poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Zbrodnia we Lwowie vol. II, czyli "zrobię z ciebie gulasz"



W toku procesu weterana Hieronima Cybulskiego wyszło na jaw tyle smakowitych (przynajmniej dla tabloidów) szczegółów, że sąd postanowił prowadzić przesłuchania przy drzwiach zamkniętych. Z zeznań samego zbrodniarza, jego bliskich oraz zatrudnianych przez niego prostytutek wyłonił się obraz sadysty, tyrana i perwersyjnego miłośnika brzydoty. 



Już podczas śledztwa zdrowie psychiczne Cybulskiego podawano w wątpliwość, od lat bowiem poważnie nadużywał alkoholu i cierpiał na kiłę, która niekiedy prowadzi do obłędu. Trudno się dziwić takim sugestiom: kiedy został przyłapany przez policjantów w kiosku, jadł akurat słoninę, którą krajał tym samym nożem, którym wcześniej ćwiartował zwłoki Emilii Szew, koryntjanki. W procesie (który, co zrozumiałe, wywołał ogromne zainteresowanie: do sądu wpuszczano za kartami wstępu, a sądzono w tej samej obszernej sali, w której w pierwszym procesie skazano na śmierć Gorgonową) powołano biegłych psychiatrów, którzy stwierdzili jednak, że Cybulski jest całkowicie zdrów na umyśle. Jako że pojawiły się plotki, jakoby nosił on w głowie odłamki szrapnela, które spowodowały utratę świadomości i pchnęły go do zbrodni, kioskarza prześwietlono promieniami Roentgena. Plotki się nie potwierdziły. 

W toku śledztwa i procesu oskarżony opisał dokładnie noc popełnienia zbrodni. Emilia Szew (lub Scheff) miała przyjść do kiosku około godziny 23, gdzie Cybulski przyniósł - jak podaje łódzka gazeta "Republika" - 2 flaszeczki wódki i zakąski. Do godz. 3 pili wódkę i jedząc rozmawiali. Po stosunku Cybulski siedząc z dziewczyną* na łóżku wsypał palcami szybko i niepostrzeżenie do szklanki z której piła ona wódkę odrobinę proszku cjankali i dał jej do wypicia, przyczem szklankę, z której pił, trącił o szklankę dziewczyny, mówiąc "na zdrowie". Po wypiciu denatka**, krzyknąwszy "oj" przewróciła się na wznak na łóżku straciła przytomność i po chwili przestała oddychać. Cybulski widząc koło siebie trupa postanowił zwłoki pokrajać, wynieść i rozrzucić i w tym celu zabrał się odrazu do krajania. Nożem obciął naprzód denatce piersi, przeciął tułów wpoprzek koło pępka, używając w robocie prócz noża siekiery i piły. Do godz. 5 nakrajał tyle mięsa ze zwłok denatki, że napełnił niem 2 skórzane teczki, resztę zaś zwłok z nieodciętą jeszcze głową włożył do drelichowego worka i położył koło łóżka. Ukończywszy tę czynność Cybulski położył się i usnął. Po obudzeniu się umył, otworzył kiosk i handlował aż do wieczora. 


Widoczny na ilustracji ze "Światowida" (znalezionej na blogu  międzywojnie.blogspot.pl) skromny kiosk, w którym odbywały się "straszliwe orgje". 


Lekarze nie byli jednak pewni, czy przyczyną śmierci Emilii Szew było otrucie - wprawdzie w żołądku dał się wyczuć nikły zapach gorzkich migdałów, ale równocześnie na resztkach zmasakrowanej głowy odnaleziono ślad pierwotnego ciosu ciężkim narzędziem. Inna łódzka gazeta, "Echo", podała: Jak dotychczas [...] uważa się za pewną tezę, iż Cybulski otruł najpierw swą ofiarę przez wsypanie trucizny do kieliszka z wódką, a dopiero następnie poćwiartował zwłoki. Ponieważ wynik analizy chemicznej zdaje się przeczyć temu przypuszczeniu, stwierdzone obecnie fakty wskazują, że ma się do czynienia ze zbrodniarzem niezwykle wyrafinowanym, który dlatego zapewne zeznał o otruciu, aby móc twierdzić, że uczynił to po pijanemu, a tem samem osłabić wrażenie okrutnego czynu, jakim był rąbanie siekierką i krajanie trupa. Można obecnie przypuszczać, że Cybulski ofiarę swą upił, a gdy pod wpływem alkoholu zasnęła, wówczas zabił ją siekierą - na co wskazywałoby również gruntowne pocięcie głowy, co pomogłoby ukryć największą ranę.    

Przez jakiś czas podejrzewano, że Kołodziej był wspólnikiem Cybulskiego, że nakrył go w trakcie krojenia zwłok i przyrzekł milczenie i pomoc w wynoszeniu szczątków w zamian za jakieś korzyści, ale tego mu nie udowodniono. Sprawę mordu na Emilii Szew usiłowano powiązać, bezskutecznie, ze wspomnianą już cause celebre, czyli morderstwem Lusi Zarembianki, pasierbicy Gorgonowej, a także, na prośbę policji czeskiej, z zabójstwem niejakiej Otylii Vrańskiej, praskiej prostytutki, której poćwiartowane ciało znaleziono w dwóch walizkach:







I tym razem nie udało się udowodnić winy Cybulskiego. Na jaw wyszły za to inne jego ciemne sprawki: Jak się okazuje - donosi dalej "Republika" - jest niezwykłym typem zboczeńca seksualnego. Jeszcze przed rozprawą opowiadał swym obrońcom, którzy go odwiedzili w celi więziennej, że nie mógł zasnąć w nocy, jeżeli przedtem nie sprowadził sobie do kiosku jakiejś dziewczyny. Gdy kładł się sam, miewał stale koszmarne wizje i budził się z silnym bólem głowy. Dalej opowiadał zbrodniarz swym obrońcom, że do żony czuł całkowitą obojętność i od wielu lat nie istniała dla niego, jako kobieta. Podobnie był zupełnie obojętny w stosunku do młodych kobiet. Głód seksualny odczuwał tylko na widok kobiet starszych i brzydkich. Im kobieta była starsza, tem większe wzbudzała w nim pożądanie. W swym kiosku urządzał stale potworne orgje, zapraszając najbrzydsze, stare i zniszczone prostytutki. Szczególnie pod wpływem alkoholu stawał się dla kobiet niebezpieczny (tu z uwagi na drastyczność zeznań sąd utajnił rozprawę). Owa zaniedbywana żona pojawiła się zresztą na sali sądowej, podobnie jak brat mordercy. Brat chciał mu przekazać białą marynarkę, żeby wystąpił całkowicie ubrany na jasno, bo "to robi wrażenie". Kiedy Cybulskiego wyprowadzono z sali, żona podbiegła do niego na korytarzu i - scena jest, doprawdy, tragikomiczna - spytała przez łzy: "No, i co słychać?".

"Echo" donosiło że w aktach znalazły się sekretne notatki mordercy: dzienniczek Cybulskiego, będący swego rodzaju pamiętnikiem. Cybulski po jednej stronie zapisywał wydatki i wpływy z interesu, a na drugiej prowadził kronikę dnia. Zapisywał mianowicie wszystkie ważniejsze wydarzenia dzielnicy, notował skony swych znajomych, zajścia, które dochodziły do jego wiadomości, swoje perypetje miłosne, przepowiadał dalej codziennie pogodę i notował prognostyki, a gdy następnie sprawdzały się one, z zadowoleniem stwierdzał to w dzienniku. Z zeznań świadków wynikało, że Cybulski był emocjonalnie rozchwiany. Z jednej strony parę lat wcześniej usiłował popełnić samobójstwo, z drugiej - terroryzował swoją rodzinę: 9-letni syn maltretowany bał się panicznie ojca i uciekał na jego widok pod opiekę matki. To doprowadziło pewnego razu tyrana do takiej pasji, że z nożem w ręku rzucił się na żonę, krzycząc: "Zbyszka ukrzyżuję, a z ciebie zrobię gulasz". Mimo tego nie uznano go za chorego psychicznie - za morderstwo na Emilii Szew został skazany na dożywocie, choć wówczas za takie zbrodnie szło się na ogół na szafot. Zapewne zaważyła tu bohaterska karta weterana. W więzieniu ponoć sprawował się jak najlepiej. Jego kiosk rozebrano, żeby nie przypominał o krwawej zbrodni, o tych palcach w pudełku z cukierkami i o głowie w teczce, które przywodzą na myśl makabryczny limeryk Goreya:

Ćwiartowanie Wawzera Skowczyka
Było wstrętne: mózg jego zatykał
Odpływ zlewu, jelito
Znaleziono w burrito,
Palce zaś odszukano w ręcznikach.

Ofiarę Cybulskiego - a raczej to, co z niej zostało - pochowano po kryjomu. Oficjalnie dlatego, że władze nie życzyły sobie "niezdrowej sensacji", ale chodziło o coś jeszcze: koleżanki z pracy Emilii Szew zapowiadały, że wystąpią w sposób manifestacyjny, a manifestacji prostytutek władze Lwowa nie życzyły sobie pewnie jeszcze bardziej, niż niezdrowej sensacji. Kondukt, który 13 lutego o godzinie 8 rano poniósł trumnę z kaplicy Instytutu Medycyny Sądowej na cmentarz Janowski, liczył zaledwie pięć osób najbliższej rodziny ofiary.


* określenie nieco pochlebne, skoro miała lat niemalże czterdzieści.
** określenie nieco przedwczesne.


Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

niedziela, 28 kwietnia 2013

Zbrodnia we Lwowie vol I., czyli palce w słoiku z cukierkami

Park, w parku śnieg, pod śniegiem piach. W piachu kawałki porąbanego i osmalonego ciała - w sumie zaledwie 14 kg. Kolejne dni przynoszą jeszcze 21 kg ciała ofiary (w sumie 44 kawałki), rozsypanego w różnych częściach Lwowa. To niedużo, skoro badania wykazują, że zarąbana kobieta była "dobrze odżywiona". Lwów szumi od plotek. Takiej sensacji "Tajny Detektyw" oczywiście przegapić nie mógł. 




Skąd ten "Lwowski Kuerten" w tytule? Ha, wielka wojna przyniosła Niemcom okres ogromnej nędzy, frustracji, niepewności i nierówności, co miało się skończyć obłędem hitleryzmu. Nic dziwnego, że w straumatyzowanym społeczeństwie pojawiło się kilku seryjnych morderców: Haarmann, Grossmann i Kuerten. Wspomniany w tekście Fritz Haarmann (działający wcale nie w Hamburgu, a w Hanowerze, zwany nawet "wampirem z Hanoweru") został zgilotynowany za zgwałcenie i uśmiercenie 24 chłopców w wieku od 10 do 22 lat, choć przyjmuje się, że lista jego ofiar była w rzeczywistości dłuższa. Berlińczyk Grossmann mordował młode kobiety, które następnie ćwiartował (trudno podać liczbę ofiar, choć lista mogła zawierać nawet pół setki nazwisk), kości wyrzucał do rzeki, a mięso sprzedawał na wojennym czarnym rynku; powiesił się w celi przed egzekucją. Kuerten, najbardziej z nich trzech znany, pierwszych morderstw miał się dopuścić jako dziewięciolatek; atakował - co rzadkie - bez szczególnego wzorca, w zależności od tego, na kogo akurat natrafił: kobiety, mężczyzn i dzieci. I choć liczba ofiar była najmniejsza (9 morderstw i 7 usiłowań morderstwa), to właśnie Kuerten zrobił największą medialną karierę. "Tajny Detektyw" nie tylko o nim pisał (że przypomnę tekst z początków tego blogu) ale i co jakiś czas nazywał kolejnego rodzimego mordercę "polskim Kuertenem" (podobnie jak dzisiejsza prasa, która szuka "polskich Fritzlów"). Tak było i w przypadku lwowskiej zbrodni, choć nie było mowy o seryjnym mordercy, a "polskiego Kuertena" należałoby chyba nazwać "polskim bieda-Kuertenem".





Polska po wielkiej wojnie, dodajmy, była nie mniej wykrwawiona i zniszczona niż Niemcy (zwłaszcza, że doszła nam jeszcze jedna ekstra wojna, obrona w roku 1920); wprawdzie ogólna radość z odzyskania niepodległości i wielkie nadzieje działały tu dokładnie odwrotnie, niż niemieckie przygnębienie po traktacie wersalskim, ale zniszczeni weterani zaludniali tereny po obu stronach granicy. Otto Dix i George Grosz, którzy zresztą sami cierpieli na zespół stresu bojowego po przejściu przez okopy, w czasach Republiki Weimarskiej genialnie portretowali swoich byłych towarzyszy broni: jako kaleki-cyborgi bez nóg, rąk, o kulach, ze sztucznymi szczękami, gnijących w suterenach, biedujących na ulicach, wiodących życie zastępcze, niepełne, skarlałe:

Otto Dix: "Grający w skata"
Otto Dix: lewe skrzydło tryptyku "Metropolis"
George Grosz "Bohater"

George Grosz "Ocaleniec"

Jedną z metod opieki nad weteranami były właśnie państwowe koncesje na prowadzenie kiosków, przynoszące może nie kokosy, ale możliwość w miarę godnego utrzymania (dodajmy, że conocne sprowadzanie "koryntjanki" przez Cybulskiego nie oznaczało wówczas, że był bogaty; płatny seks w międzywojniu, o czym pisałem już wcześniej, był bardzo tani). Tak oto ci, którzy przelewali krew za Polskę, dożywali swoich dni na skromnych posadkach, szanowani przez współobywateli. Wprawdzie nie każdy z weteranów, jak widać, był postacią nieskazitelną, ale we Lwowie, raptem 14 lat po heroicznej obronie miasta, bohaterstwo pamiętano - zwłaszcza, że jeśli Cybulski był inwalidą już w armii austriackiej, to męstwem w walce z bolszewikami wykazał się jako kaleka. Tymczasem przez niefrasobliwość Kołodzieja sprawa się wydała - i trzeba było jakoś przełknąć gorzką pigułkę, bohatera-mordercę. O procesie, śledzonym przez cały Lwów, a może i całą Polskę - w następnym wpisie.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nałogowa narzeczonobójczyni czyli straszne skutki czytelnictwa

Wszyscy - w tym ja - biadają nad upadkiem czytelnictwa, tymczasem znad Sekwany płyną wieści zatrważające: czytelnictwo prowadzi w prostej linii do morderstwa. Poczytajcie o Rachel Mery, ofierze "okropnych książek francuskiej ulicy" i projekcji filmowych. Trup się ściele gęsto.



Krótka notka w gazecie "The Argus", wychodzącej w Melbourne, rzuca nieco inne światło na dramat Rachel. Heurteur, zastrzelony narzeczony - skądinąd całkiem nieźle zapowiadający się dyrygent, zachowało się kilka operowych nagrań pod jego batutą - według australijskich dziennikarzy miał dość czytelniczki-gruźliczki i planował się z nią rozstać. Zważywszy na rozwój wydarzeń, można tylko mu przyklasnąć, ale nie był wystarczająco zdecydowany. Niestety, źródła milczą, jakie lektury spowodowały jego opieszałość. Jako że "Zeszłego roku w Marienbadzie" nie weszło wówczas jeszcze na ekrany kin, podejrzenia nasze kierują się na lekturę Prousta.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

piątek, 5 kwietnia 2013

Nędza w Poznaniu czyli zaduch obuchem

O nędzy portretowanej w "Tajnym Detektywie" pisałem już wiele razy, ale tym razem szczególna gratka: wyprawa do nieistniejących obecnie slumsów Poznania, gdzie w pokątnych noclegowniach, w brudzie i robactwie gnieździły się tłumy pariasów. Dziś na tym miejscu stoją w większości nowe domy i podejrzewam, że nawet rodowitym poznaniakom nazwa "Podwórze Barlebena" mówi niewiele. 



Może ktoś z miejscowych czytelników wyjaśni to bliżej - ale na ile mogę się zorientować z różnych wzmianek - część miasta, którą odwiedzimy, miała złą sławę od czasów niepamiętnych. Za murami miejskimi ciągnął się wzdłuż rzeki długi, wąski pas podmokłej ziemi, na którym stanęła osada służebna, a w niej liczne garbarnie (stąd nazwa ulic: Garbary). Zakłady tego typu, jak wiadomo, celowo lokowano poza murami, a to dlatego, że potwornie cuchnęły - po pierwsze za sprawą rozkładających się resztek mięsa, po drugie z powodu trawienia skór ptasim nawozem i namaczaniu ich w ludzkiej urynie. Oczywiście, z czasem nowoczesny przemysł wyparł tradycyjne garbarnie, ale ta część miasta zachowała w znacznej części swój biedny i podrzędny charakter, a i bliskość portu rzecznego na Warcie nie polepszała sytuacji. W roku 1879, 5 lipca, "Goniec Wielkopolski" donosił (co być może rzuca światło na panującą obecnie pogodę):


Pół wieku później, w międzywojniu, Podwórze Barlebena, wąski zaułek odchodzący od ul. Piaskowej, było nadal miejscem, w którym szewc by się powiesił. Ot, ubogie podbrzusze miasta - bariera dawnych murów miejskich wprawdzie znikła, ale centrum przesunęło się z okolic rynku zgoła gdzie indziej: w kierunku reprezentacyjnych dzielnic, wznoszonych od przełomu XIX i XX wieku. Na Piaskowej, na Szyperskiej, w Podwórzu Barlebena mieszkali nożownicy, żebracy i niemalże stali goście zakładów zamkniętych, istna obsada "Opery za Trzy Grosze":



Niewiele tu można skomentować, bo i cóż? Człowiek, który bierze ślub z kobietą, która "ma ciepłą kołdrę na zimę" jest równie wstrząsającym przykładem nędzy, co Perlmutterówna z niedawnego wpisu. Sześciu ludzi ("cyganów" pisanych małą literą - trudno powiedzieć, czy chodzi tu o synonim "włóczęgi" czy o taki zapis pochodzenia etnicznego) w klitce 2 na 2 metry, z jednym połamanym stołem. Dwie cichodajki zabarykadowane w wygódce. Wszystko to jak kolejne kręgi dantejskiego piekła.

To, co zwraca uwagę w retoryce artykułu, to wyraźne nakreślenie granic społecznych, zupełnie jak z marksistowskiej czytanki: bogaty Poznań tańczy tango na balach, biedny gnieździ się w norach tłamszony przez policję, opłacaną przez bogatych po to, żeby trzymała biedotę w karbach. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do marksistowskiej czytanki (czy ewangelicznej przypowieści, czy obrazów Georga Grosza, wszystko jedno) o złym bogaczu i dobrym biedaku, w tej wersji opowieści akcenty są rozłożone zupełnie inaczej. Potępieni są biedni. Szukanie "tych, którzy mogliby zakłócić spokój bawiących się" przedstawione jest jako zajęcie szczytne i wymagające wielkich poświęceń, a wobec balujących nie pojawi się ani jedno słówko krytyki, czy choćby wątpliwości. Może tylko drobny przytyk, że "ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś" w przedostatnim zdaniu. Skrzywdzonym jest tu policjant, który się nie mógł wyspać ani zabalować jak należy.

Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

środa, 3 kwietnia 2013

Jak żyć w kryzysie, czyli redukcja denata

Wielki Kryzys przetoczył się - jak i dziś - przez wszystkie warstwy społeczeństwa i sprawił, że wiele słabszych jednostek po prostu nie radziło sobie w nowej, trudniejszej rzeczywistości. Samobójstwa były na porządku dziennym - i nie chodzi tylko o spektakularne skoki bankierów i bankrutów z nowojorskich wieżowców, ale i o drobnych ciułaczy, o przeciętniaków. Historia urzędnika Szablińskiego jest wzorcowym wręcz przykładem takiego powolnego osuwania się w depresję.


Nawiasem mówiąc, z interesującego artykułu w New York Magazine dowiadujemy się, że słynne masowe samobójstwa bankierów należą raczej do legendy. Sądząc po doniesieniach prasowych i raporcie ówczesnego naczelnego lekarza miasta Nowy Jork, w bezpośrednim następstwie Czarnego Czwartku 1929 popełniono tyleż samo samobójstw, co w analogicznym okresie w 1928 roku, i tylko cztery z nich były skokami z wieżowców. A ryzyko samobójstwa nie jest wcale w zawodzie bankiera wyższe niż w innych zawodach. Natomiast w szerszej perspektywie statystyki samobójstw, i owszem, odzwierciedlają przemiany ekonomiczne - i tak szczyt osiągnęły w roku 1932, gdy Wielki Kryzys dał się we znaki nie tylko najzamożniejszym, którzy inwestowali na giełdach, ale szerokim masom. Ta epidemia trafiła z kryzysem i do Polski. 




Samobójstwo urzędnika Szablińskiego jest, w jakimś sensie, typowe. Najwięcej bowiem ucierpiały na kryzysie klasy pośrednie. Najzamożniejsi mieli się z czego wyprzedawać, a ci, którzy stracili na inwestycjach, często byli świadomi ryzyka i zabezpieczyli się dodatkowo. Najbiedniejsi: żebracy, prostytutki, bezdomni byli przyzwyczajeni do życia w nędzy, nie mieli też wielkich oczekiwań, nie byli przyzwyczajeni do wygody - ich sytuacja nie uległa dramatycznej zmianie. W depresję popadali zatem na ogół ci, którzy zostali gwałtownie zdeklasowani: od robotników i rzemieślników, przez drobnych mieszczan, po inteligencję pracującą i drobnych przedsiębiorców. W tekście o Perlmutterównie pisałem o nowych żebrakach: jeden z bohaterów był z zawodu tapicerem, drugi cukiernikiem. Mieli w ręku fach, wykształcenie, ale nie mieli gdzie pracować ani gdzie się podziać. Rentierzy, którzy żyli z odłożonego kapitału, zostali nagle bez grosza przy duszy, a klasa średnia, która czyniła swoje skromne inwestycje w życie codzienne, okazała się niewypłacalna. Do tej klasy należał też Michał Szabliński, który pędził zwyczajne życie pracownika Izby Skarbowej, miał żonę, córeczkę i świeżo wybudowaną na Jerozolimce (podwileńska wieś z kalwarią i sanktuarium). Słowem: zapobiegliwy leming z kredytem mieszkaniowym, który żyje skromnie na posadce, ale pozwala mu się to po pięćdziesiątce wybić na "obywatela" czyli właściciela nieruchomości. 

Spłacanie cudzego, podżyrowanego kredytu, własne problemy finansowe, wreszcie afera z panem P. Tego było, po prostu, zbyt wiele jak na jednego urzędnika. Popełnił zatem samobójstwo (z podwójnym zabójstwem - mniej w tym jednak Sardanapala, więcej człowieka, który sobie nie radzi z odpowiedzialnością), bo poniósł całkowitą życiową klęskę, od której nie było odwrotu. 

Nie ukrywam, że Szabliński mnie wzrusza. W tym, jak porządkuje papiery, jak zostawia po sobie porządek, jest jakaś rozpaczliwa wielkość. W tej drobiazgowości księgowego - rozmach tragedii większej niż cała wileńska Izba Skarbowa.


Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934

Jak ćpał międzywojenny Śląsk, czyli opium w Amsterdamie i eter w Czyżowicach

Jak się okazuje, Amsterdam nie od dziś ma w Polsce złą prasę jako siedlisko zepsucia, rozpusty i narkotycznych odlotów. Już osiem dekad temu, kiedy Jacques Brel, który miał opisać Amsterdam w najsłynniejszej chyba swojej pieśni, był niespełna pięcioletnim brzdącem, korespondent "Tajnego Detektywa", John Green, opisał opiumowe zakamarki wielkiego portu. 



John Green to zapewne kolejny pseudonim - żurnalisty polskiego, a może i francuskiego, jeśli artykuł jest przekładem z "Detective" wydawanego przez Gallimarda. Tak czy owak, trudno uwierzyć choćby w jedno słowo, bo wszystko tu jest jak z groszowych powieści: i tawerna, pod którą dziewczyna "tonęła formalnie w ramionach rosłego wilka morskiego", i "orientalna pstrokacizna", i tak dalej, i tak dalej, aż po słowa piosenki, wykrzykiwanej przez zdeprawowaną do cna papugę. Ale jak mawiał pan Jowialski u Fredry:
- Znacie?
- Znamy!
- Więc słuchajcie.


Prawda to, czy nie - w międzywojennej Europie narkotyki były bardzo popularne. Niegdyś traktowane jako specjalność Dalekiego Wschodu, stopniowo zdobywały kolejne regiony. Najpierw wypada wspomnieć to, czym narkotyzowali się jeszcze romantycy: haszysz i opium (czy to palone, czy jako laudanum), potem pojawiały się kolejne leki, które z początku - jak i laudanum - trafiały do aptek, a potem były z nich wycofywane. Po pierwsze: morfina, pochodząca z początku XIX wieku (1804) a sprzedawana od roku  1827 przez firmę Merck (wiek później Merck będzie produkował meskalinę, zażywaną przez Witkacego i oznaczaną w portretach narkotycznych jako MM) i ograniczona komercyjnie w USA w roku 1914. Następnie "nieuzależniający odpowiednik" morfiny, czyli heroina. Był to produkt firmy Bayer (tak, tej od Aspiryny TM, stworzonej w 1897, na rok przed Heroiną TM) sprzedawany w latach 1898-1910 i trwale wycofany przez Ligę Narodów w II poł. lat 20-tych, bo z czasem okazał się gorszy jeszcze od morfiny. Równolegle pojawiła się wspomniana meskalina, znana od tysiącleci w kulturach Ameryki Południowej, a w Europie wprawdzie wyizolowana (1897) i zsyntetyzowana (1919), ale niespecjalnie popularna, jeśli nie liczyć kół intelektualistów. I tak dalej, i tak dalej. 


Równolegle początek wieku to pierwsze wielkie międzynarodowe ustawy antynarkotykowe (1912 - Haga, 1925 - Genewa). Również polski Kodeks Karny z 1932 roku przewidywał kary: Kto bez upoważnienia udziela innej osobie trucizny odurzającej, podlega karze więzienia do lat 5 lub aresztu. Nic dziwnego. Euforyczne czasy po zakończeniu I wojny światowej wymagały odreagowania kilkuletniego stresu - ponadto w okopach Wielkiej Wojny tysiące żołnierzy i oficerów uzależniły się od rozmaitych substancji psychoaktywnych, więc kultura ćpania przeniosła się z linii frontu zarówno do podrzędnych tingel-tangli, jak i na ekskluzywne przyjęcia. Szok spowodowany przez Wielki Kryzys obniżył wprawdzie możliwości finansowe społeczeństwa (wspominałem o ubogich narkomanach w tekście o ćpaniu w międzywojennej Warszawie), ale pogłębił zapotrzebowanie na odlot, na oderwanie się od szarej kryzysowej rzeczywistości. Jedni wybierali alkohol, inni - narkotyki właśnie. A te trafiały do Europy głównie przez porty. W Polsce ćpano na ogół narkotyki z Niemiec - przede wszystkim z Hamburga, trafiające do nas przez popularną pośród przemytników strefę Wolnego Miasta Gdańsk. W 1929 roku szacowano, że tylko w Warszawie kokainę, morfinę, opium i eter zażywa 15 tysięcy osób. 

Wyjątkiem był właśnie eter (substancja stosowana do narkozy), zażywany tradycyjnie na Górnym Śląsku i przez Łemków - ten trafiał do nas nie drogą morską, a lądową. Przemycano go w specjalnych pojemnikach (tzw. "blachanach") przez zieloną granicę z Czechosłowacji i Niemiec. Eter pijali (np. z kawą lub sokiem malinowym, z wodą słodzoną miodem i korzeniami, etc.), wąchali lub wlewali do ucha górnicy i robotnicy, a także - masowo - gimnazjaliści. Podawano go nawet - z cukrem lub na smoczku - małym dzieciom, żeby prędzej zasnęły. Pewien ksiądz donosił w liście do biskupa o jakiejś kobiecinie, która mówiła z dumą o swoim dwunastoletnim synku, że potrafi wypić całą szklankę eteru. 

Był to, jak widać, środek odurzający klasy robotniczej (Witkacy z odrazą wyrażał się o jego zapachu): ten "element pocieszający" pojawił się na Śląsku pod koniec XIX wieku, sprowadzony przez biedaków, jeżdżących na saksy do Niemiec, i szybko zyskał popularność. Trawestując znane powiedzenie o tanim winie, tani eter był dobry, bo był dobry i tani - po roku 1918 polski monopol spirytusowy doprowadził do gwałtownego wzrostu cen alkoholu, a wódka stała się w Polsce znacznie droższa niż w krajach ościennych. W tej sytuacji eter płynął jak woda: na wsiach sprzedawano go powszechnie w tak zwanych "kapliczkach", z których każda miała swoje własne przepisy na podawanie: czy to jako "himber" (z dosmaczanym niekiedy dodatkowo sokiem malinowym), czy w inny sposób. Wierzono nawet, że ma właściwości lecznicze, ale, jak wiadomo, uzależniony we wszystko jest skłonny uwierzyć.

W tych rejonach, gdzie eter (zwany "kropką" lub "anodyną") zyskiwał na popularności, zanikało niemalże uzależnienie od alkoholu, ale była to wymiana siekierki na kijek. Księża grzmieli przeciwko eteromanom z ambon, kopalnie zakazywały dopuszczania odurzonych eterem górników do pracy, a rząd polski, przerażony rozmiarami tego nałogu, rozszerzył na eter wspomniane przepisy antynarkotykowe. Badania wśród uczniów na Śląsku (Kazimierz Hrabin, 1933) wykazywały, że do czynienia z tą substancją miało, w zależności od miejsca zamieszkania, od 25 do 80% gimnazjalistów. Badania na całych populacjach (Michał Wiendlocha, 1937) wykazywały, że eteryzowało się od 30 do - w niektórych wsiach - ponad 90% społeczeństwa. Prasa alarmowała, że "dla Ślązaka szklaneczka eteru to tyleż, co kieliszek wina dla Francuza czy kufel piwa dla Niemca", zaś niektórzy lekarze dowodzili - co było już raczej produktem zbiorowej histerii - że eteromania prowadzi do "masowego wymierania dzieci", kazirodztwa, orgii, homoseksualizmu, a także do tego, że chłopcy "kopulują z kozami i innymi zwierzętami". Tak czy owak, o rozmiarze nałogu niech świadczy to, że służby celne konfiskowały rocznie od 500 do 1600 kg eteru, podczas gdy łączna waga wszystkich pozostałych skonfiskowanych narkotyków nie przekroczyła ani razu 6 kg. Starosta Rybnika szacował, że rocznie na teren starostwa trafia ok 4-5 tysięcy litrów tej substancji, a przygraniczne niemieckie fabryczki sprzedawały miesięcznie ok. 1,5 tys. litrów. Czyżowice, centrum handlu eterem, nazywano żartobliwie "Yjterowicami".

W latach 30-tych rząd polski próbował stworzyć wespół z nazistowskimi Niemcami wspólny front walki z eteromanią, ale na próżno - wszystko wskazywało, że Niemcy potajemnie  wręcz wspierały eksport eteru do Polski. Zresztą za chwilę pojawiły się na scenie zgoła inne fronty i front walki z eterem okazał się mniej istotny. Po wojnie zmiana sytuacji politycznej skutecznie postawiła tamę eterowi: prywatne fabryczki padły, kontrabandę ukrócono, wódka potaniała. Czy dziś pija się jeszcze eter na Śląsku albo wśród Łemków - nie mam pojęcia.


Za: "Tajny Detektyw" nr 7, rok IV, 11 II 1934 i Adrian Zandberg: “Villages … Reek of Ether Vapours”: Ether Drinking in Silesia before 1939

niedziela, 24 marca 2013

Przemytnik deluxe i wyrzut w tle

Niedawno dwie panie z socjety zostały przyłapane na kradzieży futer. Prasa rozpisywała się o tym szeroko - i nic dziwnego; zawsze zaskakuje, kiedy osoby o wysokim statusie (choćby i wyłącznie materialnym) zajmują się drobnymi przestępstwami. Tak było i w przypadku pewnego zamożnego Niemca z Poznania, który nieśmiało zerka na nas spod ronda kapelusza z policyjnej fotografii.



Czemu zapalniczki? Ha, znak czasów. Przed wojną przemycano najróżniejsze dobra, na przykład mnóstwo pieprzu. Zapalniczki zaś, podobnie jak zapałki, były - dziś może nas to bawić - obłożone monopolem państwowym. Odbudowujące się po zniszczeniach I wojny światowej państwo ratowało kasę, dzierżawiąc monopole rozmaitym firmom - zapałczany akurat (zresztą akurat ze złamaniem prawa, bez zgody sejmu, co potem na gwałt poprawiano po zamachu majowym) szwedzko-amerykańskiej spółce. Spółka owa należała do Ivara Kreugera: przedsiębiorcy, multimilionera, króla zapałek, celulozy i kopalni żelaza (kontrolował około 50% światowego handlu celulozą i rudą żelaza) a także wierzyciela licznych państw europejskich, którym pożyczył w sumie niemalże 400 mln ówczesnych dolarów; nieudane spekulacje doprowadziły do jego samobójczej śmierci w marcu 1932 roku, ale państwowy monopol zapałczany istniał w Polsce do lat 50-tych XX wieku. A  przemyt przynosił znaczne dochody, bo pozwalał uniknąć akcyzy.

W historii Touissanta - niezbyt to zresztą niemieckie nazwisko jak na arcy-Niemca, co to się z Poznania z przyczyn etnicznych wyprowadził - ujmuje mnie nie tylko prowadzący śledztwo komisarz Skrzetuski (któż w to uwierzy, że w polskiej międzywojennej policji działał taki rycerz wspaniały?) ale i odwołanie do wiedzy ogólnej czytelników: jak przemytnicy, to kojarzy się od razu libretto "Carmen". Och, czasy szczęsne! I wreszcie to, w jaki sposób policjanci ustawili łupy na stoliku. Istna sklepowa witryna. Tylko w tle... no wlaśnie, co to? Jak się zdaje jest to przeoczona porcelanowa spluwaczka. Jest jak wyrzut, niepasująca ani do Touissanta, ani do ziemianina Botho von Bernotta, ani do cygar - zupełnie nie deluxe.


Za: "Tajny Detektyw" nr 1 rok IV, 1 I 1934

sobota, 9 marca 2013

Dziki, lisy, borsuki, kuny, jenoty...

W "Tajnym Detektywie" materiał o kłusownictwie, które, podobnie jak kradzieże drewna i walki ze strażnikami i leśniczymi było w międzywojniu powszechne. Jednak najciekawszy wydaje się wcale nie tekst "Na tropach ludzi i zwierząt" ani portrety wydry i żbika, ale fotografia "zaciekłej walki".



Nie było łatwo ludziom w międzywojennej Polsce, nie było też łatwo zwierzynie łownej. Broń była łatwo dostępna, polowano powszechnie - "państwo" we własnych lasach lub lasach znajomych, "klasy niższe" - gdzie i u kogo popadło. Zwłaszcza, że nędza przedwojenna była jednak sporo sroższa niż obecna. Często dochodziło przy tym do wydarzeń dramatycznych, z których najsłynniejszym było chyba zamordowanie przez kłusowników hr. Baworowskiego, człowieka słynącego z dobrego serca i cieszącego się powszechną sympatią.

Artykuł jest typową "zapchajdziurą": najpierw paranaukowy wtręt socjologiczno-historyczny, potem "obrazki z życia", jeden wśród zwierząt (lis i zając jako "dwóch nieprzejednanych wrogów"!), a drugi wśród ludzi. Jest to sentymentalna opowieść myśliwska, gdzie góralszczyzna miesza się z romansem mężczyzny z jego dwururką, opór przeciw awstryjskim ratom i hofratom - z anegdotką o szczwanym kłusowniku. "Ogorzały" mógł istnieć lub nie, i chyba nie ma to najmniejszego znaczenia, wszak historia podana jest niemalże na prawach podania góralskiego.

Interesuje mnie natomiast zdjęcie z "węgierskim żandarmem". Jeden z kłusowników, zabity, ranny, a może tylko ogłuszony, legł na ziemi i wygląda, jakby patrzył z założonymi rękoma w chmury. Ale nie - to tylko pozór, tak naprawdę nie tyle założył ręce, ile trzyma kurczowo nogę żandarma. Żandarm z kolei, operetkowym pióropuszem kolebiąc, usiłuje dźgnąć drugiego kłusownika bagnetem i zarazem uniknąć ciosu. Bierwionem? siekierą? Nie wiadomo, widać tylko kawał drewna, ale może to stylisko, może na końcu tkwi jaki kawał naostrzonego metalu.

Nie ma powodu by sądzić, że zdjęcie jest reportażem; operetkowy jest tu nie tylko pióropusz, ale i cała scena: wychylenie całej postaci, zamierzającej się siekierą czy kijem, nieprzekonujące łapanie za nogę. Żadna to "dzika walka". Trudno też przypuszczać, by właściciel lub dysponent aparatu trzymał w tej sytuacji z kłusownikami, nie z żandarmami - jeśli więc nie rzuca się na pomoc, to dla tego tylko, że całość jest ustawiona. Nie było to w latach 30-tych nic nowego (acz zdjęcie może być spokojnie wcześniejsze) - wszak Włochy Mussoliniego wydawały całe serie zdjęć stereoskopowych, przedstawiających rozmaite epizody walk w Afryce: inscenizowane, teatralne do bólu, opatrzone patriotycznymi komentarzami druczki propagandowe. Nawet scenografia źle dobrana: kto poluje we wsi, a nie w głuszy leśnej? A tu parkan przydomowy, zamiast ostępów, klomb, obsadzony szablistymi liśćmi mieczyków lub irysów, zza którego wyłania się okno jakiegoś domostwa. To tam, zapewne, zrobiwszy poglądową fotografię, udali się wszyscy na kieliszek dla wzmocnienia: fotograf, kłusownik i żandarm. Wszyscy w znakomitych humorach.


PS: Tytuł notki pochodzi oczywiście z tyrady polityka (przedstawiciela jednego z komitetów wyborczych w 1991 roku), składającej się głównie z nazw zwierząt i kończącej się słowami: mamy jednak obawy o dalszy los cietrzewia. Kto jej nie zna, powinien koniecznie obejrzeć centon z wyborczych reklamówek.


Za: "Tajny Detektyw" nr 1 rok IV, 1 I 1934

poniedziałek, 25 lutego 2013

Wilczy kapitalizm w działaniu - czyli dziecko i zwłoki matki

W dziale "Z 4-ech stron świata" tym razem dwie opowieści o strasznych kapitalistach. Jedna jest anegdotką obyczajowo-psychologiczną bez większej głębi. Drugą natomiast warto przypomnieć tym wszystkim, którzy tęsknią do wolnego rynku w stanie czystym i żachają się na określenie "wilczy kapitalizm".


"Manekin", jak widać, przed wojną miał znaczenie szersze i oznaczał również modelkę, pokazującą klientkom na żywo stroje w wielkich domach mody - dziś jest to zwyczaj chyba całkowicie zapomniany. Typy takie jak Pierre Vailier znamy osobiście i zapewniamy, że podobne potrzeby emocjonalne absolutnie nie muszą łączyć się z bogactwem ani zawodem bankiera. Zdecydowanie poważniejszy i bardziej dramatyczny jest drugi wycinek:


Chicago w latach 30-tych przeżywało, jak całe Stany, Wielki Kryzys - ale w mieście całkowicie opartym na wielkim przetwórstwie kryzys był wyjątkowo dotkliwy. Tylko połowa mieszkańców Chicago, którzy pracowali w fabrykach w roku 1927 pracowała w nich nadal sześć lat później - na pierwszy ogień poszli oczywiście czarni, Latynosi, głównie Meksykanie, oraz imigranci z Europy Wschodniej (tak pięknie opisywani wówczas w wierszach Sandburga); ale w gruncie rzeczy nikt nie mógł być pewien wypłaty; miasto zalegało na przykład z pensjami nauczycieli po osiem miesięcy z okładem. Na kryzys nałożyły się bowiem kłopoty podatkowe: otóż jeszcze w 1928 roku kilku potentatów z branży nieruchomości upomniało się, by wprowadzić w życie martwy przepis sprzed pół wieku, z konstytucji Illinois, która kazała równomiernie opodatkować wszystkie posiadane dobra: meble, samochody, papiery wartościowe. Argumentowali, że właściciele nieruchomości ponoszą zbyt duże nakłady finansowe i w związku z tym odmówili płacenia podatków. Walka toczyła się przez parę lat, Stowarzyszenie Płatników Podatku od Nieruchomości (ARET) zgromadziło trzydzieści tysięcy członków, miało ogromny budżet i własną audycję radiową - dopiero decyzja Sądu Najwyższego, który odmówił zajęcia się sprawą, sprawiła, że ruch stracił na sile. Znaczenie miała również postawa nowego burmistrza: pochodzącego z Czech demokraty, Antona Cermaka*, który zdobył mandat, walcząc z rasowymi uprzedzeniami i porywając za sobą wyborców z różnych pogardzanych grup etnicznych (metody jego przeciwnika, który układał o Cermaku rasistowskie wierszyki, okazały się mniej efektywne: w rezultacie okazał się ostatnim jak dotąd republikańskim burmistrzem tego miasta). Tak czy owak, miasto Chicago niemal ogłosiło upadłość finansową i nie dysponowało funduszami na jakąkolwiek opiekę społeczną czy łagodzenie kosztów kryzysu, zaś prywatne i religijne organizacje charytatywne same były w większości na krawędzi bankructwa. 

W tej sytuacji dochodziło często do dramatycznych wydarzeń, choćby takich, jak to opisywane w "Tajnym Detektywie". Ciekawe, że szpital próbował zatrzymać za długi nie tylko zwłoki matki, ale i zupełnie żywe dziecko - o ile pierwszy problem został rozstrzygnięty prawnie, o tyle o drugim ani słowa. Cóż, zważywszy, że ostatni stan oficjalnie zdelegalizował niewolnictwo dopiero parę dni temu  można się zastanawiać, co stało się z dzieckiem... A mówiąc poważnie, niewolnictwo było w Illinois nielegalne od roku 1818, natomiast różne formy zniewolenia człowieka przez człowieka były tam, oczywiście, praktykowane, o czym wiele można poczytać w "Wierszach Chicagowskich" Sandburga.

I na koniec jeszcze z tej samej rubryczki salto mortale, które mortale na szczęście się nie okazało. Przynajmniej dla kaprala, bo nie wiem, jaka wtedy była kara za dezercję w brytyjskiej armii...




*Cermak zginął w Miami w zamachu na prezydenta-elekta Franklina Delano Roosevelta; niektórzy twierdzą, że to on był prawdziwym celem (a zleceniodawcą był chicagowski syndykat mafijny), wydaje się jednak, że w takim razie wybrano by jakąś mniej strzeżoną okazję. Jak na ironię, strzelcem był Giuseppe Zangara, ubogi kalabryjski imigrant, murarz, który strzelał "do wszystkich królów, prezydentów i kapitalistów"; biedny Zangara, który miał ledwie metr pięćdziesiąt wzrostu i w dodatku cierpiał na chroniczny ból brzucha, stał w gęstym tłumie na chybocącym się, rozkładanym metalowym krzesełku, wiele więc wskazuje na to, że Cermak był jednak przypadkową ofiarą. Ostatnie słowa Zangary, który zginął na krześle elektrycznym, brzmiały: "Naciśnij guzik. Naciśnijże ten guzik!".



Za: "Tajny Detektyw" nr 36, rok 4, 2 IX 1934 


piątek, 22 lutego 2013

Perlmutterówna, tapicer i żebraczy high-life.

Dziennikarze-hieny nie są niczym nowym - przed wojną w gazetach reprodukowano zdjęcia trupów, podawano bez ogródek wszelkie dane personalne ofiar i przestępców (z adresem włącznie), a ludzkie dramaty opisywano niekiedy jako zabawne scenki z życia ulicy. Jak w przypadku nieszczęsnej żebraczki ze Lwowa.


Opowieść o Perlmutterównie jest podana przez lwowskiego korespondenta w sposób lekki i zabawny: oto imitujący wyższe sfery romans ze sfer niższych, istna "Opera za trzy grosze" w wersji farsownej, gdzie zaradna, ładna dziewuszka przechodzi przez ramiona chasyda, żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza, tapicera Salza, i cukiernika Guertla, przedstawianego jako "Don Juan trzeciej dzielnicy"*. Dużo tu kpiny - nie wiadomo z czego, chyba z tego, że lwowscy żebracy w ogóle są zdolni do miłości i "bawią się" w takie luksusy, jak romanse.

Frydzia Perlmutterówna jest według dziennikarza "filarem tego dramatu"; mnie wydaje się nie filarem, a udręczoną dziewczyną, którą bieg wydarzeń rzuca jak popsutą lalką. Już start miała raczej kiepski: Skałat leżał podówczas w województwie Tarnopolskim, pod samą granicą wschodnią RP, do niedawna jeszcze w "Golicji i Głodomerii", jak ze względu na potworną nędzę przezywano Cesarsko-Królewską prowincję Galicję i Lodomerię. Kiedy dziś słyszymy czasem, że w Polsce panuje bieda, stosujemy zupełnie inne pojęcie biedy niż w międzywojniu, zwłaszcza w okresie Wielkiego Kryzysu, który szczególnie dawał się we znaki w kraju zniszczonym zaborami i I wojną światową, który swoje lata względnej zamożności przeżywał ostatnio za czasów Sobieskiego. Skala bezdomności, żebractwa, prostytucji była niewyobrażalna. Miarą tego, jak trudno było zarobić choćby parę groszy, niech będą słowa z książki Moniki Piątkowskiej "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce" o cenach usług prostytutek: Uliczna dziewczyna czekająca na okazję pod drzwiami szynku lub nieopodal dworca kosztowała klienta 1,50 zł, czyli tyle, ile pięć kilogramów śledzi, trzy kilogramy cebuli, kilogram mięsa wołowego z kością i dokładką podrobów, 2,5 kg grochu, 25 sztuk sprzedawanych luzem papierosów lub litr śmietany. Za 1,50 zł w latach trzydziestych można się było przespać w prywatnym przytułku na wynajętym łóżku, kupić trzy bilety na wiejską zabawę, dwa obiady w tanim barze "Pijak" na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie lub raz zagrać z ulicznym szulerem w trzy karty. [...] Z kwoty 1,50 zł jaką klient płacił za usługę, uliczna dziewczyna aż złotówkę oddać musiała amatorskiej sutenerce, zapisującej nocny utarg na ścianie kreskami swojego pokoju. W zamian, poza łóżkiem, na którym mogła przyjąć klienta, "chustkowa" dostawała jeszcze poczęstunek dla mężczyzny i alkoholowy napitek, ale ten bywał często dodatkowo płatny. [...] W II Rzeczypospolitej ulicznej dziewczyny zazwyczaj nie było stać na samą siebie.
Chciało by się dodać: a co z dziewczyną-żebraczką, która żadnej usługi nie sprzedaje, a w dodatku ma na utrzymaniu małe dziecko? Warto zwrócić też uwagę na to, kim są lwowscy żebracy: to nie niziny społeczne, programowi bumelanci, ale, co typowe dla okresu Wielkiego Kryzysu, zdeklasowani rzemieślnicy: cukiernik, tapicer. To społeczeństwo pełne ludzi, którzy zostali gwałtownie pozbawieni środków do życia i nie mogą pracować mimo ogromnej woli pracy, która niektórych przywodziła - tu znów odsyłam do Piątkowskiej - do obłędu.

Historia Perlmutterówny nie nadaje się na farsę. To raczej materiał na operę w typie "Wozzecka". 14-latka wydana za człowieka, który zamiast zajmować się utrzymaniem rodziny, powinien raczej zgłębiać święte księgi i służyć Bogu, nawiązuje romans z żołnierzem KOPu - jedynym w tej opowieści, który ma stałe i bezpieczne miejsce zatrudnienia, trwały żołd; tyle, że żołnierz, mimo dramatycznych okoliczności (wyrzucenie dziewczyny z domu przez męża, śmierć obojga jej rodziców) najwyraźniej nie zamierzał zapewnić opieki ani młodziutkiej matce, ani - swojemu lub nieswojemu - dziecku. Frydzia ucieka więc na zachód, do miasta, najmuje jakąś norę - z początku mogła zresztą, jak to często wówczas bywało, zajmować z dzieckiem tylko jakieś schody, które za dnia opuszczała. Natrafia na Salza, który najpierw się nią zaopiekował, potem porzucił dla "żebraczki-chrześcijanki" (podział religijny, co ciekawe, był ważny nawet wśród żebraków), zostawiając jej - co istotne - meble. I ten Guertel, pokazany jako bawidamek, jako uwodziciel - jakby "nasz korespondent", kawiarniany buc, nie rozumiał, że dla tej dziewczyny mężczyzna nie był luksusem, ale, być może, kwestią tego, czy ona i dziecko przeżyją przez kolejny rok. Takich jak Perlmutterówna, które w swojej nędzy i upodleniu dochodziły do ściany, więc dusiły dziecko, a potem wypijały esencję octową, było na pęczki. Ale, jak się okazała, od Guertela zamiast wsparcia mogła oczekiwać syfilisu. Oraz przepicia jedynej jej własności - mebli zostawionych przez Salza.

Buechner już, oczywiście, nie żył, ale Alban Berg - i owszem. Kto mógłby napisać libretto? Może Albert Doeblin? Berg dzięki temu mógłby dłużej pożyć, bo stać byłoby go na doktora i operacji karbunkuła na szyi nie robiłaby mu żona nożyczkami, tylko specjalista. A coś może skapnęłoby i Frydzi Perlmutter-X-Salz-Guertel? Nie, raczej nie.


Lwów, obecny widok ulicy Pid Dubom (Pod Dębem); dom, w którym mieszkała Frydzia - trzeci od lewej, z balkonem.
Widoczne wysokie (względnie) okna suteren. Za użytkownikiem Chef ze strony 
http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?p=67650633

* III Dzielnica, czyli Przedmieście Żółkiewskie, było tym, czym dla Warszawy Nalewki, a dla Krakowa-Kazimierz: dzielnicą żydowskiej biedoty.


Za: "Tajny Detektyw" nr 42 rok IV, 14 X 1934