czwartek, 28 sierpnia 2014

Ile powinien zarabiać kat?

Kat kojarzy się na ogół z ponurą postacią w czerwonym kapturze, z toporem w ręku i z nogą opartą na pokrwawionym pniu. Tymczasem w międzywojniu był to na ogół pan w średnim wieku, ubrany w surdut lub garnitur: ot, urzędnik w Ministerstwie Sprawiedliwości. I, jak wielu urzędników, co jakiś czas narzekał na zarobki.




O słynnym Elliotcie z Sing Sing pisałem przed dwoma laty - była to bowiem postać nietuzinkowa: człowiek, który całe życie marzył o posadzie kata i w końcu ją otrzymał (można się zatem nieco dziwić, że narzekał na niskie zarobki). Tak czy owak, w ciągu 13 lat pracy przeprowadził egzekucje 387 skazańców, średnio trzydzieści rocznie, więc 1932 i 1933 były to faktycznie lata chude. Jednak należy pamiętać, że mówimy o USA w czasach Wielkiego Kryzysu, gdzie setki tysięcy ludzi żyły w straszliwej nędzy i mogły tylko pomarzyć o pracy. 2,5 tysiąca dolarów to wówczas roczny zarobek dentysty, burmistrza miasteczka, komendanta policji, czyli całkiem przyzwoite życie - średnia krajowa wynosiła niemal dwa razy mniej. A nie można powiedzieć, żeby Elliott się przepracowywał w swoim zawodzie.

A jak to było w Polsce, skoro dziennikarz "Tajnego" powołuje się na przykład rodzimy? Ha, podobnie, to jest: roszczeniowo. Braun katem był raptem od dwóch lat i niewiele wiadomo o jego zarobkach, ale poprzednikiem Brauna był upamiętniony w "Balu na Gnojnej" kat Stefan Maciejowski (czasem Maciejewski, a właśc. Alfred Kalt lub Kaltbaum), który dostawał 100 zł od egzekucji i przez pięć lat działalności przeprowadzał ich średnio dwadzieścia rocznie. Niestety, szybko popadł w alkoholizm, co poważnie drenowało jego finanse, zaczął więc dopominać się podwyżki i przy każdej okazji usiłował wyrwać z Ministerstwa jakieś pieniądze - choćby za poturbowanie przez skazańca, którego wieszał w Krakowie. Jak to pisze Mateusz Rodak w artykule "Zawód, którego już nie ma":

Innym problemem, którym często publicznie miał zwyczaj się dzielić, były, jego zdaniem, zbyt niskie zarobki. Prosząc w Ministerstwie o podwyżkę uruchamiał zazwyczaj lawinę spekulacji na temat swojego rychłego odejścia ze stanowiska. Wielu bowiem było chętnych na jego miejsce. O podwyżkę miał walczyć Maciejewski wszelkimi sposobami. W październiku 1927 r. w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości zjawiła się zalana łzami jego żona. Szlochając skarżyła się, że mąż za mało zarabia, co doprowadzić go miało na skraj wytrzymałości psychicznej i podjęcia, nieudanej na szczęście, próby samobójczej przez powieszenie! Wróciwszy rano do domu - mieszkali wówczas na ul. Waliców (później przenieśli się na Olszową) - zastać miała męża zakładającego sobie stryczek na szyję. W tej sytuacji p. Maciejewska, ze łzami w oczach, poprosiła o podwyżkę, której mąż jednak nie dostał. W Ministerstwie uznano, że zachowanie żony kata było mistyfikacją. 

Maciejowski został ostatecznie zwolniony z posady i cztery lata później przypomniał o sobie publice, kiedy to usiłował powiesić się w warszawskim Parku Sieleckim. Próbę samobójczą zauważyli spacerujący w okolicy przechodnie, którzy kata z gałęzi odcięli, a przy okazji spostrzegli z niejakim zaskoczeniem, że pętla była niewłaściwie zadzierzgnięta. "Następnym razem zrobię to na sobie lepiej" - powiedział zawstydzony, zapewne, Maciejowski. Po czym zniknął z kart historii.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza