapo, zmarł w obozie koncentracyjnym w Oranienburgu. Ks. Andrzej Rąb przeżył wojnę i był proboszczem przynajmniej do 1957 roku (przy okazji proszę zerknąć na osobliwą fotografię: ks. Rąb czyta w IKC-u o napadzie na własną plebanię, co opisuje i pokazuje "Tajny Detektyw", dodatek do IKCu, zwalczany zresztą gorliwie przez Kościół; cóż za zapętlona narracja na tej fotce!). Wedle niektórych źródeł szajka - w tym Płoskoń - została schwytana jeszcze w wieczór napadu (poza Maczugą, który zbiegł i został zaaresztowany dopiero w skrytce pod psią budą) przez policję zaalarmowaną przez ks. Rąba. Endeckie "Słowo Pomorskie" z 4 września 1934 podało serceszczypatielną nowelkę o nawróceniu, która brzmi jak wyimek z hagiografii, nie brałbym jej zatem zbyt poważnie:



Co działo się z Płoskoniem dalej? Nie wiem. Ale mogę się spodziewać. Zastanowiły mnie bowiem wszystkie te sceny przesadne, cały ten teatr dookoła napadu: żądanie wina, harce, picie koniaku na rozkaz, janosikowe zgrywanie się na panisko, co biednego wspomoże. Na ile Płoskoń miał taki "bandycki fason", a na ile był to fason wyobrażony, który po prostu krążył w opowieściach i trafiał w końcu do artykułów? Trudno orzec, ale szczegółów tutaj tyle, że skłaniałbym się raczej ku wierze w doniesienia "Tajnego Detektywa". Teatralność i brawura Płoskonia - w trakcie napadu na ks. Rąba nie zasłaniał twarzy - wynikała bowiem z czego innego jeszcze. Wbrew kpinom, którymi usiany jest cały artykuł, był faktycznie ciężko chory. Miał zaawansowaną gruźlicę i wiedział, że tak czy siak długo nie pożyje.



Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

wtorek, 18 grudnia 2012

Restaurator Siedlaczek Kasandrą rabusiów bankowych

Niedawno pisałem o nieudolnych rabusiach, którzy po serii niefortunnych zdarzeń stracili zrabowane srebra hrabiego Badeniego, a potem wpadli w ręce policji. Tym razem kolejny gang Olsena, który tym razem postanowił dokonać napadu na bank w stylu amerykańskim w swojskich Świętochłowicach.




Absolutnie nie dziwię się rabusiom, że nie pozostawili restauratorowi Walentemu Siedlaczkowi jego portfela z 9 złotymi. Nie chodziło wszak o pieniądze, a o honor złodziejski; nikt, kto wchodzi do banku z rewolwerem, w nowym szarym ubraniu, elegancko wysztafirowany na napad, nie oczekuje, że zostanie wyśmiany. Nikt w takiej sytuacji nie czeka na słowa "nie róbcie głupstw". Zwłaszcza, że Jan Hofman z Bukowiny był chłopcem postawnym, ze szczęką pokaźną i regularnymi rysami twarzy, z usty całuśnemi. Zamarzył sobie karierę Dillingera - o którym czytał być może w poprzednich numerach "Tajnego" - i z pewnością nie życzył sobie insynuacji, że dokonywany napad to "głupstwa".

Jednak restaurator Siedlaczek okazał się Kasandrą - odtąd kolejne kroki coraz bardziej zbliżają szajkę do tragikomedii. Identyfikacja jest natychmiastowa; Szmusa wydała kobieta, której w zaoferował ponad połowę swojej działki - 600 z 1000 złotych. Gdyby przynajmniej samobójstwo wyszło mu od razu - ale nie, postrzał, karetka, szpitalne łóżko z obstawą policyjną, śmierć dopiero po jakimś czasie, byle jaka. Hofman z równie żenującym "zajęciem roweru", na którym pod gradem kul próbował zbiec przed motorem komisarza Potyki (nomen omen), i z tym zaciętym rewolwerem, z którego chciał sobie po rycersku palnąć w głowę, a tam nic, suchy stuk. I zgubienie łupu, jakby na potwierdzenie ogólnej melepetowatości. Szamperę wreszcie  brat i mamusia namówili do oddania się w ręce policji. Kręcił, że swoją część też zgubił; nie zgubił, źli policjanci znaleźli. Płacz i zgrzytanie zębów.

Na ławie oskarżonych zasiedli poza Hofmanem i Szamperą jeszcze dwaj pomagierzy szajki, Wiktor Śmietana i Roman Wowra lub Wawra z Nowej Wsi - za ukrywanie zbiegów i paserstwo (Szmus, jak to gracko podał reporter  "Polonii", "został w międzyczasie powołany przed Sąd Boży"). W trakcie procesu okazało się, że Hofman, który jakiś rok wcześniej wyszedł z więzienia po odsiedzeniu dwóch lat za rabunek, wespół z Szamperą i Szmusem zdążył jeszcze na tydzień przed napadem zgwałcić "pewną dziewczynkę" (przy czym nie wiem, czy chodzi tu o nieletnią, czy o prostytutkę). Hofman dostał lat 15, Szampera - 4, Śmietana i Wowra po 6 miesięcy. W Narodowym Archiwum Cyfrowym znalazły się trzy zdjęcia z procesu:

 Od lewej: sędzia J. Broy, przewodniczący sędzia Artur Kleski 

Od lewej: prok. Kuczkowski, sędzia J. Broy, przewodniczący sędzia Artur Kleski i sędzia Stawarski


Adwokat St. Karpiński, za nim od prawej (nie od lewej, jak błędnie podaje NAC): Hofman, Szampera, Wawra, Śmietana.

W Świętochłowicach o amerykańskim rabunku pewnie mało kto dziś wie, ale miejsce ma swoją pamięć: w tym samym niepozornym budyneczku nadal mieści się bank. Zabrakło tylko dziecka, wypinającego złośliwie pupę w obiektyw reportera agencji fotograficznej IKCu, które pojawia się na fotografii w "Tajnym".



Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 19 VIII 1934

środa, 14 listopada 2012

Hrabia Badeni i asy dróg polskich

Mamy tu wszystko, co w dobrej opowieści o kradzieży: skarb, arystokratę, szajkę przestępców, misterny plan, zuchwały rabunek, pościg samochodowy. Ale jak poskrobać, to wszystko okazuje się nieco spsiałe, nieudolne, narysowane w pomniejszonej skali, groteskowe w swojej niedojdowatości.







Rodzina Badenich należała w XIX wieku do najbardziej wpływowych rodów arystokratycznych, ale mimo to nie jest jednym tchem wymieniana z Czartoryskimi, Sapiehami czy Radziwiłłami. Trafili między magnatów stosunkowo późno (każda epoka miała swoich arywistów - kiedyś Radziwiłłowie, potem Zamojscy i Potoccy - w XVIII wieku oburzano się ponoć, że Czetwertyński ze starożytnego rodu kniaziowskiego, jest marszałkiem dworu u nuworysza Potockiego)  - byli to mieszczanie lwowscy, którzy, nobilitowani w wieku XVIII, doszli później do znacznych urzędów. Najwięcej jednak osiągnęli już za czasów zaborczych, jako politycy galicyjscy. Władysław (1819-1888) był posłem na Sejm Krajowy i do Reichsratu, jego młodszy syn Stanisław (1850-1912) był również posłem na Sejm Krajowy, marszałkiem krajowym Galicji i członkiem Izby Panów, a syn starszy, Kazimierz (1846-1909) dosłużył się rangi namiestnika Galicji, a nawet premiera Austrii - w innych zaborach byłoby to, oczywiście, niemożliwe, ale Austria łaskawym okiem patrzyła na polityków polskich. Były to zatem same szczyty władzy - i, dodajmy, finansów. Badeni byli bowiem w międzywojniu rodziną bardzo zamożną, posiadającą cały szereg dóbr i pałaców (choć już nie ten warszawski, na pl. Krasińskich, skądinąd bardzo ładny, który mieścił wówczas Sąd Apelacyjny). Jak jednak widzimy z tekstu, Stanisław Badeni nie nadawał się na arystokratę z kryminału: nosa nie zadzierał, herb (Bończa) zdjął z frontonu pałacu i rzucił na strych, a w dodatku ze swoim chomiczkowatym pyszczkiem wyglądał jak sanacyjny drobny urzędnik. Był to, być może, wielkiej szlachetności człowiek, ale do kryminału się nie nadaje - to nie wyniosły francuski markiz czy angielski lord, który spogląda z wyżyn swojego rodowodu na cwaną pannę Marple.

Kamerdyner? Ofiarowujący synowski płaszcz pierwszemu lepszemu włóczędze? Och, nie jest to przenikliwy Jeeves!

Przestępcy? Knują, szyją jak mogą. Z pewnością ślicznie udaje im się samo opróżnienie pokoju kredensowego ze sreber, za to dostają medal z ziemniaka im. Kwinty, ale poza tym coś nie wypaliło. Jakie poszlaki sprawiły, że część z nich wyaresztowano we Lwowie? Cóż to za asy, co raz po raz grzęzną w błocie?

Policja? Ci są najzabawniejsi z tym niedziałającym telefonem, nieosiągalnym samochodem, siedzący w głębokim XIX wieku - a mimo to z jakim wysiłkiem próbują nadgonić epokę! Jak dzielnie opóźniają pościg, składając meldunki! I ten bohater Bukowski z bagnetem jak cynowy żołnierzyk!

No i, rzecz jasna, sama technologia. Te drogi, składające się chyba wyłącznie z błota i grzęzawisk, te samochody, które co rusz mają jakąś awarię, ten pościg, który właściwie nie pościgiem jest, ale jakimś stosunkiem przerywanym.

Rabunek sreber Badenich i pościg wyglądają jak specyficzna gra dla przerafinowanych czytelników kryminału: nieudolność gangu walczy o lepsze, czy raczej o gorsze, z nieudolnością ścigających posterunkowych. "Gang Olsena" i "Żandarm" w jednym. Plus, oczywiście, happy end.




PS: Portal Cracovia Leopolis publikuje nadzwyczaj ciekawy list Juliusza Rossa, syna wymienianego w tekście rządcy "dyr. Rossa", gdzie w 1941 roku relacjonuje losy pałacu po zajęciu terenów przez ZSRR: grabież, zniszczenia, niszczenie grobów. Z listu dowiedzieć się można również, że rządca Ross został zaaresztowany przez bolszewików i rozstrzelany. Po wojnie pałac został zburzony, dziś ostał się po nim jedynie park z oranżerią.

Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934