sobota, 28 lutego 2015

Zagadka strzałów w Mysłowicach vol. III

W ostatnich dniach procesu Palki, oskarżonego o zabójstwo Pioskowika, nie tylko złożyli zeznania nieoczekiwani - i bardzo niechętni - świadkowie, ale i doszło do ekshumacji zwłok ofiary. Po czym wreszcie zapadł wyrok.


Jak wspominałem, dzielni sędziowie międzywojenni nie tylko wybierali się na wizję lokalną gdzieś het, pod składy kolejowe, ale również asystowali w ekshumacji zwłok przez grabarza Pypłaca, co wydaje mi się daleko większym poświęceniem (z ciekawości sprawdziłem w Mapie Nazwisk, czy oryginalne nazwisko Pypłac w Polsce jeszcze istnieje - i owszem, dwanaścioro jego nosicieli mieszka w Malborku!). Nie mówiąc już o tym, że rozprawa trwała przez jedenaście godzin! Gwoździem programu były jednak nie prześwietlenie i sekcja zwłok, ujawniające pewne szczegóły techniczne zbrodni, ale świadek sprowadzony do sądu niemalże na siłę: przestraszona czternastolatka Bromówna.



Ciekawe szczegóły z ostatniego dnia procesu podaje "Polonia", uzupełniając obficie to, co podali do druku redaktorzy "Tajnego Detektywa". Dowiadujemy się, że grabarz nazywał się raczej Pypłacz (analiza Mapy Nazwisk pokazuje dużą koncentrację tej formy nazwiska w rejonie; tam też głównie występują Bromowie i Grzembowie; natomiast oskarżony nazywał się - wnioskując z mapy - raczej jednak Palka niż Pałka) oraz jak ciężkie warunki musieli znosić sędziowie na cmentarzu, nie mówiąc już o precyzyjnej analizie medycznej. 


Zbrodnia i proces Palki są o tyle ciekawe, że pozwoliły przejść kolejne etapy ujawniania wiedzy. Najpierw doniesienie o dwóch niewinnych ofiarach (śmiertelnej i ciężko rannej) podłego kolejarza, który jednak miał alibi, potem hipoteza o zabójstwie, zakończonym próbą ucieczki i samobójstwa, oraz równoległe zeznania oskarżonego o tajemniczym nieznajomym agresorze, a wreszcie szczegółowe wyświetlenie nie tylko samego momentu zbrodni (podejrzanego przez przypadkowego świadka), ale i charakteru oskarżonego i całego splotu zdarzeń, które doprowadziły go do takiego końca: kradzieży na kolei, konfliktów ze współpracownikami, narastającego zagrożenia ujawnieniem przestępstw.

Sam Palka na zdjęciach wygląda żałośnie (przypominam, że miał raptem 30tkę!). Fizjonomiści niech gdybają, czy to szlak podłości tak go zabiedził, czy też zabiedzenie pchnęło go na szlak podłości.


Za: "Tajny Detektyw" nr 40, rok III, 30 IX 1933, "Polonia" 22 września 1934 nr 3573

niedziela, 22 lutego 2015

Zagadka strzałów w Mysłowicach vol. II

Proces Palki, oskarżonego o zabójstwo Pioskowika, rozpoczął się dopiero w czerwcu 1934 roku, po ponad roku od popełnienia zbrodni - być może oskarżony musiał dojść do siebie po bardzo przecież ciężkim postrzale, być może to prokuratura tak długo budowała akt oskarżenia. Proces - jak to procesy poszlakowe - był bardzo emocjonujący i "Tajny Detektyw" donosił o nim w kolejnych numerach.



Najpierw krótka notka, a potem całostronicowy reportaż z sali sądowej, z efektownym fotomontażem, gdzie Palka w tondzie spoczywa u stóp Temidy:


Pamiętamy, że ranny Palka w ostatnich słowach przed omdleniem wyszeptał komisarzowi Jonderko nazwisko podejrzanego: "Kudra". Miał bowiem z Kudrą na pieńku i postanowił, jak widać, upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - jednak ten podał nieobalalne alibi, więc trzeba było wymyśleć coś innego. Palka postawił na "tajemniczego nieznajomego": 





To, co wydaje mi się w tym procesie najciekawsze, to autentyczne zaangażowanie międzywojennych sędziów, którzy nie tylko siedzą na sali sądowej i wysłuchują świadków, ale są również obecni w terenie, wchodzą po drabinach na dachy, biorą udział - o czym w następnym, ostatnim odcinku - w ekshumacji zwłok, i tak dalej. Łańcuch i powaga łańcuchem i powagą, a dociekanie prawdy dociekaniem prawdy.

Tak czy owak, motywy Palki, magazynowego podwędzacza, stają się jakoś tam jasne. Choć trzeba było prawdziwej desperacji, żeby zabić kolegę ze strachu przed ujawnieniem błahej przecież kradzieży kilkunastu sztuk kożuchów - a tym bardziej, żeby potem się samemu strzelać, by ukryć swoją winę. Oto i porzekadło "od rzemyczka do koniczka, od koniczka do stryczka" w całej rozciągłości.


Za: "Tajny Detektyw" nr 38 i 39, rok III, 16 i 23 IX 1933

środa, 18 lutego 2015

Zagadka strzałów w Mysłowicach vol. I

W dobie powszechnego dostępu do broni palnej strzelaniny zdarzały się dość często; Polska pod tym względem bardziej wówczas przypominała Dziki Zachód - czy dzisiejsze USA - niż dzisiejszą naszą rzeczywistość. W Mysłowicach doszło do morderstwa, którego tajemnicę, jak się zdawało, prędko rozwikłano. Jednak rzeczywistość była bardziej skomplikowana.

25 marca łódzkie "Echo" donosiło o popełnionej poprzedniego dnia zbrodni. Biuro w magazynach kolejowych, dwaj młodzi, żonaci mężczyźni - jeden leży, zabity, w kałuży krwi, drugi ledwie dycha. Ale zanim straci przytomność, szepce jeszcze do ucha komisarza Jonderko (sic!) złowrogie nazwisko. Scena, zaiste, filmowa:


Jednak późniejszy o parę miesięcy, bo listopadowy tekst w "Tajnym Detektywie"  (będący zresztą amatorskim reportażem, nadesłanym na konkurs pisma) naświetla całą sprawę z zupełnie innej strony. Techniki detektywistyczne pozwoliły na zgoła inne odczytanie tej zbrodni:



Dziwny byłby to przebieg zbrodni - najpierw morderstwo, potem panika, próba samobójcza -  i, ostatnim tchem, oskarżenie znienawidzonych braci Kudrów. A potem, skoro się jednak przeżyło... to tak krawiec kraje, jak materii staje. Zrzucenie winy na Kudrów to jednak dopiero początek - Palka był pomysłowy, a proces zaiste wzbudził duże zainteresowanie. Trwał od czerwca do września 1934 roku, powołano wielu świadków, a do tego zarządzono ekshumację zwłok Pioskowika. O tym, jak przebiegał, opowiem w następnym odcinku. 

Tymczasem, na deser jeszcze mała smakowitość z tegoż samego numeru "Echa", z którego zaczerpnąłem pierwszą notkę:


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933, "Echo" 25 III 1933 nr 84

poniedziałek, 16 lutego 2015

Jak zaszczute zwierzęta, czyli mord na dr. Lachmundzie

Mam nadzieję, że w epoce mitologizowania międzywojennej Polski ktoś wreszcie napisze monumentalną powieść o ówczesnej beznadziei - o kraju, w którym, owszem, "Gdynia się rozbudowuje", ale panuje powszechna nędza i alkoholizm, straszliwa przestępczość i szalejące bezrobocie, które wespół doprowadzały do takich tragedii, jak zabójstwo lekarza w Stanisławowie.



Historia nie jest może sama w sobie szczególnie ciekawa, ale pokazuje stan społeczeństwa, gdzie panowała powszechna beznadzieja, ludzie, wysadzeni z siodła przez wielki kryzys, a często i przez paskudne stosunki społeczne, zachowywali się jak zaszczute zwierzęta, nie szanowali życia ani własnego, ani cudzego - co pod wieloma względami przypomina mi arcyciekawy tekst Mashy Gessen o śmiertelności wśród dzisiejszych Rosjan.

O tragedii w Stanisławowie donosił też "Express Ilustrowany" w notce osobliwie zestawionej z reklamami tortów i innych łakotek, o czym wspominam...


...bo przy okazji znalazłem w tej samej gazecie inny jeszcze drobiazg. Nigdy dość powtarzania, jak bezwzględna była prasa międzywojenna w ujawnianiu osobistych danych. Katarzyno Rizak, jeśli gdzieś się unosisz w formie ektoplazmowej, wiedz, że Ci bardzo współczuję nie tylko tej próby, ale i tej notki.


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933, Express Ilustrowany z 17 XI 1933, nr 319

niedziela, 15 lutego 2015

Aniela i diabeł, czyli kazirodztwo i morderstwo na Wileńszczyźnie

Przy okazji notki o Frymecie wspomniałem, że rzeczywistość domowego wychowania, sielskiego dzieciństwa i kochającej rodziny w przedwojennej Polsce wyglądała bardzo różnie. Na dowód wstrząsająca historia z tego samego numeru - wieloletnia gehenna Anieli Piotrowskiej z litewskich Rudziszek, której ojciec zgotował piekło na ziemi. 







Znów w jakiejś małej miejscowości wydarza się w międzywojniu dramat o rozmiarach tragedii antycznej albo szekspirowskiej: ojciec despota, który niszczy wszystkich i wszystko wokół, każdego - córkę, zięcia, syna - w inny sposób. Ścena, w której siedemnastoletni chłopak mdleje przy kopaniu i wpada do świeżego grobu dla ofiary mordu, a tatuś czeka, aż się ocknie i zapędza go z powrotem do roboty, sprawia, że ciarki chodzą po plecach. Również Wojciunowicz, poczciwy, dobry chłopak, w dodatku wędrowny krawiec wiejski, jest jak żywcem wzięty z teatru.

I rzeczywiście - jest i teatralna publiczność. Na salę sądową przychodzą te wszystkie eleganckie panie, miejskie damesy(ciekawe to, swoją drogą, że to głównie kobiety), i czekają na pikantne szczegóły z życia chłopów-analfabetów, reemigrantów z Pennsylwanii, po czym mają za złe sądowi, że popsuł im widowisko. I słuchowisko. A przecież jest to zbrodnia "jakiej nie notowały chyba kroniki kryminalne na całym terenie Rzeczypospolitej". Smakowity kąsek. Choć, dodam, o ile samo spiętrzenie podłości jest może wyjątkowe, o tyle moja intuicja mówi mi, że kazirodztwo było wówczas częstsze jeszcze niż dzisiaj, ale łatwiejsze do ukrycia sąsiedzką zmową milczenia.

Na koniec - zdjęcie. Nie, nie trup w dole, ale ostatnia, jak się można spodziewać, rodzinna fotografia Piotrowskich. Ojciec ze związanymi dłońmi, jak tresowany niedźwiedź na postronku; jego żona, syn, który dopiero co kopał grób dla szwagra. Grupka gapiów i sąsiadów. I dziewczynka, ubrana cała na biało.  


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933

sobota, 14 lutego 2015

Frymeta, kaliska dzidzia-kieszonkowiec.

"Tajny Detektyw" pisał przeważnie o twardych zbójach, facetach o szorstkich twarzach i łapach jak bochny, którzy potrafili rozpłatać komuś głowę siekierą albo strzelić z parabellum bez zmrużenia oka. Rzadziej bohaterami tekstu były kobiety albo subtelni młodzieńcy, czy słabi starcy. Najrzadziej jednak - dzieci. Historia dwunastoletniej Frymety, małej recydywistki, należy do najosobliwszych.


Niesłychana była siła ówczesnego retuszu - na jednej stronie widzimy trzy różne fotografie Frymetki - i tylko jedna z nich, duża, w tondzie, jest czytelna; w pozostałych śmiały retuszer tak sobie pofolgował, że dziewczynka w żaden sposób nie jest podobna do samej siebie. Ale mniejsza o to.

Usiłuję sobie zebrać to, co wiemy o rezolutnej dwunastolatce. "Frymeta" jest imieniem znaczącym; pochodzi z jidysz, a co za tym idzie z niemieckiego od "fromm", czyli "pobożny". Biedni i poczciwi, ciężko zaharowani Hollünderowie nazwali swoją córeczkę "pobożną", ale z czasem przekonali się, że była to gruba pomyłka... Jednak co kierowało dziewczynką, czemu "zeszła na złą drogę"? 

Była niewątpliwie zręczna i inteligentna; być może przedwcześnie dojrzała. Jednak co sprawia, że dziecko w tym wieku - i wychowane w tamtej kulturze, dalece mniej zseksualizowanej niż nasza - wydaje pieniądze z przestępstw na jedwabną bieliznę i sztuczne perły? Fascynacja fotosami filmowymi w witrynach kinowych? Nie sądzę, kino wtedy pokazywało naprawdę niewiele, wzorce szły przecież z Hollywood, gdzie obowiązywał rygorystyczny kodeks Haysa. 21-letni Murawski, który zamordował swojego kochanka, Kuberta, wyciągał od rodziców pieniądze i trwonił je na wódkę i cukierki. Frymeta, młodsza od niego prawie o dekadę, kupowała sobie rzeczy "jak dla kokoty". Nie mogę przestać myśleć, że było tu coś na rzeczy. 

Dziś zająłby się nią psycholog dziecięcy i dokopałby się może do jakichś traum. Kto wie, czy rodzice byli aż tacy poczciwi? Czy nie przyplątał się jakiś podejrzany wujek, dziadek, kuzyn? Jakie tajemnice otaczały to dzieciństwo? Takich historii było wówczas sporo (więcej może niż dziś), ale wychodziły na jaw bardzo rzadko (choć i o nich pisał czasem "Tajny Detektyw", nawet w tym samym numerze). Nie chce mi się wierzyć, żeby to bystre dziecko o wielkich, smutnych oczach kradło ot tak, dla przyjemności, bez żadnej przyczyny, a nie po to, żeby zwrócić uwagę na głębszy problem. Ale cóż, osiemdziesiąt lat temu odpowiedź była prosta: już za rok ukończy lat trzynaście, trafi do poprawczaka i tam "zrobią z niej człowieka". Ech.



Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933




niedziela, 18 stycznia 2015

Zemsta, zemsta, zemsta na wroga!


W znanym i lubianym cyklu ciekawostek "Nieprawdopodobne a jednak prawdziwe!" Tajny Detektyw - poza drobiażdżkami o nietypowym użytkowaniu trumny i o przemycie ludzi drogą powietrzną (dziś zupełny banał), przytacza dwie zajmujące opowieści o zemście: jedną z Europy, drugą z holenderskich kolonii (dzisiejszej Indonezji).



Trudno mi sprawdzić, czy obie opowieści są prawdziwe - przypadku pani z Dijon nie udało mi się zgooglować, drugi jest tak ogólnikowy, że nawet nie ma o co się zaczepić. Zemsta złośliwej samobójczyni, przygotowana na zimno, przypomina nieco jedno ze śledztw Sherlocka Holmesa ("Zagadka mostu Thora"), gdzie niekochana żona, zdradzana przez męża z guwernantką, zaaranżowała swoją samobójczą śmierć tak, że rzuciła oskarżenie o morderstwo na niewiernego i jego kochankę. Historia z Jawy natomiast wygląda jak typowe egzemplum "z dalekich krain", gdzie moralność wygląda nieco inaczej, ale dla Europejczyka jest jednak na swój sposób zrozumiała. Takie pomysły nie są nowe - wszak już w "Listach perskich" Monteskiusza i "Podróżach Guliwera" Swifta mamy podobne zderzenia różnych systemów społecznych i etycznych. 

Tak czy owak sądzę, że redaktorom "Tajnego" zimna zemsta, z rozmysłem wykorzystująca śledztwo policyjne, bardziej się kojarzyła z etyką europejską; natomiast ta żarliwa, z uderzeniem nie w obiekt furii, ale w "to, co mu najdroższe", wydawała się mniej zrozumiała, "dzika" i odległa. Tymczasem Bronisław Malinowski opisywał tradycję samobójstwa, które było zarazem zemstą na współplemieńcu (jeśli był obecny przy tej śmierci, musiał sam popełnić samobójstwo lub zapłacić ogromną grzywnę), a w tym samym czasie w Warszawie słynne były kłótnie pomiędzy dorożkarzami, którzy zamiast siebie nawzajem, okładali batami pasażerów przeciwnika...

Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934)








piątek, 16 stycznia 2015

Kto obrabował Leppera?


Dzięki internetowej kwerendzie udało mi się natrafić na losy kolejnych przestępców, których zdjęcia wklejono do policyjnego albumu w roku 1935. Maksymilian Kurek i Marceli Muller byli pospolitymi rabusiami a ich historia nie jest specjalnie ciekawa, prócz tego, że... obrabowali rolnika o nazwisku Lepper. Zbieżność nazwisk przypadkowa? Chyba nie.




Maksymilian Kurek, robotnik z Solca Kujawskiego, pojawia się w doniesieniach prasowych już w roku 1934 - wtedy to w należącym do niego lokalu doszło do poważnej bójki, której jeden z uczestników o mało nie przypłacił życiem:


Na zdjęciu figuruje ze swoim towarzyszem, Marcelim Muellerem. Ci dwaj dziarscy mężczyźni  z grupą bliższych i dalszych współpracowników terroryzowali wsie w Wielkopolsce i na Pomorzu; schwytano ich i postawiono przed sądem w Bydgoszczy 16 X 1935 i stąd wiemy, jak długa lista oskarżeń na nich ciążyła:


Sądy były wtedy prędkie, wyrok zapadł już po trzech dniach. Kara dziś wydaje nam się bardzo surowa, ale wówczas za morderstwo rabunkowe można było trafić na szubienicę, nie wiem więc, która ze stron złożyła apelację - czy obrona, czy prokurator. Tak czy owak, sąd apelacyjny wyrok utrzymał.



I tyle tej było by tej historii... gdyby nie wspomniany pobieżnie rolnik Lepper z Czarnowa koło Chojnic. Bowiem, jak mówią mądre źródła, historia rodziny Andrzeja Leppera jest nie tylko związana z tymi właśnie okolicami (Pomorze Środkowe), ale i zaskakująco długa.

Nazwisko to, po raz pierwszy odnotowane w Brandenburgii w XIII wieku, pochodzi od łacińskiego określenia trądu. Lepperowie byli możnym patrycjuszowskim rodem z Poczdamu (herb: dziki człowiek z mieczem w polu złotym, po bokach dwa lwy złote w polach błękitnych, w klejnocie tenże sam dziki mąż) i przybyli do Słupska pod koniec XVII wieku. Zajmowali się handlem na wielką skalę - niestety, prapradziadek przyszłego polityka, Vincas Lepper, zbankrutował w roku 1801, kiedy flota wojenna zatopiła jego statki handlowe z wielkim ładunkiem herbaty, wiezionym z Indii. Jego syn, Józef, nie miał już żadnego majątku, a ojciec Andrzeja Leppera był skromnym brukarzem, który nie przyznawał  się do swojego szlacheckiego, patrycjuszowskiego pochodzenia. Stąd możemy też wnosić, że Marceli Mueller i Maksymilian Kurek, łupiąc jednego z Lepperów w roku 1935, zanadto się nie obłowili.


Za: album zdjęć, "Kurjer Bydgoski" 10 IV 1934 i 17 X 1935, "Słowo Pomorskie" 19 X 1935, "Gazeta Szamotulska" 13 II 1936; informacje genealogiczne, zgromadzone przez Polskie Towarzystwo Heraldyczne, opublikowane na blogu www.cyklista.wordpress.com

niedziela, 11 stycznia 2015

I jeszcze dwaj komuniści

Wspaniała Czytelniczka, Miss Grim, pozwoliła rozwikłać zagadkę drugiego zdjęcia z łódzkiego procesu. A ja przy okazji znalazłem w albumie trzeciego aresztowanego, więc mały dopisek.


Na zdjęciu widzimy 26-letniego Szmula Krengiela lub Kręgla - był sądzony wraz z 20-letnim Eleazarem Grünbergiem i obywatelem, którego nazwiska wcześniej nie mogłem odczytać - był to 24-letni Daniel Machel Warszawski:


Wszyscy oni byli sądzeni 24 IX 1929 roku za działalność komunistyczną z dwoma jeszcze kolegami: 24-letnim Izraelem Frydbergiem i 28-letnim Janem Gutnerem. Sprawa - z uwagi na to, że oskarżonym jest syn ważnego posła - robi się tak sławna, że odciąga publiczność nawet od procesu słynnej zbójeckiej bandy "Władców nocy":



Ostatecznie Frydberg dostał wyrok pięciu lat ciężkiego więzienia, Gutner - czterech, Warszawski i Kręgiel po dwa, a Grünbaum półtora (więzienia zwykłego), przy czym sąd przychylił się do wniosku obrony i ze względu na młody wiek oraz niekaralność środek zapobiegawczy (przez zgłoszeniem się do więzienia) zamieniono mu z aresztu na trzy tysiące złotych kaucji - sumę dużą, ale z pewnością nie zbyt dużą na możliwości Grünbauma seniora.

O ich dalszych losach nic nie wiem - nitka doprowadziła mnie tylko do Grünbauma.


Za: album, "Republika" nr 263, 25 IX 1929

sobota, 10 stycznia 2015

Dwaj komuniści - Eleazar Grünbaum i Józef Wargin

Zdarza się czasem, że gdzieś na marginesie zdjęcia w albumie policyjnym znajduje się nazwisko. I po tej niteczce, jeśli nazwisko jest rzadkie i uda się zgooglować, można nieraz trafić na arcyciekawe opowieści o ludzkich losach - często zresztą, jak w przypadku dwóch dzisiejszych bohaterów - losach sięgających czasów powojennych.


Trzej mężczyźni, których zdjęcia oznaczono w albumie kolejnymi numerami 245, 246 i 247, zostali zapewne zatrzymani w Łodzi w tej samej sprawie. Świadczy o tym nie tylko sąsiedztwo na stronie oraz sąsiedztwo numerów 283, 284 i 285, które widnieją na tabliczce przykręconej do wspornika, ale i sporządzone tym samym charakterem pisma notatki na brzegu kliszy: imiona i nazwiska oskarżonych. Można je odczytać lusterkiem - Eleazar Grünbaum, Machel Warszawski, Szulim Krengiel.





Dość, że Grünbaum ma imię i nazwisko na tyle rzadkie, że udało się go przyszpilić:



I była to postać, jak się okazuje, niesłychanie interesująca, bo na aresztowaniu sprawa Eleazara wcale się nie kończy. Po pierwsze dlatego, że jego ojciec należy do najwybitniejszych postaci żydowskich w polskiej polityce międzywojennej (nie trzeba dodawać, że jako syjonista miał z poglądami syna na pieńku), po drugie dlatego, że wojenna i powojenna historia ojca i syna jest co najmniej niecodzienna.


Mieszkali, oczywiście, nie na ulicy "Tłumackiej" ale na Tłomackiem, czyli placu wytyczonym w XVIII wieku na miejscu dawnej jurydyki Potockich przez bankiera Karola Schultza, zięcia arcybogatego Teppera. Kamienica pod numerem 6 - widoczna w głębi zdjęcia - stała dokładnie naprzeciwko Wielkiej Synagogi i w samych początkach miała być mieszkaniem samego Schultza, ale ostatecznie została przeznaczona pod wynajem. W okresie międzywojennym nadbudowano jej jedno pięterko z prawej strony (zdjęcie za Warszawa.1939).



Izaak Grünbaum, urodzony w Warszawie w roku 1879, zmarł w Izraelu w roku 1970, był posłem na sejm polski czterech kadencji. Z przekonania syjonista, w carskiej Rosji szykanowany i więziony (aż pięciokrotnie) za swoje poglądy, w wolnej Polsce został politykiem znaczącym, jednym z inicjatorów Bloku Mniejszości Narodowych. Tak, tego bloku, który zdobył w wyborach 15% i ostatecznie zadecydował o wyborze Narutowicza na prezydenta (od czego zaczęła się antysemicko-katonarodowa nagonka, zakończona strzałami w Zachęcie). Do Palestyny wyjechał już w roku 1932, tam też przetrwał wojnę, a szesnaście lat później był jednym z sygnotariuszy deklaracji o powołaniu państwa Izrael oraz ministrem spraw wewnętrznych (1948-49) w rządzie tymczasowym; kiedy w 1952 roku w Knesecie wybierano drugiego prezydenta Izraela, był jednym z czterech kandydatów.

Tymczasem jego syn, Eleazar, miał losy znacznie bardziej pokomplikowane i wstydliwe. Wyjechał z Polski, by walczyć po stronie republikańskiej Hiszpanii. W czasie II wojny światowej trafił do Auschwitz-Birkenau, potem do Buchenwaldu - ale był tam nie tylko więźniem. Został bowiem kapo. Po wyzwoleniu obozu oskarżono go przed sądem koleżeńskim za okrucieństwo wobec współwięźniów (nie wiem niestety, jak ta sprawa się skończyła). Musiał odnowić dawne kontakty, skoro w powojennej Polsce został komunistycznym działaczem - poczesnym, należy sądzić, skoro pozwalano mu na zagraniczne podróże. Traf chciał, że kiedy pojechał do Paryża, został tam rozpoznany na ulicy przez dwóch żydowskich współwięźniów. Groziła mu sprawa we francuskim sądzie, ale tatuś zainterweniował i sprowadził wyrodnego syna do Palestyny. Nie na wiele to się jednak zdało: Eleazar Grünbaum zginął - ponoć w podejrzanych okolicznościach - w Arnonie pod Jerozolimą w I wojnie izraelsko-arabskiej, w roku 1948.


Drugi bohater dzisiejszej notki wygląda tak (podbite oko na trzecim zdjęciu to najprawdopodobniej skaza na kliszy lub odbitce, a nie siniec):








Nie wiem, z jakiego powodu zaaresztowano go w Katowicach 11 listopada 1930 roku, ale już sama data wskazywać może, że chodziło o jakąś polityczną demonstrację. I on bowiem był komunistą. Jeszcze w roku 1920 walczył w wojnie polsko-bolszewickiej po stronie "strasznych laszych krwiopijców" (w obronie Warszawy i pod Kowlem, był ranny w nogę), ale później działał w KPP i WKP(b). Już w 1925, bo to samo zdjęcie występuje również w albumie "Osoby podejrzane o działalność komunistyczną lub szpiegowską" Komendy Policji w Warszawie (obecnie Archiwum Akt Nowych), gdzie towarzyszy mu właśnie o pięć lat wcześniejsze:



Niedługo po drugim aresztowaniu musiał wyjechać do Rosji Radzieckiej, bo już w latach 1932-35 studiował w Dniepropietrowsku na wydziale górniczym. W czasie wojny działał w Głównym Sztabie Partyzanckim ZSRR, w 1942 zrzucony na tyłach Niemców, prowadził akcje dywersyjne i walczył z UPA (takie przynajmniej informacje znalazłem, ale za ich prawdziwość nie ręczę).


Po wojnie, jak dowiedziałem się z prezentacji "Twarze Katowickiej Bezpieki" (tutaj przeklejam tylko fragment, całość TUTAJ) zrobił szybką karierę w Urzędzie Bezpieczeństwa. Szczytów sięgnął w latach czterdziestych, a w latach 1946-46 został szefem UB na całe województwo śląskie, więc podlegała mu zapewne cela, w której siedział piętnaście lat wcześniej, kiedy pstryknięto mu zdjęcie z albumu. 

Ale rewolucja zjada swoje dzieci i już w 1951 skazano go na zdegradowanie i dwa i pół roku więzienia za podanie w ankiecie osobowej fałszywych danych o działalności w KPP. Co się z nim działo później - nie wiem. W latach 70-tych opublikował szereg książek, m.in."Prawo tajgi", "Opowieści z tajgi", "Aksen", "Purga" i - tytuł znaczący, jeśli popatrzymy na jego zdjęcia -"Człowiek, który zgubił uśmiech".

Gdyby nie nazwiska wyskrobane na kliszach - i dobrodziejstwa internetu - nie miałbym pojęcia, co za niezwykłe, straszne biografie kryją się za tymi twarzami. Wziąłbym ich po prostu za dwóch ulicznych rozrabiaków: może włamywaczy, może kieszonkowców. Jakieś niebieskie ptaki Łodzi i Katowic.

Za: album, Wikipedia, Twarze Katowickiej Bezpieki (materiały IPN)