sobota, 25 sierpnia 2012

Stanisławów - odsłona trzecia. Duch z Brodą w małym Paryżu.

Ostatni odcinek reportażu o przestępcach ze Stanisławowa niemal w całości poświęcono obywatelce Brodzie Józefie, która trudniąc się sprawami nadprzyrodzonymi, pozyskiwała jak najbardziej przyrodzone złotówki, wyciągając kasę na "starego ducha" i "jasnowidzącą ciocię". Była to, przyznać trzeba, kobieta niegłupia, pomysłowa i niepozbawiona, jak się zdaje, swoistego poczucia humoru.





Poza "odważnym akademikiem", który odważnie obmacywał pannę w parku, poza zabawnym "małym Paryżem" (ta figura nigdy nie przestaje mnie zadziwiać... Dzietrzkowice - polskie Las Vegas, Irkuck Paryżem wschodu, itp.), najbardziej w całej historii zastanowiła mnie bezwzględność Z. Oboleńskiego i "Tajnego Detektywa". Stanisławów, miasto niewielkie. O skandal nietrudno. Może nie "wszyscy wszystkich znają", bo 60 tysięcy mieszkańców, ale to nie dająca anonimowość Warszawa czy Paryż. Ludzie wstydzą się przyznać, że dali się nabrać oszustce. A "Tajny Detektyw", prasa ogólnokrajowa, pisze czarno na białym nie tylko o Józefie Brodzie (a nie Józefie B.), ale i o Michalinie Jakubowskiej. Łącznie z adresem! Łącznie z miejscem zatrudnienia męża! Proszę sobie wyobrazić, jak Minister Komunikacji w swoim warszawskim gabinecie wzywa naczelnika Pipsztyckiego i mówi mu: "Panie Pipsztycki, a nie pracuje u nas niejaki Jakubowski ze Stanisławowa? Patrz pan..." - i podaje mu płachtę "Tajnego Detektywa". A urzędnik odpowiedzialny za zatrudnianie w warsztatach kolejowych, na którego miał rzekomo wpłynąć "stary duch"? Ten to musiał mieć ubaw. I jego żona. I przyjaciółki żony. I przyjaciółek owych mężowie. Nie mówiąc już o kolegach Bolesława Stojowskiego, studenta - ten dopiero musiał mieć przerąbane po ukazaniu się 35 numeru "Tajnego"! Zaiste, przedwojenna prasa nie wiedziała, co znaczy ochrona danych osobowych.

Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 26 VIII 1934


czwartek, 23 sierpnia 2012

Stanisławów raz jeszcze czyli banalna Bubno w Dolinie.

Powracamy do Stanisławowa - a zatem również i do Żanetty Scharfer, prowincjonalnej piękności, jej braciszka Izaka, 19-letniego "syn staruszki", a także do ich wspólnej fabryczki fałszywych monet. To jednak, co w drugiej części ujęło mnie najbardziej, to protoplasta Agenta Tomka, Tadeusz Joniak, który czułymi słówkami omotywał służące i wyciągał od nich wiadomości o tym, co Państwo po szufladach trzymają.





















































































Zafrapowała mnie też historia o herkulesowym kominiarzu-dżentelmenie, Ignacym, i byłym murarzu, którzy pomieszkiwali w domku romantycznym jak morska latarnia i wypuszczali się razem na włamy, niczym Batman i jego dzielny Robin. Czyżby jakieś stanisławowskie Brokeback Mountain? A ci kolporterzy uliczni, Łoszniak i Jaculak, którzy zeszli na złą drogę, bo im się znudziła praca - w dodatku jeden z nich o ksywce Purcel, którą do Purcella tylko litera dzieli - czyż nie są pysznym materiałem na opowiadanie o nudzie w Stanisławowie? Wreszcie banalna Bubno ze Skrybajło, które są tak zblazowane, że tylko w wódce znajdują ukojenie po robótce... w dodatku w Dolinie, która była, rzec można, Doliną Płaczu i Łez Padołem. Zewsząd wychodzi tu prowincjonalna mizeria. Sklepy z żelastwem, jakieś pakamery, domki, kulawi osobnicy trudniący się przestępcami, spieniężanie za minimalną kwotę, odwołania od wyroków, po których sąd wyrok zwiększa jeszcze... ach, nie było łatwo w Stanisławowie, nie było!

PS: Niestety - muszę z żalem wyznać, że "Piękny Piotruś" do pięknych nie należy, więc mój dobry znajomy, bloger Mrówkodzik (http://mrowkodzik.wordpress.com/) raczej by mu paczek do więzienia nie nosił. Co innego młodocianemu włamywaczowi Grześkowowi, prawda, Mrówkodziku?


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 19 VIII 1934

wtorek, 21 sierpnia 2012

Dintojra w Stanisławowie, czyli szopenfeldziarze i blatnicy

Na głównej w naTemat o warszawskiej gwarze, więc i o gwarze (częściowo) będzie. W latach 30-tych Stanisławów był miastem wojewódzkim wprawdzie, ale prowincjonalnym - liczył 60 tys. mieszkańców (mniej więcej tyle, co dziś Łomża) i nawet autor artykułu, próbując je jakoś wyróżnić, musiał się uciec do kunsztownej figury: drugie po Lwowie największe miasto Małopolski Wschodniej (może i drugie po Lwowie, ale sześciokrotnie od niego mniejsze). Miał jednak Stanisławów coś, czym mógł się pochwalić: przestępcze podziemie, któremu "Tajny Detektyw" poświęcił reportaż rozciągnięty aż na trzy numery. Dziś część pierwsza.









(wspomniana dzielnica Belweder)



Tekst autorstwa niejakiego Z. Oboleńskiego może być niejakim wstrząsem dla sentymentalnych miłośników polskich Kresów, gdzie bursztynowy świerzop, gdzie Maryla w futrze z putkamerów i dworek, i dumka kozacka, hej, a wszystko w kolorach sepiowo-złocistych, bez jednej skazy. Tak, że "przed wojną, panie, to drzwi się na oścież otwarte zostawiało i nikt niczego nie wziął". Stanisławów oto okazuje się miastem nie tylko dojmującej nędzy, ale i szalejącej przestępczości. Półświatek miał tam znakomicie ustawiony system władzy (dintojra!), rozbudowany niemalże jak w USA czasów prohibicji (dintojra!), specjalne lokale zabezpieczone przed policyjnymi nalotami oraz bogatą gwarę kryminalną (dzieloną wszakże z resztą kraju). Wszystko to Oboleński podał w sosie godnym Eugeniusza Sue albo Dickensa - tyle, że z nazwiskami z tamtejszego pogranicza: polskimi, żydowskimi i ukraińskimi - bravissimo.

Niestety, korespondent ze Stanisławowa posiadł także sztukę suspensu i urwał swoją opowieść w najciekawszym momencie, kiedy na scenę wychodzi 21-letnia córka staruszki, Żanetta, "typowa piękność peryferyj". Tym z Państwa, którzy z niecierpliwością czekają na jej dzieje, pozostaje dziś tylko obejrzenie jeszcze paru zdjęć. Następny odcinek - w następnym odcinku.







Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok 4, 10 VIII 1934


środa, 15 sierpnia 2012

Nie hoduje zbóż, ma w kieszeni nóż...

...śpiewała Rodowicz w piosence Osieckiej "Sing Sing". Osiecka uwielbiała gry słowne i ciekawe brzmienie słów, i stąd chyba szlagwortem piosenki stała się akurat nazwa tego więzienia  - a nie Ludlow Street Jail, Fort Slocum, Coxsakie czy Mid-Orange, powiedzmy. Nazwa pochodzi z języka Indian, od których kupiono niegdyś ziemie, gdzie 1825 roku zbudowano pierwsze więzienne budynki. "Sint sinck" znaczy ponoć "kamień na kamieniu" co brzmi iście biblijnie. Natomiast w angielskiej fonetycznej przeróbce to "Śpiewaj, śpiewaj", co też mogło się spodobać Osieckiej.

Wczoraj wieczorem, biegnąc nad brzegiem Hudson River (gdzieś pod oknami hotelu, w którym Brandon ze "Wstydu" energicznie, ekhem, zaprzyjaźnia się z panią prostytutką, patrząc na New Jersey, leżące po drugiej stronie rzeki) uświadomiłem sobie, że gdybym pobiegł dalej jeszcze, trafiłbym do Sleepy Hollow (dawniej Tarrytown, sportretowanego przez Washingtona Irvinga w opowiastce o Jeźdźcu bez Głowy, i w hołdzie dla niego przemianowanego na Sleepy Hollow w 1996 roku; Irving zresztą leży na miejscowym cmentarzyku). A gdybym, minąwszy Sleepy Hollow, wlókł się dalej wzdłuż brzegu rzeki (są to już dystanse maratońskie), to dowlókłbym się właśnie do Sing Sing, o którym 34 numer "Tajnego Detektywa" z 1934 roku wspomina aż dwukrotnie:


To ciekawostka z prawdziwego Sing Sing, nowojorskiego. Ale znacznie większa notka dotyczy Sing Sing przemyskiego (sic!):


A zatem - skwarki zarzewiem buntu! Co ciekawe, w przywołanym filmie z 1930 roku, "The Big House", intryga też zaczyna się od osadzenia więziennego watażki w karcerze, i powodem awantury też jest niesmaczne jedzenie. Wątpię, by kucharze w prawdziwym Sing Sing znali skwarki, ergo - by skąpili ich więźniom, ale to nieoczekiwane powinowactwo między prawdziwym Wasyłykiem a filmowym Butchem jakoś mnie ujęło.

Nawiasem mówiąc, watażkowie więzienni są oczywiście wszędzie, ale w niektórych więzieniach mają więcej do gadania, w innych - mniej. I Sing Sing pod tym względem w swoich czasach było naprawdę wyjątkowe. Zreformował je gruntownie niejaki Thomas Mott Osborne (1859-1926), wywodzący się z fabrykanckiej rodziny o tradycjach społecznikowskich (abolicjonistycznych). Odsłużywszy dwie kadencje jako burmistrz Auburn w stanie Nowy Jork (znany był z tego, że jak Harun ar-Raszid mieszał się z tłumem i - incognito, oczywiście - podsłuchiwał w tawernach i na ulicach, co w trawie piszczy), Osborne zajął się reformami więziennictwa. Dał się zamknąć w celi jako anonimowy więzień i przez tydzień na własnej skórze poznawał warunki w celach, na spacerniaku, w stołówce, itd. Potem natomiast zadziwił więźniów i strażników tym, że poruszał się po Sing Sing bez uzbrojonej obstawy. Jego reformy z miejsca zjednały mu właściwie całą społeczność więzienną, po obu stronach krat - poza garstką watażków, którzy w poprzednim systemie mieli się jak pączki w maśle i dzięki korupcji mogli sobie pozwolić na znacznie więcej, niż jakiś biedak. Jeden z owych "pokrzywdzonych reformami" - manhattański bankier, osadzony za oszustwa - wykorzystując znajomości wśród polityków i  nie szczędząc grosza, rozpętał przeciwko Osborne'owi ogromną kampanię, a w końcu doprowadził do postawienia go przed sądem za krzywoprzysięstwo, zaniedbywanie obowiązków i utrzymywanie kontaktów seksualnych z więźniami. Kiedy oczyszczony z zarzutów Osborne wrócił do Sing Sing, wyprawiono tam z tej okazji ogromną fetę, a więźniowie wystawili ku czci uniewinnionego dyrektora specjalne przedstawienie.

W 1931 roku imieniem Osborne'a nazwano kilka założonych przez niego i połączonych w jedno organizacji. Osborne Association istnieje do dziś i zajmuje się resocjalizacją, a konkretnie - przywracaniem byłych więźniów do normalnego życia w społeczeństwie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Rybka zwana Stanisławą

Ćwierć wieku temu kręcono "Rybkę zwaną Wandą". Czy pamiętacie Państwo, jak jeden z gangsterów długo próbował ukatrupić przypadkowego świadka napadu - staruszkę, wyprowadzającą  na spacer trzy małe yorki? Podobna historia wydarzyła się znacznie wcześniej w Strzemieszycach (dziś to Dąbrowa Górnicza) w domu Stanisławy Jurczykowej, sklepikarki.


Szczerze mówiąc, zaskoczyło mnie, że Jurczykowa ukrywała coś pod maską urody; sądząc po zdjęciu, ukrywała pod nią również samą urodę. Na coś jednak łakomił się i zazdrosny Jurczyk, i funkcjonariusz kolejowy B. (Kozioł, jak wiadomo, łakomił się wyłącznie na pieniądze ze sklepowej kasy). Cóż, kanony piękna przemijają.

Wyobrażam sobie tę opowieść w tamtej obsadzie. Jamie Lee Curtis jako upiększona Jurczykowa. John Cleese jako zdradzany mąż. Kevin Kline oczywiście jako kochanek, funkcjonariusz kolejowy, a jako poczciwy niedoszły morderca - Michael Palin. Gagi - czyli trucie wyciągiem z czosnku i gwarantowana komedia pomyłek, w której Palin każe Cleesowi napisać list samobójczy - dostarczone. Poranna mina Cleese'a, kiedy wstaje, ubiera się i wychodzi na posterunek - bezcenna.


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934

sobota, 11 sierpnia 2012

Baby, ach te baby, czyli John Dillinger a la francais

John Dillinger był legendą już za życia. To prawda, że miał po temu warunki: obrobił ponad dwadzieścia banków, uciekł z więzienia, miał zawadiacki uśmiech - ale jeszcze zanim padł pod kulami agentów policyjnych, dziennikarze zmyślali na jego temat niestworzone historie. Pisali na przykład, że podawał się za przedstawiciela firmy instalującej alarmy, a potem "sprawdzał system fałszywym napadem", który był napadem prawdziwym. Albo że udawał, że kręci film z napadu, a klienci i pracownicy banku uśmiechali się tylko, nie protestując, i wydawali udawane okrzyki przerażenia. Te opowieści nie miały żadnego pokrycia w faktach.

Pamiętać jednak należy, że ówczesna prasa żyła z Dillingera i innych przestępców-celebrytów ery Wielkiego Kryzysu. Największy wieniec na trumny Bonnie i Clyde'a wysłali gazeciarze z Dallas, którzy dzięki nagłemu końcowi (nie)sławnej pary sprzedali pół miliona gazet. Musiały zatem powstawać i powstawały najrozmaitsze bzdury, zmyślenia i apokryfy, które częściowo trafiały i do polskiej prasy, bezrefleksyjnie relacjonującej wymysły zagranicznych dziennikarzy(n).

Tak jest i w przypadku rzekomego "Testamentu Dillingera" pióra niejakiego Roya Pinkera. Któż to taki? Nikt. Roy Pinker był pseudonimem francuskich dziennikarzy, rzekomym amerykańskim korespondentem Detective'a, wydawanego od 1928 roku przez szacownego Gallimarda (a zatem starszego brata naszego "Tajnego Detektywa"). Kłamstwem jest zatem, że tekst w "Tajnym" został napisany przez nowojorskiego korespondenta pisma, Johna Greena, relacjonującego artykuł Pinkera - nie, został (cóż za piękne, piętrowe oszustwo) naskrobany za biurkiem w Polsce, pewnie w krakowskiej redakcji IKaCa, a może w jednej z krakowskich kawiarenek, niedawno dopiero opuszczonych przez młodopolskich dekadentów. A na biurku lub stoliku leżał egzemplarz francuskiego tabloidu z głupkowatym apokryfem.

Mamy zatem amerykańskiego gangstera widzianego oczami francuskich mieszczan. Jeśli zbrodnia, to koniecznie w tłumie rozkochanych kobiet. Trudno się dziwić, że bohaterki artykułu przypominają w niektórych rysach charakteru bohaterki czułych romansów francuskich dla młodych panien. Nie przypominają ich. Są nimi. Są postaciami literackimi. Przyjrzyjmy im się bliżej. I zobaczmy, co i jak zmyślono.









Od początku. Dillinger nieraz się ostrzeliwał, ale oczywiście nie "staczał formalnych bitew z zastępami wojsk". Za jego głowę nie wyznaczono "dziesiątków tysięcy dolarów" a tym bardziej "pięćdziesięciu tysięcy" - było to, konkretnie, 10 tys. za aresztowanie lub 5 tys. za informację prowadzącą do aresztowania. Inny (co ciekawe: nieco wcześniejszy) plakat proponuje 15 tys. I tyle. Ostatecznie wypłacono 5 tysięcy.

Dillinger regularnie łamał prawo jeszcze jako nastolatek, ale były to takie przestępstwa, jak bicie młodszych kolegów, kradzież samochodu czy obrabowanie miejscowego spożywczaka (za co po raz pierwszy trafił do więzienia). Tu dowiadujemy się, że karierę zaczął od położenia kogoś trupem w kawiarni 11 listopada 1918 roku - co jest bzdurą choćby dlatego, że nie miał wówczas lat 20, jak wynika z tekstu jego rzekomego pamiętnika, ale piętnaście. Jest to - podobnie jak przestępstwa popełniane za namową indiańskiej kochanki - wypisz-wymaluj scenariusz z tanich westernów, opowieści o wielkich rewolwerowcach Dzikiego Zachodu, co wcześnie zaczynali i wcześnie kończyli. Takim samym zmyśleniem jest, oczywiście, ten towarzyszący Dillingerowi "gang amazonek" czy opowieść o Nancy Guttman (być może wzięta skądinąd, być może napisana od zera) i o ścigającym ją zawiedzionym amancie. Ani Bonnie (nie "Bunny", jak pociesznie mylą się Green i Pinker), ani jej partner, Clyde, nie byli nigdy wspólnikami Dillingera (choć, jak głosi legenda, Dillinger posłał kwiaty na ich pogrzeb, podobnie jak gazeciarze z Dallas).

Prawdziwa kochanka Dillingera, Evelyn "Billie" Frechette, miała rzeczywiście krew indiańską - nie po ojcu (Kanadyjczyku o francuskich korzeniach), a po matce (miała indiańskich przodków gdzieś po kądzieli, ale zasadniczo pochodzenie również francuskie). Możliwe, że pomogła ukochanemu w ucieczce z więzienia Crown Point (kupując samochody), ale do więzienia poszła wyłącznie za ukrywanie go w swoim mieszkaniu. Znała go mniej więcej pół roku, odsiedziała ponad dwa. Po wyjściu z więzienia zaszyła się w rezerwacie indiańskim w Neopit, gdzie przyszła na świat. Zmarła tam na raka w 1969 roku. Nic nie wiadomo, żeby miała czyjąkolwiek krew na rękach.

Jeszcze ciekawiej ma się sprawa ze Spence Eaton. Nazwanie jej "dziewczyną niezwykle piękną ale krwiożerczą jak wampir" jest ze strony autorów artykułu wyjątkowym sukinsyństwem. Helen Spence wychowała się w nędzy, mieszkając z rodzicami na barce przycumowanej przy brzegu White River. Którejś nocy, kiedy miała lat 17, na barkę wdarł się niejaki Jack Worls i dwaj jego pomagierzy, którzy zastrzelili ojca Helen, Cicero, a matkę dotkliwie pobili. Zostali pochwyceni i trafili przed sąd (matka Helen zmarła w wyniku pobicia jeszcze przed zakończeniem sprawy). W ostatnim dniu procesu, tuż przed wydaniem wyroku, Helen Spence, drobna, mierząca metr pięćdziesiąt dziewczynka, wyjęła ukryty pod bluzką rewolwer i trzema strzałami położyła trupem Jacka Worlsa. Powiedziała tylko: "On zabił mojego tatusia". Dostała za to dwa lata. Po wyjściu z więzienia zaczęła normalne życie, ale po jakimś czasie sumienie tak jej dokuczało, że przyznała się do innego zabójstwa: otóż przed aresztowaniem pracowała w restauracji, której właściciel "pozwalał sobie z nią" czy - mówiąc dzisiejszym językiem - molestował ją seksualnie. Przesłuchiwana w tej sprawie tuż po znalezieniu zwłok restauratora, wszystkiego się wyparła - teraz jednak przyznała się do zbrodni, a społeczeństwo okazało jej znacznie mniej zrozumienia. Trafiła z dziesięcioletnim wyrokiem do więzienia-farmy, skąd wielokrotnie próbowała uciekać. Było to o tyle łatwe, że strażniczka zakładu regularnie zabierała więźniarki do Memphis, gdzie zmuszała je do prostytucji. Helen, sukcesywnie wynosząc z kawiarni czerwone serwetki, uszyła sobie wyściółkę więziennego stroju - po dotarciu do Memphis obróciła go na lewą stronę i wyszła jak gdyby nigdy nic. Za jedną z ucieczek została karnie wybatożona, nabawiła się ciężkiej infekcji (być może z powodu obicia nerek) i została poddana kuracji brutalnej nawet jak na ówczesne warunki (a właściwie: torturom). Próbowała opisać swoją historię w prasie, ale więzienna cenzura zatrzymała jej tekst. Z obawy przed kolejną ucieczką trzymano ją w celi-klatce, ale i stamtąd udało się jej zbiec. Dzień później więzienny pomocnik (sam zresztą z wyrokiem za morderstwo) spotkał ją na drodze, przyłożył jej lufę pistoletu do szyi i pociągnął za spust. Jak zatem widać, nazwanie jej "krwiożerczą jak wampir" jest zupełną bzdurą, podobnie jak podpis pod zdjęciem, głoszący, że należała do bandy Dillingera i popełniła samobójstwo.

Dillinger rzeczywiście uciekł z więzienia w Crown Point samochodem pani szeryf Lillian Holley (w owych czasach zdarzały się kobiety-szeryfki - na ogół, jak i w tym przypadku, wdowy po szeryfach zastrzelonych w trakcie pełnienia służby), ale nie była ona pod jego urokiem (ucieczki mu nie ułatwiła, po prostu ukradł jej samochód). Przeciwnie, do końca życia (a żyła 102 lata!) pilnowała, by Dillingera w żaden sposób w Crown Point nie upamiętniono.

Nie znalazłem też nigdzie indziej wzmianki o tym, żeby młody Dillinger walczył z przemytnikami alkoholu w ramach policji - owszem, zaciągnął się, ale do marynarki, jako strażak; został karnie zwolniony po dezercji z USS Utah. Zmyśleniem jest także, że zaciągnął się do gangu Franka McErlane'a. Zmyśleniem jest, że wydała go jedna z kochanek - tak naprawdę zrobiła to słynna "Dama w czerwieni" (choć tak naprawdę miała na sobie strój w kolorze pomarańczowym), znajoma jego kochanki, Polly Hamilton. Była to Rumunka, imigrantka, zagrożona deportacją  za niemoralne prowadzenie, niejaka Ana Cumpanas , alias Anna Sage, z zawodu burdelmama. W kinie, przed którym go zastrzelono, Dillingera osaczyli agenci, nie agentki, jak moglibyśmy wnioskować ze zdjęcia.

Cel jednak został osiągnięty: artykuł "Dillinger i kobiety" został napisany, na dziennikarskie konta w Paryżu i Krakowie poszły honoraria za wierszówkę. Za pół roku był już inny wielki przestępca. 

Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934

wtorek, 31 lipca 2012

Ostatnie wiadomości, czyli spirytysta Wiewiór i inni

W IV roku działania "Tajnego Detektywa" w piśmie istniał dział drobnych newsów pt. "Ostatnie wiadomości", z którego czytelnik mógł dowiedzieć się o sprawach najróżniejszego kalibru, począwszy od drobnych ciekawostek, po rozmaite zbrodnie. Tym razem oko moje przyciągnęła nie błaha dość historia katastrofy, spowodowanej przez durnawe dzieci, ale dramatyczna opowieść o nieszczęsnym spirytyście Wiewiórze.




Oczywiście motorem całej opowieści jest tyleż sam dramat, co kontrast nazwisk. Młody Świątkowski nawet swoim mianem świadczy o przyzwoitości i powszechnym szacunku, którym otaczano jego rodzinę. Wiewiór natomiast nie nosi nawet nazwiska - od biedy mogłaby to być jego ksywka. Ma 35 lat, a czyta byle durnoty i mąci w głowie biednemu a pracowitemu chłopakowi z dobrej rodziny. Idą razem na spacer i postanawiają spacer nieco przedłużyć - zamiast za najbliższą górkę wybierają się na tamten świat. Ale rewolwer, który radośnie sprzątnął z tego świata Wiewióra, zaczyna mieć wątpliwości przy Świątkowskim. I się zacina. Świątkowski wyciąga pieniądze z kieszeni zabitego, ucieka, zostaje złapany. Sąd go skazuje - ale nader łagodnie. Owe 16 franków grzywny - mogę się założyć, że to mniej, niż to, co wyciągnął Świątkowski z kieszeni kolegi - brzmi tu jak obelga.

A na deser jeszcze szczególik: jeśli zamierzacie Państwo trudnić się grabieżą, pamiętajcie, że może was zgubić naprawdę wszystko, z guzikiem włącznie!





Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok 4, 12 VIII 1934

wtorek, 24 lipca 2012

Król Hiszpanji i zbrodnia w Zawiści

I jeszcze dwa urywki numeru "Tajnego" z ostatniego dnia stycznia 1932 roku: po pierwsze ktoś w rodzaju Arsena Lupin, gentlemana w białych rękawiczkach: Antonio Lusia y Buse, który, by umknąć sprawiedliwości, podawał się nawet za podróżującego incognito króla Hiszpanii. Po każdym "łotrostwie" trwonił wysokie nominały w europejskich kurortach:



I druga sprawa: mniejsza o bezczelnego Waszkiewicza (który zbiegał z pasażu wiodącego do kina Marysieńka - ach, czy nie jest to fraza jak z Tkaczyszyna-Dyckiego?), ale Zawiść! Zbrodnia w Zawiści! Siekierą rąbanie! Przez bezrobotnego Szkudło! Służąca Rozalia pod ciosami siekiery padająca, bo drogę zastąpiła, w Zawiści! Zbrodnia jak zbrodnia - ale imiona, nazwiska, rzeczowniki i czasowniki splatają się tu w tak piękną całość, że każdy by brał w ciemno!



Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

poniedziałek, 16 lipca 2012

Skrzywienie zawodowe

Międzywojenni przestępcy to nie tylko krwawi mordercy, amerykańscy bootleggerzy, ale i skromne szantażystki z falką nad czółkiem. Poznajcie historię Marji Lewandowskiej, nauczycielki, panny, córki katolickiego posła, która po godzinach wcielała się w lubieżną metresę. Na papierze.



Niestety, ten numer "Tajnego Detektywa" jest, jak widać, w stanie wskazującym na spożycie (przez myszy), ale większość tekstu da się jednak odczytać (a przy okazji obejrzeć nader nowoczesną witrynę i neon kawiarni "Wielkopolanka"):






Ach, jakież to były ciekawe czasy, kiedy kobieta mogła mężczyznę zaszantażować tym, że "korzystał z usług jej ciała" (dziś oboje lecą z pikantną historią do brukowców i udzielają "ekskluzywnego wywiadu")! I te żony, ach, żony ówczesne, co ze schodów potrafiły zwalić, same, bez pomocy służby (pogorszyło się już po samej wojnie: kiedy poeta G. wrócił z oflagu w towarzystwie kochanki-poetessy, a kochanka-poetessa obraziła jego żonę, to ponoć sam ze schodów zrzucał - taki z niego był liryk). A i upadłe kobiety - ach, i one! Niezrównane! Szantażowały niby, ale w głębi duszy chciały się zająć haftowaniem, do czego miały szczególną predylekcję. 

Dworuję sobie, ale list Lewandowskiej, nauczycielki i, sądząc z nazwiska, wciąż panienki (w dodatku z tzw. dobrego domu - więcej o jej ojcu, działaczu narodowym i katolickim, można przeczytać tutaj) świadczy mniej o czasach, a więcej o niej samej. "Upadła kobieta", którą stworzyła na potrzeby szantażu, jest kompletnie papierowa (inna sprawa, że szantażowani szacowni obywatele pewnie kierowali się w życiu, jak niemal wszyscy, stereotypami, więc nie zwracali uwagi na to, że ich rzekoma zapomniana flama jest jak wzięta z taniego powieścidła). Pisze, że umie "mocno i gorąco pieścić i kochać", a on był "głodny i chciwy jej pieszczot", teraz zaś ma wspomnieć "te słodkie grzechy" - wszystko to są obiegowe frazy z groszowych romansów (biedna Marja mogła nie wiedzieć nawet, czy "te rzeczy" robi się uchem, łokciem czy inną częścią ciała). Kiedy jednak dochodzi do słowa rozkosz, stawia je w cudzysłowie. Pewnie dlatego, że owa rozkosz wydaje się jej nieco paskudna. I ten szczegół (jeśli właściwie tu składam sobie psychologiczne klocki): nie umie wyobrazić sobie szantażowanego (tak, jak od razu by go sobie wystawiła z pamięci prawdziwa kochanka), więc machinalnie - traktując go jak literacką postać - zapomina o dużej literze w "Ty". Pisze do bohatera literackiego, a nie do żywej osoby. Potem poprawia, już piórem.

I to może jest w tym wszystkim najciekawsze. Lewandowską zdradziło nie tylko skrzywienie litery "p" w maszynie do pisania, ale i skrzywienie zawodowe: małostkowa perfekcyjność, która kazała jej sprawdzać uważnie anonimy tak, jak sprawdzałaby uczniowskie klasówki, i nanosić niezbędne poprawki. Jakby biedna wykorzystana gryzetka musiała celować w korespondencji.





Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)

sobota, 14 lipca 2012

Patent na dowcip

W dziale "Paragraf w życiu codziennem" Tajny Detektyw informuje nas o przemianach społecznych. Pierwsza należy do reperkusji Wielkiego Kryzysu: państwa masowo obniżały pensje w budżetówce, biedę cierpieli nie tylko robotnicy, ale i ludzie dotychczas dobrze sytuowani: właściciele sklepów czy przedsiębiorcy. A że mało który "kochający ojciec" przepada za płaceniem alimentów, to:



Ciekawe, czy obecny kryzys doczekał się już podobnego procesu, np. w Grecji? Społeczeństwo greckie, jak wiadomo, nie jest entuzjastyczne wobec jakichkolwiek opłat czy podatków i unika ich na wszelkie sposoby. Bardziej interesujący wydał mi się jednak urywek o patentowaniu roślin:



I nie chodzi mi już nawet o to, że "dowcipna" receptura na tort wydaje się nieco osobliwa, ale o to, że w 1931 roku tak naprawdę położono podwaliny pod GMO; gdyby nie patenty, mało komu opłacałoby się inwestować mnóstwo pieniędzy w badania nad genetycznym modyfikowaniem roślin. Ale taki był ówczesny Zeitgeist: okres eugeniki i "usprawniania rasy", w którym podobne pomysły uważano za awangardę nowego, wspaniałego świata. I nie, nie porównuję GMO (często zapewne przydatnych) do nazistowskich zbrodni - po prostu pokazuję, że z jednego Zeitgeistu mogą płynąć wydarzenia koszmarne, ambiwalentne i pozytywne zarazem.


Za: "Tajny Detektyw" nr 5, rok 2 (31 I 1932)