czwartek, 10 stycznia 2013

Ten czwarty Strauss, czyli mafijny hazard w Detroit

Różne różności pojawiały się w "Tajnym Detektywie", ale po raz pierwszy chyba spotkałem się z tekstem, który tak by afirmował życie. Korespondent pojechał do Detroit, taksówkami się powoził, w kości pograł, lunch darmowy opędzlował, a na koniec jeszcze zdążył na kabaretowe występy, po czym wszystko opisał i zainkasował honorarium. Ech, życie!


Pojawiający się w tekście burmistrz Bowles był rzeczywiście dość nieciekawą postacią i politykiem słynącym z nieskuteczności; większość życia upłynęła mu na wysuwaniu swej kandydatury na różne stanowiska, na których wyborcy z reguły go nie chcieli. Kandydował na burmistrza Detroit przy wsparciu Ku-Klux-Klanu w roku 1925, a także rok później; wreszcie wygrał w roku 1930, ogłosiwszy program bezwzględnej walki ze zbrodnią oraz mieniąc się gorliwym zwolennikiem prohibicji, co zjednało mu księży, pastorów i ich wiernych. Kiedy jednak szef policji pod naciskiem prasy przeprowadził kilka udanych akcji przeciwko miejscowej mafii (właśnie hazardowej!), Bowles go odwołał. Miał to sam przypłacić stanowiskiem: powszechne oburzenie doprowadziło do odwołania go po zaledwie sześciu miesiącach (a nie dwóch latach, jak twierdzi korespondent "Tajnego") sprawowania władzy. Po miesiącu starał się o reelekcję, ale jak na złość, w noc tuż po ogłoszeniu wyniku referendum, mafia zastrzeliła w kawiarni jednego z głównych autorów odwołania Bowlesa: Jerry'ego Buckleya, nieprzejednanego radiowego dziennikarza śledczego. Wprawdzie ludzie Bowlesa zrobili wszystko, żeby przedstawić samego Buckleya jako mafiosa, ich wysiłki poszły na marne: w pogrzebie Buckleya uczestniczyło 10 tys. ludzi, a Bowles kolejne wybory przegrał z kretesem. Kandydował jeszcze parę razy: do parlamentu stanowego, do Izby Reprezentatów i ponownie na stanowisko burmistrza. Bezskutecznie.

Jest jeszcze właściciel speluny, Strauss - jednak, jak dodaje korespondent, nie słynny kompozytor. Tylko nie który? Nie Johann Strauss ojciec, nie Johann Strauss syn, czy nie Richard Strauss? Dwaj pierwsi nie żyli wprawdzie, ale to raczej ich kojarzyłaby publika "Tajnego Detektywa". Czy kojarzyłaby Richarda? Trudno powiedzieć. Zawsze można jednak dodać, że kiedy orkiestra w "Wielkim Gatsbym" wykonuje jazzową wersję utworu "Historia świata" Vladimira Tostoffa, to Fitzgerald pił tu właśnie do Richarda Straussa i "Also sprach Zarathusta". Wszystko zatem możliwe. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

środa, 9 stycznia 2013

Chciwy i chciwsza, czyli "Dom zły" w 1934 roku

Współczesna emigracja zarobkowa to nic nowego. Przez ponad sto lat do polski płynęły strugą - raz szerszą, raz węższą - legendarne pieniądze ze Stanów, dolary w złocie i w banknotach, emigranci stawali się reemigrantami, przyjeżdżali w hamerykańskich ubraniach, z hamerykańskimi kuframi i hamerykańskim etosem pracy. To, co ze Stanów, było w wielu kawałkach Polski synonimem światowości i luksusu (na metce surduta, który odziedziczyłem po pradziadku widnieje: Krawiec amerykański A. Fiszbein, Łuków), a zatem i przedmiotem pożądania, pchającym nieraz - jak w tej opowieści - do zbrodni.



To nie jest zbrodnia wielka ani ważna. To jest zbrodnia, jakich wiele. Gospodarz, który lubił latem sypiać w stodole, bo chłodniej. Pazerny parobek, zdradliwa gosposia. Szafa, w której leży 40 złotych, drobny łup. Tylko nazwy i nazwiska brzmią dziś ciekawie: Szapućko, Żupla, Dudojć, Oszmiana, Borcie, Kliwica. Kawałek innej Polski, Litwy właściwie, która, zarazem, była taką samą Polską, ba, takim samym światem, gdzie chciwy morduje pracowitego siekierą, a chciwsza wydaje mordercę policji.

Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

wtorek, 8 stycznia 2013

Król Albanii i kula, od której zginęła łotewska baronowa

Często źródła spoza "Tajnego" pozwalają mi coś dopowiedzieć: te same sądowe sprawy, te same morderstwa były relacjonowane w prasie polskiej i zagranicznej, można dotrzeć do archiwów i przyszpilić konkretny fakt. Tym razem pozostaję zupełnie bezradny. Opowieść o rosyjskiej arystokratce, kochance Kiereńskiego, Dybienki, Lenina, wreszcie samozwańczego króla Albanii, Zogu I, która popełniła samobójstwo lub została zamordowana przez czekistów, wydaje się, delikatnie mówiąc, przesadna. Niestety, nigdzie nie mogłem znaleźć wiadomości, które pozwoliłyby ją potwierdzić lub obalić. Ale czyta się świetnie.







Wszystko tu jest, oczywiście, grubymi nićmi szyte - nieopanowany apetyt seksualny, samobójstwo ojca, katalog kochanków - choć, kto wie, może nie zostało zmyślone całkowicie. O Dorothei Kloppman - de Rop powstała nawet książka. Niestety, po grecku. Z tego, co piąte przez dziesiąte zrozumiałem, jest to thriller oparty na prawdziwych wydarzeniach, a Dorothea de Ropp, jakkolwiek z pochodzenia Rosjanka, była baronową łotewską. Faktycznie, istnieje rodzina Niemców Bałtyckich tego nazwiska. Sylvester Wilhelm Gotthard von der Ropp (ur. 1877), syn Kozaczki z Krymu i barona o korzeniach krzyżackich, w 1910 roku przeniósł się do Anglii, w czasie I wojny światowej był brytyjskim lotnikiem, a później - brytyjskim szpiegiem. Zamieszkał w Berlinie, osobiście poznał się z Hitlerem i został jego prywatnym doradcą w kwestiach angielskich (równocześnie wyciągając sekrety Luftwaffe). Dorothea nie mogła być żoną tego akurat de Roppa (miał dwie żony, noszące zgoła inne imiona i nazwiska panieńskie), ale może tu był jakiś łącznik szpiegowski? Trudno orzec. Tak czy owak, nawet jeśli większość tej historii to zmyślenie, musiała być jakaś wersja pierwotna, z której korzystał i autor tekstu w "Tajnym", i greckiej powieści. O co mogło w tym chodzić?

Historia Dorothei de Ropp mogła powstać na zamówienie polityczne żeby kogoś skompromitować. Nie chce mi się bowiem wierzyć, żeby albański ambasador w Atenach  położył łapę na prywatnym pamiętniczku królewskiej kochanki, po czym lekką rączką przekazywał te sekrety prasie międzynarodowej.

Król Albanii, Ahmed Zogu, władzę zdobył w sposób nie do końca legalny. Albania, poza krótkim okresem (1443-79) państwowości, wywalczonej przez narodowego bohatera, Skanderberga, była na ogół pod czyimś panowaniem. Kiedy wyłoniła się nagle z odmętów historii po I wojnie bałkańskiej (1912), przydzielono jej, jak to zwykle bywało na Bałkanach w owym czasie, niemieckie książątko, niejakiego Wilhelma zu Wied, siostrzeńca królowej Rumunii. Zu Wied się nie sprawdził i po pół roku został obalony, państwo przez całą I wojnę światową było okupowane, by wreszcie stać się niepodległą republiką. Tekę premiera otrzymał Ahmed Zogu, pnący się po szczeblach kariery polityk, zaręczony z córką największego posiadacza ziemskiego w Albanii (a zarazem lidera Partii Postępu). Jednak, zamieszany w skandal finansowy i w dodatku raniony w zamachu, ustąpił stanowiska niedoszłemu teściowi, którego po paru miesiącach obalił biskup, Fan Noli. Zogu wrócił do gry i po pół roku, dzięki wsparciu generała Wrangla, obalił biskupa. Tym razem postanowił umocnić władzę i wymusił na parlamencie zmianę ustroju: został najpierw prezydentem, a potem królem Albanii, Zogu I. Zaraz potem zerwał zaręczyny, robiąc sobie z niedoszłego teścia śmiertelnego wroga - i to śmiertelnego w sensie dosłownym, bowiem zgodnie z albańskimi zasadami Shevket Verlaci za taką zniewagę miał go prawo zabić.

Jako król Zogu z jednej strony unowocześniał państwo, z drugiej - powiązał je gospodarczo z Włochami Mussoliniego, na których również wzorował ustrój swojej monarchii. Choć sam był mahometaninem, składał przysięgę na Biblię i Koran, w miejsce praw islamskich wprowadził kodeks wzorowany na szwajcarskim, a także otworzył granice dla żydowskich uchodźców z nazistowskich Niemiec. Ślub wziął dopiero w roku 1938, i to z katoliczką (Geraldine Apponyi, hrabianką o korzeniach węgiersko-amerykańskich). Niecały rok później Włochy zajęły Albanię (urząd premiera objął ponownie Verlaci), a młoda para musiała uciekać, co było tym trudniejsze, że królowa dwa dni wcześniej powiła następcę, Lekę I. Kiedy włoski minister spraw zagranicznych, hrabia Ciano (nota bene honorowy obywatel Tirany) wkroczył do komnat królowej i znalazł stos pokrwawionej w trakcie porodu pościeli, miał krzyknąć "Szczenię uciekło". Ahmed, Geraldine i Leka spędzili wojnę w Londynie, potem mieszkali w Egipcie, wreszcie we Francji. 

Od początku władza Zogu budziła spore opory (nawet jeśli podawał się za dziedzica Skanderberga, bezpośredniego potomka jego siostry) - na króla odnotowano aż 55 zamachów, on z kolei prześladowaał przedstawicieli opozycji, posuwając się nawet do tego, że albańscy agenci zabijali dysydentów na emigracji. Jego zażartym wrogiem pozostawał Verlaci, który miał przecież wszelkie środki by opłacać skrytobójców (do tego stopnia, że król, obawiając się otrucia, uczynił swoją matkę przełożoną pałacowych kuchni). Nietrudno sobie wyobrazić, że w tej walce ogromną rolę musiała odgrywać propaganda. Żeby wiedzieć, komu służył pamiętniczek Dorothei (czy chodziło o skompromitowanie Zogu I? czy o zrzucenie odium morderstwa z agentów albańskich na czekistów?), trzeba by znać dokładnie ówczesną politykę albańską. Żeby zaś wiedzieć na pewno, gdzie tu zmyślenia, a gdzie prawda, trzeba by chyba otrzymać moce Ducha Świętego.


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Kompromitacja roku! (1938-go, w Budapeszcie)

Przykra sprawa: był fachowiec, zaufany, znany z dobrej pracy, ceniony - i nagle: nie ma fachowca. Brzydka plotka okazuje się prawdziwa, pozostaje wrażenie niesmaku. Lekarz-łapówkarz? Samorządowiec-gwałciciel? Nie, kat z przeszłością w zgoła innym zawodzie.



Kovacs Janos stracił pracę i odszedł w niesławie. Ale historia ma ciekawy ciąg dalszy - czy może nie tyle ciąg, a jedynie historyczny zbieg okoliczności, bo nazwisko Kovacs, czyli Kowalski, Schmidt, Smith, jest faktycznie bardzo popularne. Otóż po wojnie katem komunistycznego reżimu był niejaki Bogar Janos - człowiek, który przyjął nazwisko innego Bogara, kata z czasów wojennych, wysługującego się prohitlerowskiemu reżimowi Horthy'ego. A ów Bogar nr 2, który wieszał m.in. generała Jany Gusztava, premiera Imredy Bela czy Szalasi Ferenca, przywódcę strzałokrzyżowców, to nie kto inny, jak Kovacs Janos. Czy ten sam? Chyba nie. Ale byłby to ciekawy - acz nie tak rzadki w państwach komunistycznych tuż po zakończeniu II wojny światowej - przypadek wypływania na powierzchnię dawno zapomnianych łotrów.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

niedziela, 30 grudnia 2012

Bandycki fason Płoskonia czyli fatum nad Rzeszowem

Na tylnej okładce "Tajnego" taki oto sielski obrazek: wieś, karczma, wózek konny, auto i "urlopowany bandyta Płoskoń". Czemu "urlopowany"? Ha, nie wierzcie Państwo tym, którzy wygadują, że wprawdzie dziś sądy są pobłażliwe i naiwnie puszczają bandytów na przepustki, a kiedyś tego nie było. Otóż: było, a historia Płoskonia najlepszym dowodem.



Jak trzeźwo zauważył korespondent, czterech lat nie daje sąd za zasługi obywatelskie; Płoskoń był bandziorem zaprawionym w bojach, umiejętnym, hardym, bezczelnym i w dodatku grabił kogo się dało: księży i cerkwie,  kolekcjonerów i nauczycieli, Polaków i Żydów. Jednak, co ciekawe, swoje ofiary terroryzował nie tylko bronią, ale i złowrogą sławą. Tyle tylko, że nie własną. Światłem odbitym.

Płoskoń był doświadczony, ale nie był dość glamour. Glamour byli wówczas na Podkarpaciu dwaj inni bandyccy hersztowie, działający zresztą wspólnie, przy których boku Płoskoń był tylko pomagierem: Byk i Maczuga. Żeby było zabawniej, nie były to ich pseudonimy, ale najprawdziwsze nazwiska: Antoni Byk i Władysław Maczuga nie przebierali w środkach, nie wzdragali się przed mordem, zwłaszcza z użyciem swojskiej siekiery, którą zarąbali m.in. posła Kawalca i zwrotniczego Szczepana (to robota Byka) oraz kanonika Chmurowicza (to Maczuga z kolegami). Potem były i kolejne ofiary: trzyosobowa rodzina Herzbergów z Błażowej, kierownik szkoły w Drohobyczu, nauczycielka. Działalność Byka i Maczugi siała grozę - ale i budziła opór; władze wyznaczyły za ich ujęcie wysoką nagrodę i już niebawem, w lipcu 1934 roku, Byk został zastrzelony w policyjnej zasadzce. Maczuga wymknął się, ale, osaczony, stopniowo tracił siły. Wreszcie wpadł w obławie - policja znalazła go, bezbronnego, skulonego w kryjówce: jamie pod psią budą w zaprzyjaźnionym gospodarstwie. Skazany na karę śmierci, próbował ucieczki z rzeszowskiego więzienia w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1934 roku - udało mu się nawet przekroczyć więzienne bramy, ale zaklinował się w piwnicznym okienku i wtedy dosięgły go kule strażników. Przewieziony do szpitala, konał jeszcze parę dni, aż zmarł 7 stycznia. Zapytany przez sędziego, czemu uciekał, powiedział, że nie chciał skończyć na szubienicy. Sytuacja, jak to dzisiaj się niekiedy mawia, "była dynamiczna", i to właśnie dlatego Płoskoń z kolegami pierwszego lipca wołał jeszcze "Byk i Maczuga do was przyszli", a w sierpniu wspominał tylko o Maczudze. Tak czy owak, przyjrzyjmy się temu "The Rake's Progress":






Jakie były dalsze losy pozostałych postaci? Franciszek Rąb przeżył wprawdzie napad Maczugi i Płoskonia, ale niecałą dekadę później zginął z rąk innych bandytów: aresztowany przez gestapo, zmarł w obozie koncentracyjnym w Oranienburgu. Ks. Andrzej Rąb przeżył wojnę i był proboszczem przynajmniej do 1957 roku (przy okazji proszę zerknąć na osobliwą fotografię: ks. Rąb czyta w IKC-u o napadzie na własną plebanię, co opisuje i pokazuje "Tajny Detektyw", dodatek do IKCu, zwalczany zresztą gorliwie przez Kościół; cóż za zapętlona narracja na tej fotce!). Wedle niektórych źródeł szajka - w tym Płoskoń - została schwytana jeszcze w wieczór napadu (poza Maczugą, który zbiegł i został zaaresztowany dopiero w skrytce pod psią budą) przez policję zaalarmowaną przez ks. Rąba. Endeckie "Słowo Pomorskie" z 4 września 1934 podało serceszczypatielną nowelkę o nawróceniu, która brzmi jak wyimek z hagiografii, nie brałbym jej zatem zbyt poważnie:



Co działo się z Płoskoniem dalej? Nie wiem. Ale mogę się spodziewać. Zastanowiły mnie bowiem wszystkie te sceny przesadne, cały ten teatr dookoła napadu: żądanie wina, harce, picie koniaku na rozkaz, janosikowe zgrywanie się na panisko, co biednego wspomoże. Na ile Płoskoń miał taki "bandycki fason", a na ile był to fason wyobrażony, który po prostu krążył w opowieściach i trafiał w końcu do artykułów? Trudno orzec, ale szczegółów tutaj tyle, że skłaniałbym się raczej ku wierze w doniesienia "Tajnego Detektywa". Teatralność i brawura Płoskonia - w trakcie napadu na ks. Rąba nie zasłaniał twarzy - wynikała bowiem z czego innego jeszcze. Wbrew kpinom, którymi usiany jest cały artykuł, był faktycznie ciężko chory. Miał zaawansowaną gruźlicę i wiedział, że tak czy siak długo nie pożyje.



Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

sobota, 29 grudnia 2012

Konie mechaniczne czyli jak kraść samochody

Kiedy w roku 1934 polski dziennikarz (o rozkosznym pseudonimie "pan Teon") miał napisać o złodziejach samochodów, musiał się odwołać do elementu wyobraźni wspólnej: wiejskich koniokradów, którzy przemalowywali konie (!) i sprzedawali je na targu.



Osiemdziesiąt lat temu to, co dziś znamy dobrze - nie tylko rejestrację, ale i wybijane na częściach numery seryjne - należało jeszcze do przyszłości.  Sposoby zabezpieczania przed kradzieżą były osobliwe, nie bardziej jednak niż złodziejskie tricki i tłumaczenia. Czemu? Samochód był chyba po części dobrem anonimowym. Nie tak doskonale anonimowym jak moneta, ale jednak. Zmieniano nie tylko kolor i koła ale - rzecz interesująca - markę ("znak fabryczny" umieszczony na chłodnicy); wprawdzie produkcję pierwszego seryjnie wytwarzanego auta, czyli Forda T, rozpoczęto trzydzieści lat wcześniej, większość marek była najwyraźniej słabo rozpoznawalna. Złoty wiek motoryzacji dopiero się rozpoczynał.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

piątek, 28 grudnia 2012

Z miłości do wierszówki

Jak może Państwo pamiętają, "Tajny Detektyw" wzorował się na francuskim piśmie, wydawanym przez Gallimarda, i często przedrukowywał teksty powstające nad Sekwaną; "nasz paryski korespondent" (w przeciwieństwie do "naszego korespondenta w Równem") był całkowicie zmyślony. Więcej, niekiedy zmyślane były całe artykuły, kiedy bowiem w kronikach policyjnych wiało nudą, dziennikarze pracujący u Gallimarda produkowali pieprzne i krwawe historyjki na poczekaniu. Tak też było chyba w przypadku opowieści o "Czerwonej Rozynie".







Nie mam dowodu, że to zmyślenie, ale wszystko tutaj wygląda jak w kiepskiej, machniętej na kolanie powiastce kryminalnej. Stawiam dolary przeciw orzechom, że "Czerwona Rozyna", podobnie jak "Don Carlos", nigdy nie istniała poza wyobraźnią jej twórcy.

Scena to oczywiście nie prowincjonalne miasteczko, łatwiejsze do rozpoznania, ale anonimowy Paryż, w jakimś sensie (w sensie wyobrażeń czytelniczych) stolica Europy, dosmaczona jeszcze zdjęciami Nowego Jorku. Na okładce przystojniak (na ówczesne warunki) z wąsikiem - sztuk raz, bogacz (cylinder i frak) - sztuk raz, kobita - sztuk raz (z workiem na głowie). Na rozkładówce kolekcja niezwiązanych ze sobą zdjęć, z trudem dopiętych podpisami do opowiadanej historii. Jest Surete Generale z komisarzem Baroux (równie dobrze mógłby być Scotland Yard i inspektor Lestrade), jest tajemnicze morderstwo i tajemnicza kobieta w czerwieni (nawiasem mówiąc, wzięta z jakiegoś języka, gdzie włosy nie są rude, a, podobnie jak jej sukienka, czerwone). Ofiara ma operetkową ksywkę "Don Carlos", mieszka kątem u gospodyni, ale znana jest w całym półświatku paryskim i organizuje ogromne orgie w wynajmowanej klitce. Oczywiście uroda arystokratyczna, oczywiście potomek hiszpańskich grandów. "Czerwona Rozyna" jest famfatalą, skoro tylko wchodzi na scenę, trup się ściele gęsto. Ofiarna (bo zasłoniła kochanka własnym ciałem) i niszcząca zarazem, ruda (więc fałszywa), doprowadza do obłędu i śmierci francuskich hrabiów.

Jakiś redaktor inkasuje wierszówkę, jakaś kucharka czyta to w "Tajnym Detektywie" pod Kaliszem i mówi do drugiej: "Wciórności!".


PS: A skoro jesteśmy przy przeróbkach, to kawałek z prawdziwego Don Carlosa: Francuz pochodzenia sycylijskiego z Amerykaninem śpiewają po francusku włoską operę o hiszpańskim infancie pochodzenia austriackiego.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934


czwartek, 20 grudnia 2012

Pogodni skazańcy i nieudane wieszanie Gardnera

Dwaj weseli panowie na zdjęciu zasłynęli nie tylko muzykowaniem w celi śmierci, ale i tym, że stracili życie w okresie istotnym z punktu widzenia wykonywania wyroków w Arizonie. Czemu? Zapraszam do lektury.





George Shaugnessy, lat 19, faktycznie pożegnał się z życiem nie 16, ale 13 lipca 1934 roku. Był 71 skazańcem straconym w Arizonie od początku prowadzenia rejestru (pierwsza była, co ciekawe, kobieta, Dolores Moore, powieszona w 1865 roku, w dwa lata po ustanowieniu samej Arizony). Sąsiedni numer 72 na tej liście nosi Louis Douglas, zgodnie z planem pozbawiony życia ostatniego dnia sierpnia 1934 roku. I Shaughnessy, i Douglas zginęli w wyniku zagazowania - nowej metody wykonywania egzekucji, wprowadzonej w miejsce wieszania w Arizonie w lipcu (poprzedzili ich tylko dwaj młodzi bracia Hernandez). Jedynym wyjątkiem była śmierć Apacza Earla Gardnera, który w szale zamordował swoją żonę i małe dziecko (był zresztą recydywistą; odsiedział już wyrok za zabójstwo innego członka plemienia parę lat wcześniej). Gardner zażądał, by "rząd kupił kawał porządnego sznura i się z tym szybko uporał"; na wyraźne życzenie został zatem powieszony 12 lipca 1936 roku - jednak lecąc w dół zapadni, uderzył ramieniem o klapę szafotu  i wytracił część pędu, przez co konał potem powoli, dusząc się, przez dwadzieścia minut. Wreszcie jakiś litościwy człowiek chwycił go za nogi, uwiesił się na nim i tak pomógł mu dokonać żywota. Śmierć Gardnera była spektaklem tak odrażającym, że Kongres USA podjął specjalną uchwałę: odtąd egzekucje federalne mają być przeprowadzane w sposób przyjęty w danym stanie. 

W Arizonie gazowano aż do wprowadzenia moratorium (ostatnia egzekucja:  Manuel Silva, nr 104 na liście, marzec 1963). Karę śmierci przywrócono w roku 1976, ale pierwszą egzekucję przeprowadzono dopiero w kwietniu 1992 roku: śmierć Donalda Hardinga stwierdzono dopiero po 11 minutach w komorze, więc, podobnie jak w przypadku Gardnera, zmieniono metodę na bardziej "humanitarną" (cokolwiek miałoby to oznaczać w kontekście kary śmierci) i, z jednym wyjątkiem (Walter LaGrand, 3 marca 1999 roku) stosuje się śmiertelny zastrzyk, przyjęty obecnie we wszystkich stanach, stosujących karę śmierci. LaGrand był ostatnim jak dotąd zagazowanym skazańcem w USA, trzy lata wcześniej zorganizowano ostatnie wieszanie (William Bailey w stanie Delaware), natomiast dwa lata temu przeprowadzono ostatnie rozstrzelanie (Ronnie Lee Gardner, Utah, czerwiec 2010) i egzekucję na krześle elektrycznym (Paul Powell, Wirginia, marzec 2010). Ale to jeszcze może się zmienić: wprawdzie zastrzyk jest we wszystkich stanach metodą zasadniczą, skazaniec może jeszcze wybrać powieszenie w Waszyngtonie (w New Hampshire mogą za niego wybrać władze), rozstrzelanie w Oklahomie (czynione są też próby, by wprowadzić taką alternatywę na Florydzie; w Utah, gdzie rozstrzelano Ronniego Lee Gardnera, zniesiono tę metodę w roku 2004, ale nowe prawo nie działa wstecz, zatem czterej skazańcy znajdujący się w celach śmierci w momencie wprowadzenia tego przepisu, mogli byli wybrać śmierć przed plutonem egzekucyjnym; jeden z nich podjął taką decyzję, drugi zmarł z przyczyn naturalnych, dwaj jeszcze czekają na wykonanie wyroku) i wreszcie krzesło elektryczne - aż w czterech stanach południowych: w Alabamie, na Florydzie, Karolinie Południowej i w Wirginii. Można powiedzieć "do wyboru, do koloru"; zwłaszcza w Alabamie, która słynie z Yellow Mama, czyli "Żółtej Mamuśki", jedynego w USA krzesła elektrycznego pomalowanego na kolor słonecznej żółci. Więzień, który wykonał je w 1927 roku, posłużył się farbą przeznaczoną do malowania pasów na autostradach, dostarczoną przez miejscowy Stanowy Zakład Budowy Autostrad. 


A skoro już jesteśmy przy pogodnych barwach, brakuje tylko radosnej melodyjki. Przed Państwem Nat King Cole wyjątkowo - mimo okresu świątecznego - nie w repertuarze bożonarodzeniowym, a w ulubionej piosence dwóch panów z celi śmierci, "East side, west side" ("Sidewalks of New York").

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934

środa, 19 grudnia 2012

Zamordowany czterolatek czyli odgrzewany kotlet

"Tajny Detektyw" tym razem donosi o młodej dziewczynie, która zaszlachtowała czterolatka, a po paru latach przyznała się do zbrodni; dodaje, że "sprawa była głośna swego czasu" - nie dodaje jednak, że była głośna ponad siedem dekad wcześniej. Ekscytował się nią Dickens, czemu nie miał się nią ekscytować jakiś mieszkaniec Pomorza czy Pokucia w roku 1934? Poekscytujmy się i my. Zwłaszcza, że nic się tu nie zgadza.


"


W jedenaście lat po ukazaniu się tego numeru "Tajnego" w Anglii nakręcono złożony z pięciu nowelek horror "Dead of Night"; w jednej z nich młoda kobieta bawi się w chowanego w starym domu i napotyka przy tej okazji smutnego chłopczyka, który zwierza się jej, że siostra, Constance, źle go traktuje. Dziewczyna odprowadza go do pokoju i układa do snu, by dopiero później dowiedzieć się, że dziecko zostało osiemdziesiąt lat wcześniej zamordowane właśnie przez siostrę. Historia zatem była dość długo żywa. Podobnie jak sama Constance Kent, która zmarła dopiero w 1944 roku w wieku lat 100.

Panna Kent faktycznie w pięć lat po morderstwie przyznała się do zbrodni swojemu spowiednikowi, wielebnemu Wagnerowi, który skłonił ją do oddania się w ręce policji (przy okazji zresztą sam został wezwany przez śledczych i wymawiał się od zeznań tajemnicą spowiedzi, co wzbudziło ogromne spory, czy w  Kościele Anglikańskim istnieje taki, zaczerpnięty z katolicyzmu, koncept). Została skazana na karę śmierci, którą zmieniono jej na dożywocie. W rozmaitych więzieniach spędziła dwadzieścia lat, w wolnym czasie projektując i układając mozaiki o tematyce sakralnej dla angielskich kościołów:


Opuszczała mury więzienne jako 41-latka - czy obdarzona "niezwykłą urodą", jak twierdzi "Tajny Detektyw"? Cóż, piękne to, co się komu podoba, ale z pewnością nie jest to dziewoja z ilustracji w artykule:


Nic natomiast nie wiadomo, żeby Kent wyszła za mąż, tym bardziej za pastora. Owszem, z oczywistych przyczyn (sprawa była naprawdę słynna) zmieniła nazwisko na Ruth Emily Kaye i wyemigrowała do Australii, gdzie dołączyła do ukochanego brata, Williama. Została pielęgniarką i w tym zawodzie spełniała się jeszcze przez długie lata, odchodząc na emeryturę będąc hożą osiemdziesięcioośmiolatką.  

Jej proces od początku był śledzony z takim zaciekawieniem, jak w Polsce międzywojennej proces Gorgonowej; zginęło czteroletnie dziecko, ulubieniec rodziny, w dodatku w brutalny sposób (liczne rany od brzytwy, gardło poderżnięte tak bardzo, że głowa wisiała tylko na pasku skóry; ciało utopione w szambie pod wychodkiem). Żadnych dowodów, same poszlaki; policja szuka winnego lub winnej, to zatrzymuje, to wypuszcza podejrzanych. I nagle trafia się skruszona morderczyni. Ale czy rzeczywiście morderczynią była? Otóż od samego początku podejrzewano, że Constance przyjęła na siebie cudzą winę.

Kiedy matka Constance i Williama była ciężko chora, ba, umierająca, ich ojciec, Samuel, romansował z niańką, Mary Dewe Pratt, z którą pobrał się wkrótce po śmierci pierwszej żony. Ofiara mordu, mały Francis Kent, był najulubieńszym z gromadki małych dzieci Mary i Samuela, które ponoć były faworyzowane kosztem starszego, przyrodniego rodzeństwa. Istnieje możliwość, że zbrodnię, zemstę na całej "nowej rodzinie", popełnił William, ukochany brat Constance, która postanowiła go chronić za wszelką cenę. Częściej jednak podejrzewano, że to słynący z romansów stary Kent, Samuel, dostał ataku szału, kiedy dziecko przerwało mu stosunek z całkiem nową, młodą niańką. Constance do końca twierdziła, że uwielbiała swojego małego braciszka i do końca odmawiała wyjaśnień, z jakich przyczyn go zabiła. Dopiero na kilka tygodni przed śmiercią wezwała swoją siostrzenicę, której wyjawiła swoją prawdziwą tożsamość, dotąd ukrywaną przed młodszym pokoleniem rodziny, i złożyła jej ostateczne wyznanie - czy było to potwierdzenie winy, czy też wskazanie prawdziwego mordercy? Trudno powiedzieć. Siostrzenica nigdy nie zdradziła treści rozmowy, a Constance, umierając w roku 1944, była ostatnią z osób, które ponad osiem dekad wcześniej zamieszkiwały Road Hill House w Wiltshire.


Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

wtorek, 18 grudnia 2012

Restaurator Siedlaczek Kasandrą rabusiów bankowych

Niedawno pisałem o nieudolnych rabusiach, którzy po serii niefortunnych zdarzeń stracili zrabowane srebra hrabiego Badeniego, a potem wpadli w ręce policji. Tym razem kolejny gang Olsena, który tym razem postanowił dokonać napadu na bank w stylu amerykańskim w swojskich Świętochłowicach.




Absolutnie nie dziwię się rabusiom, że nie pozostawili restauratorowi Walentemu Siedlaczkowi jego portfela z 9 złotymi. Nie chodziło wszak o pieniądze, a o honor złodziejski; nikt, kto wchodzi do banku z rewolwerem, w nowym szarym ubraniu, elegancko wysztafirowany na napad, nie oczekuje, że zostanie wyśmiany. Nikt w takiej sytuacji nie czeka na słowa "nie róbcie głupstw". Zwłaszcza, że Jan Hofman z Bukowiny był chłopcem postawnym, ze szczęką pokaźną i regularnymi rysami twarzy, z usty całuśnemi. Zamarzył sobie karierę Dillingera - o którym czytał być może w poprzednich numerach "Tajnego" - i z pewnością nie życzył sobie insynuacji, że dokonywany napad to "głupstwa".

Jednak restaurator Siedlaczek okazał się Kasandrą - odtąd kolejne kroki coraz bardziej zbliżają szajkę do tragikomedii. Identyfikacja jest natychmiastowa; Szmusa wydała kobieta, której w zaoferował ponad połowę swojej działki - 600 z 1000 złotych. Gdyby przynajmniej samobójstwo wyszło mu od razu - ale nie, postrzał, karetka, szpitalne łóżko z obstawą policyjną, śmierć dopiero po jakimś czasie, byle jaka. Hofman z równie żenującym "zajęciem roweru", na którym pod gradem kul próbował zbiec przed motorem komisarza Potyki (nomen omen), i z tym zaciętym rewolwerem, z którego chciał sobie po rycersku palnąć w głowę, a tam nic, suchy stuk. I zgubienie łupu, jakby na potwierdzenie ogólnej melepetowatości. Szamperę wreszcie  brat i mamusia namówili do oddania się w ręce policji. Kręcił, że swoją część też zgubił; nie zgubił, źli policjanci znaleźli. Płacz i zgrzytanie zębów.

Na ławie oskarżonych zasiedli poza Hofmanem i Szamperą jeszcze dwaj pomagierzy szajki, Wiktor Śmietana i Roman Wowra lub Wawra z Nowej Wsi - za ukrywanie zbiegów i paserstwo (Szmus, jak to gracko podał reporter  "Polonii", "został w międzyczasie powołany przed Sąd Boży"). W trakcie procesu okazało się, że Hofman, który jakiś rok wcześniej wyszedł z więzienia po odsiedzeniu dwóch lat za rabunek, wespół z Szamperą i Szmusem zdążył jeszcze na tydzień przed napadem zgwałcić "pewną dziewczynkę" (przy czym nie wiem, czy chodzi tu o nieletnią, czy o prostytutkę). Hofman dostał lat 15, Szampera - 4, Śmietana i Wowra po 6 miesięcy. W Narodowym Archiwum Cyfrowym znalazły się trzy zdjęcia z procesu:

 Od lewej: sędzia J. Broy, przewodniczący sędzia Artur Kleski 

Od lewej: prok. Kuczkowski, sędzia J. Broy, przewodniczący sędzia Artur Kleski i sędzia Stawarski


Adwokat St. Karpiński, za nim od prawej (nie od lewej, jak błędnie podaje NAC): Hofman, Szampera, Wawra, Śmietana.

W Świętochłowicach o amerykańskim rabunku pewnie mało kto dziś wie, ale miejsce ma swoją pamięć: w tym samym niepozornym budyneczku nadal mieści się bank. Zabrakło tylko dziecka, wypinającego złośliwie pupę w obiektyw reportera agencji fotograficznej IKCu, które pojawia się na fotografii w "Tajnym".



Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 19 VIII 1934