Rzadko chce mi się specjalnie kupić książkę, żeby należycie skomentować jakiś artykuł w "Tajnym Detektywie", tym razem jednak szarpnąłem się na arcyciekawe dzieło Stanisława Łubieńskiego: "Pirata stepowego", traktującego o ukraińskim watażce z czasów rewolucji, Nestorze Machno, legendarnym bat'ce, przywódcy anarchistycznej Republiki Hulajpole.
Łubieński pisze ciekawie i smacznie - ale smacznie pisze też autor artykułu w "Tajnym". Tyle tylko, że mają nieco inny stosunek do źródeł. A źródła o atamanie Machno, jak o wszystkich bohaterach ówczesnej sceny wojenno-politycznej, są nierzadko sprzeczne i pisane przez najdziwniejsze indywidua, które przy okazji piekły własne pieczenie (lub pieczenie rozmaitych partii, partyjek i wywiadów). Warto zatem sprostować to i owo w tak fantastycznej relacji:
Zacznijmy od dzieciństwa. Przez całe lata pisano, że Machno urodził się w roku 1889, księgi parafialne jednak mówią, że przyszedł na świat 26 X (wg kalendarza gregoriańskiego) 1888 roku. Skąd taka zmiana? Prawdopodobnie to jego matka Jewdokija Matwijiwna zmieniła datę w metryce, by Nestor poszedł do wojska rok później. Była to wówczas częsta praktyka. Służba wojskowa trwała sześć lat, Imperium nieustannie prowadziło wojny. Ten ukryty przed państwem rok oznaczał, że w gospodarstwie dwanaście miesięcy dłużej pomagać będzie jeszcze jedna para męskich rąk. Niewykluczone jednak, że datę w metryce zmieniono dopiero w 1910 roku, kiedy Nestor miał zostać powieszony za działalność rewolucyjną. O rok młodszy pozostawał niepełnoletni i nie można go było skazać na śmierć. A i sama wspomniana działalność przydarzyła mu się nieco przypadkiem. W miejscowej fabryce Kruegera zorganizowane zostało kółko teatralne - do kółka przyłącza się też Nestor Machno, miłośnik teatru i aktor amator. Młody robotnik ma już za sobą debiut. W Koloseum wystąpił w małej, ale jakby proroczej roli "tego, który dba, by nie zgasło światło" we Wschodzie jutrzenki wolności hulajpolskiego pisarza Jelisieja Karpenki. Tyle, że kółko teatralne było tylko przykrywką dla spotkań anarchistycznej organizacji Związek Biednych Chłopów.
Jeśli chodzi o przebieg działań bojowych machnowców, to odsyłam już do "Pirata stepowego" - ciekawym jednak mi się wydaje cała opowieść o ekscesach samego atamana. I tak: jakkolwiek częste są opowieści o straszliwych antysemickich pogromach, organizowanych przez jego bandy, Łubieński dość przekonująco udowadnia, cytując liczne opracowania, że sądy takie pochodziły z drugiej ręki lub od wrogów politycznych atamana. Tymczasem w jego oddziałach Żydzi nie tylko zajmowali poczesne stanowiska, ale i nie byli w żaden sposób prześladowani. Machno wydawał specjalne "edykty tolerancyjne", zakazujące pogromów, a wielu świadków (w tym świadków pochodzenia żydowskiego) wspominało, że w straszliwym okresie rewolucyjnym to właśnie nie biali ani czerwoni, ale machnowcy najprzyzwoiciej zachowywali się wobec ludności cywilnej, w tym wobec mas żydowskich (co nie wyklucza, dodajmy, pojedynczych aktów przemocy).
Machno istotnie miał pierwszą żonę, którą pojął jednak nie przed popem, a przed hulajpolską Radą rewolucyjną. I była to nie żydowska branka, a ukraińska chłopka, niejaka Nastia Wasecka, która pisała do Nestora listy, kiedy siedział w więzieniu na Butyrkach. Małżeństwo nie było udane: Nastia, nieskomplikowana wiejska dziewczyna, nie ma zrozumienia dla ideałów, którymi żyje jej mąż. Nie chce mieszkać w komunie i rywalizować o jego względy z towarzyszami anarchistami. Jest w zaawansowanej ciąży, chce mieć dzieci, męża i święty spokój. Ale Nestor nie czeka, śpieszy się do stolicy [gdzie spotka się z Kropotkinem i Leninem]. I nie zobaczy Iwana Nestorowicza Machny. Przy porodzie coś idzie nie tak, dziecko umiera po kilku dniach. Nastia zmarła dopiero w 1981: związała się z innym mężczyzną, urodziła czwórkę dzieci i jako staruszka sprzedawała nasiona słonecznika podróżnym na stacji Hulajpole.
Z mordów na Żydach znany był natomiast gorliwie antysemicki Hryhoriew (w "Tajnym" pisany z rosyjska: Grygoriew) i była to, jak się zdaje, jedna z przyczyn niechęci pomiędzy dwoma watażkami. Wbrew jednak temu, co pisze korespondent wileński, ostatecznie zawarli oni ze sobą pakt. A grający na dwa fronty (układający się z białym Denikinem) Hryhoriew zginął dopiero po dziesięciu dniach, i to w wyniku uważnie przeprowadzonej (choć może niespecjalnie wyszukanej) prowokacji, która znacznie bardziej pasowałaby do Borgii, niż zwykły strzał znienacka. Hryhoriewa położył trupem zresztą nie sam Machno, a jego adiutant, Czubenko: Ataman traci głowę. Próbuje wyszarpnąć z kabury pistolet, ale Czubenko z bliska wypala mu w twarz. Wszyscy na moment zastygają... lecz ataman nie pada. Stoi ogłuszony z osmaloną skronią i nie bardzo wierząc własnemu szczęściu, z okrzykiem "Oj, Bat'ko, Bat'ko!" rzuca się do ucieczki. Machnie puszczają nerwy. "Bij atamana!", wrzeszczy i sam rzuca się za Hryhoriewem. Żołnierze na podwórku słyszą serię stłumionych strzałów. To Czubenko posyła zdrajcy kilka kul w plecy. Tym razem celnych. Ale w tym samym czasie, korzystając z zamieszania, przyboczny Hryhoriewa wymierza w Bat'kę. Jeden z machnowców w ostatniej chwili blokuje palcem spust. Nestor pakuje w swojego niedoszłego zabójcę cały magazynek.
Zabicie i przejęcie armii Hryhoriewa nie na wiele jednak się zdało. Machno, który z książki Łubieńskiego wyłania się jako postać tragiczna, samouk-idealista ze smykałką do dowodzenia, nazywany bat'ką, czyli ojcem, choć miał posturę i wygląd brzydkiego dziecka, schorowany na gruźlicę, stopniowo dowiaduje się, że wszedł pomiędzy ostrza potężnych szermierzy i anarchistyczna republika nie przetrwa zbyt długo. Ucieka przez Rumunię do Polski, tam faktycznie ma proces (który, jeśli wierzyć "Piratowi stepowemu", od początku był kuriozalny i wyglądał raczej na grę wywiadów niż świadectwo jakiegoś spiskowania), potem przez Toruń dociera do Paryża. Żyje jak to eks-rewolucjoniści: w biedzie, spisując wspomnienia tak drobiazgowe, że nie zdoła ich doprowadzić do końca, bez końca walcząc o dobre imię z całym stadem byłych sojuszników i pomniejszych wrogów. Umiera na gruźlicę, a jego ostatnie słowa brzmią: "Przynieście poduszkę tlenową".
Nawet ostatni akapit tekstu w "Tajnym" zawiera błąd. Machno zostawił żonę i córkę, Olenę. Obie wróciły do Rosji, obie przeszły przez łagry, obie umarły w zapomnieniu.
[wszystkie kursywy za St. Łubieński, "Pirat stepowy", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2012]
Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok IV, 12 VIII 1934
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antysemityzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antysemityzm. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 listopada 2012
piątek, 28 września 2012
Jak żonobójca Kahanek świat od Żydów i masonów wyzwalał
"Tajny Detektyw" bawi i kształci. Zamieszcza na przykład wyniki naukowych badań, które świadczą o tym, że mężczyzna, który założy "nienormalną" rodzinę, poślubiając starszą od siebie kobietę, najpewniej zostanie mordercą na tle osobistych ambicji. I, rzeczywiście: kupiec lwowski Kahanek poślubił wdowę starszą od siebie o lat 16, co niechybnie przywiodło go do obłędu na tle religijnym i, ostatecznie, zbrodni.
Kahankowie byli małżeństwem zamożnym: jak widać ze zdjęcia, wynajmowali duże, trzypokojowe mieszkanie na Sykstuskiej - nieopodal Wałów Hetmańskich, czyli dzisiejszego Prospektu Swobody - w przepięknej, luksusowej kamienicy zbudowanej w 1909 r. wg projektu Władysława Podhoreckiego (zachowanej zresztą do dziś, łącznie z tymi obłędnymi podziałami okien, typowymi dla Belle Epoque). Poznali się czternaście lat wcześniej, kiedy on był nieźle prosperującym kupcem w branży papierowej, ona - zamożną wdową po farmaceucie; pobrali się pomimo różnicy lat, która w owych czasach była uznawana za gorszącą (co innego w drugą stronę - mężczyzna poślubiający kobietę 16 lat młodszą był zdecydowanie "normalny"). Cóż wydarzyło się dalej?

Można rzeczywiście założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że Kahanek był chory psychicznie. Czy jest sens zagłębiać się w jego rojenia? Chyba tak. Wiadomo bowiem, że o ile każdy chory choruje na swój własny sposób, o tyle widmowe źródła zagrożenia są często wspólne. Kiedyś na chorego czyhały diabły i wiedźmy, później - ufoludki i promieniowanie z kosmosu, teraz pewnie islamiści z bombą i GMO. Modą epoki w czasach Kahanka byli straszliwi Żydzi i masoni. Zresztą, jak widać, jego mania prześladowcza nie koncentrowała się tylko na tych zagrożeniach, które ówczesna endecka propaganda mełła bez ustanku tak, jak dziś miele się smoleńskie zamachy - strach nieszczęsnego kupca obejmował również jego żonę, ową "narkotyczną czarodziejkę", której pierwszy mąż, farmaceuta, miał przekazać magiczne sekrety.
Czy Kahankowa (o której skądinąd wiadomo, że nie była Żydówką, ale Rumunką, a i do loży masońskiej nie należała) była ofiarą antysemickich i antymasońskich kampanii? Śmiem wątpić. Gdyby propaganda i "mądrość ulicy" wskazywały inne zagrożenie, chory mąż zabiłby ją z innego powodu. Ale w jego rojeniach odbijają się lęki tamtych czasów: mason z katolickiej propagandy łączy się z Żydem z carskich "Protokołów Mędrców Syjonu", przefiltrowanych przez endeckie pisemka, a nowoczesny strach przed narkotykami - z zabobonną wiarą w czarodziejskie możliwości farmaceutów. W tej ostatniej kwestii nie bez znaczenia był pewnie kontekst seksualny: starsza żona po prostu musiała mieć coś na sumieniu, skoro "omotała" młodego mężczyznę. "Tajny Detektyw" publikując wynurzenia o kryminogennych właściwościach takich "niedobranych" stadeł niewiele bowiem błądził. Źródłem problemu była jednak nie "nienaturalność" takiego małżeństwa (małżeństwo należy do świata kultury, nie natury, i w jakimś sensie zawsze jest "nienaturalne"), ale społeczny ostracyzm, który mógł generować spore stresy.
Za: "Tajny Detektyw" nr 4, rok 2, 24 I 1932 i nr 33, rok 4, 12 VIII 1934
niedziela, 6 listopada 2011
Skacz!
Czy znacie Państwo te zdjęcia?
Jeśli nie, to pewnie znacie te fotografie Dalego:

Jeśli nie, to pewnie znacie te fotografie Dalego:
Nic dziwnego: Dali dobrze się znał, a może nawet przyjaźnił (jeśli to możliwe w jego przypadku) z autorem tych zdjęć przez trzydzieści lat - można nawet powiedzieć, że był jego muzem, skoro jedna z książek fotografa to "Dali's Mustache", trzydzieści surrealistycznych portretów artysty.
Ale nie on jeden. Fotograf nazywał się Philippe Halsman... (poniżej na autoportrecie)
...i robił zdjęcia wszystkim. Gwiazdom kina, artystom, pisarzom, naukowcom, politykom. Jest jednym z najważniejszych fotografów połowy XX wieku. Dekadę temu miał ogromną, wędrującą po całym świecie retrospektywną wystawę. Jeśli wejdą Państwo na jej stronę i zobaczą biogram Halsmana, przeczytają tam Państwo - w dość skromnym zestawie faktów z życia fotografa - następujący fragment:
...i robił zdjęcia wszystkim. Gwiazdom kina, artystom, pisarzom, naukowcom, politykom. Jest jednym z najważniejszych fotografów połowy XX wieku. Dekadę temu miał ogromną, wędrującą po całym świecie retrospektywną wystawę. Jeśli wejdą Państwo na jej stronę i zobaczą biogram Halsmana, przeczytają tam Państwo - w dość skromnym zestawie faktów z życia fotografa - następujący fragment:
1928. Father dies while on family vacation in the Austrian Alps.
Osobliwa wzmianka. Która nie dziwi, jeśli wiemy, że - o czym biogram nie wspomina - Halsman został skazany na 10 lat więzienia za zabójstwo ojca: zepchnięcie go w przepaść i zatłuczenie kamieniem.
*
Była to jedna z causes celebres epoki, zresztą wzbudza ona zainteresowanie po dziś dzień; najlepszy dowód, że nie tak dawno Martin Pollack napisał o niej obszerną książkę pt. "Ojcobójstwo". A w latach trzydziestych była obserwowana przez pół Europy; w obronie Halsmana pisali listy Mann, Einstein, Freud. Czemu? Ano, nie była to taka sobie zwykła sprawa kryminalna. Spójrzmy, co pisze "Tajny Detektyw":

Oto zasadnicza oś całej sprawy została całkowicie pominięta przez redaktorów "Tajnego". Nie wiem, czy nie w smak było o niej wspominać, czy uznali, że polska publiczność nie będzie nią zainteresowana, czy wreszcie w podzielonym polskim społeczeństwie nie chcieli zabierać w tej kwestii głosu. Otóż sprawa Halsmana - i na tym cały myk polega - była soczewką, w której skupiał się wzrastający prowincjonalny antysemityzm przedanschlussowej Austrii.
Halsman był Żydem z Rygi; zbrodnia ojcobójstwa była "u podstaw swych niearyjska"; jego proces okazał się ogromną manifestacją austriackiego małomiasteczkowego antysemityzmu z jednej - a idealistycznego wielkomiejskiego filosemityzmu z drugiej strony. I właśnie stąd tych 20.000 podpisów postulujących uwolnienie Halsmana, zebranych przez Czerwony Krzyż i organizacje kobiece. O ile jednak otoczka procesu była zdecydowanie paskudna, a prasowe polemiki i relacje zapowiadały to, co miało się dziać w Rzeszy i Austrii za lat dziesięć, o tyle sam proces nie był wcale jednoznaczny. Owszem, był poszlakowy raczej, niż dowodowy - a jednak, po dziś dzień trudno rozstrzygnąć (nie czyni tego także Pollack w swojej książce), czy Halsman był niewinną ofiarą; i zakrwawiony kamień, i stosunki między despotycznym, antypatycznym ojcem a synem (chimerycznym, skłonnym do histerii i konfabulacji) czynią morderstwo bardzo prawdopodobnym. Jak się okazało, Halsman-ojciec (nazywany w tekście "Tajnego" nieustannie "starcem", choć nie miał jeszcze pięćdziesiątki) żeby znaleźć się przy strumieniu, musiałby nie tyle osunąć się ze zbocza, co wykonać nie lada skok. A ze skoczności znany nie był.
Halsman-syn, który w sądzie zachowywał się skandalicznie, robił fochy, przybierał minki i bawił się w błyskotliwe komentarze i utrudniał zadanie obrońców tak, jak to tylko możliwe, w końcu się doigrał: został skazany.
Co dalej? Pod artykułem przeczytali Państwo, że ciąg dalszy miał nastąpić - nie w tym wszakże numerze, a kolejnych trzech jak na złość nie mam - ale dziś już wiemy, że Halsman długo nie posiedział. W wyniku rozmaitych jawnych i niejawnych nacisków społecznych został wypuszczony z więzienia pod warunkiem, że opuści Austrię i nigdy do niej nie wróci. Wyjechał (pod koniec 1930 r.) do Francji, gdzie założył studio fotograficzne, w którym sportretował m.in. Giraudoux, Le Corbusiera, Gide'a, Chagalla. Po niemieckim podboju uciekł, z poparciem Einsteina, do Stanów, gdzie poznał Dalego i zrobił błyskawiczną karierę jako fotograf. Sypnęły się kolejne okładki "Life'u" - pięćdziesiąt w przeciągu dekady! - i sesje wielkich gwiazd, a także książki.
Co dalej? Pod artykułem przeczytali Państwo, że ciąg dalszy miał nastąpić - nie w tym wszakże numerze, a kolejnych trzech jak na złość nie mam - ale dziś już wiemy, że Halsman długo nie posiedział. W wyniku rozmaitych jawnych i niejawnych nacisków społecznych został wypuszczony z więzienia pod warunkiem, że opuści Austrię i nigdy do niej nie wróci. Wyjechał (pod koniec 1930 r.) do Francji, gdzie założył studio fotograficzne, w którym sportretował m.in. Giraudoux, Le Corbusiera, Gide'a, Chagalla. Po niemieckim podboju uciekł, z poparciem Einsteina, do Stanów, gdzie poznał Dalego i zrobił błyskawiczną karierę jako fotograf. Sypnęły się kolejne okładki "Life'u" - pięćdziesiąt w przeciągu dekady! - i sesje wielkich gwiazd, a także książki.
Najbardziej chyba znaną książką Halsmana stało się "Jump!", czyli "Skacz": kilkadziesiąt fotografii, przedstawiających znanych ludzi w momencie skoku. I niech to będzie pointą tej opowieści.
(kolejno: Halsman z Marylin Monroe, sama Monroe, Audrey Hepburn, Robert Oppenheimer, Sophia Loren, Edward Windsor i Wallis Simpson, Richard Nixon)
Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok I (6 IX 1931)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























