sobota, 10 stycznia 2015

Dwaj komuniści - Eleazar Grünbaum i Józef Wargin

Zdarza się czasem, że gdzieś na marginesie zdjęcia w albumie policyjnym znajduje się nazwisko. I po tej niteczce, jeśli nazwisko jest rzadkie i uda się zgooglować, można nieraz trafić na arcyciekawe opowieści o ludzkich losach - często zresztą, jak w przypadku dwóch dzisiejszych bohaterów - losach sięgających czasów powojennych.


Trzej mężczyźni, których zdjęcia oznaczono w albumie kolejnymi numerami 245, 246 i 247, zostali zapewne zatrzymani w Łodzi w tej samej sprawie. Świadczy o tym nie tylko sąsiedztwo na stronie oraz sąsiedztwo numerów 283, 284 i 285, które widnieją na tabliczce przykręconej do wspornika, ale i sporządzone tym samym charakterem pisma notatki na brzegu kliszy: imiona i nazwiska oskarżonych. Można je odczytać lusterkiem - Eleazar Grünbaum, Machel Warszawski, Szulim Krengiel.





Dość, że Grünbaum ma imię i nazwisko na tyle rzadkie, że udało się go przyszpilić:



I była to postać, jak się okazuje, niesłychanie interesująca, bo na aresztowaniu sprawa Eleazara wcale się nie kończy. Po pierwsze dlatego, że jego ojciec należy do najwybitniejszych postaci żydowskich w polskiej polityce międzywojennej (nie trzeba dodawać, że jako syjonista miał z poglądami syna na pieńku), po drugie dlatego, że wojenna i powojenna historia ojca i syna jest co najmniej niecodzienna.


Mieszkali, oczywiście, nie na ulicy "Tłumackiej" ale na Tłomackiem, czyli placu wytyczonym w XVIII wieku na miejscu dawnej jurydyki Potockich przez bankiera Karola Schultza, zięcia arcybogatego Teppera. Kamienica pod numerem 6 - widoczna w głębi zdjęcia - stała dokładnie naprzeciwko Wielkiej Synagogi i w samych początkach miała być mieszkaniem samego Schultza, ale ostatecznie została przeznaczona pod wynajem. W okresie międzywojennym nadbudowano jej jedno pięterko z prawej strony (zdjęcie za Warszawa.1939).



Izaak Grünbaum, urodzony w Warszawie w roku 1879, zmarł w Izraelu w roku 1970, był posłem na sejm polski czterech kadencji. Z przekonania syjonista, w carskiej Rosji szykanowany i więziony (aż pięciokrotnie) za swoje poglądy, w wolnej Polsce został politykiem znaczącym, jednym z inicjatorów Bloku Mniejszości Narodowych. Tak, tego bloku, który zdobył w wyborach 15% i ostatecznie zadecydował o wyborze Narutowicza na prezydenta (od czego zaczęła się antysemicko-katonarodowa nagonka, zakończona strzałami w Zachęcie). Do Palestyny wyjechał już w roku 1932, tam też przetrwał wojnę, a szesnaście lat później był jednym z sygnotariuszy deklaracji o powołaniu państwa Izrael oraz ministrem spraw wewnętrznych (1948-49) w rządzie tymczasowym; kiedy w 1952 roku w Knesecie wybierano drugiego prezydenta Izraela, był jednym z czterech kandydatów.

Tymczasem jego syn, Eleazar, miał losy znacznie bardziej pokomplikowane i wstydliwe. Wyjechał z Polski, by walczyć po stronie republikańskiej Hiszpanii. W czasie II wojny światowej trafił do Auschwitz-Birkenau, potem do Buchenwaldu - ale był tam nie tylko więźniem. Został bowiem kapo. Po wyzwoleniu obozu oskarżono go przed sądem koleżeńskim za okrucieństwo wobec współwięźniów (nie wiem niestety, jak ta sprawa się skończyła). Musiał odnowić dawne kontakty, skoro w powojennej Polsce został komunistycznym działaczem - poczesnym, należy sądzić, skoro pozwalano mu na zagraniczne podróże. Traf chciał, że kiedy pojechał do Paryża, został tam rozpoznany na ulicy przez dwóch żydowskich współwięźniów. Groziła mu sprawa we francuskim sądzie, ale tatuś zainterweniował i sprowadził wyrodnego syna do Palestyny. Nie na wiele to się jednak zdało: Eleazar Grünbaum zginął - ponoć w podejrzanych okolicznościach - w Arnonie pod Jerozolimą w I wojnie izraelsko-arabskiej, w roku 1948.


Drugi bohater dzisiejszej notki wygląda tak (podbite oko na trzecim zdjęciu to najprawdopodobniej skaza na kliszy lub odbitce, a nie siniec):








Nie wiem, z jakiego powodu zaaresztowano go w Katowicach 11 listopada 1930 roku, ale już sama data wskazywać może, że chodziło o jakąś polityczną demonstrację. I on bowiem był komunistą. Jeszcze w roku 1920 walczył w wojnie polsko-bolszewickiej po stronie "strasznych laszych krwiopijców" (w obronie Warszawy i pod Kowlem, był ranny w nogę), ale później działał w KPP i WKP(b). Już w 1925, bo to samo zdjęcie występuje również w albumie "Osoby podejrzane o działalność komunistyczną lub szpiegowską" Komendy Policji w Warszawie (obecnie Archiwum Akt Nowych), gdzie towarzyszy mu właśnie o pięć lat wcześniejsze:



Niedługo po drugim aresztowaniu musiał wyjechać do Rosji Radzieckiej, bo już w latach 1932-35 studiował w Dniepropietrowsku na wydziale górniczym. W czasie wojny działał w Głównym Sztabie Partyzanckim ZSRR, w 1942 zrzucony na tyłach Niemców, prowadził akcje dywersyjne i walczył z UPA (takie przynajmniej informacje znalazłem, ale za ich prawdziwość nie ręczę).


Po wojnie, jak dowiedziałem się z prezentacji "Twarze Katowickiej Bezpieki" (tutaj przeklejam tylko fragment, całość TUTAJ) zrobił szybką karierę w Urzędzie Bezpieczeństwa. Szczytów sięgnął w latach czterdziestych, a w latach 1946-46 został szefem UB na całe województwo śląskie, więc podlegała mu zapewne cela, w której siedział piętnaście lat wcześniej, kiedy pstryknięto mu zdjęcie z albumu. 

Ale rewolucja zjada swoje dzieci i już w 1951 skazano go na zdegradowanie i dwa i pół roku więzienia za podanie w ankiecie osobowej fałszywych danych o działalności w KPP. Co się z nim działo później - nie wiem. W latach 70-tych opublikował szereg książek, m.in."Prawo tajgi", "Opowieści z tajgi", "Aksen", "Purga" i - tytuł znaczący, jeśli popatrzymy na jego zdjęcia -"Człowiek, który zgubił uśmiech".

Gdyby nie nazwiska wyskrobane na kliszach - i dobrodziejstwa internetu - nie miałbym pojęcia, co za niezwykłe, straszne biografie kryją się za tymi twarzami. Wziąłbym ich po prostu za dwóch ulicznych rozrabiaków: może włamywaczy, może kieszonkowców. Jakieś niebieskie ptaki Łodzi i Katowic.

Za: album, Wikipedia, Twarze Katowickiej Bezpieki (materiały IPN)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rawlins, Smalls i Googles, czyli "Tajny" o klubach jazzowych w Nowym Jorku Vol. II

Obiecałem dopisek o kapitanie Robercie Smallsie, bo postać to arcyciekawa - a przy okazji ładnie się składa z artykułem z "Tajnego", ponieważ był człowiekiem idącym całkowicie pod prąd rasowych stereotypów epoki.



Robert Smalls urodził się w niewolniczej chacie roku 1839 w Beaufort, w Południowej Karolinie. Jego pan posłał go do Charleston i wynajmował do rozmaitych prac: jako latarnika, dokera, majtka. W roku 1861 młody Smalls został wheelmanem* na konfederackim okręcie CSS Planter (nazwa - 'Plantator' - skądinąd zabawna w kontekście tej historii) i przez niemal rok obserwował uważnie zwyczaje oficerów. Rankiem zorientował się, że trzej biali oficerowie zeszli na ląd. Z siedmioma czarnymi członkami załogi opanował statek, włożył mundur kapitana, a następnie, zabrawszy na pokład rodziny uciekinierów, popłynął w kierunku okrętów Unii. Po drodze minął kilka fortów Konfederacji, każdy z nich pozdrawiając gwizdkiem - a kiedy minął ostatni, ściągnął konfederacką banderę, wciągnął na maszt białą flagę i oddał się w ręce marynarki Północy. W sumie udało mu się uratować z rąk "właścicieli" szesnaścioro ludzi: siebie samego, siedmiu członków załogi, pięć kobiet i trójkę dzieci.

Smalls przekazał Unii wyładowany okręt, mówiąc: "Dostarczam te środki bojowe, w tym armaty, przekonany, że wujaszek Abraham Lincoln będzie wiedział, co z nimi zrobić"  (Kongres zresztą przyznał kapitanowi i załodze jako wynagrodzenie równowartość połowy okrętu, choć wartość tę znacznie zaniżono). Do tego dołożył sprawy niematerialne, ale cenniejsze może: szczegółowe wiadomości na temat umocnień brzegowych i sił przeciwnika. Spotkawszy się z Lincolnem, któremu osobiście zdał relację ze swojej ucieczki, zaciągnął się do marynarki i służył na kilku jednostkach, by powrócić na USS Plantera.

W grudniu 1863 roku znalazł się w ogniu pomiędzy siłami obu stron; dowódca jednostki nakazał się poddać, ale Smalls - słusznie, jak się zdaje - powiedział, że ani on, ani pozostali czarni członkowie załogi nie będą traktowani jak zwyczajni jeńcy i zostaną pewnie zamordowani. Odmówił wykonania rozkazu, przejął dowództwo i wyprowadził okręt w bezpieczne miejsce. Za swoje bohaterstwo otrzymał dowództwo okrętu i tym samym stał się pierwszym czarnym kapitanem w historii amerykańskiej marynarki.



Po wojnie powrócił do Beaufort i kupił dom swojego dawnego pana, gdzie rezydował z rodziną (pozwolił też zamieszkać tam na starość wdowie po właścicielu, Jane Bond McKee), po czym został politykiem - najpierw senatorem stanowym, potem, przez cztery kadencje, kongresmenem (aż do końca XX wieku, kiedy wyprzedził go Andrew Clayton Powell jr., nowojorczyk z Harlemu, był najdłużej urzędującym czarnym członkiem Kongresu).


A skoro jesteśmy znów przy Harlemie, to wypada przypomnieć o Edwinie Smallsie, właścicielu Smalls' Paradise, potomku kapitana Roberta. Otóż kapitan miał dwie żony - Hannah Jones Smalls,, która urodziła mu dwie córki i synka (zmarł jako dwulatek) oraz Annie E. Wigg, która w roku 1892 powiła mu jedynego syna, Williama Roberta Smallsa. Edwin pierwszy swój klub założył w roku 1917, zatem w żadnym razie nie mógł być synem Williama - nie jest też z pewnością synem Roberta. Jak się zdaje, nie tylko "Tajny Detektyw" zmyślał ile wlezie, ale i Edwin Smalls, pomysłowy przedsiębiorca z Harlemu, zbudował swoją rodzinną legendę, a większość internetowych i drukowanych źródeł bezkrytycznie ją powtarza...



*nie znam fachowej terminologii marynarskiej w ówczesnych Stanach, ale z tego, co się dowiedziałem, to wheelman jest właściwie pilotem statku, ale określenia pilot nie stosowano wówczas wobec niewolników, bo nazwa ta była zbyt prestiżowa.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), Wikipedia



niedziela, 4 stycznia 2015

Rawlins, Smalls i Googles, czyli "Tajny" o klubach jazzowych w Nowym Jorku Vol. I

Klub jazzowy "Rawlins Paradise" na 135 Ulicy był tak sławny, że wiadomości o nim dotarły nawet na szpalty polskiej prasy, która sprzedała czytelnikom smakowite kawałki o skandalicznym zachowaniu  czarnego olbrzyma, Barneya Googlesa. Problem w tym, że taki lokal, jak się zdaje, nie istniał. Podobnie jak wspomniany olbrzym.


Dziwnie dziś czytać to, co polskie gazety pisały o innych rasach kilkadziesiąt lat temu - tak dalece odbiega to od dzisiejszego naszego widzenia. I nie chodzi mi wcale o rasizm - tu przykłady są znacznie bardziej oczywiste, wystarczy poczytać prasę katoendecką, gdzie nikt nie owijał w bawełnę. Mam na myśli niespójność, rozpięcie pomiędzy myśleniem krytycznym, równościowym, a stereotypami. Tekst w "Tajnym Detektywie" jest znacznie ciekawszy od przedwojennego szamba rasistowskiego: z jednej strony gwałtownie potępia stosunek białych do czarnych, mówi o linczach, brutalności, nierównościach społecznych, z drugiej - leci konsekwentnie najbardziej oczywistymi rasowymi przesądami:




A teraz przyjrzyjmy się bliżej. Przy 135 Ulicy - a w rzeczywistości przy Siódmej Alei pod numerem 2294 i pół, nieopodal skrzyżowania ze 135 Ulicą - faktycznie istniał klub "Raj", założony w 22 października 1925 roku nie przez żadnego Rawlinsa, ale przez Edwina Smallsa i stąd nazywał się "Smalls' Paradise" (na neonie brakło apostrofu, dlatego zazwyczaj nazwę podaje się z błędnie apostrofem błędnie ustawionym przed ostatnią literą, a nie po niej):


Smalls był potomkiem kapitana Roberta Smallsa, człowieka o nadzwyczajnej wprost biografii, który zasługuje na osobną notkę. Sam był tylko windziarzem, ale z czasem zdobył doświadczenie w prowadzeniu lokali - w roku 1917 założył Sugar Cane Club, o nazwie wyraźnie nawiązującej do rasistowskich fantazmatów, bo chodzi w niej przecież o plantację trzciny cukrowej, gdzie pracowali niewolnicy (choć, co ciekawe, klientela była głównie czarna). W rok później powstaje najsłynniejszy klub Harlemu, Cotton Club, który celuje dokładnie w ten sam stereotyp: oto miejsce, w którym biały może się przyjrzeć szaleństwom potomków czarnych niewolników. W Cotton Clubie, założonym przez boksera wagi ciężkiej, Jacka Johnsona, a przejętym przez pochodzącego z Anglii gangstera Owneya Maddena, murzyńscy wykonawcy i artyści (w tym Duke Ellington, Billie Holiday, czy niedawno zmarła Lena Horne) tworzyli "dziką, afrykańską muzykę", zwaną jungle music, a rewie pokazywały przesycone rasistowskimi symbolami sceny z plantacji i "Czarnego Lądu".  

U Smallsa było nieco inaczej. Przede wszystkim, Smalls' Paradise był największym, najsłynniejszym i jedynym pośród znaczących klubów Harlemu lokalem prowadzonym przez czarnego; o ile Cotton Club czy inne podobne miejsca działały trochę na zasadach opisanych w "Tajnym" (biała klientela przyjeżdża jak do zoo oglądać "dzikich z murzyńskiej dzielnicy", natomiast czarni, poza wykonawcami i garstką celebrytów, nie mieli prawa wstępu), o tyle Smalls miał zupełnie inne podejście i w jego "Raju" klientela była wielorasowa; miłośnicy jazzu i transgresji z bogatych, białych dzielnic mieszali się z harlemczykami. Co zamożniejszymi harlemczykami, dodajmy - dość powiedzieć, że średni rachunek na głowę wynosił cztery dolary, a zwykły robotnik zarabiał wówczas sześć do dwunastu dolarów tygodniowo. Wnętrza mieściły do półtora tysiąca gości i musiały przynosić krociowe zyski.

Do atrakcji należała nie tylko muzyka - przez pierwszą dekadę Charlie Johnson's Paradise Orchestra - i rewie (sam parkiet był ponoć niewielki), ale i tańczący, a nawet jeżdżący na rolkach kelnerzy. Jednym z nich był - w roku 1943 - niejaki Malcolm Little, wówczas osiemnastolatek, który po latach zyskał sławę jako Malcolm X, radykalny trybun ludowy, ważna figura w amerykańskim ruchu równouprawnienia czarnych obywateli. Panowała prohibicja, ale goście mogli po kryjomu pić z własnych butelek lub zamawiać alkohol "spod lady" u kelnerów, oczywiście po wyśrubowanych cenach. Pozostałe kluby zamykały się około trzeciej-czwartej w nocy i wtedy klientela spływała do Smalls' Paradise, gdzie rano organizowano słynne "taneczne śniadania".

Klub Smallsa był ponoć inspiracją dla "Czarnej Wenus", fikcyjnego lokalu z kontrowersyjnej powieści "Nigger Heaven" (1926) Carla van Vechtena, pisarza i fotografa, który był jedną z istotniejszych (choć białych) postaci międzywojennego "renesansu harlemskiego"; trudno powiedzieć, czy to prawda, ale faktem jest, że tak odebrali książkę właściciel, pracownicy i bywalcy Smalls' Paradise, w wyniku czego van Vechtena więcej tam nie wpuszczano. Przeniósł się do Cotton Clubu, który z kolei zaczął bojkotować w roku 1936 za rasistowski program - być może próbował w ten sposób odzyskać prawo wstępu do "Raju"? Nie wiem i nie wiem też, czy mu się to udało.

Ale wróćmy do relacji "Tajnego". Skąd w tej opowieści w miejsce Edwina Smallsa pojawił się Jim Rawlins? Nie mam pojęcia. Teoretycznie można przyjąć, że odkupił klub, wiadomo bowiem, że "Smalls' Paradise" został sprzedany przez swojego założyciela. Zanim upadł po sześćdziesięciu jeden latach istnienia (był najdłużej działającym lokalem w historii Harlemu), przeszedł przez ręce kilku jeszcze przedsiębiorców. Jednak pierwsza sprzedaż miała miejsce w roku 1954, o czym powiadamiał nowy magazyn dla Afroamerykanów, "Jet". A Percy Harris w 1954 to z pewnością nie Jim Rawlins w 1934.


Jeszcze ciekawszy wydaje się Barney Googles, ów olbrzym z Georgii, masywny kryminalista, który dobierał się do białych pań. Otóż Barney Google, owszem, istniał, a nawet istnieje, bo postaci fikcyjne nie umierają - to jeden z bohaterów popularnego komiksu gazetowego Barney Google and Snuffy Smith, publikowanego najpierw w "Chicago Herald", potem w "Examinerze", a w końcu w dziewięciuset gazetach na całym świecie. Był niewielkim facecikiem z wytrzeszczem oczu, wąsikiem, trzykrotnie mniejszym od swojej monumentalnej żony. Był także, o czym warto wspomnieć, kompletnie biały. Istniał, owszem, w Harlemie klub "Barney Google's" i może stąd redaktorzy wzięli ten pseudonim? Trudno orzec. Dość, że cała opowiastka jest sklecona ze zmyśleń, a podpisany pod tekstem John Green wszystko to pewnie spisał przy kawiarnianym stoliku w Krakowie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), "Jet", 25 lutego 1954, Wikipedia, Encyclopedia of the Harlem Renaissance, keepingupwiththejones-markjones.blogspot.com

sobota, 3 stycznia 2015

Eiffel w wieży czyli za co skazano słynnego konstruktora?

Dziś, kiedy Gustave Eiffel znany jest głównie jako autor dość brzydkiej konstrukcji w centrum Paryża, trudno uwierzyć, że sto lat temu z okładem jego nazwisko było sławne z całkiem innych powodów. I że francuski sąd skazał go na grzywnę i więzienie.




Po pierwsze: Eiffel to właściwie Boenickhausen - jego rodzina na początku XVIII wieku przybyła do Paryża z miasteczka Marmagen i przyjęła nazwisko od tamtejszych gór Eifel. Mały Alexander Gustave urodził się w roku 1832 i w merostwie został zarejestrowany jako obywatel Boenickhausen; wprawdzie przez całe życie używał już nowego nazwiska (i drugiego imienia), ale urzędowo zmienił je dopiero w roku 1880.

Po drugie: Gustawek nie przepadał za szkołą, ale jego edukacją zajęli się dwa chemicy: rodzony wuj, pan Mollerat (który opatentował produkcję octu spirytusowego i miał dużą fabrykę pod Dijon; jego siostra, pani Eiffelowa, zajmowała się produkcją i dystrybucją węgla drzewnego) oraz przyjaciel rzeczonego wuja, pan Perret. To oni wpoili młodemu Eiffelowi zamiłowanie do nauk ścisłych, Poszedł do szkoły inżynieryjnej, Ecole Centrale des Arts et Manufactures, gdzie specjalizował się, oczywiście, w chemii - planował bowiem pracę w rodzinnych firmach. Ale rodzina miała inne zdanie w tej sprawie. Więc, właściwie nieco przypadkiem, został konstruktorem i architektem.

Po trzecie: Eiffel pamiętany jest dziś za sprawą wieży, wystawionej na Wystawę Światową w roku 1889 - zabawki bez większego znaczenia użytkowego, do której zresztą wcale nie był przekonany. Tymczasem był on niesłychanie płodnym twórcą architektury użytkowej: autorem kilkunastu mostów i wiaduktów (we Francji, Hiszpanii, Portugalii, Rumunii, Egipcie, Peru, Chile, Wenezueli, Puerto Rico, Wietnamie i licznych miejscowościach Austro-Węgier) oraz wielu dworców, kościołów, teatrów, gazowni rozsianych po kilku kontynentach, w tym stacji Nyugati w Budapeszcie, szkoły Lycee Carnot, poczty w Sajgonie, synagogi w Paryżu, katedry w Peru, latarni morskiej na estońskiej wysepce Ruhnu, obserwatorium astronomicznego w Nicei i, last but not least, konstrukcji Statuy Wolności:


Po czwarte wreszcie: kontrakt na budowę wieży podpisano w styczniu 1887, prace ukończono w marcu 1889. W tym samym czasie, w roku 1887, Gustave Eiffel rozpoczął współpracę ze słynnym twórcą Kanału Sueskiego, Ferdynandem de Lessepsem, który zamierzał zbudować drugi, równie istotny kanał: Panamski. Z powodu ukształtowania terenu zdecydowano, że nie będzie on przekopywany na poziomie morza, a statki będą go pokonywały dzięki systemowi ogromnych śluz, które zaprojektować miał właśnie Eiffel. I o tym będzie ta piosenka.




Eiffel był jedynie najętym konstruktorem i niewiele chyba zawinił (prócz tego, że swoim nazwiskiem w jakimś sensie żyrował finansową piramidę); skazano go jednak na wysoką grzywnę (20 tys. franków) i dwa lata więzienia. Apelacja przyniosła mu wolność i Eiffel do "wieży" ostatecznie nie trafił. Podobnie jak Lesseps, starzec ponad osiemdziesięcioletni, pod pozorem, że "od przestępstwa minęły już ponad trzy lata".

Budowa w latach 1881-89 kosztowała życie dwudziestu dwóch tysięcy ludzi, w dziewięciu dziesiątych czarnych robotników z Karaibów. Przepadły oszczędności około ośmiuset tysięcy Francuzów, w tym piętnastu tysięcy samotnych kobiet, na ogólną sumę miliarda ośmiuset tysięcy franków w złocie. Dziewięć emisji akcji przyniosło miliard dwieście tysięcy franków, a na kanał spożytkowano dziewięćset sześćdziesiąt tysięcy; reszta poszła na łapówki dla polityków. O korupcję oskarżono pięciuset dziesięciu parlametarzystów - udowodniono stu czterem spośród tej liczby, a także wielu urzędnikom najwyższego stopnia, w tym ministrom rządu. Doradca finansowy spółki, baron Reinach, popełnił samobójstwo - zajmował się dystrybowaniem łapówek wespół z Corneliusem Herzem, finansistą, politykiem i przedsiębiorcą. Obaj byli niemieckimi Żydami - obok nieco późniejszej afery Dreyfusa (który z kolei był kompletnie niewinny) afera panamska, przedstawiana jako spisek żydowskich spekulantów, stała się jednym z kamieni węgielnych XIX-wiecznego francuskiego antysemityzmu.

Sam Eiffel stracił wiele - zwłaszcza renomę. Usunął nawet nazwisko z nazwy własnej firmy (produkującej wielkie metalowe konstrukcje). Jako że przez lata tworzył dzieła, które miały być odporne na wiatr (jak rusztowanie Statuy Wolności), zainteresował się meteorologią i aerodynamiką i w roku 1909 stworzył pierwszy tunel aerodynamiczny w Paryżu, który potem służył pionierom awiacji, z braćmi Wright na czele. Zmarł w roku 1923, niecałe dwa tygodnie po swoich dziewięćdziesiątych urodzinach, słuchając Andante z V Symfonii Beethovena.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), Wikipedia

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Córka pastora na ławie oskarżonych - vol. II Henry Fonda

Proces szajki Millenów był ciekawy z jeszcze jednego powodu: dzięki zeznaniom, złożonym w lutym przez Fabera, ocalono życie dwóch Bogu ducha winnych ludzi, którzy już-już wybierali się na krzesło elektryczne. 



W październiku 1933 trzej rabusie weszli do kina Paramount w Lynn, zamknęli sterroryzowanych pracowników i zaczęli dobierać się do sejfu. Jako że szło im to niesporo, kazali kinowemu woźnemu zadzwonić do pana Breshahana, asystenta kierownika, i wezwać go do kina. Zanim jednak dotarł na miejsce, do pomieszczenia wbiegł kinowy plakaciarz; któryś z przestępców położył go trupem jednym, celnym strzałem w serce (wedle innego zeznania: ogłuszył go uderzeniem kolby pistoletu, a następnie zastrzelił). Kiedy pan Breshahan przybył z kluczami, Millenowie z Faberem opróżnili kasę i, zostawiając za sobą trupa, odjechali bezpiecznie w siną dal.

Było jednak wielu świadków - i to oni jako rabusiów wskazali dwóch taksówkarzy: Clementa Molwaya i jego kolegę, Louisa Berretta. Rozpoczął się proces iście kafkowski. Pięciu z ośmiu świadków rozpoznało w taksówkarzach morderców; oni z kolei nie mieli żadnego alibi, bo cały dzień pracowali, ale nie potrafili przedstawić na to żadnych świadectw. Jeden jedyny ekspert od balistyki stwierdził, że pocisk, którym zabito ofiarę, padł z broni, z której zabito również policjanta w Needham, a wówczas Berrett i Molway byli już w areszcie - jednak nie na wiele to się zdało, powszechnie przyjmowano, że oskarżeni trafią na krzesło elektryczne. 

W sobotę 24 lutego proces zakończono, a sędziowie przysięgli udali się na naradę (zamknięto ich w osobnym pomieszczeniu). Wprawdzie aresztowano właśnie szajkę Millenów, ale ani trzymani w celach aresztu taksówkarze, ani sędziowie przysięgli, którym nie wolno było korzystać z prasy, nie mieli pojęcia, o czym trąbią gazety. Ustalili werdykt - winni. W środę powrócili na salę sądową i tam dopiero zarówno oni, jak i oskarżeni dowiedzieli się, że sprawa upada, bo znaleziono prawdziwych sprawców.

Historia była bardzo dramatyczna i, rzeczywiście, nakręcono o niej dramat. To, co zaczęło się w kinie Paramount, zekranizowała inna wytwórnia: Columbia. W 1939 roku  na ekrany kin wszedł dramat "Let Us Live" z Henrym Fondą w roli jednego z taksówkarzy, Johna "Bricka" Tennata, i z Maureen  O'Sullivan w roli jego narzeczonej, tropiącej prawdziwych morderców. Wytwórnia planowała film o znacznie większym rozmachu, ale, postraszona przez prawników stanu Massachussets, zdecydowała się jednak na obcięcie funduszu na promocję i ograniczoną dystrybucję.

A co stało się z tytułową córką pastora? Wbrew temu, co twierdzi notka w "Tajnym" - niewiele. Dwa miesiące po procesie wypuszczono ją ze stanowego więzienia i słuch o niej zaginął. Została garstka zdjęć - w tym jedno zbliżenie twarzy i jedna, niewyraźna fotka, na której dziewiętnastolatka ćwiczy sobie na dziedzińcu więzienia:






Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), blog www.dedhamtales.com

niedziela, 28 grudnia 2014

Córka pastora na ławie oskarżonych - vol. I Sędziowie na plaży

Czasem mała notka w "Tajnym" prowadzi mnie do nader ciekawych historii. W kwietniu 1934 roku niewielkie Dedham w stanie Massachussets stało się widownią znanego procesu bandy rabusiów i morderców. Na ławie oskarżonych obok Abrahama Fabera i braci Murtona i Irvinga Millenów zasiadła żona Murtona: śliczna dziewiętnastolatka, córka pastora.



Podczas procesu trzech głównych oskarżonych siedziało w specjalnej metalowej klatce, (spotykanej w wielu salach sądowych aż do roku 1960, kiedy to zdemontowano je w wyniku zmiany prawa stanowego), w której siedem lat wcześniej sądzono (i skazano na karę śmierci) dwóch oskarżonych o zabójstwo anarchistów, Sacco i Vanzettiego (wyrok wykonano w sierpniu 1927 roku mimo ogólnoświatowych protestów i ewidentnego fałszowania dowodów przez prokuraturę; w pięćdziesiątą rocznicę tych wydarzeń zostali pośmiertnie zrehabilitowani przez gubernatora stanu). Podobno niektórzy gapie przebierali się w garnitury i wchodzili do gmachu sądu z aktówkami, udając prawników - byle tylko dostać się na salę rozpraw.


Szajka rozpoczęła morderczo-rabunkową działalność jesienią; wszyscy oskarżeni byli dwudziestoparolatkami, a ich napady na banki i przedsiębiorstwa przypominały to, co znamy z filmów o gangsterach: kule karabinów maszynowych przeszywające seriami stróżów prawa, samochodowe pościgi, i tak dalej. W czasie napadu na Needham Trust Company zastrzelili dwóch policjantów: Forbesa McLeoda, który przybiegł do banku, wezwany przez alarm, oraz Franka Haddocka, który rozmawiał ze strażakami kilka mil od miejsca przestępstwa. 

Millenowie porzucili i spalili swój samochód, ale policja dotarła do nich po numerze na zapasowym akumulatorze; wprawdzie bracia wraz z Normą uciekli do Nowego Jorku, ale udało się zatrzymać Fabera. Murton i Irving zostali pojmani w holu nowojorskiego hotelu w trakcie iście filmowej strzelaniny. W dniu ich przyjazdu (słynnym pociągiem Yankee Clipper) na stacji w Readville zgromadziło się kilka tysięcy ludzi:


Sędziowie przysięgli na czas procesu zamieszkali w budynku sądu; spali na pryczach w nieużywanej sali, a prysznice zamontowano im w piwnicy. Postanowiono im jednak umilać czas: trzykrotnie byli na meczach baseballowych największych bostońskich drużyn, wiele razy pojechali na różne wycieczki: do Martha's Vineyard, szlakiem Mohawków, do etnograficzno-archeologicznego Peabody Museum, na kręgle, wreszcie na plażę Nauset, z której zachowało się parę zdjęć z szacownymi przysięgłymi w niezbyt szacownych pozach:



Przewodniczącego jury czekała jeszcze specjalna atrakcja: pozwolono mu się wyrwać z dwumiesięcznego skoszarowania i w asyście policyjnej pojechał do szpitala żeby zobaczyć swoją nowonarodzoną córeczkę.

*

Wszyscy trzej oskarżeni usiłowali się ratować na różne sposoby - kilkakrotnie próbowali ucieczki z więzienia, a na sali sądowej próbowali się wykpić niepoczytalnością. Na próżno. Po miesięcznym procesie uznano ich winnymi zbrodni i skazano na śmierć. Zginęli wszyscy na krześle elektrycznym w więzieniu w Charleston 7 czerwca 1934. Nawet po ich zgonie zainteresowanie zbrodnią nie osłabło, a rodziny na pogrzebie musiały się opędzać od gapiów. 

Pozostała jeszcze Norma - kobieta, w dodatku młodziutka, córka pastora. Również na jej proces - wyłączony z głównego - publiczność waliła drzwiami i oknami. W prasie publikowano artykuły o tym, że nadobność niewieścia nie wpływa już na sędziowskie wyroki (do lat 50-tych w Massachussets sędzią przysięgłym nie mogła zostać kobieta) i w całych Stanach jest już kilka spraw, w których kobieta ma szansę trafić na krzesło elektryczne. Nie była to aż taka nowość (Martha Place, pierwsza stracona na krześle, oddała ducha w 1899 roku w Sing Sing), ale nadal wzbudzała wielkie emocje.


Przyjęła linię obrony jak Roxie Hart w "Chicago" (jej pierwowzór, Beulah Annan, sądzono raptem dziesięć lat wcześniej, w 1924 roku). Miała być niewinnym dziewczątkiem, które trzymało się z dala od picia i palenia, pierwszy raz w życiu poszło na tańce i poznało Murtona, a następnie poślubiło go, porzucając dom rodzinny. Jąkała się, omdlewała, wąchała sole trzeźwiące, oczy miała czerwone od łkania. Kategorycznie twierdziła, że nie tylko nie pomagała w spaleniu samochodu, ale i nie wiedziała o morderstwach w Needham, bowiem - wbrew zeznaniom innego świadka - nie była obecna w trakcie rozmowy, w której Murton przyznawał się do zbrodni.


Jaka była decyzja sądu? O tym w części drugiej i ostatniej.

Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), blog www.dedhamtales.com, The Pittsburgh Press 51 No. 3, June 25, 1934

czwartek, 25 grudnia 2014

Miasta cieni cz. XIII

Kiedy niedawno wkleiłem poprzednią porcję mugshots z przedwojennego albumu polskiej policji, pojawiły się głosy, że na jednym ze zdjęć jest przodek Hugh Granta. Tym razem mam raczej wrażenie, że jeden z zatrzymanych to przodek Marcina Dorocińskiego.












Za: album.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Miasta cieni cz. XII

Właśnie minęły Mikołajki i z tej okazji prezent dla P. T. Publiczności, zwłaszcza zaś dla pewnej Buki, która specjalnie przepada za fotografiami z policyjnego albumu - czyli kolejny odcinek "Miasta cieni". Przed Państwem autentyczni polscy przestępcy (i przestępczynie!) z przełomu lat 20-tych i 30-tych!











Co rzadkie, udało mi się chyba zidentyfikować kolejnego przestępcę. Kędzierzawego młodziana o kanciastej twarzy, widocznego na ostatnim zdjęciu, opisano jako "Urszyca". Został on - sądząc po datach sąsiednich zdjęć - sfotografowany w 1931 roku, i to by się zgadzało. Nazwisko jest zresztą rzadkie (dziś nosi je w Polsce jedynie 16 osób).

Otóż latem 1933 roku sądzono niejakiego Michała Urszyca, herszta bandy kasiarzy, oskarżonego o włamanie do kasy Stefczyka i do urzędu parafialnego we wsi Krzęcin w roku 1931. Musiał być już wcześniej obfotografowany, skoro policjant rozpoznał go na zdjęciu i próbował ująć już w parę dni po popełnieniu tych przestępstw. Urszycowi - w przeciwieństwie do jego kompana, Dyląga - udało się jednak wymknąć i trafił do aresztu dopiero w połowie 1932 roku. Podczas  gdy czekał na proces, koledzy z bandy zgromadzili potrzebne wyposażenie i próbowali go odbić, ale wpadli na dworcu w Bielsku.

Ostatecznie proces w 1933 roku obejmował czterech członków bandy: zatrzymanego najpierw Dyląga, później - Urszyca i wreszcie dwóch ratowników, Weizenbauma i Nawrota, ale dwóch pierwszych nie dostarczono do sądu i wyłączono ich z procesu. W gazetach ("Ekspressie Ilustrowanym", "Ekspressie Wieczornym Ilustrowanym" i w "Głosie Narodu") sprawę opisano dość obszernie, niestety jednak nie znalazłem niczego o ostatecznym procesie Urszyca i Dyląga. Ale wiemy przynajmniej, jak wyglądał.






Za: album, "Express Ilustrowany", z 26 lipca 1933, rok XI nr 205, "Express Wieczorny Ilustrowany", z 26 listopada 1932, rok X nr 330, "Głos Narodu" z 25 lipca 1933 nr 197 rok XL.