niedziela, 25 sierpnia 2013

Trup pośród hollywoodzkich sław

Jest wszystko, czego trzeba w kryminale w stylu Agathy Christie: luksusowa posiadłość, wspaniałe przyjęcie, towarzystwo z wyższych sfer, nagły strzał, ciało - i, oczywiście, podejrzenia. Kto zabił autora musicalowych piosenek? I czemu?


Jerry Jarnagin - bo tak naprawdę brzmiało jego nazwisko, przekręcone przez redaktorów "Tajnego Detektywa" - rezydował z żoną w Toluca Lake. W tej okolicy mieszkało wówczas - i mieszka po dziś dzień - sporo rozmaitych sław; wówczas: Amelia Earhart z mężem, magnatem wydawniczym, Putnamem, a później, między innymi, Bing Crosby, Bob Hope, Doris Day, Frank Sinatra, Goldie Hawn, Denzel Washington, Andy Garcia, Zac Efron, Kirsten Dunst, Miley Cyrus, Jonas Brothers... W czasach Earhart (która osiedliła się w Toluca Lake z uwagi na bliskość fabryki samolotów firmy Lockheed w pobliskim Burbank) można się tam było "zaszyć" z dala od szumu wielkich studiów filmowych (choć Universal Studios były o rzut beretem), dziś celebrytów przyciąga głównie figurujące w nazwie miejscowości jezioro: ogrodzone, prywatne, w całości należące do mieszkańców otaczających je willi.

Przyjęcie mogło być zatem po hollywoodzku huczne - ale nie było; w istocie gości było tylko troje: wspomniana w artykule siostrzenica (nie kuzynka) pani Franklin z narzeczonym (nie mężem), i przyjaciółka małżonków, pani Klein. Pistolet faktycznie leżał na oddalonym od ciała fotelu - początkowo więc sądzono, że doszło do morderstwa. Podejrzenia padły na byłego służącego ("zabił lokaj!"): Lawrence'a Thomasa, który miał być wkrótce przesłuchiwany w sprawie napaści na chlebodawczynię. Otóż pomiędzy Thomasem a Jarnaginem wywiązała się gwałtowna kłótnia, a kiedy pani Franklin usiłowała zainterweniować, została pobita przez służącego kolejno dzbanem na wino, nogą od stołu i telefonem (sic!). Thomas miał jednak niepodważalne alibi: był z matką w odległym o pięćdziesiąt kilometrów mieście Pomona.

Bliższe badania wykazały, że wszystko wskazuje na samobójstwo - kompozytor bywał ponoć ostatnimi czasy poważnie przygnębiony kłopotami z finansami i ze znalezieniem angażu. Morderca nie miałby jak wyślizgnąć się z miejsca zbrodni niezauważony przez obecnych. Rana była zadana z bliska (i osmalona), zaś pistolet, upuszczony przez Jarnagina, albo upadł na fotel i wraz z nim został przesunięty w ogólnym zamieszaniu, albo podniesiony przez kogoś bezwiednie i odłożony na bok. Jak pisze Berkeley Daily Gazette, Pani Franklin, wdowa, gwiazda komedii muzycznej, nie była przekonana, czy jej mąż faktycznie popełnił samobójstwo [...] Aktorka, dawszy wyraz swej niepewności w wybuchu histerii [...] omdlała na pulpit dla świadków.

Ostatecznie sąd uznał śmierć Jarnagina za samobójstwo - i być może tak w istocie było. A może po prostu zabrakło na miejscu panny Marple lub Herculesa Poirot?


PS: Jarnagin był drugim mężem pani Franklin - pierwszy, Burton Green, również kompozytor, przeżył załamanie nerwowe na froncie I wojny światowej, gdzie występował z żoną ku pokrzepieniu serc jankeskich chłopców; zmarł po kilkutygodniowej chorobie w roku 1922. Jarnagin, jak wiemy, postradał życie w 1934. Sama pani Franklin, która przed Wielkim Kryzysem obwieściła prasie, że planuje założenie domu dla emerytowanych aktorek (na co wkrótce nie miała odpowiednich środków), sama zmarła w analogicznej instytucji w roku 1941. Miała 65 lat. Przyznawała się do 57. 


Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 

piątek, 23 sierpnia 2013

Miasta cieni cz. IX

Mugshots, czyli frontem, z profilu, w trzech czwartych (w nakryciu głowy i odzieniu wierzchnim). Przyłapani na gorącym uczynku lub tylko oskarżeni, mordercy i włóczędzy, czasem chorzy psychicznie bezdomni. To takie zdjęcia stanowią najliczniejszą grupę w  przedwojennym albumie fotograficznym jednej z powiatowych komend policji.

Zdjęcia napływały z całego kraju i spoza jego granic - tu widać na przykład fotografię z Hamburga; Girot, sądząc po nazwisku i pisowni "r", był zapewne zdjęty we Francji, a Frantisek Desarsch z kolei w Czechosłowacji, jak można wnioskować ze skrótu w podpisie. W jakiejś instytucji centralnej (Komendzie Głównej?) były przefotografowywane (stąd widoczne czasami po bokach pinezki i podziurawiona deska), a kopie rozsyłano na prowincję. Czasem w kadrze łapie się jeszcze kawałek karty ewidencyjnej z odciskami palców i danymi przestępcy.

Czasami fotografowano ich w specjalnym pokoju, z podpierającym głowę pałąkiem, czasem byle gdzie - nieraz w tle widać mur, piec kaflowy, drzwi w jakimś korytarzu na komendzie. Bywa, że trzymają tabliczkę z datą i nazwą miasta (niekiedy leżącego w tamtej, dawnej Rzeczypospolitej), z rzadka trafiają się też wydrapane w emulsji lub dopisane później nazwiska: polskie, niemieckie, żydowskie, czeskie, rosyjskie, ukraińskie. Są tu najróżniejsi ludzie: kobiety i mężczyźni, starzy wyjadacze i dzieciaki, wyglądający zamożnie i w ostatnich łachmanach. Krzepcy, rumiani i chorzy (czasem ciężko). Ładni i brzydcy.

Spójrzcie im w oczy.











poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Degenerat Popowicz i stare wierszyki

Piotr Popowicz, który rozłupał kamieniem głowę swojej kochanki, mógłby posłużyć za podręcznikowy wprost przykład stopniowej degeneracji: od poczucia zagubienia i niepewności w życiu, przez oszustwa i kradzieże, do brutalnego morderstwa. Nie to jest jednak w jego historii najciekawsze!



Pomijam sąsiednią wzmiankę, że 25-letni szewc zasztyletował 25-letniego kotlarza kolo baru "Pod wróblem" (z głębin rodzinnej pamięci pojawia się tylko wierszyk, starszy zapewne od tego artykułu: Bo najgorsze co się zdarza / całować w tyłek kotlarza / bo się grynszpan nań osadza / i straszliwą śmierć sprowadza.) i od razu przechodzę do meritum: otóż ujęła mnie opowieść o kradzieży przyrządów mierniczych i podawaniu się za inżyniera geodetę, jakby żywcem przepisana z książki.

Literatura i film znają mnóstwo wspaniałych przykładów na to, że "szata czyni człowieka". Z życia wzięty jest słynny przypadek "kapitana z Koepenick": w roku 1906 drobny cwaniaczek Friedrich Voigt po wyjściu z więzienia kupił w sklepie ze starzyzną mundur kapitana, podporządkował sobie oddziałek żołnierzy, wkroczył z nimi do Koepenick, zaaresztował burmistrza, przejął kasę, a następnie pojechał z oddziałem do pobliskiego Berlina; burmistrza polecił odprowadzić na odwach, żołnierzom kupił kiełbaski z piwem, a sam, przebrany w cywilne ubranie, rozpłynął się w tłumie. Ćwierć wieku później powstała sztuka oparta na tej historii - ale już blisko wiek przed "Kapitanem z Koepenick" Zuckmayera Gogol napisał "Rewizora". Tam wprawdzie rewizor przyjeżdża incognito, nie w carskim mundurze odpowiedniej rangi, ale Chlestakow zostaje za niego wzięty właśnie z powodu swojej powierzchowności: wielkomiejskich manier i stroju. W "Gangsterach i filantropach" Michnikowski, wyciągnąwszy w restauracji alkoholomierz, zostaje uznany za inspektora kontroli handlowej - zaczyna więc żyć z łapówek od nieuczciwych restauratorów, dolewających wody do wódki i zmniejszających gramaturę kotleta. Przykłady można mnożyć.

Popowicz, który wyrywał gotówkę "na geodetę" nie jest zatem przypadkiem wyjątkowym - ale bardzo zabawnym; takie oszustwo wymagało bezczelności, elokwencji i pomysłu. I, jakkolwiek nie pochwalam okradania gospodarzy (nawet najbogatszych we wsi), mam dla Popowicza niejaką sympatię. Morderstwo Janczurówny (czy to zatłuczenie kamieniem, czy - jak w innej relacji - zaduszenie) jest na drugiej stronie tej skali: nie wymagało żadnej inteligencji, nie było w niczym zabawne ani pomysłowe. Ohydna zbrodnia na szczególnie życzliwej i pomocnej mu osobie (gdyby wrócić do starych wierszyków, należałoby strawestować: Nawet bił, choć go pieściła, / Józię, co go wykarmiła). Podobną opinię miał też sąd przysięgłych we Lwowie: Popowicz w styczniu 1935 roku został jednomyślnie skazany na karę śmierci przez powieszenie - co było niejaką sensacją, bowiem, jak doniosła łódzka "Republika" od wielu lat jest to pierwszy wyrok tego rodzaju jednomyślny.


Za: "Tajny Detektyw" nr 37, rok 4, 9 IX 1934

niedziela, 18 sierpnia 2013

Skrwawione ciało i pasta do butów

Media vita in morte sumus ("w środku życia w śmierci jesteśmy"), mówi średniowieczna antyfona. W przypadku zatłuczonej kijem Zofii Nogaczówny widzimy to jak na dłoni: młoda dziewczyna, wracająca z zakupów, ginie nagle na wiejskiej drodze... Trudno się dziwić, że wstrząsnęło to mieszkańcami Bębnikątów i Bagna!



Zbrodnia jak zbrodnia - jest miejsce, motyw, narzędzie, metoda; jest winny i są zwłoki. Mnie jednak interesują drobiazgi: sprawunki Nogaczówny. Kupione w Obornikach, wybrane spośród wielu innych tego rodzaju. Na półce w sklepiku w Obornikach stało więcej pudełek z pastą do froterowania butów, piekarz mógł chwycić każdy z chlebów, leżących w koszach: a jednak do torby Nogaczówny trafiły te, nie inne, wybrane przedmioty, i to one stanęły przed oczami czytelników w 1934, a teraz - przed naszymi oczami. To okrągłe pudełeczko. Ten podłużny bochenek. Pudełka, papierki których nie sposób zidentyfikować. Przetrwały na swój sposób, utrwalone przez fotografa i druk, dzięki zbrodni; ich bracia i siostry ze sklepowych półek mieli życie znacznie krótsze: chleby zjedzono zanim numer ukazał się w druku, pasta do butów schodziła trochę wolniej - mogła przeżyć nawet "Tajnego Detektywa", bo pismo zamknęło się raptem pięć miesięcy później - ale, tak czy owak, przepadła w otchłaniach czasu, łącznie z metalowym pudełkiem. "Nie tylko życie ludzkie przebiega krętymi ścieżkami" - zakończyłby te rozważania prawdziwy redaktor "Tajnego Detektywa."

Za: "Tajny Detektyw" nr 37, rok 4, 9 IX 1934, 




czwartek, 15 sierpnia 2013

16 ciosów sztyletem, czyli co by Freud powiedział?

Odratowany przez policję żonobójca i niedoszły samobójca, Aleksander Kahanek, kupiec lwowski, w trakcie przesłuchań  rozwinął bogatą w szczegóły opowieść, typową dla ludzi cierpiących na manię prześladowczą. Co skłoniło go do zamordowania nieszczęsnej Kahankowej? Czy rzeczywiście za zbrodnią stał nieznany "zły duch"?



Rok temu pisałem już o Kahanku, który zabójstwem żony połączonym z samobójstwem postanowił uwolnić świat od niszczącego wpływu Żydów i masonerii. Początek artykułu przypomina to, co już wiemy, dalej jednak można przeczytać o zagadkowym nieznajomym:



Nie znalazłem na razie, niestety, żadnych wiadomości o procesie Kahanka; nie sądzę jednak, by odnalazł się jakiś "zły duch" stojący za zabójstwem - zwłaszcza taki, jak na okładce "Tajnego Detektywa", czyli widmowy łeb w aureoli. Owszem, być może trafił się jakiś cwaniak, który omotał lwowskiego kupca, zdradzającego coraz dalej postępujące symptomy obłędu, i postanowił przygarnąć jego składaną w skarpecie gotowiznę - wątpię wszakże, by przekonywał go (a już zwłaszcza hipnotyzował) by zgładził żonę; jeśli bowiem coś mogło pokrzyżować plany przejęcia majątku, to właśnie zabójstwo i towarzyszący mu skandal. Podejrzewam nawet, że nieznajomy, u którego Kahanek rzekomo deponował kapitały, był jego wymówką: interes, niegdyś kwitnący, prosperował - i z powodu kryzysu, i za sprawą rozstroju nerwowego właściciela - coraz gorzej. Chwiejny umysł mógł w takim wypadku wygenerować niewidzialnego przyjaciela, u którego deponuje się bajońskie sumy (bo 50 tys. przed wojną było sumą bajońską).

Ciekawe, jak wszystko tu się składa w długoletnią historię choroby i obsesji, z których chory, niestety, leczył się - jak wiemy z listu do mecenasa - nie u lekarza, a samą "pomocą Boga" i "własną inteligencją". Czego Kahanek się nie tknął, było trefne: konkurencja chciała go zniszczyć, sprzedając towary zbyt tanio (przypominam, że szalał kryzys i sklepy wyprzedawały się, żeby utrzymać się na powierzchni), żona była w zmowie z mafią, a przeciwnicy złośliwie z Kahanka robili wariata. Widać tu również silne wpływy propagandy kościelno-endeckiej: mania gromadzenia gotówki była tłumaczona potrzebami "Polski mocarstwowej" (inwestycje są dla żydowskich spekulantów; Polak-katolik-patriota trzyma przecież pieniądze w kufrze!), życie najlepiej spędzić w klasztorze (sowicie go uposażywszy), a wszystkiemu grożą Żydzi i masoni.

Było może i drugie dno w tej manii - absolutnie, oczywiście, niewyrażalne - i nieprzypadkowo ofiarą śmiertelną została właśnie żona, a nie ten Żyd czy tamten mason. Otóż małżonkom wyraźnie się nie układało na tle seksualnym, i nie chodzi tylko o 15 czy 16-letnią (w zależności od źródła) różnicę wieku. W "Tajnym Detektywie" czytamy: "on zarzucał jej niepłodność - ona zanik aktywności", ale z wcześniejszego artykułu wiemy też, że jednym z przejawów manii prześladowczych Kahanka było oskarżanie żony, że truje go ona napojami miłosnymi, których sekretów nauczył jej pierwszy mąż. "Pierwszy mąż" zresztą to określenie grzecznościowe; Gloss był wieloletnim kochankiem późniejszej pani Kahankowej i zostawił jej w spadku cały majątek, ale do ślubu nie doszło, jak dowiadujemy się z materiału w łódzkim "Echu":


Czy takie właśnie było tło mordu? Młody, 31-letni mężczyzna ("przystojny", jak czytamy w "Echu", ale tu już można mieć pewne wątpliwości...) poślubił wdowę-niewdowę dla pieniędzy, zainwestował je w - nomen omen - interes, "ale wtedy mu wychłódło, bo już była stare pudło", w związku z czym frustracja seksualna rosła (a u mężczyzny o sztywnym kręgosłupie moralnym rozładowywanie jej w jakikolwiek inny sposób w grę nie wchodziło) i znalazła ujście w manii prześladowczej, która po dziesięciu latach zaowocowała mordem (dokonanym - co by na to Freud powiedział - ostrym narzędziem, w łóżku)? Możemy tylko gdybać.



PS: Kamienica przy Fredry 4, w której Kahanek prowadził sklep papierniczy, stoi po dziś dzień (podobnie jak ta na Sykstuskiej, gdzie zginęła Kahankowa); dziś mieści się tam sklep Hugo Bossa  i biuro notariusza:




Za: "Tajny Detektyw" nr 37, rok 4, 9 IX 1934, "Echo", rok X nr 216, 9 VIII 1934

wtorek, 6 sierpnia 2013

Dziarska Elza i gwałciciel nieletnich

Kiedy byłem dzieckiem, wysłuchiwałem tysięcznych kazań o tym, że nie wolno iść z żadnym obcym dorosłym, nie wolno zjeść cukierka od nieznanej osoby, należy być nieufnym wobec osób, które chcą się z nami przesadnie zaprzyjaźnić; przed wojną jednak - przynajmniej w niektórych rodzinach - sami rodzice oddawali dzieci w ręce podejrzanych indywiduów.



Historia jest prosta i niewiele można do niej dodać. Uwagę moją - pewnie dlatego, że słabo znam szczegółową historię Śląska w międzywojniu - przykuły jednak słowa "hitlerowski Bytom". Nie zdawałem sobie sprawy, że był to tak ważny dla nazistów bastion poparcia. W plebiscycie 74% ludności opowiedziało się za pozostaniem miasta przy Niemczech; w wyborach 1933 roku na NSDAP głosowała ponad połowa bytomian (52%), po wyborach komunalnych w radzie miejskiej przyznano hitlerowcom procentowo jeszcze więcej mandatów (26 na 47). W trakcie Nocy Kryształowej bojówki ochoczo spaliły piękną synagogę w stylu mauretańskim, wybudowaną siedem dekad wcześniej, w latach 60-tych XIX wieku.

Na tym entuzjazmie Bytom zresztą źle wyszedł - w 1939 roku okupanci ustanowili Rejencję Katowicką i to, co było dotychczas ważnym i doinwestowywanym przez hitlerowców przemysłowym przyczółkiem, stało się pomniejszym miastem regionu, ustępującym Chorzowowi czy Katowicom. Po półtora roku do Katowic przeniesiono stamtąd dużą część aparatu urzędniczego, zawiadującego Prowincją Górnośląską, w wyniku czego Bytom stracił wiele instytucji, a liczba ludności spadła ze 101 do 93 tys. Wreszcie w roku 1945 miasto poważnie ucierpiało w trakcie rosyjskiej ofensywy. Tak to już na pograniczu bywało.

Zresztą polskość przeplata się z niemieckością w całym tekście. Nazwisko Moll jest niemieckie, ale już zmyślony leśniczy Giepert nosi nazwisko spolszczone, zmiękczone, zamiast twardego "Geppert". Redakcja pisze oficjalnie "Elżbieta Mrozkówna", choć rodzina - z pochodzenia, sądząc po nazwisku, polska - wołała ją "Elza". Ciekawe, swoją drogą, po jakiemu rozmawiali Mrozkowie -  po polsku, po niemiecku, w gwarze śląskiej? Tego się nie dowiemy. I jak pisała się Elza w czasie wojny? Elsa Mroseck? Jakie były jej dalsze losy? Jest tylko ten urywek jej życia: jeden dzień, w którym szła przez las z ponurym gwałcicielem o twarzy jak z portretu pamięciowego.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934 oraz blog Tomasza Saneckiego (http://mojhistorycznyblog.blog.pl/2013/02/14/dzieje-bytomia-w-latach-1933-%E2%80%93-1945/)

niedziela, 4 sierpnia 2013

Przestępca-dżentelmen spieszy z odsieczą

Pomyłki sądowe nie są specjalnością współczesności ani - jak twierdzą niektórzy - sądów III RP, ba, wraz z postępem metod śledczych jest ich coraz mniej. Przypadek Jana Paska, 75-letniego listonosza (tak, proszę Państwa; kiedyś pracowano nawet dłużej niż do 67 roku życia) jest szczególnie ciekawy ze względu na rozwój wydarzeń.


Tyle tu wklejam historii przykrych i przerażających, że czasami muszę zrobić Państwu - i sobie - chwilę odpoczynku z taką opowiastką pozytywną. Proszę zauważyć, że nawet na zdjęciu urzędnicy prowadzący Sudoła do więzienia są uśmiechnięci. 

Przestępca, który na sali sądowej zarzeka się, że jest dżentelmenem, jest na swój sposób ujmujący: wpadł, dwóch jego kompanów (obaj zresztą na zdjęciach mają wyjątkowo hipsterskie fizjonomie) powieszono za popełnione zbrodnie. I oto ten Sudoł, człowiek, który ukończył gimnazjum ale się wykoleił, opowiada szczegółowo przebieg napadu i, jak się zdaje, jest nawet urażony w swojej złodziejskiej dumie sugestią, że nie potrafiłby tak gładko odciąć rzemiennego pasa. A tym bardziej  - że mógłby pobić staruszka, urodzonego - jak łatwo policzyć - jeszcze przed wybuchem powstania styczniowego. Jakieś zasady jednak obowiązują.



Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 30 lipca 2013

Wyjść jak Tołłoczko na diademach

Pod budzącym nieco zaskoczenie (i osobliwe skojarzenia z przedwojenną pornografią) tytułem "Tajemnice klejnotów Adama Tołłoczki" mój ulubiony tabloid donosił o straszliwej katastrofie antykwariusza, przywiedzionego do ruiny przez bezcenne precjoza szwedzkiej rodziny królewskiej.






Mniejsza o finansowe dramaty Tołłoczki ("postanowił pozbyć się na gwałt klejnotów") - kupił i nie mógł sprzedać, w fachu antykwarskim tak bywa; pewien włoski antykwariusz mawiał, że to zawód, który zaczyna się z tysiącem lirów i jednym krzesłem, a kończy z tysiącem krzeseł i jednym lirem. Ciekawsze są dla mnie same klejnoty.

Po pierwsze: czy mogły być autentyczne? Otóż: mogły. W międzywojniu, po katastrofie pierwszej wojny światowej i rosyjskiej rewolucji wypływały na rynek rzeczy zdumiewające  - dość poczytać wspomnienia Uniechowskiego czy relacje o tym, co parę lat później przepadało w wojennej Warszawie. Zagłada dworów - najpierw kresowych, potem w całej Polsce i na tzw. "Ziemiach Odzyskanych", doprowadziła do niesłychanych zniszczeń zabytków wszelkiego rodzaju; ale w latach trzydziestych w niejednym pałacu, a bywało, że i skromnym dworze, przechowywano rzeczy bezcenne: czy to odziedziczone, czy to kupione w czasach prosperity, czy to zrabowane przez praszczurów w jakimś obozie tureckim, czy wykopane wreszcie - w majątkach leżących na Ukrainie wielu było miłośników archeologii; czyta się o złotych skarbach scytyjskich i pałacach, gdzie na ścianach wisiały panoplia złożone z antycznej broni. Przeździeccy byli rodziną bardzo zamożną i skorą do zbieractwa, niewykluczone więc, że kupili na aukcji w Paryżu prawdziwy garnitur ślubny Désirée Bernadotte. 


Tu nasuwa się pytanie drugie: kim była kobieta, dla której były rzekomo wykonane? Bernardine Eugénie Désirée Clary (1777-1860) była córką zamożnego marsylskiego wytwórcy i kupca jedwabiów; podobnie jak siostry, otrzymała w posagu sto tysięcy franków, sumę wówczas zawrotną - ojciec jednak zmarł w trakcie rewolucji a brat został wtrącony do więzienia; sytuacja wyglądała niewesoło, na szczęście jedna z sióstr poślubiła młodego Józefa Bonaparte, późniejszego króla Neapolu i Hiszpanii, druga zaś, rzeczona Désirée, zaręczyła się z jego bratem, Napoleonem. Napoleon wprawdzie wkrótce zerwał zaręczyny kiedy poznał atrakcyjną wdowę z dwójką dzieci, Józefinę Beauharnais, nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło - młoda dama w roku 1798 wyszła za Jeana Baptiste'a Bernadotte, generała i późniejszego napoleońskiego marszałka, a z czasem króla Szwecji i Norwegii. Podczas gdy Jean wojował i królował, Désirée zajmowała się swoim życiem - kiedy otrzymał koronę, kategorycznie zaprotestowała przeciwko wyprowadzce do zimnej Szwecji, posłała tam tylko jedyne dziecko, syna Oskarka (zresztą chrześniaka Napoleona), późniejszego Oskara I. W dniu ślubu tej pary Bonaparte był już człowiekiem potężnym, po kampanii włoskiej, w środku kampanii egipskiej (ciekawe, czy - jeśli historia o klejnotach jest prawdziwa - zamawiał prezent korespondencyjnie? Po bitwie pod piramidami? Czy może zawczasu?), z pewnością więc nie dał swojej eks-narzeczonej byle jakiego świecidełka. 

I tu dochodzimy do trzeciego pytania: jak dokładnie wyglądały te klejnoty? "Tajny Detektyw" podaje, że chodzi o "kamienie mozaikowe" i "perły lyońskie". "Perły paryskie" to rodzaj podróbki, jablonex swoich czasów - ale lyońskie? Nie mam pojęcia, nigdzie nie znalazłem na ten temat żadnych wzmianek, może ktoś z Państwa będzie wiedział. "Kamienie mozaikowe" mogą oznaczać ulubione we Włoszech pietra dura (czyli drobniutkie mozaiki z różnobarwnych kamieni, z których wykonywano wszystko - od broszek i szpilek do krawata po stoły i ołtarze) albo millefiori (znane z Wenecji mozaiki z pasty szklanej, formowanej w długie, wielobarwne sztyfty i ciętej na drobne kawałki). W obu przypadkach byłyby to jednak klejnoty niegodne wielkiej ceny - a tym bardziej Désirée Bernadotte i Napoleona. Być może jednak "kamieniami mozaikowymi" nazywano wielowarstwowe agaty, z których od czasów antycznych wycinano kamee - skoro o kameach dalej jest mowa. W takim razie klejnoty sprzedane Tołłoczce mogły wyglądać mniej więcej tak, jak inna tiara ze zbiorów szwedzkiej rodziny królewskiej:


Klejnot ten wniosła do rodziny synowa Désirée, Józefina von Leuchtenberg, kiedy poślubiła Oskara I. Zbieżność imion jest nieprzypadkowa - Józefina była wnuczką Józefiny de Beauharnais, dawnej rywalki Désirée (z pierwszego małżeństwa ze zgilotynowanym Alexandrem de Beauharnais miała ona dwoje dzieci, usynowionych potem przez Napoleona; jej syn, Eugeniusz, a zarazem ojciec Józefiny młodszej, został księciem Leuchtenburga i Eichstaett). Tiara ta wykonana została - jako element większego garnituru, obejmującego jeszcze naszyjnik, kolczyki, bransoletę i broszę - dla cesarzowej Józefiny około roku 1809 , dokładnie kiedy Napoleon porzucał ją dla Marii Luizy. Klejnoty powstały w pracowni Marie-Etienne Nitota, który swego czasu terminował u nadwornego złotnika Marii Antoniny, Auberta, a sam został nadwornym złotnikiem cesarza. Wraz z posagiem wnuczki cesarzowej tiara trafiła do Sztokholmu i to w niej trzy lata temu szwedzka następczyni tronu, księżniczka Wiktoria, brała ślub ze swoim trenerem z siłowni:


Niestety, jak wiemy z tekstu, geometrze Tołłoczce nie udało się sprzedać precjozów z okazji ślubu szwedzkiej księżniczki Marthy w roku 1929, przez co Martha musiała iść do ołtarza w jakimś diamentowym czupiradle na głowie, a nie w porządnych kameach:


Cóż, w życiu nie ma łatwo!

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

wtorek, 9 lipca 2013

Szarżaaaa! - Czyli o pułkowniczku słów kilka

Skoro już było ostatnio o szarży wałkiem na atakującą policję, tym razem wzmianka o szarży na atakujących bandytów. "Tajny Detektyw" przy okazji pokazuje nam, co mówi (i jak wygląda!) "klasyczny świadek napadu", choć na czym polega jego klasyczność - prócz przedwojennej stylówki - trudno orzec.


Sytuacja bowiem - nawet w słynącej z napadów międzywojennej Polsce - nie była chyba klasyczna; trudno sobie wyobrazić, by do standardów należała szarża z zardzewiałą szablą (pałętającą się, najwyraźniej, gdzieś w obejściu) na "gromadę rozwydrzonych parobczaków, wiedzionych żądzą zemsty [która] wpadła by mordować i niszczyć". Nocna obrona, przedarcie się do ojczyma wśród ciosów rozdawanych tępym orężem, w końcu i oręża tego złamanie - wszystko to jest spóźnionym Sienkiewiczem, Gombrowiczowską farsą na tematy narodowe, mającą wszakże i drugie, tragiczne dno.

Przypomina mi to opowieść ś.p. Babci mojego chłopaka o pułkowniczku. Pułkowniczek - nazywany tak z racji bycia oficerem kawalerii i, zarazem, z racji niskiego wzrostu - był typowym przedstawicielem powojennej polonii w Londynie: przeszedł - by użyć wyświechtanego zwrotu - szlak bojowy, po czym osiadł w Anglii i dożywał tam swoich dni. Za wojenny żołd kupił piętrowy domek w Clapham: sam mieszkał na piętrze, parter wynajmował, między innymi matce rzeczonej Babci.

Był pułkowniczek osobą przemiłą i dowcipną, nie stronił też, jak na oficera przystało, od alkoholu i dobrej zabawy. Raz na jakiś czas na pięterko w Clapham przychodzili koledzy z wojska, wspominali, pili, podśpiewywali, a na sam koniec siadali okrakiem na krzesłach i dokonywali szarży kawaleryjskiej przez całą długość pułkowniczkowego salonu. W czasie takiej właśnie szarży pułkowniczek razu pewnego złapał się za serce, spadł z krzesła i skonał. Zważywszy na jego przywiązanie do tradycji - a także na poczucie humoru - z pewnością uśmiałby się z tego i orzekłby, że trudno sobie wyobrazić śmierć piękniejszą.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934

sobota, 6 lipca 2013

Ostatnia szarża bolszewickiego watażki

"Bolszewicki watażka" brzmi oczywiście dumnie, "Czerwona sicz", której był hersztem, wygląda raczej na małą zbójecką bandę, dla której komunistyczna ideologia była co najwyżej pretekstem do rabowania "kapitalistycznych krwiopijców" (czyli tych chłopów, którzy ciężką pracą uciułali cokolwiek nad miejscową normę). Tak się działo na tych terenach przez pierwszą połowę XX wieku: ideologie i patriotyzmy, ruchy i rewolucje służyły zwykłemu łupiestwu.

Jeszcze jesienią 1933 roku łódzkie "Echo" donosiło:


Z wiadomości o przynależności narodowej ofiar Hrima wynikałoby, że był raczej nacjonalistą niż komunistą; niewykluczone zresztą, że poglądy przybierał w zależności od tego, kogo chciał złupić. Jednak wkrótce noga mu się powinęła. Andrzej "Hrim" Czajkowski, herszt bandy, zginął w sposób godny antyheroicznego westernu:



Dziwna ta ostatnia szarża. Kryjówka wydłubana w piecu. Matka z siekierą, Grom z wałkiem, powaleni strzałami przez policjantów w cywilu. Ale - mimo oczywistej śmieszności rekwizytu - ma w sobie przecież coś znacznie bardziej bohaterskiego, niż obrabowanie dużą grupą jakiegoś imigranta-ciułacza czy żydowskiego kupca.

Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok IV, 22 IV 1934, "Echo" nr 287 Rok IX, 17 X 1933