niedziela, 10 kwietnia 2016

Klątwa baccarata czyli książę Walii i węgierski hrabia vol. I

W roku 1890 Anglią wstrząsnął skandal: Edward, książę Walii, był zamieszany w szulerski skandal i - był to pierwszy taki przypadek od XV wieku - został zmuszony do stawiennictwa w sądzie.

Edward pod wieloma względami był przeciwieństwem swojej matki. Końskie zdrowie Wiktorii sprawiło, że Anglia była rządzona przez ponad sześćdziesiąt lat przez jedną kobietę (która w dodatku objęła tron dość niespodziewanie - już jej poprzednik i stryj, Wilhelm IV, nie spodziewał się korony): publicznie surową moralistkę, a prywatnie - wiecznie niezaspokojoną kochankę umiłowanego Alberta, którego, jak twierdzili złośliwi, wycieńczyła i wpędziła do grobu swoją namiętnością. Epoka wiktoriańska to czasy powściągliwych, wbitych w mundury i czarne surduty budowniczych imperium, czasy romantycznej miłości i bezwzględnej moralności publicznej... oraz prywatnej rozwiązłości. Edward, całymi latami niemogący doczekać się wstąpienia na tron (rządził niecałą dekadę, a żył niewiele dłużej, niż trwało panowanie matki), słynął z rozrywkowego trybu życia. Tańce, kobiety, karty. Jedną z jego namiętności był bakarat, francuska losowa gra karciana, która stała się właśnie przyczyną skandalu.
"L'enfant terrible" - królowa Wiktoria zmywa głowę synowi (karykatura z "Pucka")
We wrześniu 1890 roku książę Edward został zaproszony do posiadłości Tranby Croft, należącej do armatora Arthura Wilsona. Jednego z wieczorów zaproponował partyjkę bakarata - oczywiście na pieniądze, choć niedawne (1886) orzeczenie sądu w sprawie Jenks przeciw Turpinowi uznało bakarata za grę losową, a zatem podpadającą pod zakaz hazardu (co oznaczało, że gra na pieniądze była zakazana). 


I tak oto osób z najwyższych angielskich sfer zasiadło do gry (w rezydencji brakowało zresztą odpowiednio dużego stołu, więc zsunięto i nakryto tapiserią dwa zwykłe karciaki). Książę trzymał bank i może dlatego nie dostrzegł, co się dzieje: jeden z graczy, Sir William Gordon-Cumming, wsławiony w bojach wojak, bonvivant i kobieciarz, a prywatnie dobry znajomy księcia, najzwyczajniej w świecie oszukiwał. Sytuacja powtórzyła się następnego wieczora (kiedy graczy było dwanaścioro) i pięć osób, które dostrzegły podkładanie żetonów, skonfrontowało się z Gordonem-Cummingiem, po czym zażądało, by podpisał dokument, w którym zobowiązuje się, że nigdy w życiu nie zasiądzie do kart. Za tą cenę skandal miał pozostać w murach Tranby Croft.

Karykatura Gordona-Cumminga z "Vanity Fair"

Gordon-Cumming wprawdzie zaprzeczał kategorycznie, by dopuścił się oszustwa, ale dokument podpisał. Jednak, jak się okazuje, najwyższe sfery brytyjskie nie były wolne ani od szulerstwa, ani od plotkarstwa i bardzo prędko skandal z Tranby Croft stał się tematem rozmów w londyńskich klubach. Sir William - który zresztą właśnie zaręczył się z dziedziczką amerykańskiej fortuny, więc szczególnie zależało mu na reputacji - zażądał publicznego wycofania oskarżeń, grożąc w przeciwnym razie pozwem o zniesławienie. I rzeczywiście pozew wniósł, żądając od każdej z pięciu osób, które wymusiły na nim podpis, kwoty pięciu tysięcy funtów.

"Towarzystwo w sądzie", karykatura z "Puncha".
Na prawo od sędziego Gordon-Cumming, pomiędzy nimi, poniżej, książę Edward.
Sprawa, co oczywiste, przykuła uwagę społeczeństwa i mediów; książę zeznawał krótko, niezbyt spójnie i, w przeciwieństwie do swobodnego, eleganckiego Gordona-Cumminga, wypadł raczej mizernie.

Ta sama scena w bardziej naturalistycznej konwencji, ilustracja z "The Graphics".

Edward zeznaje. "The Illustrated London News"
Kolejne dni procesu przyniosły jednak dość spójne zeznania pozostałych graczy i, ostatecznie, oskarżoną piątkę uniewinniono, a Gordon-Cumming był towarzysko skończony. Pod wieloma względami jego proces przypominał zatem mający się zacząć cztery lata później proces Oscara Wilde'a. Pisarz, obrażony przez ojca swojego kochanka, markiza Queensberry (markiz napisał, że Wilde jest "somdomitą"), wytoczył mu proces o zniesławienie, który przegrał, a w dodatku przypłacił dwuletnim wyrokiem za "czyny przeciwne naturze".

Amerykańska narzeczona, Florence Garner, którą w przededniu procesu Gordon-Cumming honorowo uwolnił od danego słowa, trwała przy nim jednak z imponującą lojalnością; w dzień po przegraniu sprawy usunięto go z armii i zmuszono do rezygnacji z członkostwa w czterech londyńskich klubach, ale dzielna Florence dopięła swego i, choć ponownie zwrócił jej wolność, jeszcze tego samego dnia wstąpiła z nim w związek małżeński.

Proces podkopał nieco opinię Edwarda, którego wybuczano na wyścigach w Ascot, ale książę Walii prędko naprawił swój wizerunek; jakkolwiek nie zrezygnował z hazardu, przerzucił się jednak z bakarata na wista. 

* * *

Nie był to, oczywiście, jedyny skandal z bakaratem w roli głównej - w latach 30. głośna była tajemnicza sprawa węgierskiego arystokraty Jerzego Berzewiczy'ego, o której donosił "Tajny Detektyw". Ale to w następnym odcinku.



środa, 9 marca 2016

Rosyjska ruletka i inne dziecięce psoty

Kiedy narzekamy dziś na młodzież, powinniśmy pamiętać, że i drzewiej różnie z nią bywało, a nastolatków ciągnęło do złego. Czy przynajmniej głupiego Nagrodę Darwina bowiem można było spokojnie przyznawać zanim powstała (a pewnie i zanim narodził się sam Darwin).

Przedstawiamy Państwu: małego bibliofila, człowieka-srokę, mitomana, ryzykanta i samobiczownika. Gimbaza międzywojenna też miała fantazję!




Za: "Tajny Detektyw" nr 19, rok II, 8 V 1932

środa, 2 marca 2016

Tożsamość, czyli zbóje, paryskie trupy i samobójczyni z inicjałem

Wielce sobie cenimy naszą prywatność i ochronę danych osobowych, zatem praktyki "Tajnego Detektywa" mogą wydawać się nam barbarzyńskie - ale to tylko kwestia różnic kulturowych. Teraz, przestępca poszukiwany, zmieniając się w przestępcę schwytanego, w jednej chwili traci twarz (rozpikselowaną lub zakrytą czarnym paskiem) i nazwisko, zastąpione inicjałem (inna sprawa, na ile to pozorne w czasach internetu). Przed wojną tymczasem publikowano swobodnie wizerunki, imiona, nazwiska, a nawet adresy zamieszkania zarówno przestępców, jak i ofiar. 
Nie dziwi to w momencie ścigania, jak w przypadku choćby tych dwóch defraudantów, uciekających przez kraj polskich Clyde'a i Clyde'a:


Ale przecież wizerunki i personalia przestępców drukowano również po ujęciu - przykładem niech będzie notka o schwytaniu trzech braci Leszczuków (o których losach niewiele więcej mogłem się dowiedzieć); warto zauważyć, że są opisywani jako "zbrodniarze", "groźni bandyci", bez żadnej refleksji nad domniemaniem niewinności, choć dopiero przecież czekali na rozprawę:



Publikowano też - jak to dzieje się i dziś - zdjęcia osób zaginionych, z nadzieją, że ktoś je odnajdzie. Dziwić może natomiast, że niekiedy "Tajny" zamieszczał fotografie zwłok (lub, jak na załączonym obrazku, osoby, co do której nie bardzo wiadomo, czy żyje, czy nie - notka nie informuje jednoznacznie o śmierci, ale opisuje kobietę w czasie przeszłym):

Identyfikowanie zwłok przez publiczne okazanie miało, oczywiście, swoją długą tradycję - w XIX wieku w Paryżu wybudowano nawet w kostnicy miejskiej specjalne "akwarium", w którym kolejne zwłoki wykładano na pochyłe marmurowe płyty ("miasto świateł", zważywszy na populację, zawsze miało dostatek topielic, ludzi zasztyletowanych w zaułku, itd.). Mimo, że genitalia pruderyjnie zasłaniano specjalnymi deseczkami lub ręcznikami, rosła popularność oglądania trupów jako wielkomiejskiej formy rozrywki - codziennie do kostnicy pielgrzymowało ok. 40 tys. ludzi, w tym wielu brytyjskich turystów. Ostatecznie w roku 1907 kostnicę zamknięto z powodów "higieny moralnej" - ale również dlatego, że, dzięki rozwojowi technik policyjnych, szanse identyfikacji zmarłego wzrosły. 







Personalia nie były chronione w żaden sposób, przeciwnie, nierzadko żerowano na nich, jak było to w przypadku niejakiego Gagatka, zamieszanego w pomoc kasiarzowi (tytuł: Czy Gagatek był gagatkiem?), albo Mieczysława Kochanka, który zasztyletował niewierną żonę, co prowadziło do serii kalamburów. W tekście Tajemnica Koperty Kr. N. Wog. przeczytać możemy o kasiarzu Stanisławie Cichockim, zwanym „Szpicbródką”. Policja dokonała rewizji w mieszkaniu kochanki jednego ze jego współpracowników, Mariana Brzezińskiego. „Tajny Detektyw” podaje wówczas jej nazwisko i adres: Kazimiera Kozłowska, ul. Pańska 86. Nikt tu nie bawił się w zakrywanie oczu czarnym paskiem, a nazwiska zastępowano inicjałem bardzo rzadko i chyba tylko za sprawą jakichś zakulisowych ustaleń środowiskowych. Tak było w przypadku tragicznego w skutkach romansu dwojga doktorów UJ a także samobójstwa pewnej osiemnastolatki:



Cóż, zaważyło pewnie to, że Maria była córką wdowy po szacownym właścicielu ziemskim. A może i jej młodość? Trudno powiedzieć. Tak czy owak, tygodnik postanowił oszczędzić rodzinie skandalu, choć i tak zamieścił zdjęcie - cóż, w czasach przedfejsbukowych fotografia nastolatki mniej widać zdradzała ogólnopolskiej publiczności, niż pełne nazwisko.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, nr 47, rok III, 19 XI 1933

niedziela, 28 lutego 2016

Miasta cieni cz. XVI - Skarby, skarby!

Album zdjęć policyjnych to nie tylko zdjęcia ludzi - przestępców, zaginonych i ofiar - ale również przedmioty. Czasem są to narzędzia zbrodni, jak siekiera czy rewolwer, czasem jakaś sztuka ubrania czy maszyna do produkcji fałszywych złotówek, najczęściej jednak - łupy. A zatem: srebrne zastawy, naczynia liturgiczne, a przede wszystkim: biżuteria, czy to odzyskana od złodzieja czy pasera i obfotografowana na posterunku, czy to jedynie skradziona i schematycznie narysowana, wedle wskazówek ograbionego właściciela czy właścicielki.

Raz już prezentowałem taki zbiór, teraz kolejna odsłona. Ostatnie z tych zdjęć jest szczególne: to przefotografowany mugshot, leżący obok paru pierścionków, które musiały widać przejść przez ręce pana na obrazku - czy to złodzieja, czy pasera. Reszta fantów, niestety, jest oderwana od swoich historii i świeci na nas z przeszłości światłem niejasnym.












Za: album policyjny

sobota, 27 lutego 2016

Na piechotę, czyli cynki włóczęgowskie.

W tekście "Amerykański tramp i nasz włóczęga" autor zestawia włóczęgostwo w ówczesnych Stanach i Polsce, kreśląc typologię rozmaitych wędrowców. Czego tu nie ma! Są i migawki z rozmaitych schronisk, począwszy od brukselkich, a na krakowskich kończąc, jest słowniczek cynków, czyli symboli zostawianych przy bramach domów, jest wspomnienie o chronieniu się w wygaszonych piecach licznych cegielni płaszowskich. Jest wreszcie to, czego można się było spodziewać po "Tajnym Detektywie", który mrugał okiem do czytelników z drobnomieszczaństwa i klasy średniej - wspomnienie o "malowniczości", o "uroku", "romantyczności włóczęgi".

Kiedy pojawia się temat głębszych przyczyn, okazuje się, że "robotnik okazyjny stale pracować nie potrafi". Wprawdzie zaraz idzie kawałek o tym, że to "warunki gospodarcze go przerzucają", ale jednak. Bo przecież "dobry [...] robotnik znajdzie zajęcie w każdym kraju" - pisze beztrosko dziennikarz. W tym samym czasie również polskie fabryki, podupadające ogromnie przez ogólny kryzys, dokonują masowych zwolnień. Inne idą z robotnikami na układ - zatrudniają ich na dwa, trzy dni w tygodniu, czasem nawet na jeden dzień (oczywiście za proporcjonalnie obniżaną stawkę), żeby tylko masowych zwolnień nie przeprowadzić. Problem w tym, że za pensje w wysokości 1/5 czy 2/5 poprzedniej płacy wyżyć się nie da. 

To, co wydaje mi się największą zaletą tego tekstu, to reportaż z sali sądu na Kanoniczej w Krakowie, który daje wgląd w czasy, kiedy podróżowanie bez celu było działalnością karalną:





Wspomniany w tekście sędzia-znawca włóczęgów to Leonard Krupiński (1893-1974). Narodowe Archiwum Cyfrowe zawiera sporo jego portretów, bowiem orzekał w trzech sprawach, które odbiły się szerokim echem w międzywojniu: w aferze Ciunkiewiczowej, kokoty w stanie spoczynku, która usiłowała nabrać ubezpieczyciela na rzekomą kradzież futer i klejnotów z walizek złożonych w hotelu, małżeństwa Maliszów (potrójne morderstwo w wyniku nieudolnego skoku na listowne przekazy pieniężne; sprawa, która miała się rzekomo przyczynić do zamknięcia "Tajnego Detektywa") i wreszcie w superprocesie Rity Gorgonowej. Pracę w sądownictwie zaczął przed samym upadkiem Cesarstwa Austro-Węgierskiego, we wrześniu 1918, natomiast orzekał do połwy grudnia 1945, kiedy nowe władze komunistyczne przeniosły go w stan spoczynku - przedwcześnie chyba, bo miał ledwo 52 lata, ale chyba zaważyło tu właśnie bycie znanym sędzią z okresu sanacji. Może wybroniliby go włóczędzy - ale oni i w komunizmie byli, jak zawsze, bezbronni i bezsilni.



Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931

piątek, 19 lutego 2016

Drobne ogłoszenia, drobne ogłoszenia... vol. III

Największą chyba reklamą w historii "Tajnego Detektywa" był całostronicowy anons Towarzystwa Wydawniczego "Rój".

Wydawnictwo "Rój" zostało założone w roku 1924 przez dwóch wspólników: Marian Kister zajmował się sprawami technicznymi i finansami, natomiast Melchior Wańkowicz był kierownikiem literackim. Prędko zajęło ważną pozycję na rynku, dzięki publikowaniu tanich serii z literaturą popularną ("Seria 3-złotowa", "Książki 95-groszowe") i podróżniczą ("Biblioteczka Historyczno-Geograficzna"). Równocześnie jednak wydawało książki noblistów ("Dzieła XX Wieku") i eksperymentowało z debiutantami. To właśnie tam ukazały się pierwsze wydania arcydzieł Schulza ("Sklepy cynamonowe" i "Sanatorium pod klepsydrą") i Gombrowicza ("Pamiętnik z okresu dojrzewania" i "Ferdydurke"). Niemcy zlikwidowali firmę w roku 1940, ale w rok później Kister, którego wojna rzuciła do USA, reaktywował ją pod nazwą Roy Publishers w Nowym Jorku, zarówno w celu przybliżania czytelnikom anglojęzycznym literatury polskiej, jak i wydawania dzieł po polsku na potrzeby Polonii.

Reklama w "Tajnym Detektywie" skupia się, oczywiście, na literaturze komercyjnej - ale widać, że obok tuzinkowych autorów i okładek trafiają się tutaj prawdziwe edytorskie cacuszka z bardzo nowoczesną szatą graficzną.




Za: "Tajny Detektyw" nr 19, rok II, 8 V 1932

niedziela, 14 lutego 2016

Sprawa Markusa, czyli łódzki kupiec szulerem, vol. II

Proces kupca i - w wolnych chwilach - oszusta karcianego Markusa (który chciał wyrwać Kleinmanowi dwadzieścia, a potem piętnaście tysięcy dolarów jako odszkodowanie za rzekomo nieuczciwą grę), stał się w Łodzi ogromną sensacją - zwłaszcza w sferach handlowo-przemysłowych, które masowo przybyły na rozprawę. Ale osobliwym sporem interesowali się również czytelnicy prasy miejscowej i krajowej, która donosiła o tym w obszernych relacjach z sali łódzkiego sądu.

Markus musiał czuć się bardzo pilnie, skoro z Berlina posyłał listy do łódzkich gazet z zaproszeniem na proces. Jak pamiętamy, dowodził, że przechwycił od Kleinmana rzekomo znaczoną talię kart, więc może liczył, że Kleinman się tego wystraszy i zapłaci żądaną kwotę, a przynajmniej będzie dążył do ugody?




Bardziej szczegółową relację z sądu grodzkiego podaje "Republika". Dziennikarz stoi wyraźnie po stronie Kleinmana, skoro jego adwersarza opisuje jako "Herszka Żarłoka [...] wypasionego jak gęś przeznaczona na pasztet sztrassburski". Tekst, zasadniczo, powtarza to, co zrelacjonował "Tajny Detektyw", ale wydaje mi się interesujący ze względu na takie właśnie szczegóły obyczajowe - zaprzysięganie świadków przez rabina, który akurat jest na sali, cytaty z rozmów ("Czy ty chcesz zostać poetą, czy chcesz maturę zrobić, że tak ciągle czytasz... Zagraj lepiej w karty!"), błędy językowe Markusa, i tak dalej.





Szczególnie ciekawym procederem na styku prawa i bezprawia wydaje mi się działalność denuncjacyjna Markusa - obracając się w środowisku zamożnych łodzian, wiedział doskonale, kto z nich ma nieruchomości w Berlinie. Część z firm - jak firma wspomnianego Wekslera - zbankrutowała w czasie Wielkiego Kryzysu. Markus zatem otrzymywał haracz za to, że nie zgłaszał komu trzeba ukrytego w Berlinie majątku, który dało by się zlicytować na poczet długów.

Niektórzy uczciwi przedsiębiorcy schodzili na złą drogę właśnie pod wpływem kryzysu właśnie (by przypomnieć sprawę warszawskiego jubilera Wabia-Wabińskiego) w przypadku Markusa przebiegłość i znajomości w półświatku każą jednak sądzić, że był od dawna oszustem, działającym na styku interesów legalnych i, bardziej lukratywnych, nielegalnych. Ostatecznie, jak widzimy, trafił do więzienia. 10 X 1932 "Głos Poranny" opublikował notkę o apelacji, ale w kolejnych numerach nic nie pisze, milczy również "Republika". Może sprawa była zbyt ewidentna, by jeszcze ktoś miał Markusa za niewinnego... 


Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 12 V 1932, "Republika" nr 132, rok X, 13 maja 1932


sobota, 6 lutego 2016

Sprawa Markusa, czyli łódzki kupiec szulerem, vol. I

Wielki kryzys, jak wielokrotnie tutaj pisałem, stał się okresem ciężkim nie tylko dla najuboższych, chłopów, robotników, ale i dla jubilerów, kasiarzy czy kupców. Część z nich z trudem wiązała koniec z końcem, ogłaszała bankructwo, popełniała samobójstwo... Inni, jak choćby rezydujący w Berlinie łódzki kupiec Hersz Markus, radzili sobie na najrozmaitsze sposoby. Niekoniecznie legalne.







Sprawa była dość ciekawa: otóż w samym centrum łódzkiego życia kupieckiego, wśród szacownych panów, którzy mogli byli jeszcze za młodu handlować z takimi przemysłowcami, jak Poznański, Kindermann czy Scheibler (czyli Reymontowski Bucholc) a jeszcze parę lat temu - z zięciem Scheiblera, Herbstem, wybuchł skandal. I to na wielkie sumy, bo dwadzieścia tysięcy dolarów było wówczas kwotą zawrotną. W przeliczeniu na złotówki - 180 tys. Były to 642 średnie pensje pracownika umysłowego, który musiałby na to pracować ponad 53 lata. A robotnik? W przemyśle w latach trzydziestych z trudem można było znaleźć pracę, pracownik fizyczny średnio pracował zaledwie 26 tygodni w roku i dostawał średnio prawie 24 zł tygodniówki, czyli 624 złote rocznie. Czyli na kwoty, wygrane rzekomo przez Dawida Klajmana (vel. Kleinmana), musiałby pracować przez niemal trzysta lat.

Markus musiał z dużym zaangażowaniem zaplanować całą pułapkę, zastawioną na szacownego Klajmana - podstawił dwóch graczy, misternie zaaranżował plan podróży. Cóż, widać miał kogo oskubać, bo byle kogo podówczas na wyprawy do Biarritz stać nie było... Kiedy jednak Klajman zwietrzył podstęp, Markus postanowił uderzyć z innej flanki. Tyle, że nie spodziewał się chyba takiego rozwoju sytuacji.

Sprawa - skandal pomiędzy zamożnymi kupcami czy przemysłowcami, wspaniałe dekoracje w postaci wagonów pierwszej klasy i paryskich restauracji - budził zrozumiałą fascynację. Pisał o nim zarówno "Express Wieczorny Ilustrowany" (w dziwnie urywającej się notce):



...jak i inne łódzkie pismo, "Republika":


Niebawem obie gazety, podobnie jak "Tajny Detektyw", miały donieść o wyroku. Ale o tym w następnym odcinku.




Za: "Tajny Detektyw" nr 19, rok II, 8 V 1932, "Express Wieczorny Ilustrowany" nr 132, rok X, 12 maja 1932, "Republika" nr 128, rok X, 9 maja 1932

niedziela, 10 stycznia 2016

Jak kradziono samochody w międzywojniu?

Dość efektowny, dynamiczny kolaż z kierownicą i szczerzącymi się maskami automobilów stanowił ilustrację do artykułu o złodziejskich metodach z lat 30. XX wieku. Liczba samochodów w Europie rosła - i na sile przybierały też zwiazane nimi przestępstwa, począwszy od przestępstw drogowych, przez ubezpieczeniowe, a na pospolitych - i niepospolitych - kradzieżach kończąc.


Nic dziwnego, że sensacyjny materiał reklamowany w głównym dzienniku koncernu IKC, czyli Ilustrowanym Kurierze Codziennym, taką oto zapowiedzią:



W roku 1927 w USA było ponad 22 mln samochodów, w Wielkiej Brytanii prawie milion, niewiele mniej we Francji (901 tys.) i Kanadzie (820 tys.); potem kolejna przepaść w rubrykach: w Australii 361 tys., w Niemczech 318 tys. Polska, z 16,5 tys. samochodów, zajmowała 36 pozycję w statystykach. Dziesięć lat później, w 1937 roku, w Polsce aut było już 42 tys., a rok później, w 1938 - 51 tys. Samochód nie stawał się może, jak w USA, dobrem dostępnym klasie średniej, z pewnością jednak się popularyzował, choć nierównomiernie - w Warszawie jeden automobil przypadał na 139 mieszkańców, w województwie Tarnopolskim - na 5322...

Nic dziwnego, że wraz z rosnącą liczbą samochodów i malejącą koni, coraz mniej było koniokradów, a coraz więcej złodziei samochodów. Nic też dziwnego, że obok zwyczajnych łapserdaków, rzucających się na byle taksówkę (jak w przypadku nastoletnich Brudnego i Kaweckiego), działały wyspecjalizowane grupy przestępcze, które zajmowały się tylko łupami najdroższymi. I stosowały pomysłowe sposoby - zarówno w Stanach, jak i w Europie.

Kradzież musiała być - pomimo stosowanych alarmów - stosunkowo nietrudna, skoro w roku 1930, jak podaje "Tajny Detektyw", skradziono w Niemczech 350 tys. aut, a zaledwie rok wcześniej wszystkich samochodów było tam 433 tys., czyli statystycznie w roku kradziono niemal każdy pojazd, równocześnie jednak miażdżącą większość łupów odzyskiwano; były to chyba raczej wybryki chuligańskie - kradzież, by przejechać się kawałek, która kończyła się kraksą lub wyczerpaniem benzyny w baku...






Cóż, jak widać, historie o polskich złodziejach niemieckich samochodów to dopiero pieśń przyszłości. W latach 30. Niemcy zorganizowali własne przedsiębiorstwo kradzieży automobilowych i prowadzili je z imponującą wprost solidnością...

Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931, IKC z 4 IV 1931.