sobota, 30 sierpnia 2014

Hipek Wariat, czyli morderstwo na Foksal 17

Sprawa była słynna na całą Polskę: w listopadzie 1928 roku banda kasiarza Hipka Wariata dokonała nieudanej kradzieży w mieszkaniu Henryka Lewenfisza, właściciela kamienicy przy ul. Foksal 17, przy okazji dusząc bez żadnej przyczyny służącą Franciszkę Anczewską. Bandytów wkrótce zaaresztowano i skazano, ale możliwe, że przyczyny morderstwa były naprawdę niezwykłe...

Wszystko zaczęło się od plotek na mieście, że Lewenfisz sprzedał kamienicę i trzyma w domowym sejfie fortunę. Hipolit Rytter - bo tak nazywał się Hipek Wariat - wszedł więc w spółkę z innymi przestępcami, m.in. Antonim Gutaszewskim (zwanym Antkiem Chamem) i Bolesławem Frelkiem, który dostał zadanie specjalne: miał uwieść służącą Franciszkę. I rzeczywiście: kiedy Lewenfisz wyjechał nad morze, do Sopotu, zakochana Franciszka przygotowała w domu przyjęcie zaręczynowe. Tymczasem zaproszeni na bibkę goście okazali się szajką, którzy skrępowali najpierw Anczewską, a potem kolejne osoby, które pojawiły się w mieszkaniu: zięcia Lewenfisza oraz bonę jego dzieci. Równolegle w innym pokoju trwało prucie kasy - kiedy wreszcie współpracownicy Hipka otworzyli drzwi pancerne, okazało się, że nie skrywaja niczego wartościowego. Zabrali się do drugiego sejfu - ale nie zdołali go wykuć ze ściany sypialni. Skok okazał się fiaskiem i może właśnie zawiedzionym nadziejom należy przypisać ten nagły i beznsowny akt okrucieństwa: część bandytów weszła do pokoju, gdzie przetrzymywali skrępowaną Anczewską, po czym ją udusili.

Zięć Lewenfisza wyswobodził się z więzów już w chwilę po wyjściu przestępców, wezwana przezeń policja pojawiła się bezzwłocznie i cała szajka wkrótce wpadła. Przy okazji wybuchł ogromny skandal, bo okazało się, że Hipek Wariat odsiadywał w więzieniu dożywocie i z powodu obłożnej i nieuleczalnej choroby - paraliżu nóg - został wypuszczony na pół roku dla poratowania zdrowia. Prawo nie przewidywało jednak przerw w odsiadce dożywotniej, a chory mógł co najwyżej zostać przeniesiony do szpitala więziennego, więc przepisy drastycznie złamano; sejm zażądał wyjaśnień od Ministerstwa Sprawiedliwości, minister Meysztowicz podał się do dymisji.

W procesie przyjęto, że Anczewską zadusił Antek Cham - jednak wspomnienia przedwojennej sławy adwokackiej, mecenasa Zygmunta Hofmokla-Ostrowskiego, rzucają na sprawę zupełnie nowe światło:





Czy mordercą był faktycznie Hipolit Rytter? Trudno powiedzieć. Hofmokl-Ostrowski nie był wszak pierwszym z brzegu bajarzem, to gwiazda palestry wiedeńskiej z czasów C-K Monarchii, warszawskiej przedwojennej i powojennej jeszcze - urodził się w roku 1873 w Wiedniu jako syn sędziego Najwyższego Trybunału Sądowego i Kasacyjnego;  w roku 1904 założył własną kancelarię i szybko zdobył sławę jako skuteczny adwokat. Opowiadano o nim anegdotę: kiedy podczas procesu niejakiego Szmula Rozenkranca zirytowany prokurator przerwał Hofmokl-Ostrowskiemu słowami "Mnie na to miejsce powołał sam Najjaśniejszy Pan Franciszek Józef", usłyszał: "A mnie na to miejsce powołał Szmul Rozenkranc. Ale on wiedział, co robi!". Skąd zatem taka opowieść? Może adwokat miał jednak skłonność do fantazjowania? Może Hipek faktycznie mu to opowiedział, bo chciał pomóc kolegom - albo miał halucynacje jako najprawdziwszy wariat? Może wreszcie Hofmokl-Ostrowski planował apelację od wyroku dla jednego ze skazanych, i przydałoby mu się zrzucenie winy na nieżywego przestępcę? Jedno wydaje się pewne - z Hipkiem Wariatem było jak z tym pacjentem lazaretu u dobrego wojaka Szwejka: "Ten symulant spod trójki w nocy umarł." Choć, przyznać trzeba, nie na nogi.

Za: "Tajny Detektyw" nr 25, rok IV, 17 VI 1934

czwartek, 28 sierpnia 2014

Ile powinien zarabiać kat?

Kat kojarzy się na ogół z ponurą postacią w czerwonym kapturze, z toporem w ręku i z nogą opartą na pokrwawionym pniu. Tymczasem w międzywojniu był to na ogół pan w średnim wieku, ubrany w surdut lub garnitur: ot, urzędnik w Ministerstwie Sprawiedliwości. I, jak wielu urzędników, co jakiś czas narzekał na zarobki.




O słynnym Elliotcie z Sing Sing pisałem przed dwoma laty - była to bowiem postać nietuzinkowa: człowiek, który całe życie marzył o posadzie kata i w końcu ją otrzymał (można się zatem nieco dziwić, że narzekał na niskie zarobki). Tak czy owak, w ciągu 13 lat pracy przeprowadził egzekucje 387 skazańców, średnio trzydzieści rocznie, więc 1932 i 1933 były to faktycznie lata chude. Jednak należy pamiętać, że mówimy o USA w czasach Wielkiego Kryzysu, gdzie setki tysięcy ludzi żyły w straszliwej nędzy i mogły tylko pomarzyć o pracy. 2,5 tysiąca dolarów to wówczas roczny zarobek dentysty, burmistrza miasteczka, komendanta policji, czyli całkiem przyzwoite życie - średnia krajowa wynosiła niemal dwa razy mniej. A nie można powiedzieć, żeby Elliott się przepracowywał w swoim zawodzie.

A jak to było w Polsce, skoro dziennikarz "Tajnego" powołuje się na przykład rodzimy? Ha, podobnie, to jest: roszczeniowo. Braun katem był raptem od dwóch lat i niewiele wiadomo o jego zarobkach, ale poprzednikiem Brauna był upamiętniony w "Balu na Gnojnej" kat Stefan Maciejowski (czasem Maciejewski, a właśc. Alfred Kalt lub Kaltbaum), który dostawał 100 zł od egzekucji i przez pięć lat działalności przeprowadzał ich średnio dwadzieścia rocznie. Niestety, szybko popadł w alkoholizm, co poważnie drenowało jego finanse, zaczął więc dopominać się podwyżki i przy każdej okazji usiłował wyrwać z Ministerstwa jakieś pieniądze - choćby za poturbowanie przez skazańca, którego wieszał w Krakowie. Jak to pisze Mateusz Rodak w artykule "Zawód, którego już nie ma":

Innym problemem, którym często publicznie miał zwyczaj się dzielić, były, jego zdaniem, zbyt niskie zarobki. Prosząc w Ministerstwie o podwyżkę uruchamiał zazwyczaj lawinę spekulacji na temat swojego rychłego odejścia ze stanowiska. Wielu bowiem było chętnych na jego miejsce. O podwyżkę miał walczyć Maciejewski wszelkimi sposobami. W październiku 1927 r. w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości zjawiła się zalana łzami jego żona. Szlochając skarżyła się, że mąż za mało zarabia, co doprowadzić go miało na skraj wytrzymałości psychicznej i podjęcia, nieudanej na szczęście, próby samobójczej przez powieszenie! Wróciwszy rano do domu - mieszkali wówczas na ul. Waliców (później przenieśli się na Olszową) - zastać miała męża zakładającego sobie stryczek na szyję. W tej sytuacji p. Maciejewska, ze łzami w oczach, poprosiła o podwyżkę, której mąż jednak nie dostał. W Ministerstwie uznano, że zachowanie żony kata było mistyfikacją. 

Maciejowski został ostatecznie zwolniony z posady i cztery lata później przypomniał o sobie publice, kiedy to usiłował powiesić się w warszawskim Parku Sieleckim. Próbę samobójczą zauważyli spacerujący w okolicy przechodnie, którzy kata z gałęzi odcięli, a przy okazji spostrzegli z niejakim zaskoczeniem, że pętla była niewłaściwie zadzierzgnięta. "Następnym razem zrobię to na sobie lepiej" - powiedział zawstydzony, zapewne, Maciejowski. Po czym zniknął z kart historii.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozwydrzona gówniarzeria czyli Lafcadio w Inowrocławiu

Dużo mówi się dziś o "rozwydrzonej gówniarzerii", o "bezstresowym wychowaniu", które miało w ostatnich dekadach doprowadzić do erupcji przemocy wśród młodych, słowem: do tego, że młodzi ludzie dopuszczają się ohydnych zbrodni z głupiej ciekawości  "jak to jest kogoś zabić." Cóż, śpieszę poinformować, że nie jest to problem nowy.




Historia Stasia i jego oprawcy, Stefana Rokickiego, jest wręcz wzorcowa. Stefan jest starszym, rozpuszczonym chłopakiem z zamożnej rodziny, który szuka "mocnych wrażeń", a Staś to dobre dziecko, sierotka z domu, gdzie co roku ktoś umiera; grzeczny i uprzejmy, utrzymuje z pracy gazeciarza nie tylko siebie, ale i chorego ojca.

Jest i złowróżbne miejsce - straszliwy budynek (istnieje on zresztą w Inowrocławiu do dziś i jest ośrodkiem profilaktyki uzależnień alkoholowych) ponura melina z eksmitowanymi wykolejeńcami (którzy jednak okazują się zaskakująco opiekuńczy wobec lubianego Stasia). Jest i szczególna noc, noc ostatniego dnia karnawału, kiedy to - jak w podręczniku antropologii - przestają obowiązywać reguły zachowania i hierarchia wartości. Mamy wreszcie browning, który skoro się pojawił, to musi wystrzelić. 

Zaryzykowałbym twierdzenie, że Stefan Rokicki jest tutaj mniej sobą, a bardziej figurą, powtarzalnym typem, opisywanym już w literaturze: Lafcadiem Wluiki z "Lochów Watykanu" (1914), który chce popełnić zbrodnię dla samej zbrodni, albo jednym z braci Witmanów z noweli Gezy Csatha (1908), którzy najpierw badają misterium śmierci na zwierzętach, a w końcu postanawiają rzecz sprawdzić na człowieku, konkretnie - swojej matce. Strzela, bo musi wystrzelić, jak ten browning. Takie są reguły opowieści, która co jakiś czas musi się wydarzyć.

I jeszcze na deser: wspaniały kolaż Brzeskiego w całej okazałości.



Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

sobota, 23 sierpnia 2014

Wymowne nazwiska czyli w niewoli onomastyki

U Dostojewskiego nazwiska bohaterów są często mówiące. Raskolnikow pochodzi od razkołu, czyli rozłamu, schizmy; Stawrogin - od greckiego "stauros", krzyż; Karamazow - z tureckiego "kara", czyli "czarny" i "maz", od zmazy, śladu, piętna; Smierdiakow - wiadomo, podobnie jak Myszkin (zwłaszcza w zestawieniu z imieniem Lew). Ale dzieje się tak czasem nie tylko w literaturze - poznajcie bohaterów, o których losach zdało się decydować nazwisko.


Niestety, dziennikarz nie zapomniał o seksistowskim stereotypie ("kobieta jako sprężyna zbrodni"), natomiast zapomniał podać panieńskiego nazwiska Rozalii - a wielka szkoda, bo może uzyskalibyśmy kolejny składnik tej niezwykłej układanki. A tak tylko mamy Szczurzyka, który podle zamordował - chciało by się rzec "zagryzł" - Pieniężnego, znakomicie prosperującego jako lichwiarz dzięki pieniądzom ze sprzedaży sklepu (pamiętacie, drodzy czytelnicy, kto tak strasznie, niezbornie mordował osobę trudniącą się lichwą i w jakiej było to książce?). Swoją drogą, sklep był w Lutogniewie, a to też niezła nazwa (pochodząca od słowiańskiego imienia założyciela - "luty" to "srogi", a gniew rozumie się sam przez się...); szkoda, że zbrodnię popełniono nie tam, ale na szosie pomiędzy Kobiernem (etymologicznie pochodzącym zapewne od nieciekawych łopianów), Nowym Folwarkiem, Brzozą a Bożacinem. Ech, już nawet złowróżbny Czarny Sad byłby lepszy niż to miejsce bez nazwy, w szczerym polu.

Co było dalej z nieszczęsnymi bohaterami? Informuje o tym - a także o szczegółach zbrodni, które wyszły na jaw w śledztwie - "Słowo Pomorskie" ze stycznia 1935 roku:
























Szczuraszka zapewne powieszono prędko - egzekucje przeprowadzano wówczas tuż po zakończeniu drogi sądowej. W okresie międzywojennym było sporo amnestii (aż dziesięć), ale żadna nie wypadła na początku 1935 roku, nie sądzę też, żeby obejmowała skazanego na śmierć mordercę; skoro więc nie ocaliła go o apelacja, to zapewne i prezydent nie skorzystał z prawa łaski, bo z opisu zbrodni nie wynikają żadne okoliczności łagodzące, nic też nie wskazuje, żeby Szczuraszek był legionistą czy bohaterem wojny 1920 roku, a to były najmocniejsze przesłanki do skorzystania z prawa łaski. 

Nie wiem też, co stało się z Rozalią - mam przed oczami dekret o amnestii z 1939 roku i jeśli chodzi o poważne zbrodnie, to uwalniano odsiadujących wyrok poniżej roku, skazanym na rok do pięciu darowano połowę kary, na pięć do dziesięciu - jedną trzecią. Dożywocia nie skracano. Siedziała zatem pewnie przynajmniej do wybuchu wojny, a może i dłużej; internet milczy na jej temat, choć niewykluczone, że w więzieniu wróciła do panieńskiego nazwiska. Którego to, jak wiemy, korespondent "Tajnego Detektywa" nie podał.

PS: Obok nie tak może ciekawa onomastycznie, ale poruszająca opowieść o Reginie Greiffowej - dla porządku dodam, że nieszczęsna matka została przez sąd potraktowana z wyrozumiałością, o czym doniosła "Gazeta Lwowska":

 




Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, "Słowo Pomorskie" 10 I 1935, "Gazeta Lwowska" z 26 I 1935.

piątek, 22 sierpnia 2014

Arszenik i ślubne koronki czyli jak zdobyć męża za pomocą trucizny?

  

Pytanie to, w tytule postawione tak śmiało, choćby z największym bólem rozwiązać by należało. Na ogół obierane są dwie ścieżki: albo przez otrucie własnego, dotychczasowego męża, albo przez zatrucie żony mężczyzny, którego się postanowiło poślubić, a który z niewyjaśnionych przyczyn plącze się w jakimś kompletnie niewłaściwym związku małżeńskim. Jest jednak jeszcze jedna możliwość, o czym można przeczytać w "Tajnym Detektywie".




Historia Gabryeli i jej ukochanego, arystokraty, malarza, epicera i causeura, brzmi może niewiarygodnie, ale myślę, że tym razem możemy zaufać autorowi. Poza bowiem korzystaniem z usług domorosłych żurnalistów i przerabianiem zagranicznych artykułów, "Tajny Detektyw" publikował niekiedy - jak w  tym przypadku -teksty jednostek wybitnych.

Doktor Edmond Locard (1877-1966), zwany "francuskim Sherlockiem Holmesem", to jeden z pionierów kryminalistyki i badań śledczych. W roku 1910 przekonał policję liońską, żeby dała mu do dyspozycji dwa pokoiki na strychu i opłaciła dwóch asystentów, i tym samym założył pierwsze na świecie laboratorium policyjne. Dziś znany jest najbardziej chyba z tak zwanej Zasady Locarda, mówiącej, że każdy kontakt dwóch obiektów pozostawia na nich wzajemny ślad. Gorący jej zwolennik, słynny kryminolog amerykański, Paul L. Kirk,, rozwinął ją w ten sposób: Gdziekolwiek [przestępca] stawia krok, czegokolwiek dotyka, cokolwiek pozostawia, choćby nieświadomie, będzie świadczyć przeciwko niemu jako milczący świadek. Nie tylko odciski palców i stóp, ale również jego włosy, włókna z ubrań, stłuczone szkło, ślad narzędzia, zadrapanie farby, krew lub nasienie które przelał lub którymi został zbryzgany. Wszystko to - i wiele więcej - świadczy przeciw niemu. To świadectwa, których nie zatrze niepamięć, których nie oszołomi dramatyczne wydarzenie. Które istnieją pomimo nieobecności ludzkich świadków. To dowody faktyczne. Fizyczne dowody, które nie mogą się mylić, nie popełniają krzywoprzysięstwa, nie mogą być kompletnie nieobecne. Ich wartość może zostać umniejszona jedynie z winy człowieka, który nie potrafił ich odnaleźć, przestudiować i pojąć. 

Poza pracą laboratoryjną i wykładowczą Locard trudnił się również pisaniem. Na początku lat trzydziestych opublikował kolejno siedem tomów monumentalnego Traktatu Kryminalistycznego, poza tym był autorem licznych popularyzatorskich książek i tekstów gazetowych, w których opisywał co ciekawsze przypadki - takich, jak historię Gabryeli, zaprowadzonej na ślubny kobierzec dzięki 250 gramom arszeniku i 300 gramom sublimatu. W jakimś sensie spłacał tym swój dług wobec literatury - sam bowiem sformułował swoją zasadę pod wpływem książek Arthura Conan-Doyle'a, a swoim studentom zadawał czytanie historii o Holmesie jako pracę domową.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rodzina nie cieszy, nie cieszy gdy jest




Po raz kolejny "Tajny Detektyw" dostarcza historii, która mogłaby stać się kanwą powieści. Kogo obstawiamy? Singer? Stryjkowski? Mazowieckie miasteczko, miejscowi bogacze, niekochany syn, zagadkowe podpalenia młynów, sprzysiężenie rodziny przeciwko rzekomemu "darmozjadowi" i "utracjuszowi"... Ot, wymarzony wątek do "Dworu" albo "Dziedzictwa"...





Fiszel Perelmuter nieprzypadkowo figuruje na pełnopostaciowym zdjęciu, bo faktycznie tylko on jest w tym tekście - i w tej historii - pełną postacią: skomplikowaną, niejednoznaczną, skrzywdzoną i krzywdzącą, a mimo to, w głębi duszy przyzwoitą. Pięć tysięcy dolarów w owych czasach to jakieś sześćdziesiąt tysięcy dzisiaj - jak twierdzi pewien internetowy kalkulator. Inny z kolei podaje duży rozstrzał: między 44 tys. a 940 tys. dzisiaj, przy czym najwyższe szacunki to faktyczna siła nabywcza tej kwoty. I wydaje się, że na warunki małego Nasielska w stosunkowo ubogim kraju, jakim była wówczas Polska, pozostawiony przez zdolnego syna kapitał był sporą fortuną. Nie da się wykluczyć, że widoczna zamożność rodziców, ich "twarze pełne, dobrze odżywione, odzież przyzwoita" wzięła się właśnie z kapitałów zachachmęconych Fiszlowi. Tym bardziej poruszający jest jego poryw uczciwości, kiedy - osiągnąwszy prawie sukces - postanawia wycofać zeznania. 

Co dalej działo się z tą rodziną? Czy doszli do porozumienia, czy Fiszel odzyskał kapitały? Czy, wreszcie, odnaleziono faktycznych podpalaczy młynów? Trudno cokolwiek znaleźć na ten temat. Nazwisko Perelmuter - czyli "macica perłowa" - musiało być chyba dość popularne w okolicy, bo znalazłem sporo noszących je osób, ale żadne imiona nie pasują do postaci z tekstu. Wyjątkiem są dwie córki Fiszla: na liście ofiar Holokaustu archiwum Yad Vashem figurują Roza i Rizla Perelmuter z Nasielska, które zginęły w roku 1941, jedna jako ośmiolatka, druga - jako dziesięciolatka. Imię matki jednej z nich to Chaja, drugiej - Fejga lub Sara. W formularzach napisano też, kto dostarczył wiadomości - w jednym przypadku to siostrzenica, w drugim - krewny, być może daleki, któremu coś się pomyliło. Zważywszy bowiem na niepewność co do imienia matki jednej z nich, oraz bliskość imion Roza i Rizla, a także podanego wieku, może ostatecznie chodzić o tę samą osobę. Ale i tego nie mam jak sprawdzić: zostaje tylko rodzina Perelmuterów w latach trzydziestych: pazerni, nieczuli rodzice, ich zrozpaczony, doprowadzony do bankructwa syn i historia godna Singera.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

sobota, 16 sierpnia 2014

Widmo genderu, czyli do czego prowadzi korzystanie z metra przez kobiety?

Na pytanie to w tytule postawione tak śmiało odpowiada - nie wprost może, ale jednak - tekst z działu "Curiosa kryminalne i obyczajowe" "Tajnego Detektywa", opowiadający o tym, co może się zdarzyć, kiedy kobieta przestaje być przykładną żoną i matką i zaczyna jeździć metrem.




Wzmianka o strażaku-podpalaczu nie zachwyca ani nie zaskakuje - dziś wiemy, że nie o ambicję tu chodziło, a o znacznie bardziej skomplikowany mechanizm psychologiczny. Również kontrakty podpisywane przez aktorów Commedie Francais nie są specjalnie interesujące. Natomiast w historii pani Favre-Bulle znalazłem coś interesującego, co kazało mi poszperać w necie. Sprawa nie była nowa - wydarzyła się bowiem w roku 1929, a w roku następnym, 21 XII, donosił o niej "Głos Poranny", obficie rozwijając króciutką wzmiankę w "Tajnym", w dodatku opatrując ją nasuwającym się skojarzeniem z Emmą Bovary i - mniej oczekiwanym - obrazkiem z kościołem z Gorzowa Wielkopolskiego:




Pani Favre-Bulle nie miała nawet pięćdziesiątki - urodziła się w roku 1882, czyli w momencie popełnienia morderstwa miała lat czterdzieści siedem, Leon Merle był trzydziestodwulatkiem (więc chyba już nie podpadał pod kategorię "młodzieńca"). Morderstwo w afekcie można było wówczas we Francji jeszcze wybaczyć - ale taką różnicę wieku między kobietą a mężczyzną już nie.

Co skłoniło panią Favre-Bulle do desperacji? Trudno, oczywiście, orzec w sprawie sprzed tylu lat, zwracam jednak uwagę na to, jak osiem dekad temu całą tę relację opisywano. Małżeństwo nie mogło być udane, skoro żona "uciekła, nie mogąc dłużej znieść męża". Co działo się w rezydencji wysokiego, szpakowatego fabrykanta z branży zegarowej? Czy był po prostu niezmiernie nudny? Czy, wzorem wielu statecznych mężów co drugi wieczór spędzał w luksusowym, odpowiednim dla jego klasy społecznej i zamożności, lokalu z panienkami? A może miał stałą kochankę? Cokolwiek sprawiło, że małżeństwo się rozpadło, nie ma znaczenia - tak naprawdę winne są podróże metrem. Rozpuszczona Paryżem prowincjuszka poznaje wesołego mężczyznę; takie niebezpieczeństwa na każdej stacji, w każdym teatrze, w każdej kawiarni. Wszędzie młodzi, weseli, nieszpakowaci i umiejący radzić sobie z kobietami. 

Kpię sobie? Jasne, że sobie kpię. Ale takich głosów w prasie nie brakowało. Wiele poglądów wówczas głoszonych pochodziło - tak, jak Pałac Sprawiedliwości w Rouen - ze średniowiecza. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 51, rok IV, 16 XII 1934, "Głos Poranny" 

piątek, 15 sierpnia 2014

Miasta cieni cz. XI

Po półrocznej przerwie "Tajny Detektyw" powraca - z tej okazji odcinek specjalny, czyli kolejna porcja nieboszczyków z międzywojennego albumu policji polskiej.











środa, 15 stycznia 2014

Szalony psychiatra, czyli samobójstwo wśród woskowych figur vol. II

Doktor Clerambault, wybitny psychiatra, mistrz Jacquesa Lacana, był nie tylko lekarzem, ale i artystą. I to właśnie prowadzi nas do jego tajemniczej obsesji i ciemnych sprawek.


Poza psychiatrią zajmował się szerokim polem dziedzin na pograniczu sztuki i nauki: był malarzem, fotografem i etnografem. Zaczynał od pisania poezji, następnie przez dwa lata studiował w paryskiej Szkole Sztuk Dekoracyjnych, ale że pochodził z rodziny sędziowskiej, został zmuszony do wybrania studiów prawniczych; widać, że mu tam nie szło, bo w końcu, wbrew woli ojca, przeniósł się na medycynę. Jednak zainteresowania artystyczne Clerambaulta nie obumarły, przeciwnie, dojrzewały przez lata. Koncentrowały się wokół północnoafrykańskich tkanin, które kolekcjonował i uwieczniał na zdjęciach; był autorem kilku prac na temat ubioru ludów północnej Afryki, wykładał też w paryskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Prace badawcze w Afryce zaczął w Tunezji w roku 1910; ranny w trakcie I wojny światowej, trafił na rekonwalescencję do Maroka (1917-19), gdzie przedsięwziął szereg badań etnograficznych i wykonał wiele tysięcy zdjęć (od 6 do 40 tys., źródła różnie podają; w Muzeum Człowieka znajduje się ok. 400 odbitek, podarowanych przez autora) postaci, głównie kobiet, w tradycyjnych strojach. Większość fotografii przedstawia kolejne fazy drapowania ubiorów, niekiedy w niemalże filmowy sposób. Clerambault pisał, że świat arabski odchodzi od drapowania, ubiory są coraz częściej szyte, co łączy się ze zmianą warunków życia, zwłaszcza - z industrializacją i urbanizacją, miał więc poczucie dokumentowania ginącej sztuki.

Wiele wskazuje jednak na to, że jego zainteresowania nie były wyłącznie naukowe. Kochamy głaskać dłonią futro; pragniemy, by jedwab przesuwał się po naszym nadgarstku. Futro za sprawą swej formy wymaga pieszczot aktywnych; jedwab z podobną słodyczą pieści skórę, która staje się pasywna; a potem, powiedzieć można, ujawnia nerwowość swoimi rozdarciami i krzykami - pisał. Fascynowały go draperie - tradycyjne sposoby ich układania, które niosły ze sobą specyficzne znaczenia. Próbował zgłębić, czy sekwencja ruchów, wymagających ułożenia szaty, niosła jakiś przekaz, a zatem czy i powstały w jej wyniku układ fałd był "mówiący". Aby opisać erotyczne własności jedwabiu, stworzył dwa neologizmy: hyfefilia (umiłowanie tkanin) i aptofilia (ekscytacja dotykaną materią). Nie wystarczało mu gromadzenie materiałów i szat: eksponował je na specjalnych manekinach, wykonywanych wedle szczególnych wskazówek. Nie chodziło mu chyba jednak o adorowanie zakwefionych piękności, ale o samą draperię, o układ fałd właśnie - używał ich zresztą w wykładach, choć czasem preferował żywe modelki.

Pośród jego rozlicznych prac naukowych znajdziemy i takie, które odnosiły się bezpośrednio do tej namiętności: Klasyfikacja ubiorów drapowanych (1928), O tkaniu dla chorych (1929), Uwagi o tkactwie chińskim (1932) oraz Kobieca namiętność erotyczna w stosunku do tkanin (1908-10). Ta ostatnia praca jest studium czterech przypadków kobiet, które zostały przyłapane na kradzieży materiału w domach towarowych, a które - jak się okazało w toku badania - dzięki tkaninom uzyskiwaly seksualne spełnienie, jakiego nie dał im żaden mężczyzna. Clerambault stwierdza, że jest to podrzędna forma fetyszyzmu, bo fetyszyzm prawdziwy - znaczące słowa - jest wyłącznie męski, aktywny, a nie kobiecy, pasywny. Fetysz dla kobiety to tylko kawałek materii - rzuca z przyganą - a nie osobowość!


Głosy krytyki odzywały się już w epoce. Po pierwsze Clerambault, łącząc powagę medycyny i władzy policyjnej, nadużywał swojego stanowiska - kazał np. przetrzymywać dłużej atrakcyjne kobiety jeszcze przed postawieniem diagnozy tylko po to, by mógł zrobić im zdjęcia; podawał też, jak mają być w tym celu uczesane. Wykorzystywał chorych, a zwłaszcza chore, w publicznych wykładach (co było przyjęte), nierzadko traktując je w sposób uwłaczający (co już przyjęte nie było). Póki trafiał na biedne kobiety, o które nikt się nie upominał, był bezpieczny - kiedy jednak w szpitalu policyjnym bez nakazu przetrzymywał młodego aktora, który pokłócił się z właścicielką domu o wysokość czynszu, sprawa zrobiła się poważna. Clerambault zachował wprawdzie stanowisko w szpitalu policyjnym, ale Akademia Sztuk Pięknych odwołała jego wykłady. Tuż po jego śmierci surrealista Robert Desnos napisał artykuł, w którym twierdził, że doktor był bardziej chory, niż jego pacjenci (czego odbicie mamy w artykule w "Tajnym Detektywie", być może zresztą jest to przedruk z francuskiej wersji pisma). W roku 1996 Yvon Marciano nakręcił film "Le Cri de la Soie" ("Krzyk jedwabiu") z Marie Trintignant w roli przyłapanej na kradzieży jedwabiu fetyszystki, niepiśmiennej szwaczki, i Sergio Castellitto w roli dr. Gabriela de Villemera, czyli de Clerambaulta, który prze do romansu z pacjentką, swoistego trójkąta między kobietą, mężczyzną a jedwabiem. W istocie niewiele wiadomo o jego seksualnej orientacji - jeden z pierwszych jego biografów przypisywał mu liczne romanse, by zdezawuować plotki o homoseksualizmie Clerambaulta, ale, prawdę mówiąc, brak wiadomości o jakichkolwiek seksualnych relacjach doktora z jedną czy drugą płcią. Tkaniny, jak się zdaje, zupełnie mu wystarczały.


Wersja podana przez "Tajnego Detektywa" była więc zarazem prawdziwa i nieprawdziwa, sensacyjna i niesensacyjna, zależy, czy przykładamy dawne, czy nowe miary. Wiele sądów lekarza, które wtedy uchodziły za neutralne, dziś budziłoby słuszne oburzenie (np. teza, że czarny jest w naturalny sposób sprzymierzeńcem rasy białej w kontaktach z Arabami, podobnie jak pies towarzyszy człowiekowi w walce z lisem - zawsze stanie po stronie człowieka, a nie lisa, choć do lisa z pozoru jest mu bliżej.). Dziennikarz ponaciągał fakty, połączył rozmaite wątki, niekoniecznie zgodnie z prawdą i rozsądkiem, by uczynić historię o samobójstwie i manekinach atrakcyjną w jarmarczny sposób.

Clerambault był tymczasem postacią fascynującą i, bezsprzecznie, chorobliwą, ale nie w tak prosty sposób wszakże, w jaki podawała to brukowa prasa. Należało by do niego przyłożyć czulsze i bardziej wykwintne instrumenty.


Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934, Gen Doy, "Drapery: Classicism and Barbarism in Visual Culture"

sobota, 11 stycznia 2014

Szalony psychiatra, czyli samobójstwo wśród woskowych figur vol. I

Parę dni temu prasę obiegła wieść, że Kim nie rozstrzelał swojego wuja, ale rzucił go psom na pożarcie -wkrótce okazało się, że to dziennikarska kaczka z hongkońskiego tabloidu. W "Tajnym Detektywie" też trafiają się brednie, wyssane z brudnego dziennikarskiego palca - stosunkowo łatwo je poznać. Problem w tym, że życie czasem przerasta fantazję, jak to było w przypadku sprawy dr. Clerambaulta.



Wszystko tutaj śmierdzi zmyśleniem. Tytuł nawiązuje oczywiście do słynnego filmu ekspresjonistycznego, "Gabinetu dr. Caligari" Roberta Wiene. Demoniczny dr Caligari prowadził podwójne życie, jedno jako szacowny dyrektor szpitala dla psychicznie chorych, drugie - jako jarmarczny hipnotyzer, manipulujący wychudzonym somnambulikiem Cezarem, którego skłaniał do popełniania morderstw. Należy pamiętać, że nie był to wówczas zakurzony antyk - wprawdzie w 1934 roku nieme filmy trąciły nieco myszką, a na ekrany wchodziła komedia "Czy lucyna to dziewczyna?", ale od premiery legendarnego ekspresjonistycznego arcydzieła minęło raptem 14 lat, czyli tyle, ile nas dzieli od premier roku 2000: "Prostej historii" Lyncha, "American Beauty" Mendesa czy "Blair Witch Project" (który może jest temu najbliższy jako "wpisujący się w pamięć horror").



Zatem: nawiązanie do słynnego filmu grozy, lekarz o podwójnym życiu, do tego Paryż, stolica światowego zepsucia i rozpusty, gdzie wszelkie dewiacje są możliwe, wreszcie "komnata obłędu", pełna woskowych manekinów, służących szaleńcowi do przedziwnych, paraseksualnych rytuałów. No i, jakżeby inaczej, śmierć samobójcza, spowodowana strachem przed ślepotą. Tylko to sobie wyobraź, czytelniku, wystaw to sobie w głowie, czytelniczko: kilkaset manekinów, przebranych w kosztowne materie - a każdy z manekinów to słynna kobieta: Wirginia, Beatrycze i Kleopatra, ta Kleopatra, w której objęciach w końcu wypali sobie w głowę. Do tego ilustracje: naiwny fotomontaż z leżącymi na podłodze woskowymi głowami i parą przerażonych ludzi, czy kryjący się za kanapą facet podobny do młodego Salvadora Dali (trudno powiedzieć, kogo mają symbolizować, bo nie pasują do żadnego fragmentu artykułu). Jakby powiedział klasyk, "Jest to wielkie ssanie z palca". Problem w tym, że opowieść jest w sporej części prawdziwa - choć akcenty ma mniej sensacyjne, ale za to ciekawsze.


Gaetan Henri Alfred Edouard Leon Marie Gatian de Clerambault (1872-1934) rzeczywiście istniał, co więcej, był wybitnym psychiatrą francuskim, jedynym mistrzem tak słynnego dziś Jacquesa Lacana, i wieloletnim dyrektorem szpitala psychiatrycznego Prefektury Policji.  Prawdą jest również, że z wiekiem tracił wzrok - po nieudanej operacji zaćmy cierpiał na głęboką depresję i faktycznie się zastrzelił (17 listopada 1934, czyli sprawa była świeża), choć raczej nie w objęciach woskowego manekinu. 

To on w 1921 roku jako pierwszy opisał tzw. "Zespół de Clerambaulta" czyli erotomanię (erotomanię w sensie ścisłym, a nie potocznym, gdzie oznacza przesadny pociąg seksualny): zaburzenie polegające na przekonaniu chorego, że obdarzyła go uczuciem jakaś słynna postać. Niezdrowa obsesja przybiera niekiedy formy skrajne, jak stalking, czy nawet zbrodnicze (przykładem niech tu będzie zabójstwo Miss Polski z 1991 roku, Agnieszki Kotlarskiej, którą niezrównoważony wielbiciel zadźgał nożem). Był też autorem złożonego systemu taksonomicznego rozmaitych symptomów psychotycznych, a także - niezależnie od rosyjskiego badacza - opisał zespół automatyzmu psychicznego, zwanego Zespołem Kandinskiego-Clerambaulta. Francuz bazował na obserwacji chorych w paryskim szpitalu policyjnym, Rosjanin - na własnych halucynacjach, które próbował zdiagnozować.

Kandinsky (zbieżność nazwisk ze słynnym malarzem nieprzypadkowa - byli krewnymi) w roku 1877 pod Sewastopolem, w trakcie wojny turecko-rosyjskiej, przeżył omamy i gwałtowne wahania nastroju, które skończyły się próbą samobójczą. Ocalony i zwolniony ze służby wojskowej, opisał objawy: "pseudohalucynacje" (czyli takie halucynacje, które sam chory odbiera jako urojone) i naprzemienne poczucia natłoku myśli i pustki w głowie, połączone z przekonaniem, że jakaś zewnętrzna siła kieruje mózgiem chorego, wykradając z niego myśli lub upychając je tam gwałtownie. Po kilkunastu latach Kandinsky zdiagnozował u siebie nawrót choroby i trafił do Szpitala św. Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu, któremu wcześniej dyrektorował - tam popełnił samobójstwo, zażywając śmiertelną dawkę morfiny. Aż do zgonu notował kolejne symptomy, a jego ostatnie słowa brzmiały: Nie mogę dłużej pisać, bo przestaję widzieć. Światła! Światła!



Zdaje się, że to z tych dwóch źródeł - opisu Zespołu de Clerembaulta i Zespołu Kandinskiego-Clerambaulta - autor artykułu w "Tajnym Detektywie" zaczerpnął przekonanie, że doktor miał omamy oraz że kochał się w słynnych kobietach z dalekiej przeszłości: Kleopatrze, Beatrycze czy Wirginii. To jednak nie koniec zbieżności historii naciągniętej przez żądnego sensacji dziennikarza z historią prawdziwą. Doktor Clerambault miał bowiem rzeczywiście swoją tajemniczą obsesję - ale o tym w następnej notce. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok IV, 23 XII 1934