czwartek, 15 sierpnia 2013

16 ciosów sztyletem, czyli co by Freud powiedział?

Odratowany przez policję żonobójca i niedoszły samobójca, Aleksander Kahanek, kupiec lwowski, w trakcie przesłuchań  rozwinął bogatą w szczegóły opowieść, typową dla ludzi cierpiących na manię prześladowczą. Co skłoniło go do zamordowania nieszczęsnej Kahankowej? Czy rzeczywiście za zbrodnią stał nieznany "zły duch"?



Rok temu pisałem już o Kahanku, który zabójstwem żony połączonym z samobójstwem postanowił uwolnić świat od niszczącego wpływu Żydów i masonerii. Początek artykułu przypomina to, co już wiemy, dalej jednak można przeczytać o zagadkowym nieznajomym:



Nie znalazłem na razie, niestety, żadnych wiadomości o procesie Kahanka; nie sądzę jednak, by odnalazł się jakiś "zły duch" stojący za zabójstwem - zwłaszcza taki, jak na okładce "Tajnego Detektywa", czyli widmowy łeb w aureoli. Owszem, być może trafił się jakiś cwaniak, który omotał lwowskiego kupca, zdradzającego coraz dalej postępujące symptomy obłędu, i postanowił przygarnąć jego składaną w skarpecie gotowiznę - wątpię wszakże, by przekonywał go (a już zwłaszcza hipnotyzował) by zgładził żonę; jeśli bowiem coś mogło pokrzyżować plany przejęcia majątku, to właśnie zabójstwo i towarzyszący mu skandal. Podejrzewam nawet, że nieznajomy, u którego Kahanek rzekomo deponował kapitały, był jego wymówką: interes, niegdyś kwitnący, prosperował - i z powodu kryzysu, i za sprawą rozstroju nerwowego właściciela - coraz gorzej. Chwiejny umysł mógł w takim wypadku wygenerować niewidzialnego przyjaciela, u którego deponuje się bajońskie sumy (bo 50 tys. przed wojną było sumą bajońską).

Ciekawe, jak wszystko tu się składa w długoletnią historię choroby i obsesji, z których chory, niestety, leczył się - jak wiemy z listu do mecenasa - nie u lekarza, a samą "pomocą Boga" i "własną inteligencją". Czego Kahanek się nie tknął, było trefne: konkurencja chciała go zniszczyć, sprzedając towary zbyt tanio (przypominam, że szalał kryzys i sklepy wyprzedawały się, żeby utrzymać się na powierzchni), żona była w zmowie z mafią, a przeciwnicy złośliwie z Kahanka robili wariata. Widać tu również silne wpływy propagandy kościelno-endeckiej: mania gromadzenia gotówki była tłumaczona potrzebami "Polski mocarstwowej" (inwestycje są dla żydowskich spekulantów; Polak-katolik-patriota trzyma przecież pieniądze w kufrze!), życie najlepiej spędzić w klasztorze (sowicie go uposażywszy), a wszystkiemu grożą Żydzi i masoni.

Było może i drugie dno w tej manii - absolutnie, oczywiście, niewyrażalne - i nieprzypadkowo ofiarą śmiertelną została właśnie żona, a nie ten Żyd czy tamten mason. Otóż małżonkom wyraźnie się nie układało na tle seksualnym, i nie chodzi tylko o 15 czy 16-letnią (w zależności od źródła) różnicę wieku. W "Tajnym Detektywie" czytamy: "on zarzucał jej niepłodność - ona zanik aktywności", ale z wcześniejszego artykułu wiemy też, że jednym z przejawów manii prześladowczych Kahanka było oskarżanie żony, że truje go ona napojami miłosnymi, których sekretów nauczył jej pierwszy mąż. "Pierwszy mąż" zresztą to określenie grzecznościowe; Gloss był wieloletnim kochankiem późniejszej pani Kahankowej i zostawił jej w spadku cały majątek, ale do ślubu nie doszło, jak dowiadujemy się z materiału w łódzkim "Echu":


Czy takie właśnie było tło mordu? Młody, 31-letni mężczyzna ("przystojny", jak czytamy w "Echu", ale tu już można mieć pewne wątpliwości...) poślubił wdowę-niewdowę dla pieniędzy, zainwestował je w - nomen omen - interes, "ale wtedy mu wychłódło, bo już była stare pudło", w związku z czym frustracja seksualna rosła (a u mężczyzny o sztywnym kręgosłupie moralnym rozładowywanie jej w jakikolwiek inny sposób w grę nie wchodziło) i znalazła ujście w manii prześladowczej, która po dziesięciu latach zaowocowała mordem (dokonanym - co by na to Freud powiedział - ostrym narzędziem, w łóżku)? Możemy tylko gdybać.



PS: Kamienica przy Fredry 4, w której Kahanek prowadził sklep papierniczy, stoi po dziś dzień (podobnie jak ta na Sykstuskiej, gdzie zginęła Kahankowa); dziś mieści się tam sklep Hugo Bossa  i biuro notariusza:




Za: "Tajny Detektyw" nr 37, rok 4, 9 IX 1934, "Echo", rok X nr 216, 9 VIII 1934

wtorek, 6 sierpnia 2013

Dziarska Elza i gwałciciel nieletnich

Kiedy byłem dzieckiem, wysłuchiwałem tysięcznych kazań o tym, że nie wolno iść z żadnym obcym dorosłym, nie wolno zjeść cukierka od nieznanej osoby, należy być nieufnym wobec osób, które chcą się z nami przesadnie zaprzyjaźnić; przed wojną jednak - przynajmniej w niektórych rodzinach - sami rodzice oddawali dzieci w ręce podejrzanych indywiduów.



Historia jest prosta i niewiele można do niej dodać. Uwagę moją - pewnie dlatego, że słabo znam szczegółową historię Śląska w międzywojniu - przykuły jednak słowa "hitlerowski Bytom". Nie zdawałem sobie sprawy, że był to tak ważny dla nazistów bastion poparcia. W plebiscycie 74% ludności opowiedziało się za pozostaniem miasta przy Niemczech; w wyborach 1933 roku na NSDAP głosowała ponad połowa bytomian (52%), po wyborach komunalnych w radzie miejskiej przyznano hitlerowcom procentowo jeszcze więcej mandatów (26 na 47). W trakcie Nocy Kryształowej bojówki ochoczo spaliły piękną synagogę w stylu mauretańskim, wybudowaną siedem dekad wcześniej, w latach 60-tych XIX wieku.

Na tym entuzjazmie Bytom zresztą źle wyszedł - w 1939 roku okupanci ustanowili Rejencję Katowicką i to, co było dotychczas ważnym i doinwestowywanym przez hitlerowców przemysłowym przyczółkiem, stało się pomniejszym miastem regionu, ustępującym Chorzowowi czy Katowicom. Po półtora roku do Katowic przeniesiono stamtąd dużą część aparatu urzędniczego, zawiadującego Prowincją Górnośląską, w wyniku czego Bytom stracił wiele instytucji, a liczba ludności spadła ze 101 do 93 tys. Wreszcie w roku 1945 miasto poważnie ucierpiało w trakcie rosyjskiej ofensywy. Tak to już na pograniczu bywało.

Zresztą polskość przeplata się z niemieckością w całym tekście. Nazwisko Moll jest niemieckie, ale już zmyślony leśniczy Giepert nosi nazwisko spolszczone, zmiękczone, zamiast twardego "Geppert". Redakcja pisze oficjalnie "Elżbieta Mrozkówna", choć rodzina - z pochodzenia, sądząc po nazwisku, polska - wołała ją "Elza". Ciekawe, swoją drogą, po jakiemu rozmawiali Mrozkowie -  po polsku, po niemiecku, w gwarze śląskiej? Tego się nie dowiemy. I jak pisała się Elza w czasie wojny? Elsa Mroseck? Jakie były jej dalsze losy? Jest tylko ten urywek jej życia: jeden dzień, w którym szła przez las z ponurym gwałcicielem o twarzy jak z portretu pamięciowego.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934 oraz blog Tomasza Saneckiego (http://mojhistorycznyblog.blog.pl/2013/02/14/dzieje-bytomia-w-latach-1933-%E2%80%93-1945/)

niedziela, 4 sierpnia 2013

Przestępca-dżentelmen spieszy z odsieczą

Pomyłki sądowe nie są specjalnością współczesności ani - jak twierdzą niektórzy - sądów III RP, ba, wraz z postępem metod śledczych jest ich coraz mniej. Przypadek Jana Paska, 75-letniego listonosza (tak, proszę Państwa; kiedyś pracowano nawet dłużej niż do 67 roku życia) jest szczególnie ciekawy ze względu na rozwój wydarzeń.


Tyle tu wklejam historii przykrych i przerażających, że czasami muszę zrobić Państwu - i sobie - chwilę odpoczynku z taką opowiastką pozytywną. Proszę zauważyć, że nawet na zdjęciu urzędnicy prowadzący Sudoła do więzienia są uśmiechnięci. 

Przestępca, który na sali sądowej zarzeka się, że jest dżentelmenem, jest na swój sposób ujmujący: wpadł, dwóch jego kompanów (obaj zresztą na zdjęciach mają wyjątkowo hipsterskie fizjonomie) powieszono za popełnione zbrodnie. I oto ten Sudoł, człowiek, który ukończył gimnazjum ale się wykoleił, opowiada szczegółowo przebieg napadu i, jak się zdaje, jest nawet urażony w swojej złodziejskiej dumie sugestią, że nie potrafiłby tak gładko odciąć rzemiennego pasa. A tym bardziej  - że mógłby pobić staruszka, urodzonego - jak łatwo policzyć - jeszcze przed wybuchem powstania styczniowego. Jakieś zasady jednak obowiązują.



Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 30 lipca 2013

Wyjść jak Tołłoczko na diademach

Pod budzącym nieco zaskoczenie (i osobliwe skojarzenia z przedwojenną pornografią) tytułem "Tajemnice klejnotów Adama Tołłoczki" mój ulubiony tabloid donosił o straszliwej katastrofie antykwariusza, przywiedzionego do ruiny przez bezcenne precjoza szwedzkiej rodziny królewskiej.






Mniejsza o finansowe dramaty Tołłoczki ("postanowił pozbyć się na gwałt klejnotów") - kupił i nie mógł sprzedać, w fachu antykwarskim tak bywa; pewien włoski antykwariusz mawiał, że to zawód, który zaczyna się z tysiącem lirów i jednym krzesłem, a kończy z tysiącem krzeseł i jednym lirem. Ciekawsze są dla mnie same klejnoty.

Po pierwsze: czy mogły być autentyczne? Otóż: mogły. W międzywojniu, po katastrofie pierwszej wojny światowej i rosyjskiej rewolucji wypływały na rynek rzeczy zdumiewające  - dość poczytać wspomnienia Uniechowskiego czy relacje o tym, co parę lat później przepadało w wojennej Warszawie. Zagłada dworów - najpierw kresowych, potem w całej Polsce i na tzw. "Ziemiach Odzyskanych", doprowadziła do niesłychanych zniszczeń zabytków wszelkiego rodzaju; ale w latach trzydziestych w niejednym pałacu, a bywało, że i skromnym dworze, przechowywano rzeczy bezcenne: czy to odziedziczone, czy to kupione w czasach prosperity, czy to zrabowane przez praszczurów w jakimś obozie tureckim, czy wykopane wreszcie - w majątkach leżących na Ukrainie wielu było miłośników archeologii; czyta się o złotych skarbach scytyjskich i pałacach, gdzie na ścianach wisiały panoplia złożone z antycznej broni. Przeździeccy byli rodziną bardzo zamożną i skorą do zbieractwa, niewykluczone więc, że kupili na aukcji w Paryżu prawdziwy garnitur ślubny Désirée Bernadotte. 


Tu nasuwa się pytanie drugie: kim była kobieta, dla której były rzekomo wykonane? Bernardine Eugénie Désirée Clary (1777-1860) była córką zamożnego marsylskiego wytwórcy i kupca jedwabiów; podobnie jak siostry, otrzymała w posagu sto tysięcy franków, sumę wówczas zawrotną - ojciec jednak zmarł w trakcie rewolucji a brat został wtrącony do więzienia; sytuacja wyglądała niewesoło, na szczęście jedna z sióstr poślubiła młodego Józefa Bonaparte, późniejszego króla Neapolu i Hiszpanii, druga zaś, rzeczona Désirée, zaręczyła się z jego bratem, Napoleonem. Napoleon wprawdzie wkrótce zerwał zaręczyny kiedy poznał atrakcyjną wdowę z dwójką dzieci, Józefinę Beauharnais, nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło - młoda dama w roku 1798 wyszła za Jeana Baptiste'a Bernadotte, generała i późniejszego napoleońskiego marszałka, a z czasem króla Szwecji i Norwegii. Podczas gdy Jean wojował i królował, Désirée zajmowała się swoim życiem - kiedy otrzymał koronę, kategorycznie zaprotestowała przeciwko wyprowadzce do zimnej Szwecji, posłała tam tylko jedyne dziecko, syna Oskarka (zresztą chrześniaka Napoleona), późniejszego Oskara I. W dniu ślubu tej pary Bonaparte był już człowiekiem potężnym, po kampanii włoskiej, w środku kampanii egipskiej (ciekawe, czy - jeśli historia o klejnotach jest prawdziwa - zamawiał prezent korespondencyjnie? Po bitwie pod piramidami? Czy może zawczasu?), z pewnością więc nie dał swojej eks-narzeczonej byle jakiego świecidełka. 

I tu dochodzimy do trzeciego pytania: jak dokładnie wyglądały te klejnoty? "Tajny Detektyw" podaje, że chodzi o "kamienie mozaikowe" i "perły lyońskie". "Perły paryskie" to rodzaj podróbki, jablonex swoich czasów - ale lyońskie? Nie mam pojęcia, nigdzie nie znalazłem na ten temat żadnych wzmianek, może ktoś z Państwa będzie wiedział. "Kamienie mozaikowe" mogą oznaczać ulubione we Włoszech pietra dura (czyli drobniutkie mozaiki z różnobarwnych kamieni, z których wykonywano wszystko - od broszek i szpilek do krawata po stoły i ołtarze) albo millefiori (znane z Wenecji mozaiki z pasty szklanej, formowanej w długie, wielobarwne sztyfty i ciętej na drobne kawałki). W obu przypadkach byłyby to jednak klejnoty niegodne wielkiej ceny - a tym bardziej Désirée Bernadotte i Napoleona. Być może jednak "kamieniami mozaikowymi" nazywano wielowarstwowe agaty, z których od czasów antycznych wycinano kamee - skoro o kameach dalej jest mowa. W takim razie klejnoty sprzedane Tołłoczce mogły wyglądać mniej więcej tak, jak inna tiara ze zbiorów szwedzkiej rodziny królewskiej:


Klejnot ten wniosła do rodziny synowa Désirée, Józefina von Leuchtenberg, kiedy poślubiła Oskara I. Zbieżność imion jest nieprzypadkowa - Józefina była wnuczką Józefiny de Beauharnais, dawnej rywalki Désirée (z pierwszego małżeństwa ze zgilotynowanym Alexandrem de Beauharnais miała ona dwoje dzieci, usynowionych potem przez Napoleona; jej syn, Eugeniusz, a zarazem ojciec Józefiny młodszej, został księciem Leuchtenburga i Eichstaett). Tiara ta wykonana została - jako element większego garnituru, obejmującego jeszcze naszyjnik, kolczyki, bransoletę i broszę - dla cesarzowej Józefiny około roku 1809 , dokładnie kiedy Napoleon porzucał ją dla Marii Luizy. Klejnoty powstały w pracowni Marie-Etienne Nitota, który swego czasu terminował u nadwornego złotnika Marii Antoniny, Auberta, a sam został nadwornym złotnikiem cesarza. Wraz z posagiem wnuczki cesarzowej tiara trafiła do Sztokholmu i to w niej trzy lata temu szwedzka następczyni tronu, księżniczka Wiktoria, brała ślub ze swoim trenerem z siłowni:


Niestety, jak wiemy z tekstu, geometrze Tołłoczce nie udało się sprzedać precjozów z okazji ślubu szwedzkiej księżniczki Marthy w roku 1929, przez co Martha musiała iść do ołtarza w jakimś diamentowym czupiradle na głowie, a nie w porządnych kameach:


Cóż, w życiu nie ma łatwo!

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 9 lipca 2013

Szarżaaaa! - Czyli o pułkowniczku słów kilka

Skoro już było ostatnio o szarży wałkiem na atakującą policję, tym razem wzmianka o szarży na atakujących bandytów. "Tajny Detektyw" przy okazji pokazuje nam, co mówi (i jak wygląda!) "klasyczny świadek napadu", choć na czym polega jego klasyczność - prócz przedwojennej stylówki - trudno orzec.


Sytuacja bowiem - nawet w słynącej z napadów międzywojennej Polsce - nie była chyba klasyczna; trudno sobie wyobrazić, by do standardów należała szarża z zardzewiałą szablą (pałętającą się, najwyraźniej, gdzieś w obejściu) na "gromadę rozwydrzonych parobczaków, wiedzionych żądzą zemsty [która] wpadła by mordować i niszczyć". Nocna obrona, przedarcie się do ojczyma wśród ciosów rozdawanych tępym orężem, w końcu i oręża tego złamanie - wszystko to jest spóźnionym Sienkiewiczem, Gombrowiczowską farsą na tematy narodowe, mającą wszakże i drugie, tragiczne dno.

Przypomina mi to opowieść ś.p. Babci mojego chłopaka o pułkowniczku. Pułkowniczek - nazywany tak z racji bycia oficerem kawalerii i, zarazem, z racji niskiego wzrostu - był typowym przedstawicielem powojennej polonii w Londynie: przeszedł - by użyć wyświechtanego zwrotu - szlak bojowy, po czym osiadł w Anglii i dożywał tam swoich dni. Za wojenny żołd kupił piętrowy domek w Clapham: sam mieszkał na piętrze, parter wynajmował, między innymi matce rzeczonej Babci.

Był pułkowniczek osobą przemiłą i dowcipną, nie stronił też, jak na oficera przystało, od alkoholu i dobrej zabawy. Raz na jakiś czas na pięterko w Clapham przychodzili koledzy z wojska, wspominali, pili, podśpiewywali, a na sam koniec siadali okrakiem na krzesłach i dokonywali szarży kawaleryjskiej przez całą długość pułkowniczkowego salonu. W czasie takiej właśnie szarży pułkowniczek razu pewnego złapał się za serce, spadł z krzesła i skonał. Zważywszy na jego przywiązanie do tradycji - a także na poczucie humoru - z pewnością uśmiałby się z tego i orzekłby, że trudno sobie wyobrazić śmierć piękniejszą.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

sobota, 6 lipca 2013

Ostatnia szarża bolszewickiego watażki

"Bolszewicki watażka" brzmi oczywiście dumnie, "Czerwona sicz", której był hersztem, wygląda raczej na małą zbójecką bandę, dla której komunistyczna ideologia była co najwyżej pretekstem do rabowania "kapitalistycznych krwiopijców" (czyli tych chłopów, którzy ciężką pracą uciułali cokolwiek nad miejscową normę). Tak się działo na tych terenach przez pierwszą połowę XX wieku: ideologie i patriotyzmy, ruchy i rewolucje służyły zwykłemu łupiestwu.

Jeszcze jesienią 1933 roku łódzkie "Echo" donosiło:


Z wiadomości o przynależności narodowej ofiar Hrima wynikałoby, że był raczej nacjonalistą niż komunistą; niewykluczone zresztą, że poglądy przybierał w zależności od tego, kogo chciał złupić. Jednak wkrótce noga mu się powinęła. Andrzej "Hrim" Czajkowski, herszt bandy, zginął w sposób godny antyheroicznego westernu:



Dziwna ta ostatnia szarża. Kryjówka wydłubana w piecu. Matka z siekierą, Grom z wałkiem, powaleni strzałami przez policjantów w cywilu. Ale - mimo oczywistej śmieszności rekwizytu - ma w sobie przecież coś znacznie bardziej bohaterskiego, niż obrabowanie dużą grupą jakiegoś imigranta-ciułacza czy żydowskiego kupca.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, "Echo" nr 287 Rok IX, 17 X 1933

czwartek, 4 lipca 2013

Marzenie wojującego ateisty

Historia studenta Olejniczaka jest jak żywcem wyjęta z propagandy reformacyjnej czy komunistycznej, jak z "A Rake's Progress" czy "The Four Stages of Cruelty" Hogartha, gdzie pierwszym krokiem do ostatecznego upadku jest nie drobny występek, ale rozpoczęcie studiów teologii katolickiej. Dalej, od rzemyczka do koniczka, wszystko prowadzi go do zbrodni.



Teraz widzimy to jak na dłoni: teologia katolicka - polskokatolicka - prawosławna - romans - drugi romans, połączony z wyłudzeniem pieniędzy - zabójstwo. A, jak mawiał Tuwim: "Nie zabijaj, gdyż może prowadzić to do kradzieży, a stąd już tylko krok do kłamstwa!".

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

środa, 3 lipca 2013

Straszny widok w Koluszkach, czyli album rodzinny Pawłowskich

Historia jakich wiele: wieloletnia małżeńska nienawiść, wojna podjazdowa, która kończy się krwawym morderstwem: Pawłowski szlachtuje żonę i, przy okazji, szwagierkę, która napatoczyła mu się pod nóż. Koluszki w szoku - byłyby zszokowane i dziś, podobnie jak i dziś taki Pawłowski mógłby Pawłowską zabić. Coś się jednak zmieniło zasadniczo: zdjęcia.




Dziennikarz, który pojawia się na miejscu zbrodni, bierze wszystko, jak leci. Pstryka zdjęcie policjantom, zakładającym kajdanki mordercy, eskorcie, prowadzącej go na posterunek, a także budynkowi, w którym popełniono zbrodnię, a nawet "ogólnemu widokowi Koluszek" (choć to ostatnie akurat mógł wydobyć z archiwum fotograficznego koncernu IKC). Warto zauważyć, że wszystkie dane prywatne są ujawnione: nazwiska i imiona ofiar i mordercy, miejsce zbrodni (byłby - jak zwykle wówczas - i dokładny adres, ale uliczka nie ma nazwy, tak wówczas było w Koluszkach siermiężnie), a nawet twarz przestępcy. Żadnych tam czarnych pasków na oczach, bułkę przez bibułkę: nie, kawa na ławę, Pawłowski w całej krasie, w półprofilu i frontalnie, w nakryciu głowy i bez. Choć już bez "niesamowitego grymasu na twarzy".

Ale skąd prywatne zdjęcie Ireny Gałązki, nieszczęsnej szwagierki? Skąd zdjęcie jej rodziny? Gałązkówna - z oczywistych względów - z pewnością wyjęta z ramki albo z rodzinnego albumu fotograficznego (choć zdarzały się i zdjęcia ofiar na miejscu zbrodni, w bryzgach krwi). Ale krewni?

Z początku sądziłem, że to również zdjęcie z albumu: dwie uśmiechające się do obiektywu panie, pan i gimnazjalista, ot, przekazali dziennikarzowi "Tajnego Detektywa" swoje foto, żeby miał czym zilustrować tekst o krwawej jatce w Koluszkach (dziś, swoją drogą, też nie do pomyślenia). Ale nie. Przyjrzyjmy się: na sąsiednim obrazku ten sam wąsaty obywatel w tym samym płaszczu (zapiętym na jeden guzik; jest chłodny kwiecień, panie w futrach, ale słońce przygrzewa i trzeba rozchylić poły) i ten sam młodzieniec stoją przy osieroconej córeczce Pawłowskich, obok policyjnego wartownika. Wszystko zrobione tam, od razu: za ścianą krzepnie krew, a oni stają pod drewnianym domkiem, uśmiechają się do obiektywu, czekają na "ptaszek leci".


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 25 czerwca 2013

FCUK vol. II, czyli biedna Lili Duval, Pitigrilli i strzał zza okna

Jak wyglądało rozwiązywanie konfliktów w narkotykowym handlu w Marsylii lat 30-tych, gdzie władali Carbone i Spirito pod opiekuńczymi skrzydłami burmistrza? Z grubsza mniej więcej tak, jak obecnie: kartel narkotykowy się nie cacka. O czym redakcja "Tajnego" donosi nie szczędząc szczegółów.


Oczywiście, sporo tu pomyłek i przekłamań. Przede wszystkim "Francuskie połączenie" przebiegało ze Wschodu na Zachód, służyło więc przemytowi heroiny, nie kokainy. Koka hodowana była od niepamiętnych czasów w krajach Ameryki Południowej, natomiast ze Wschodu wywodzą się opium i jego pochodne; nieprzypadkowo w Chinach toczono wojny opiumowe, a nie kokainowe, a jeszcze w 1821 roku, kiedy de Quincey pisał "Wyznania angielskiego palacza opium", wspominał właśnie o Turkach.

Ale mam podejrzenia znacznie głębsze... Cała ta historia ze skradzioną łódką, z Lili Duval, dziewczęciem wykorzystywanym sromotnie, które postanawia zeznawać, z agentami policji przypadkowo trafiającymi na sekretną palarnię opium i podsłuchującymi dokładnie przestępców, wreszcie ze strzałem zza okna (marsylska policja przesłuchująca ważnego świadka przy otwartym oknie?) jest zbyt grubymi nićmi szyta. Na narkomanii zarabiali bowiem - i zarabiają po dziś dzień - nie tylko gangsterzy, ale i dziennikarze i pisarze.

Wspomniany tu Pitigrilli słynął ze skandalicznych książek, ale największy sukces i pieniądze przyniosła mu "Kokaina"; "Tajny Detektyw" chętnie wrzucił na okładkę narkomana, wiedząc, że sprzedaż skoczy; ba, nawet teraz, kiedy zdążyliśmy się oswoić z kwestią uzależnień, najbardziej popularnymi wpisami na moim blogu były ten o ćpaniu w międzywojennej Warszawie i ten o ćpaniu na Śląsku. Historyjka opowiedziana w "Tajnym" jest, jak mi mój węch pisarski podpowiada, od początku do końca zmyślona, opatrzona zdjęciami wybranymi na chybił-trafił z redakcyjnych zasobów, i sprzedana łatwowiernym czytelnikom. Ci z Państwa - jeśli tacy w ogóle byli -którzy wzruszyli się historią Lili, mogą teraz odetchnąć. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934

niedziela, 23 czerwca 2013

FCUK vol. I, czyli narkotyki, Borsalino i aktor porno

Powstała w roku 1972 firma odzieżowa French Connection od początku świadomie grała na podobieństwie loga "fcuk" do innego czteroliterowego wyrazu angielskiego, co w owym czasie wzbudzało jeszcze wielkie kontrowersje. Tymczasem bez porównania bardziej kontrowersyjna była pełna nazwa: oznaczała bowiem nie zwykłe przekleństwo, a największy podówczas kanał przerzutowy narkotyków.


Skojarzenie nie mogło być przypadkowe - rok przed powstaniem FCUK film o "French Connection" (u nas jako "Francuski łącznik") został uhonorowany pięcioma oskarami, a i książka, na motywach której powstał (z roku 1969) cieszyła się dużym powodzeniem. Czyli: zarazem sex and drugs (a rock and roll w domyśle).

"French Connection", czyli "Połączenie francuskie" istniało jeszcze od przedwojnia, a cała linia wyglądała następująco: ze "Złotego Półksiężyca" (tereny dzisiejszych Iranu, Pakistanu i Afganistanu) lub "Złotego Trójkąta"  (Indochiny), światowych centrów produkcji opium, przewożono surowiec do tureckiej Anatolii, gdzie rafinowano go wstępnie i w takiej formie transportowano do bardziej technologicznie zaawansowanych potajemnych rafinerii w Marsylii, należących do korsykańskiej mafii. Stamtąd trafiały - i trafiają po dziś dzień - do Stanów i krajów europejskich.

Pierwsze tamtejsze fabryczki policja odkryła właśnie w latach trzydziestych, a lokalnymi macherami byli podówczas Korsykańczyk Paul Carbone i Włoch z Lacjum, Francois Spirito. Poznali się w Egipcie, gdzie stworzyli razem gang specjalizujący się w haraczach i prostytucji, ale prędko przenieśli się do Marsylii, w której Carbone wyrósł na głównego bossa. Posiadali - jak czytamy w angielskiej Wikipedii - burdele (maisons closes), trudnili się wymuszeniami na Riwierze, szmuglowali parmezan między Włochami a Francją; obaj mieli również interesy w Paryżu. Byli pierwszymi, którzy importowali z Indochin opium, przerabiali je na heroinę pod Marsylią, a następnie przesyłali do USA. Ich błyskawiczna kariera z pozycji drobnych graczy na bossów trzęsących całym miastem możliwa była dzięki współpracy z burmistrzem, Simonem Sabianim: dzięki temu wycięli niemal całą konkurencję - poza braćmi Guarini, którym zostawili prostytucję, pod warunkiem, że nie będą się zajmowali innymi branżami - i stworzyli pierwsze w Marsylii wielkie przestępcze imperium, obejmujące "Francuskie połączenie", szmugiel alkoholu, hazard, handel żywym towarem oraz przerzut broni do wojennej Hiszpanii. 

Sabiani, Carbone, Spirito.
Sabiani, również Korsykańczyk, był osobliwą figurą - bohaterem I wojny światowej, który tuż po jej zakończeniu wstąpił do sekcji francuskiej Międzynarodówki, potem był w partii komunistycznej, następnie u socjalistów, a wreszcie we Francuskiej Partii Ludowej, która stopniowo przeszła z pozycji komunistycznych na współpracę z nazistami i faszystami Mussoliniego, rozwiniętą pod niemiecką okupacją w pełną kolaborację. Carbone i Spirito poszli za Sabianim - w latach trzydziestych wysyłali swoich gangsterów żeby tłumić strajki w dokach, potem dzięki współpracy z politykami rządu Vichy mogli sobie pozwolić na bezkarność. Przynajmniej przez jakiś czas. Carbone zginął w 1943 roku, kiedy jego samochód został zmiażdżony wagonem pociągu, wykolejonego przez partyzantów. Sabiani po wojnie został zaocznie skazany na karę śmierci i ukrywał się za granicą. Spirito wreszcie uciekł do Ameryki Południowej, gdzie zajmował się "Francuskim połączeniem", potem trafił do Stanów, gdzie zatrzymano go w Nowym Jorku i skazano na dwa lata, które odsiedział w Atlancie, po czym nastąpiła ekstradycja do Francji. Miano go osądzić za kolaborację, do procesu jednak z jakichś przyczyn nie doszło. Zmarł w 1967 roku jako szacowny prezes tulońskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Gry w Bule. 

Dodać może należy, że Carbone i Spirito zostali pośmiertnie sportretowani przez Belmonda i Delona (bardzo to dla nich pochlebne) w klasycznym francuskim filmie "Borsalino"; nazywają się tam Francois Capella i Roch Siffredi  - a zbieżność z pseudonimem znanego aktora porno jest nieprzypadkowa.

Zapowiadany na okładce "Tajnego Detektywa" reportaż o marsylskich dilerach - już w następnym odcinku.

Za: "Tajny Detektyw" nr 9, rok IV, 25 II 1934