niedziela, 6 listopada 2011

Skacz!

Czy znacie Państwo te zdjęcia?





Jeśli nie, to pewnie znacie te fotografie Dalego:









Nic dziwnego: Dali dobrze się znał, a może nawet przyjaźnił (jeśli to możliwe w jego przypadku) z autorem tych zdjęć przez trzydzieści lat - można nawet powiedzieć, że był jego muzem, skoro jedna z książek fotografa to "Dali's Mustache", trzydzieści surrealistycznych portretów artysty.

Ale nie on jeden. Fotograf nazywał się Philippe Halsman... (poniżej na autoportrecie)


...i robił zdjęcia wszystkim. Gwiazdom kina, artystom, pisarzom, naukowcom, politykom. Jest jednym z najważniejszych fotografów połowy XX wieku. Dekadę temu miał ogromną, wędrującą po całym świecie retrospektywną wystawę. Jeśli wejdą Państwo na jej stronę i zobaczą biogram Halsmana, przeczytają tam Państwo - w dość skromnym zestawie faktów z życia fotografa - następujący fragment:

1928. Father dies while on family vacation in the Austrian Alps.

Osobliwa wzmianka. Która nie dziwi, jeśli wiemy, że - o czym biogram nie wspomina - Halsman został skazany na 10 lat więzienia za zabójstwo ojca: zepchnięcie go w przepaść i zatłuczenie kamieniem. 

*

Była to jedna z causes celebres epoki, zresztą wzbudza ona zainteresowanie po dziś dzień; najlepszy dowód, że nie tak dawno Martin Pollack napisał o niej obszerną książkę pt. "Ojcobójstwo". A w latach trzydziestych była obserwowana przez pół Europy; w obronie Halsmana pisali listy Mann, Einstein, Freud. Czemu? Ano, nie była to taka sobie zwykła sprawa kryminalna. Spójrzmy, co pisze "Tajny Detektyw":




Oto zasadnicza oś całej sprawy została całkowicie pominięta przez redaktorów "Tajnego". Nie wiem, czy nie w smak było o niej wspominać, czy uznali, że polska publiczność nie będzie nią zainteresowana, czy wreszcie w podzielonym polskim społeczeństwie nie chcieli zabierać w tej kwestii głosu. Otóż sprawa Halsmana - i na tym cały myk polega - była soczewką, w której skupiał się wzrastający prowincjonalny antysemityzm przedanschlussowej Austrii.

Halsman był Żydem z Rygi; zbrodnia ojcobójstwa była "u podstaw swych niearyjska"; jego proces okazał się ogromną manifestacją austriackiego małomiasteczkowego antysemityzmu z jednej - a idealistycznego wielkomiejskiego filosemityzmu z drugiej strony. I właśnie stąd tych 20.000 podpisów postulujących uwolnienie Halsmana, zebranych przez Czerwony Krzyż i organizacje kobiece. O ile jednak otoczka procesu była zdecydowanie paskudna, a prasowe polemiki i relacje zapowiadały to, co miało się dziać w Rzeszy i Austrii za lat dziesięć, o tyle sam proces nie był wcale jednoznaczny. Owszem, był poszlakowy raczej, niż dowodowy - a jednak, po dziś dzień trudno rozstrzygnąć (nie czyni tego także Pollack w swojej książce), czy Halsman był niewinną ofiarą; i zakrwawiony kamień, i stosunki między despotycznym, antypatycznym ojcem a synem (chimerycznym, skłonnym do histerii i konfabulacji) czynią morderstwo bardzo prawdopodobnym. Jak się okazało, Halsman-ojciec (nazywany w tekście "Tajnego" nieustannie "starcem", choć nie miał jeszcze pięćdziesiątki) żeby znaleźć się przy strumieniu, musiałby nie tyle osunąć się ze zbocza, co wykonać nie lada skok. A ze skoczności znany nie był.

Halsman-syn, który w sądzie zachowywał się skandalicznie, robił fochy, przybierał minki i bawił się w błyskotliwe komentarze i utrudniał zadanie obrońców tak, jak to tylko możliwe, w końcu się doigrał: został skazany.

Co dalej? Pod artykułem przeczytali Państwo, że ciąg dalszy miał nastąpić - nie w tym wszakże numerze, a kolejnych trzech jak na złość nie mam - ale dziś już wiemy, że Halsman długo nie posiedział. W wyniku rozmaitych jawnych i niejawnych nacisków społecznych został wypuszczony z więzienia pod warunkiem, że opuści Austrię i nigdy do niej nie wróci. Wyjechał (pod koniec 1930 r.) do Francji, gdzie założył studio fotograficzne, w którym sportretował m.in. Giraudoux, Le Corbusiera, Gide'a, Chagalla. Po niemieckim podboju uciekł, z poparciem Einsteina, do Stanów, gdzie poznał Dalego i zrobił błyskawiczną karierę jako fotograf. Sypnęły się kolejne okładki "Life'u" - pięćdziesiąt w przeciągu dekady! - i sesje wielkich gwiazd, a także książki.

Najbardziej chyba znaną książką Halsmana stało się "Jump!", czyli "Skacz": kilkadziesiąt fotografii, przedstawiających znanych ludzi w momencie skoku. I niech to będzie pointą tej opowieści.









(kolejno: Halsman z Marylin Monroe, sama Monroe, Audrey Hepburn, Robert Oppenheimer, Sophia Loren, Edward Windsor i Wallis Simpson, Richard Nixon)


Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok I (6 IX 1931)

wtorek, 1 listopada 2011

Co dwie głowy, to nie jedna, czyli kameralnie okazji Święta Zmarłych

Odwiedziwszy groby dalekich krewnych i powinowatych, postanowiłem poszperać w skanach w poszukiwaniu jakiegoś adekwatnego wpisu - nie miałem, niestety, niczego ani o rabusiach grobów, ani o zbrodni na cmentarzu (aaaaale to już było, jak śpiewała Maryla Rodowicz: http://tajnydetektyw.blogspot.com/2010/09/krakowskie-centusie-morduja-blisko.html). Zdecydowałem się zatem na wzmiankę o dość osobliwym życiu po życiu, czyli wędrówkach zwłok:


A swoją drogą: stracić głowę własną, ale zachować wytatuowaną głowę dziewczęcia? To się nazywa ułańska fantazja (albo, jeśli spojrzeć z innej strony, wyrachowanie i zdolność przewidywania).


Za: "Tajny Detektyw" nr 39, rok I (11 X 1931)

poniedziałek, 31 października 2011

Nasi czytelnicy

Jak może Państwo pamiętają, co jakiś czas "Tajny" publikował nadesłane przez P. T. Publiczność zdjęcia tejże P. T. Publiczności, opatrując je zresztą rozmaitymi - jak widać poniżej - winietkami. Dziś raz jeszcze przywołujemy dwie takie fotografie, w których mogą się Państwo przejrzeć jak w zwierciadle:





...szczególną uwagę zdradzając na artystyczny zapał rodziny P. Kanjerskiego, która tak piękne zaaranżowała całą scenę (gorszącą z pewnością dla wspominanego jakiś czas temu księdza redaktora Wyszyńskiego, późniejszego prymasa, który pomstował, że młodzież czyta "Tajnego").

Za: "Tajny Detektyw" nr 34 i 39, rok I (6 IX i 11 X 1931)

niedziela, 30 października 2011

Dwa wyroki śmierci i komercja bożonarodzeniowa

Ta ilustrowana kilkoma zdjęciami procesowymi podrzędna wzmianka o dwóch wyrokach śmierci nie zasługiwałaby zapewne na wspomnienie, gdyby nie jej oprawa graficzna. Otóż fragment dotyczący przeprowadzenia egzekucji, gdzie dziennikarz "Tajnego" rozwodzi się nad odstraszającą rolą takich rozwiązań, flankowana jest reklamami cukierków, środka antykoncepcyjnego "Amour" oraz - last but not least - browninga, którym popełniono niejedną z opisywanych w "Tajnym" zbrodni. Co więcej, jest to wystrzałowa, bo bożonarodzeniowa reklama pistoletu; w czasach, kiedy narzekamy na falę komercji i aranżowanie świątecznych wystaw tuż po Wszystkich Świętych, pamiętajmy, że w latach trzydziestych numer z 11. października już obnosił się z bożonarodzeniowymi reklamami browningów i piwa Okocim.













(poniżej parę reklam z innych numerów)










Za: "Tajny Detektyw" nr 39, rok I (11 X 1931), a także nr 41, 42, 45 i 46

niedziela, 16 października 2011

Jubileuszowo: solidna zbrodnia w dwóch reportażach Vol. II

Kto zabił pod Miechowem? Kto strzelał do kupców żydowskich, wracających z Krakowa ze sporym utargiem po sprzedaży pierza na Kazimierzu? Ha! Już kolejny numer Tajnego Detektywa daje nam na to odpowiedź, i to na (zszarganej nieco) okładce:




Czytajcie sensacyjne szczegóły o zbrodni w Miechowie - a dowiecie się, że Marja Makowska nie pociągnęła wcale za spust i trafiła na okładkę, ponieważ pstryknęła sobie zdjęcie w Sosnowcu.



Rajd po tandecie i knajpach. Koronkowe majtki i perfuma dla kochanki, dla nich - garnitury z bazaru. Zdjęcie w sosnowieckim atelier: dziewczyna z przyciężką szczęką i lekkim "błędzikiem w oku", chłopię pod krawatem z tandety, z misiowatym swetrem wystającym spod marynarki. Jakieś usiłowanie szczęścia, pozorowanie normalności, wyraz uczucia, być może, zupełnie prawdziwego, które zdarza się przecież każdemu, dlaczego więc nie miałoby się zdarzyć mordercy?

Za: "Tajny Detektyw" nr 42, rok I (1 XI 1931)

sobota, 15 października 2011

Jubileuszowo: solidna zbrodnia w dwóch reportażach Vol. I

To już setny wpis na tym blogu - kto by pomyślał! Z okazji jubileuszu wklejam w dwóch odcinkach obszerny materiał z dwóch kolejnych numerów Tajnego Detektywa, który w obu przypadkach zajął okładkę i solidną rozkładówkę. Idzie o potrójne morderstwo woźnicy i żydowskich kupców na drodze pod Miechowem (wówczas "na dalekich traktach Rzeczypospolitej" - były to już bowiem niemalże kresy zachodnie).








Jest rok 1931 i, proszę zauważyć, czytelnik "Tajnego" musi częściowo przynajmniej rozumieć jidysz, skoro w ramach "dodawania kolorytu" trafiają do tekstu wtrącenia w tym języku (a w innych tekstach nie trafiały np. wtrącenia niemieckie). Ale wszystko właściwie mogłoby się dziać i trzydzieści, i pięćdziesiąt, i sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Po jednej stronie mamy Żydów ("synów Merkurego" handlujących pierzem): Abram Szaulewicz, Benjamin Stein, Szmuel Holcberg nazywają się tak, że nie mamy najmniejszych wątpliwości ("Młynarczyk" jest mniej wymowne, ale imię Berek wystarczy), po drugiej - Polacy: Mazur, Chwastek, Kita, Piec i, co ciekawe, Rorek. Scenerią jest prowincja na styku Galicji i Kongresówki: powolne furmanki, rozmiękłe trakty, małe miasteczka. Miechów, w którym przez sto lat nie wolno się było osiedlić żadnemu Żydowi - a który w międzywojniu był typowym polsko-żydowskim miasteczkiem. Pierze, błoto, ciemna mgła, strzały w ciemności. "Polska - jak głosiła pewna francuska encyklopedia - to kraj błotnisty, w którym mieszkają Żydzi." 

Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok I (25 X 1931)

środa, 12 października 2011

Wyzwiska przedwojenne

Tuż po wyborach kończy się kilka rozmaitych procesów, które politycy sobie nawzajem nawytaczali przez ostatnie miesiące - z tej okazji przypominamy, co to jest pieniactwo. A także tę smutną prawdę, że przed wojną to dopiero ludzie umieli się wyzywać. Byle gospodyni była nieraz lepsza od dzisiejszych szefów klubów poselskich.


Za: "Tajny Detektyw" nr 42, rok I (1 XI 1931)

Kaszubska pastereczka - reaktywacja, czyli karczma grozy

Okładka numeru zapowiada wiodący temat. Na okładce wariacje na tematy sielskie z nieoczekiwanym - w zestawieniu z obrazkiem - tytułem:


W środku natomiast jeden ze śmiałych fotomontaży, typowy dla "Tajnego...":




Kilka tu spraw poważnie zastanawia - cały koncept z wizytą tropicieli w karczmie tuż przed zabójstwem, rzecz jasna. To, że reporterzy tabloidu udają się na Kaszubszczyznę oglądać miejscowe garnki i kościół w Żukowie (skądinąd przepiękny klasztor norbertanek, ze świetnym antwerpskim ołtarzem w bocznej kaplicy - polecam!) jest nader wątpliwe, to, że trafiają w sam środek dramatycznych wydarzeń - tym bardziej. Ich pohukiwania staropolskie, wszystkie te "popasali w zacnej wiosce", "otwórzcie, przyjacielu, wasze gościnne podwoje" aż zanadto zdradzają, że wprowadzenie jest mocno dęte. 


Ale ciekawszy jeszcze jest obraz wsi kaszubskiej, wówczas potwornie biednej: zalany w trupa ojciec, matka mieszkająca w komórce, ludzie okładający się łopatami i podrzynający sobie gardła... a tu, proszę, głupich osiem dekad i premiera mają! Drugą kadencję!






Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok I (25 X 1931)