wtorek, 10 września 2019

Samobójstwo i zabójstwo czyli dwaj panowie M. vol. I

Bywa, że zbrodnie doskonałe stanowią dla detektywów zagadkę, która nie zostanie rozwikłana nigdy. Bywa też, że zagadka rozwiązuje się bez mała sama z siebie, jak było to w przypadku pewnego niedoszłego samobójcy z poznańskiego hotelu.



9  marca 1933 roku lokalna prasa poznańska podała w krótkiej notce, że w pokoju hotelowym jeden z gości usiłował sobie podciąć żyły. Późniejsze publikacje - jak artykuł w "Dniu Bydgoskim" z 22 kwietnia - pozwoliły na bardziej szczegółową rekonstrukcję wydarzeń. Gość przybył w dniu 8 marca w godzinach przedpołudniowych do Hotelu Europejskiego przy ul. Marszałka Focha, prosząc o pokój do wieczora. Przed udaniem się do pokoju Mossakowski zażądał wódki i przysłania mu posłańca. W pokoju wręczył posłańcowi list, zaadresowany do żony, w którym pisał: — ,,Jestem nieuleczalnym alkoholikiem i dlatego odbieram sobie życie." Upłynęło zaledwie kilka minut od czasu kiedy posłaniec opuścił pokój, kiedy portjer hotelu Maciejewski, usłyszał brzęk tłuczonego szkła. Natychmiast udał się na podwórze, gdzie stwierdził, że w pokoju zajętym przez przybyłego dopiero Mossakowskiego stłukł ktoś szybę. Gdy zapukał do drzwi a nie otrzymał żadnej odpowiedzi, wszedł przez sąsiedni balkon do pokoju, gdzie zobaczył Mossakowskiego na łóżku z przeciętą lewą ręką, z której sączyła się krew. Na podłodze tuż i przy łóżku również była struga krwi. Na nocnym stoliku leżał skrwawiony nóż kuchenny. Portjer Maciejowski zaalarmował natychmiast pogotowie, które przewiozło niedoszłego samobójcę do szpitala, gdzie z odnalezionego dowodu stwierdzono, że jest to Edward Mossakowski.

Edward Mossakowski w szpitalu, "Słowo Pomorskie", data nieznana.

To nazwisko nic policji nie mówiło, bo Mossakowskiego wcale nie szukała. Policjant jednak skojarzył jego wygląd z rysopisem mordercy pewnego listonosza w Toruniu... bingo, Edward Mossakowski był Stefanem Millerem. 

*

Rzecz cała wydarzyła się w Toruniu przy ul. Grudziądzkiej 62 w zwykłym domu robotniczym z muru pruskiego, z dwiema otwartymi, ciągnącymi się przez całą wysokość fasadę werandami. To właśnie tam, na drugim i ostatnim piętrze w trzech pokoikach mieszkała Golusowa, wdowa po tragicznie zmarłym kolejarzu, która dorabiała sobie do renty wynajmowaniem pokoju sublokatorom.

Ul. Grudziądzka 62, NAC
Dom ten istniał zresztą do niedawna - stracił wprawdzie parę lat temu pierwszą, potem drugą werandę, ale stał, dopóki Urząd Miasta nie zdecydował wyburzyć go... pod parking w marcu 2019 roku. Tak oto miasta tracą bezmyślnie swoją pamięć.

23 lutego przybył tam młody człowiek, który przedstawił się jako Stefan Miller i wynajął pokój:


Te karty meldunkowe - wypełnione ze złamaniem przepisów, bo bez przedłożenia stosownego dowodu tożsamości - mamy nawet na zdjęciu. Podobnie jak obrębiony dziwnym szlaczkiem podpis Millera:





Łatwo się domyślić, jaki był plan Mossakowskiego: wybadanie zwyczajów pocztowych.




"Dziennik Bydgoski", jak Państwo widzą, starannie dawkuje napięcie - zresztą cały materiał o procesie Mossakowskiego zajmuje w tym numerze trzy i pół strony i podzielony jest na dwie części - nakreślenie ogólne sprawy i relację z sali sądowych, a każda z nich - na kilka osobnych artykulików pod sensacyjnymi tytułami.


Z Grudziądzkiej Mossakowski vel Miller pobiegł na Rynek Staromiejski, co dziwi, bo to jednak półtora kilometra - trasa do łatwego przejścia, jasne, ale nie kiedy właśnie się kiedy zamordowało się człowieka i zależy na czasie. Najpewniej po prostu w "gorszej dzielnicy" na Mokrem nie miał jak złapać taksówki ("dorożki samochodowej") ani innej okazji.



Tymczasem na Grudziądzkiej sprawa się wydała:


Zwracam uwagę na znaczący szczegół : leżący na stole i "splamiony krwią" numer "Tajnego Detektywa". Prasa konkurująca z IKCem od samego początku próbowała zwalczać "Tajnego" jako pismo demoralizujące (a "Tajny" odpowiadał umoralniającymi artykułami o pożyteczności prasy kryminalnej). Jedna z większych akcji wymierzonych przeciwko tygodnikowi miała miejsce w październiku, pół roku później, kiedy w Krakowie popełniono bardzo podobne morderstwo. Była to słynna "sprawa Maliszów", kiedy to młode małżeństwo planowało podobną akcję (w zamyśle chcieli tylko ogłuszyć listonosza), jednak wskutek wmieszania się rodziny, która pokój odnajmowała, Maliszowie ostatecznie zabili trzy osoby i ciężko ranili czwartą. Pomysł miała im dać właśnie sprawa Mossakowskiego z Torunia, a jej szczegóły mieli poznać za sprawą artykułów w "Tajnym Detektywie". Wiemy zresztą z relacji z sali sądowej, że sędzia szczegółowo dopytywał oskarżonego o pismo. Wróćmy jednak do biegu wypadków.

Mossakowski w Poznaniu szalał, trwoniąc pieniądze na dobra rozmaite, od wódki po samochodzik dla dziecka, żonę zaś uspokoił wiadomością, że kasę ma z puszczania w obieg fałszywych pieniędzy:







Ale, jak już wiemy, nie było to konieczne - Mossakowski w ataku histerii próbował popełnić samobójstwo i ostatecznie przyznał się do winy bez większego naciskania. U Hińczów, u których się zatrzymał z początku, znaleziono w palenisku narzędzia zbrodni: nóż i młotek. Do Torunia posłano jego zdjęcie, które rozpoznał kierowca taksówki i wynajmująca pokój wdowa. Zaczął się proces.

Za: "Dzień Bydgoski" z 22 IV 1933, album policyjny




1 komentarz:

  1. Dzięki za przypomnienie tej historii. Poszukiwania i proces relacjonowało również wydawane w Toruniu "Słowo Pomorskie".

    OdpowiedzUsuń