środa, 23 grudnia 2015

Miasta cieni cz. XVI Glansowany bucik, czyli jak ładnie zaprezentować trupa?

Moja fascynacja "Tajnym Detektywem" zaczęła się od albumu policyjnego - wierzyłem, że w kolejnych numerach tygodnika odnajdę może reprodukcje zdjęć operacyjnych i ustalę historię, która się za nimi kryje. Niestety, zdarzyło się to w kilku zaledwie przypadkach - w tym w przypadku fotografii, którą uważam za jedną z najbardziej niepokojących w całym albumie.

Policjanci, którzy natrafiali na niezidentyfikowane zwłoki, mieli podówczas zwyczaj aranżowania ich tak, by możliwie najbardziej przypominały żywego człowieka. Trudno temu się dziwić - techniki identyfikacji śladów były znacznie uboższe niż dziś, nikt nie zrobiłby badań DNA, bo i jak. Stąd podstawową metodą było okazanie zdjęć osobom, które mogły znać denata. A albuie trafił się nawet przykład podwójnej fotografii: jedna pokazuje zwłoki tak, jak je zapewne odnaleziono, druga - "ożywione": 


Na jednym ze zdjęć kobiecie (?) podparto powieki zapałkami, więc wpatruje się w widza zamglonym wzrokiem:





Często zwłoki ustawiano do pionu - czy to opierano o słup, czy podpierano żerdkami, czy wreszcie wplatano w drabinę (!). Czasem wystarczał rigor mortis:




Wszystkie te zdjęcia, przez swoją ambiwalencję żywe/nieżywe oraz poczucie jakiejś niestosowności, ba, profanacji (zwłaszcza w przypadku drabiny!), robiły na mnie od początku ogromne wrażenie. Należało do nich i to, na którym za zwłokami, opartymi o jakąś szeroką deskę, może drzwi, może blat stołu roboczego, widać ukrytego policjanta, a właściwie - czarną plamę spodni i jasny blik na starannie wyglansowanym nosku buta:



Charakterystyczny zadarty nos mężczyzny zapadł mi w pamięci i  niedawno odkryłem go na jednym ze zdjęć w "Tajnym Detektywie". Okazał się niezidentyfikowaną ofiarą morderstwa, popełnionego nad Notecią w Kowalewku (obok podobizna ściganego przez policję krakowskiego włamywacza Kmiecika):


O zbrodni informował również miejscowy "Kurjer Bydgoski", publikując także fragment tej samej fotografii:



Aresztowani Niemcy chyba nie okazali się być winnymi, skoro jeszcze w sierpniu "Dzień Bydgoski donosił, że mordercy są nadal poszukiwani i że być może zarówno oni, jak i ofiara, byli komiwojażerami. Wówczas jednak nadal nie podano, jak naprawdę nazywała się ofiara. Być może zresztą nigdy się tego nie dowiedziano.




Za: "Tajny Detektyw" nr 26, rok III, 25 VI 1933, "Kurjer Bydgoski" 23 VI 1933, "Dzień Bydgoski" 1 VIII 1933

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Witalis o krwawych rękach

W Polsce międzywojennej zamieszkało wielu "białych Rosjan", którzy nie mogli się odnaleźć w Rosji bolszewickiej, albo którym powrót do kraju groziłby śmiercią. Należała do nich rodzina Morozowów, bohaterowie tajemniczej tragedii na ul. Kawęczyńskiej w Warszawie.


W tej całej historii, nad wyraz zresztą dramatycznej, moją uwagę zwróciły dwie rzeczy. Po pierwsze wydaje się, że Witalis zbytnio nie zaznał życia - w wieku lat 35 mieszkał nadal z mamą i bratem, chodził do szkoły, wyższej wprawdzie, ale jednak - jeśli dobrze liczę - starszy o dekadę od reszty studentów. Rzucenie się do stóp urodziwej sąsiadki, atak na matkę, wreszcie zgłoszenie się do sowieckiego poselstwa sprawiają wrażenie, jakby w przeciągu jednego dnia chciał przeżyć wszystkie aspekty życia: w parę godzin miga tu miłość, śmierć i polityka.

Po drugie myślę sobie o białych Rosjanach. Mój pradziadek, Walerian Karnauchow, przyjechał do Polski ok. 1924 roku z miłości do mojej prababci. Oboje mieli po czterdziestce, kiedy w czasie I wojny rozkwitł ich płomienny, podwójnie pozamałżeński romans. Ona uciekła z rewolucyjnej Rosji w ciąży, by urodzić moją babcię w majątku rodziców pod Kielcami (w 1919), on zdołał się przebić dopiero pięć lat po narodzinach córki. Podejrzewali oboje, że po tylu latach carskiego okrucieństwa dziecko z rosyjskim nazwiskiem będzie prześladowane, więc moja babcia nosiła nazwisko pierwszego męża matki, który był oficjalnie jej ojcem. Jak się później okazało, było to zupełnie niepotrzebne - chodziła do szkoły z kilkoma córkami białych Rosjan, których wcale z tego powodu nie krzywdzono. Historia Witalisa to jednak przypadek szczególny - o ile mój dziadek nie miał wcześniej z Polską nic wspólnego, przyjechał tu już po odzyskaniu niepodległości, a z zawodu był adwokatem, o tyle stary Morozow był carskim sędzią śledczym, który działał w Warszawie (kto choćby pobieżnie zna historię walki caratu z Polakami, od razu złapie różnicę). Rozumiem, oczywiście, decyzję wdowy, która uciekła z dziećmi do miasta, które dobrze znała (może nawet do swojego miasta rodzinnego?), ale jednak synowie śledczego chroniący się przed bolszewikami w kraju niedawno okupowanym to ładne świadectwo polskiego stosunku do tych, którzy przegrali wojnę. 

Biednego robotniczego domku przy Kawęczyńskiej 8 już nie ma, po numerze 4a (ładny dom pomocy sióstr albertynek z początku lat 80.) następuje numer 12, gmach - czy może, sądząc po nietypowym kształcie, kawałek przedwojennego gmachu, w którym mieści się gimnazjum. Pomiędzy nimi rozciąga się dziura ze szczytową ścianą wielkiego bloczyska.

A Witalis Morozow? W toku procesu okazał się faktycznie szalony. I, jak podaje "Goniec Częstochowski", osadzono go w Tworkach, gdzie niegdyś leczył się jego ojciec, śledczy carskiej policji w mieście gubernialnym Warszawie.



Za: "Tajny Detektyw" nr 18, rok II, 1 V 1932 oraz "Goniec Częstochowski", nr 138/1932, 18 czerwca 1932


niedziela, 6 grudnia 2015

Fatalne skutki deszczu dla pożycia czyli mord na fotografie Silberze vol. II

Sprawca mordu na Silberze nie był szczególnie trudny do złapania, sam się zgłosił do prokuratora. Sprawa była dość jasna. Ale czają się w niej dwie niezwykłe zagadki, o których wspomniał jednak nie "Tajny Detektyw", tylko inne czasopisma.



Tyle "Tajny" - tymczasem "Republika" podaje zastanawiającą notkę:


A zatem w tytule sensacyjna wiadomość, że podczas rozprawy zmarł sędzia, natomiast poniżej... jedynie streszczenie sprawy. Pomyłka zecera? Czy może to jeden z tych nagłówków, które miały przyciągnąć czytelnika, a okazywały się humbugiem? Najciekawszy jednak kawałek zostawiam na koniec (niestety, nie odnotowałem zawczasu tytułu gazety, a teraz nie mogę ponownie wygooglować tej notki). Otóż: winny jest nie afekt Cyli Silberowej do Arona Zimmermana, ale... skradziony szafir prezydenta republiki argentyńskiej!


Nie trzeba dodawać, że Argentyna nie jest tu przypadkowa: był to od XIX wieku główny punkt docelowy handlu żywym towarem z terenów Polski, więc sutener Gotterort z żoną przebywali tam nieprzypadkowo, można też spodziewać się, że pani Gotterortowa otrzymała cenny platynowy pierścień, że tak powiem, za wykonaną usługę...


Za: "Tajny Detektyw" nr 50, rok 4, 9 XI 1934, "Ilustrowana Republika", 24 marca 1935

sobota, 5 grudnia 2015

Fatalne skutki deszczu dla pożycia czyli mord na fotografie Silberze vol. I

Stanisławów, dziś Iwanofrankiwsk, słynął w międzywojniu ze swojego półświatka - "Tajny Detektyw" w 1934 roku opublikował całą serię reportaży na ten temat. A parę miesięcy później doniósł o zamordowaniu ulicznego fotografa, Dawida Silbera.



Silber spogląda na nas bystrym wzrokiem z tylnej okładki pisma. Jak się zdaje, był całkiem porządnym facetem: młodsza żona zdradzała go ze znanym rzezimieszkiem Zimmermanem, ale solidny Silber zajmował się ciężką pracą na ulicach Stanisławowa, pstrykając ludziom fotki - zarabiając na utrzymanie żony, dzieci i samego siebie, nie miał czasu na zazdrość. Do czasu jednak. Kto zawinił? Deszcz. 



A zatem deszcz jako sprężyna zbrodni. Listopadowy, posępny deszcz w krainie, o której francuska encyklopedia pisała (cytuję za Miłoszem): "Polska to kraj błotnisty, w którym żyją Żydzi". 

Na razie mamy tylko garść faktów i zeznania Cyli. Dlaczego Silber zginął? Czy rzeczywiście chodziło tylko o miłosny trójkąt? Czy może Zimmerman miał inne powody do popełnienia zbrodni? O tym w następnym odcinku posępnej, błotnistej historii z listopadowego Stanisławowa.

Za: "Tajny Detektyw" nr 49, rok IV, 2 XII 1934

Biedakuzynka Marleny Dietrich, czyli wyrok na tancerkę Teodozję

 "Tajny Detektyw" pisał niekiedy o szpiegach, ale z zasady - w przeciwieństwie do innych gazet epoki - nie podawał, dla kogo pracowali, czasem tylko informował, że "na rzecz państwa ościennego" albo "obcego, wrogiego mocarstwa". W sprawach o szpiegostwo zapadały nierzadko wyroki śmierci - tak było i w tym przypadku.


Na zdjęciu z Narodowego Archiwum Cyfrowego tancerka Teodozja Majewska idzie na rozprawę, poprzedzając Andrzeja Śliwniaka, patrzącego w obiektyw, oraz Izraela Berkowskiego, który - jako człowiek starej daty - wstydliwie zasłania twarz kołnierzem płaszcza. Nie znalazłem bliższych wiadomości na temat dwóch panów, natomiast o pani, która trafiła na tylną okładkę "Tajnego Detektywa" - i owszem.


Teodozja, jako atrakcyjna (przynajmiej dla ówczesnych czytelników) kobieta, wyraźnie góruje nad dwoma panami. Cóż, w jakimś sensie wygrała, bo ich stracono (choć notka w środku prostuje, że tylko jeden z nich został powieszony, drugiego na jego prośbę rozstrzelano), a ona dostała dożywocie - bo to takie biedne dziewczę, prosto z dansingu w "Adrii", omotane, w dodatku głupawe:


Tymczasem Majewska wcale nie była taką naiwniaczką. A najgłupszy był rotmistrz Borakowski. 

Borakowski, bohaterski ułan, dwukrotnie ranny w wojnie 1920 roku, trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, a przy tym rozrywkowy facet, pracował w wywiadzie, gdzie rozpracowywał szpiegów radzieckich. Jan Bąkowski, były peowiak, poznał go na dansingu i zaczął płacić jego rachunki, potem podsunął mu Majewską. We trójkę wybrali się do Sopotu, gdzie przepuścili większą sumę - kiedy zabrakło pieniędzy, Bąkowski zaproponował wycieczkę do Gdańska, gdzie rezydował szpieg Ładowski (szpiegostwo w Wolnym Mieście nie było ścigane), rzekomo finansista. A oprócz tego, o czym rotmistrz nie wiedział, kochanek Teodozji. 

Ładowski pożyczył rotmistrzowi pieniądze, a przy okazji objawił mu się jako członek Stowarzyszenia Walki z Bolszewizmem i poprosił go o podanie różnych wiadomości - ten, po pewnym wahaniu, udzielił "wyłącznie ogólnych informacji". Nieco później w Warszawie Bąkowski go przycisnął - zażądał uregulowania długów za pijatyki, po czym zaproponował, że wystarczy akces do siatki szpiegowskiej. Dzięki temu prosto z biurka rotmistrza przefotografowane dokumenty polskiego wywiadu trafiały do Bąkowskiego i dalej do Moskwy.

Prośbę rotmistrza o rozstrzelanie zamiast powieszenia należy, jak sądzę, rozumieć w kategoriach etosu oficerskiego, choć trudno mówić o etosie u kogoś, kto sprzedał kraj za pieniądze na rozbijanie się po dansingach (nawet jeśli sprawdzał się jako oficer na froncie). 

A co stało się później z Teodozją? Siedziała, więc zapewne niewiele. Jednak dwa lata później w notce o Gorgonowej "Goniec Częstochowski" informuje również o damie z "Adrii":



Tak oto tancerka, wzorująca się na Marlenie Dietrich (która w filmie "Zniesławiona" (1931) zagrała prostytutkę, zakochującą się w sowieckim szpiegu - w odróżnieniu od Majewskiej rozstrzelaną), trafiła do działu wyrobu koców. Dalszych jej losów nie znam.


Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, "Goniec Częstochowski", nr 61 rok XXX, 14 marca 1935, A. Gass, "Zarażeni czerwonką" ("Focus", 7 marca 2009)

poniedziałek, 23 listopada 2015

Prawo serji nad młodemi córami Terpsychory

Jeszcze w numerze 19. z 1932 "Tajny Detektyw" podsumowywał proces Drożyńskiego, a już w 21. donosił o kolejnej podobnej zbrodni z zazdrości - zastrzeleniu tancerki Przydworskiej z łódzkiego kabaretu "Louvre". Przydworska pośmiertnie trafiła na okładkę, nietypowo, bo w trumnie




Szacowny "Louvre" działał od wielu lat w kamienicy "Pod Gutenbergiem" przy Piotrkowskiej 86 - niedawno z rozmachem odremontowanej, aczkolwiek widać doskonale, że wspaniałe kute ogrodzenie w przyziemiu nie zostało zrekonstruowane w oryginalnej formie, a szkoda. Ponad salą restauracyjną, na piętrze, mieściła się sala główna z siedmioma "gabinetami", wyposażonymi w osobne telefony - i podejrzewam, że to tam działał kabaret i występowała Drożyńska.


Mniej szczęścia miała kamienica przy Sienkiewicza, gdzie doszło do zabójstwa i próby samobójczej - ocalała wprawdzie, ale pozbawiona pięknych balkonów i ze zdewastowanym zupełnie parterem, który straszy obrzydliwymi szyldami i bylejakością:


Pomimo narzucających się podobieństw do tragedii Igi Korczyńskiej, pomimo "prawa serji", pomimo zabójstwa z zazdrości, łódzka historia nie stała się aż tak popularna. Być może zadziałało znużenie publiczności, być może wzięto Kowalskiego za imitatora, kopypaściarza z rewolwerem, trudno orzec.

Widać zresztą spore różnice między tymi dwiema sprawami - Kowalski nie wyciągał od Przydworskiej pieniędzy, tylko miotał się w poczuciu, że "a nuż jakoś to będzie"; Drożyński żył z wyzyskiwania kobiety, Kowalski ciężko pracował jako majster (i ze wstydu podawał się za inżyniera); Drożyński ranił się niegroźnie, Kowalski trafił do szpitala w stanie "prawie beznadziejnym", i tak dalej. 

Okazało się, że stan jednak beznadziejny nie był, zabójcę bowiem odratowano i postawiono przed sądem. Został skazany na trzy lata więzienia za zbrodnię w afekcie, o czym doniosły "Nowiny Codzienne":



Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, "Nowiny Codzienne" nr 223, rok I, 30 XI 1932

niedziela, 22 listopada 2015

Krew w "Ananasie" czyli dziewczyna pracująca, vol. III

O procesie Drożyńskiego informowało nie tylko dwuodcinkowe wspomnienie Lińskiego i stosowny reportaż z sądu, ale i tylna okładka z wizerunkiem zabójcy Igi Korczyńskiej, wyprowadzanym z sali rozpraw:


Sprawa była tak znana, że aż sześciu adwokatów postanowiło wziąć w niej udział bez honorarium - z czego aż czterech po stronie Drożyńskiego, a dwóch wspierało matkę ofiary. Z pewnością nie działali pro publico bono, bo nie chodziło tu przecież o ochronę podstawowych wolności obywatelskich czy czegoś w tym rodzaju - raczej nakręcali swoją popularność, oczekując przypływu klientów.

Reportaż z sali sądowej zaczyna się od przypomnienia sprawy "znanej artystki Wiśniewskiej", choć oczywiście dziennikarz (lub zecer) nie miał pojęcia, o czym pisał (lub co składał) - bo dramat sprzed lat dotyczył nie Wiśniewskiej, tylko Wisnowskiej, wówczas faktycznie sławnej, ale w latach 30-tych już nieco zapomnianej. Skandal sprzed czterech dekad miał wrócić pod koniec grudnia tego roku, kiedy w jednym z warszawskich przytułków zmarł jej morderca, Barteniew. Wróćmy jednak do Igi z teatrzyku "Ananas":






(na marginesie - i o marginalnym zdjęciu - maleńka uwaga: pan w lewym górnym rogu to może i ojciec Igi Korczyńskiej, ale z pewnością nie na rozprawie, bowiem od kilku ładnych lat już nie żył, co zresztą, jak pamiętamy, było przyczyną, dla której dziewczyna wybrała lukratywny taniec w lokalach zamiast kariery baletowej)

Drożyński należał, jak się zdaje, do zdolnych i bezwzględnych manipulatorów - wprawdzie w czasie procesu nie potwierdziła się plotka, że był żigolakiem-szantażystą, ale żył z kobiet, a Iga nie była pierwsza. Nic dziwnego, że starał się manipulować również emocjami sędziów i publiczności sądowej - jak się zdaje, dość udatnie, choć sympatia sali nie była po jego  stronie.

Stąd może ta ambiwalencja w opisie: wymowny, błyskotliwy sprawiał równocześnie wrażenie "mniej bystrego niż na fotografii"; elegancki i wymuskany, ale o twarzy ziemistej, zniszczonej (hulankami, oczywiście!); tkliwy na punkcie swoich uczuć, a równocześnie przesadny i teatralny. Odbijało się to, rzecz jasna, w ocenach sądu, publiczności i dziennikarzy. Szczegółowo opisuje to kolejny materiał, opublikowany jako podsumowanie wyroku w tydzień później:





Jest na swój sposób ciekawe, że po śmierci lubianej i popularnej Korczyńskiej uwaga była skupiona na niej - utraconej piękności i cud-dziewczynie. Drożyński musiał mieć naprawdę nieprzeciętne zdolności manipulatorskie, skoro udało mu się przenieść całe zainteresowanie sądu i reportera na swoje emocje, przekierować światło reflektora na siebie - widzimy stopniowo, jak z damskiego boksera i bezwzględnego wyzyskiwacza pracującej dziewczyny staje się fascynującą osobowością, którą wszyscy chcą zgłębiać. Może nie człowiekiem szlachetnym, ale na tyle zajmującym, że nie sposób już traktować go jako bezwzględnego drania.

W tym samym czasie - o czym niebawem - ginie inna tancerka, zabita przez zazdrosnego kochanka, Przydworska. Zainteresowanie społeczeństwa jest bez porówniania mniejsze. Tymczasem Drożyński okazuje się tak fascynujący, że za jakiś czas dziennikarze "Tajnego Detektywa" przeprowadzą z nim w więzieniu obszerny wywiad.

Apelacja przyniosła mu zmniejszenie kary do lat sześciu. Wyszedł na wolność jeszcze przed wojną i został kasjerem w jednym z warszawskich teatrów (co słabo świadczy o solidarności środowiska aktorskiego). Nie wiem, jakie były jego dalsze losy - prócz tego, rzecz jasna, że po latach pojawiał się jako złowroga postać w radiowej "Rodzinie Poszepszyńskich". Wprawdzie z błędem, jako Dorożyński, nie Drożyński, ale ostatecznie to też jakaś tradycja, skoro zecer "Tajnego Detektywa" podpisał go kiedyś jako Dachariasza Zrożyńskiego... 



Za: "Tajny Detektyw" nr 18 i 19, rok II, 1 i 8 V 1932


poniedziałek, 16 listopada 2015

Krew w "Ananasie" czyli dziewczyna pracująca, vol. II

Drożyński zastrzelił Igę Korczyńską w sierpniu 1931 roku - proces rozpoczął się w kwietniu roku następnego i "Tajny Detektyw" postanowił poprzedzić go materiałem przypominającym tragedię sprzed trzech kwartałów. Na tylną okładkę trafiła efektowna fotografia tancerki, a na rozkładówkę - obszerny materiał o strzałach w teatrzyku "Ananas".









Jakoś ujęło mnie to, że "konstruktywizm", modne słówko epoki, przeniknął również do tańca, i to w lokalach może znanych, ale niekoniecznie stojących na wysokim poziomie artystycznym. To jednak margines sprawy - ciekawszym wydaje się opis stosunków panujących za kulisami, rozmowa z Diagilewem opowiedziana przez naocznego świadka, czy kwestia cenzury - to, że zdejmowano całe przedstawienie, bo ktoś z aktorów ucharakteryzował się na piastującego wysokie stanowiska brata Piłsudskiego.

Autorem wspomnienia był "znany warszawski krytyk teatralny Henryk Liński"; był też, jak się zdaje, koneserem urody damskiej, sądząc z nieco lowelasowskiego opisu cielesnych wdzięków Jadzi Wielgusówny.  W Narodowym Archiwum Cyfrowym natrafiłem na zdjęcie Lińskiego, dziennikarza IKaCa, a gdzie indziej - na informację, że Henryk Liński naprawdę zmienił nazwisko z Lichtensztajn i że był, pod pseudonimem Haliński, autorem rozmaitych przebojów. Henryk Liński (Lichtenberg, Lichtenstein) figuruje również, jako zaginiony w 1939, na internetowej Białoruskiej Liście Katyńskiej. Czy to jedna i ta sama osoba, czy zupełnie różne - pojęcia nie mam, Liński mi się całkowicie wymyka. Ale antysemickie „Prosto z mostu” w notce „Jaracz do Lińskiego” kpi: P. Henryk Liński (Lichtensztajn) jest jak wiadomo niezwykle wszechstronny. Będąc autorem ociekających krwią, straszliwych powieścideł brukowych w „Ostatnich Wiadomościach” – równocześnie specjalizuje się w sprawozdaniach z przyjęć dyplomatycznych. Jest także recenzentem z baletu i specem teatralnym. No, a przy tym wszystkim - stałym współpracownikiem naczelnego organu rządowego, "Gazety Polskiej". Nawet jeśli na internetową listę katyńską wpisano go nieco awansem, jako zaginionego, to możemy przyjąć, że recenzent teatralny, autor wspomnień i notujący pan ze zdjęcia są tożsami:


Pozostaje jednak kwestia zasadnicza: czy można Lińskiemu wierzyć? Że znał Korczyńską, że z nią niejednokrotnie rozmawiał, itd. - zapewne tak, choć niekoniecznie, że obdarzała go swoimi najpromienniejszymi uśmiechami. Natomiast rozmowę z Diagilewem nadto chyba udramatyzował - węszę tu szerokie naddatki wyobraźni. Wiemy bowiem skądinąd, że zastrzelona Korczyńska padła na deski bez słowa, więc niczego o mamusi nie zdołała wyszeptać.

Pod koniec kwietnia 1932 roku, blisko dziewięć miesięcy od strzałów w "Ananasie", rozpoczynał się proces Drożyńskiego. "Kurier Warszawski" wyjaśniał, czym ta sprawa różni się od innych: Sprawa o zabójstwo tancerki posiada znamiona, które powodują, że staje się ona sensacją dla szerokich rzesz publiczności. Ofiara jest artystką. Zbrodnia miała miejsce za kulisami. To ludzi pociąga i sprawia, że publiczność zdaje się niejednokrotnie zapominać, gdzie jest, myśląc, że ma przed oczyma fragment z kryminalnego romansu kinematograficznego. W pewnym nawet momencie procesu przewodniczący musiał upominać publiczność, która zachowywała się nie tak, jak w sądzie zachowywać się należy". O tym jednak w następnym odcinku.



PS: I jeszcze tajnodetektywowy apdejt. 21go listopada wielka premiera płyty "Tajny" i książki "Nowy Tajny Detektyw" w Narodowym Instytucie Audiowizualnym na Wałbrzyskiej 5 w Warszawie. Oprócz tego udało mi się kupić pełen rocznik 1933, dzięki czemu mam teraz już 196 numerów z ogólnej liczby około 210-215. Przygotujcie się na kolejne arcyciekawe historie! :)

Za: "Tajny Detektyw" nr 17 i 18, rok II, 24 IV i 1 V 1932 oraz "Kurier Warszawski" nr 117/1932


niedziela, 8 listopada 2015

Krew w "Ananasie" czyli dziewczyna pracująca, vol. I

Teatrzyk "Ananas" był jednym z niezliczonych lokali rozrywkowych przedwojennej Warszawy - i zniknąłby z pamięci zbiorowej jak niemal wszystkie, prócz Ziemiańskiej, Adrii czy Qui Pro Quo, gdyby nie tragiczna śmierć jednej z najbardziej popularnych tancerek stolicy.


"Ananas" działał w Hotelu Metropol na rogu Marszałkowskiej i Złotej w Warszawie - tam, gdzie dziś narożnik Domów Towarowych Centrum. Jerzy S. Majewski pisze, że mieścił się w budynku mocno już zużytym i jak na skalę zabudowy Marszałkowskiej śmiesznie niskim, bo jednopiętrowym. Kamienica o prostej architekturze ożywionej jedynie środkowym pseudoryzalitem z trójkątnym szczytem była reliktem czasów, gdy w pierwszej połowie XIX w. Marszałkowska należała do ulic peryferyjnych. Budynek powstał w latach 1830-32 u zbiegu ze Złotą w miejscu starego dworku. Wzniósł go bankier Aleksander Wertheim z myślą o ulokowaniu tu fabryki tapet. [...] W końcu u schyłku XIX w. dom przebudowano. Parter zajęły sklepy, piętro zaś hotel Metropol wymieniany wśród trzeciorzędnych. Pojawiał się na łamach prasy przy okazji takich sensacji kryminalnych jak np. samobójstwo "romantycznych kochanków" w styczniu 1911 r. Istotnie, "Metropol" już wkrótce miał zniknąć z powierzchni ziemi i zrobić miejsce dla przedłużenia modernistycznego budynku Assicurazioni Generali Trieste na Złotej - inwestycję planowano na rok 1940 i z oczywistych przyczyn do niej nie doszło. "Metropol" przepadł w czasie wojny a gmach Assicurazioni wprawdzie ją przetrwał i istnieje po dziś dzień, jednak nigdy nie zyskał jakże efektownego skrzydła od Marszałkowskiej:


Wróćmy jednak do naszej bohaterki, której losy dobrze podsumowują jedną ze ścieżek kariery, dostępnych wówczas kobietom. Jadwiga Wielgusówna, bo tak się nazywała, miała wybitny talent taneczny i była obiecującą uczennicą szkoły baletowej. Ale młode baletnice od dawna były, wzorem Paryża, zbiorowiskiem "kąsków do schrupania", grupą ładnych, zgrabnych panienek, z których pan z towarzystwa stosunkowo niewielkim kosztem mógł sobie zrobić utrzymankę - była to niechlubna tradycja, sięgająca co najmniej XVIII wieku i w Warszawie miała się nieźle. Z Jadwigą - Igą - było tym łatwiej, że, osierocona przez ojca jako nastolatka, zaczęła utrzymywać swoim tańcem matkę i chorą siostrę. Nic dziwnego, że zgodziła się nie tylko porzucić balet na rzecz kilkakrotnie lepiej płatnych występów kabaretowych, ale i poszukała oparcia w "opiekunie". Niestety, został nim student prawa, Zachariasz Drożyński, który okazał się jej największym wrogiem: najpierw zabronił jej dołączyć do jednego z najsłynniejszych zespołów baletowych świata, czyli "Baletów Rosyjskich" Diagilewa, potem żerował na jej pieniądzach i urządzał sceny zazdrości, wreszcie - zastrzelił.
Tragiczny koniec Igi Korczyńskiej wstrząsnął miastem - była znana ze swojej południowej urody i tanecznego temperamentu, ale przede wszystkim cieszyła się dużą sympatią publiczności. Sugestia "Tajnego Detektywa", że Zachariasz Drożyński był żigolakiem-szantażystą ewidentnie idzie w sukurs opinii warszawiaków, którzy znienawidzili mordercę. Jego proces był jedną z causes celebres epoki i wzbudził ogromne zainteresowanie prasy - ale o tym w następnym odcinku.


Za: "Tajny Detektyw" nr 31, rok I, 16 VIII 1931 oraz tekst Jerzego S. Majewskiego "Tutaj zastrzelono znaną tancerkę"