niedziela, 10 stycznia 2016

Jak kradziono samochody w międzywojniu?

Dość efektowny, dynamiczny kolaż z kierownicą i szczerzącymi się maskami automobilów stanowił ilustrację do artykułu o złodziejskich metodach z lat 30. XX wieku. Liczba samochodów w Europie rosła - i na sile przybierały też zwiazane nimi przestępstwa, począwszy od przestępstw drogowych, przez ubezpieczeniowe, a na pospolitych - i niepospolitych - kradzieżach kończąc.


Nic dziwnego, że sensacyjny materiał reklamowany w głównym dzienniku koncernu IKC, czyli Ilustrowanym Kurierze Codziennym, taką oto zapowiedzią:



W roku 1927 w USA było ponad 22 mln samochodów, w Wielkiej Brytanii prawie milion, niewiele mniej we Francji (901 tys.) i Kanadzie (820 tys.); potem kolejna przepaść w rubrykach: w Australii 361 tys., w Niemczech 318 tys. Polska, z 16,5 tys. samochodów, zajmowała 36 pozycję w statystykach. Dziesięć lat później, w 1937 roku, w Polsce aut było już 42 tys., a rok później, w 1938 - 51 tys. Samochód nie stawał się może, jak w USA, dobrem dostępnym klasie średniej, z pewnością jednak się popularyzował, choć nierównomiernie - w Warszawie jeden automobil przypadał na 139 mieszkańców, w województwie Tarnopolskim - na 5322...

Nic dziwnego, że wraz z rosnącą liczbą samochodów i malejącą koni, coraz mniej było koniokradów, a coraz więcej złodziei samochodów. Nic też dziwnego, że obok zwyczajnych łapserdaków, rzucających się na byle taksówkę (jak w przypadku nastoletnich Brudnego i Kaweckiego), działały wyspecjalizowane grupy przestępcze, które zajmowały się tylko łupami najdroższymi. I stosowały pomysłowe sposoby - zarówno w Stanach, jak i w Europie.

Kradzież musiała być - pomimo stosowanych alarmów - stosunkowo nietrudna, skoro w roku 1930, jak podaje "Tajny Detektyw", skradziono w Niemczech 350 tys. aut, a zaledwie rok wcześniej wszystkich samochodów było tam 433 tys., czyli statystycznie w roku kradziono niemal każdy pojazd, równocześnie jednak miażdżącą większość łupów odzyskiwano; były to chyba raczej wybryki chuligańskie - kradzież, by przejechać się kawałek, która kończyła się kraksą lub wyczerpaniem benzyny w baku...






Cóż, jak widać, historie o polskich złodziejach niemieckich samochodów to dopiero pieśń przyszłości. W latach 30. Niemcy zorganizowali własne przedsiębiorstwo kradzieży automobilowych i prowadzili je z imponującą wprost solidnością...

Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931, IKC z 4 IV 1931.

sobota, 2 stycznia 2016

Jak oszukiwano na warszawskich wyścigach? vol. II - Bronisław Karwowski

Karwowski (Stefan) przeszedł do historii jako bohater słynnego serialu "Czterdziestolatek", inżynier, specjalista od budowy dróg i mostów. Ale okazuje się, że przed wojną na warszawskich wyścigach bywał inny Karwowski (Bronisław), zupełnie prawdziwy, specjalista w zgoła innej dziedzinie.


Karwowski próbował chachmęcić jesienią 1931 roku. Ale "Wisienka" biegała jeszcze w roku 1934, o czym informują "Nowiny Codzienne:

 

Wisienka była, jak czytamy, "koniem z prowincji" - i rzeczywiście, należała do hrabiego Ignacego Mielżyńskiego, zamożnego ziemianina z Wielkopolski (znanego patrioty, powstańca wielkopolskiego, niestety endeka). Majątek Iwno, wniesiony Ignacemu w wianie przez kuzynkę, Sewerynę Mielżyńską, był drugą co do wielkości stadniną w Wielkopolsce - istnieje ona zresztą po dziś dzień, podobnie jak iwieński pałac:


Nieco mniej szczęścia miał gmach, w którym Ignacy przyszedł na świat, czyli pałac w Chobienicach, ozdobiony na frontonie napisem "Nie sobie, lecz następcom", bowiem obecni właściciele raczej się o budowlę nie troszczą...


A na koniec - tabela gonitw z 15 sierpnia 1934 roku, z nazwami koni, które, jak dzisiaj, budzą niekiedy rozbawienie, zwłaszcza w zestawieniu z nazwiskami właścicieli, jak choćby "Figlarz Kronenberga" czy "Charleston Dydyńskiego":




Za: "Tajny Detektyw" nr 20, rok II, 15 V 1932, "Nowiny Codzienne", rok III nr 226, 15 VIII 1934

czwartek, 31 grudnia 2015

Jak oszukiwano na warszawskich wyścigach? vol. I - Szampańska zabawa

Wprawdzie sezon gonitw na Służewcu już zamknięty, ale dziś, w ostatnim dniu 2015 roku, nad szampanem, cavą i prosecco, składam Państwu najlepsze życzenia pomyślności w Nowym Roku 2016 i przedstawiam tekst "Gdy koń idzie pod doppingiem", z którego można się dowiedzieć, czym się różni dopping od dopingu, jakie były smutne dzieje "Złotego Arnolda", króla bukmacherów warszawskich, oraz po co poi się konie szampanem! Do siego roku!







A zatem nie tylko szampan, ale również - w zależności od oczekiwanego efektu - kokaina lub opium! Ej, panie dziejaszku, za sanacji nawet konie żyły luksusowo!

Oszustwa bukmacherskie różnego rodzaju są pewnie równie stare, co w ogóle konne wyścigi. Dla porządku dodajmy kilka faktów: w Warszawie pierwszy odnotowany przez historię wyścig konny wydarzył się w roku 1777, a pierwszy profesjonalny tor stworzono w I poł. XIX wieku wzdłuż ul. Polnej (wyścigi zresztą zawieszono na czas powstania styczniowego). Obok powstało - już w roku 1910 - pierwsze warszawskie lotnisko, Lotnisko Mokotowskie. Jednak z czasem okazało się, że obie instytucje wprawdzie korzystają ze względnie centralnego położenia, jednak potrzebują większych terenów. Lotnisko przeniosło się na Okęcie (1930), a tor wyścigów - na Służewiec właśnie, gdzie wspominane również w "Tajnym Detektywie" Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Polsce wykupiło z dóbr wilanowskich 150 hektarów (1926). Jednak do roku 1938 wyścigi odbywały się jeszcze na Polu Mokotowskim - nowy tor, najnowocześniejszy na świecie, prawdziwą perłę modernistycznej architektury, otwarto w czerwcu 1939 roku, ostatnie gonitwy odbyły się 31 sierpnia... W czasie wojny tor nie ucierpiał zbytnio, bo stacjonowały tam oddziały SS. Wyścigi wznowiono już w roku 1946.

I na pożegnanie: niewidoczny na górnych skanach portret "Złotego Arnolda w pięknym układzie fotomontażowym:



Za: "Tajny Detektyw" nr 12, rok I, 5 IV 1931

wtorek, 29 grudnia 2015

O sądach doraźnych vol. II - Medea z Ozorkowa!

Medea zabiła wprawdzie dwójkę dzieci, nie jedno, w dodatku były to dzieci nie tylko Jazona, ale i jej własne, tym niemniej historia Anny Krysiakowej ma rozmach tragiczny - choć dostosowany do prowincjonalnego Ozorkowa i kryzysowej biedy.


Nieco więcej szczegółów możemy poznać dzięki gazecie łódzkiej. "Express Wieczorny Ilustrowany", czyli popołudniówka pisma "Republika", należał razem z całym koncernem Republiki do potomka wielkiego rodu fabrykanckiego, Maurycego Poznańskiego (oficjalnie do jego żony, Sary), dwóch innych inwestorów (Leszka Kirkiena i Sergiusza Cynamona) oraz do dziennikarzy-założycieli: Czesława Nussbauma-Ołtaszewskiego i Władysława Polaka. Jak widać, znaczna część założycieli, podobnie jak pracowników, była łódzkimi Żydami - pracowali tam również bracia Kałuszyner: Ludwik Starski (filmowiec, scenarzysta i autor słynnych piosenek, ojciec nagrodzonego oskarem scenografa, Allana Starskiego) i Adam Ochocki, który pozostawił barwne wspomnienia o pracy w redakcji (do których powrócę przy okazji sprawy kupca Markusa i szulerstwa wagonowego). Wspominam o tym, ponieważ pochodzenie dziennikarzy i właścicieli miało istotne znaczenie dla historii pisma: redakcja praktycznie przestała istnieć we wrześniu 1939 roku. Część dziennikarzy zginęła w getcie, Starski przechował się w Warszawie, Ochocki trafił do radzieckich łagrów, ale po powrocie pracował w piśmie, które zastartowało 17 stycznia 1945 roku, a które po wielu przekształceniach własnościowych ukazuje się do dziś jako "Express Ilustrowany". 


 

Jak widać, w "Expressie" po pierwsze zdążono Krysiakową ochrzcić "łódzką Gorgonową", a po drugie zrobiono przegląd ostatnich wyroków sądów doraźnych w Łodzi i dano do zrozumienia, że ci, co krew przelali, byli wieszani, a prezydent zastosował prawo łaski tylko w stosunku do Mędreckiego (jednego z winnych nieudanego napadu na kasę kolejową na dworcu Kaliskim). Podgrzewano zatem nadzieje publiki na egzekucję, bo publika nadzwyczaj się egzekucjami ekscytowała. Kiedy w lipcu 1932 roku w Rybniku powieszono skazanego wyrokiem sądu doraźnego Józefa G., mordercę siedmioletniej dziewczynki, ludność zaczęła od pomocników więziennych kupować na potęgę "przynoszące szczęście" kawałki wisielczego sznura; dość powiedzieć, że handlowano nimi tanio, złotówka za centymetr, a po wykryciu procederu okazało się, że sprytni więziennicy sprzedali około pięciuset metrów sznura... Jaki zapadł wyrok? O tym dzień później doniosło "Echo", popołudniówka innej gazety należącej do "Republiki", "Kuriera Łódzkiego": 



A zatem tym razem sąd doraźny nie sprawił frajdy łodzianom - ani, oczywiście, przedsiębiorczym handlarzom wisielczych sznurów. Ale sądy doraźne działały w całej Polsce i orzekały krwawo.

Za: "Tajny Detektyw" nr 21, rok II, 22 V 1932, "Express Wieczorny Ilustrowany", nr 138 rok X 18 V 1932, "Echo", 19 V 1932

poniedziałek, 28 grudnia 2015

O sądach doraźnych vol. I - Niedoszły zięć i kilka cięć

Pojęcie jeżdżenia "na saksy", które wzięło się w XIX wieku z masowych wypraw emigrantów zarobkowych do zamożnej Saksonii, później rozszerzyło się i na inne kraje. W XX wieku Polacy jeździli więc na saksy nie tylko do Saksonii, która tymczasem przestała być niepodległym państwem, ale i do Stanów czy Francji i Belgii (zwłaszcza do tamtejszych okręgów górniczych, gdzie po dziś dzień żyje spora grupa polonusów). 

Emigranci i reemigranci względnie często stawali się bohaterami "Tajnego Detektywa" - czy to jako ofiary, zarąbane siekierą przez pazernych sąsiadów, dybiących na przywiezione "dulary" (a nawet, jak w opartej na prawdziwej historii "Niespodziance" Rostworowskiego - przez własnych rodziców), czy to jako przestępcy. Trudne doświadczenia emigracyjne, upokorzenia, krzywdy, przebywanie w grupie młodych, sfrustrowanych mężczyzn bez perspektyw było często niszczące dla psychiki; kiedy wracali do Polski, nierzadko leczyli kompleksy szastając swoją "krwawicą", kiedy indziej nabierali obsesyjnego stosunku do zarobionych na Zachodzie pieniędzy i stawali się patologicznymi skąpcami. Oczywiście, wielu z nich wracało po prostu jako wzbogaceni ludzie, budowało sobie domy, zakładało rodziny i żyło w spokoju, ale tacy akurat "Tajnego Detektywa" nie interesowali. W przeciwieństwie do Stanisława Górnego.


O ile "Tajny Detektyw" skupił się raczej na ocenie etycznej - posuwając się aż do odczłowieczenia przestępcy i porównując go do "wściekłego psa", którego należałoby "wyjąć spod prawa", o tyle "Nowy Kurjer" wolał barwnie opisywać brutalność zbrodni:


Dzień później ta sama gazeta nie tylko powtórzyła nazwisko podejrzanego, ale i już wydała konkretny wyrok: wyrok śmierci, wydany w ramach sądu doraźnego.


Sądy doraźne w II RP mogły działać dzięki rozporządzeniu prezydenta z marca 1928 roku, a wprowadzał je Minister Spraw Wewnętrznych, jeśli ciężkie przestępstwa "szerzyły się w sposób szczególnie niebezpieczny dla porządku i bezpieczeństwa publicznego lub jeśli grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo takiego szerzenia się tych przestępstw." Zaczęło się na wschodzie (wybrane powiaty woj. lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego), a od września 1931 sądy doraźne orzekały na terenie całej Rzeczypospolitej. 

Przed takim sądem oskarżony mógł stanąć, jeśli miał więcej niż 17 lat, nie był kobietą brzemienną, od popełnienia przestępstwa nie upłynęło więcej niż 90 dni, a akt oskarżenia wpłynął do sądu nie później niż 21 dni od aresztowania podejrzanego - chodziło więc głównie o szybko rozwiązane sprawy bandyckich napadów. Przewodniczący sądu mógł zażądać obstawy do obrony budynku sądu od policji, a jeśli siły policyjne nie wystarczały - to od wojska. Mógł też siłą sprowadzać świadków na rozprawę. Wyroki nie podlegały zaskarżeniu, a jeśli orzeczono karę śmierci - trzeba ją było wykonać w przeciągu 24 godzin. Obowiązywał również "zawyżony taryfiktor kar": jeżeli oskarżonego skazano jednomyślnie za przestępstwo zagrożone w kodeksie dożywociem, trzeba było orzec karę śmierci, a jeżeli inną karą - to orzec 10 do 15 lat więzienia. Sądy doraźne były zatem środkiem drakońskim, kolejnym słupem milowym na drodze międzywojennego zamordyzmu, który powoli spychał nas w stronę autorytarnego reżimu.

Rok 1932, z którego pochodzi ta notka, był szczególnie owocny, jeśli chodzi o ich pracę - sądziły aż 244 osoby, 127 z nich otrzymało kary śmierci (ułaskawiono 40, stracono 78), 77 - więzienia, jedną uniewinniono, a 39 spraw skierowano na drogę postępowania zwykłego. Czy jednak stanął przed takim sądem Stanisław Górny, morderca Koziców? Nie wiem, być może faktycznie udało mu się zbiec za granicę. Był młody, obrotny, zbrodnię zaplanował, więc mógł zabrać ze sobą przynajmniej część wypracowanego na emigracji kapitału, władał pewnie językiem obcym. Kto wie, czy nie przekradł się do Francji i nie rozpuścił w wielkim żywiole bezrobotnych, rozlewającym się po całej Europie w dobie wielkiego kryzysu?

EDIT: A jednak nie, morderca sam sobie wymierzył karę: w czerwcu jego zwłoki odnaleziono, a "Głos Krajny" podaje przy tej okazji interesujące szczegóły. Przyczyną zerwania zaręczyn było nie to, że Górny miał trudny charakter, ale fakt, że we Francji miał już żonę i dziecko...



Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932, "Nowy Kurjer" 12 i 13 V 1932, "Głos Krajny" 11 czerwca 1932


niedziela, 27 grudnia 2015

Ziemkiewicz, czyli żywot bibliokleptomana

W roku 1870 hrabia Władysław Plater wynajął zrujnowany szwajcarski zamek w Rapperswilu, wyremontował go i przeznaczył na emigracyjne muzeum poloników. Biblioteka Rapperswilska  obok Biblioteki Polskiej w Paryżu stanowiła najbogatszy bodaj zbiór druków i rękopisów doby Wielkiej Emigracji. Te niezwykle cenne zbiory (ok. 3 tys. dzieł sztuki, 2 tys. pamiątek historycznych, 20 tys. sztychów, 9 tys. medali i monet, 92 tys. książek, 27 tys. manuskryptów, 10 tys. fotografii, itp., a do tego serce Kościuszki w urnie) w roku 1927, zgodnie z testamentem Platera, otrzymała Biblioteka Narodowa i Muzeum Narodowe. Przyjechały do Warszawy specjalnym pociągiem pod nadzorem dyrektora Państwowych Zbiorów Sztuki (później kustosza Zamku Królewskiego), Kazimierza Brokla - w większości uległy zagładzie w 1944 roku, spalone przez Niemców z najcenniejszymi naszymi zbiorami bibliotecznymi (tutaj więcej o zagładzie warszawskich bibliotek).

Zanim jednak do tego doszło, grasował w zbiorach rapperswilskich niejaki Ziemkiewicz, bibliofil, zapalony białorutenista i postać arcyciekawa. I tak grasował, aż sobie wygrasował proces.






Historia opisana przez "Tajnego Detektywa" jest przedziwna, ale najwyraźniej prawdziwa - prócz chyba tej sugestii, że Ziemkiewicz przepuszczał pieniądze z rękopisów na seks z prostytutkami w warszawskich zaułkach.

O ile Romuald Ziemkiewicz podawał fałszywe wykształcenie i nie mógł się poszczycić dyplomem inżyniera, o tyle, jak się okazuje, miał całkiem spory dorobek naukowy jako białorutenista, specjalista od zabytków piśmiennictwa białoruskiego, i dziś jest uważany za jednego z badaczy, którzy położyli podwaliny pod tę naukę. Poza wszystkim jednak był bibliofilem-maniakiem, który nie cofał się przed kradzieżą; wynoszenie cennych druków i manuskryptów przewija się przez całą jego biografię, aż po tragiczny koniec - zgromadził dzięki temu cenną bibliotekę i od czasu do czasu publikował w periodykach rozmaite ciekawostki pod wspólnym tytułem "Z archiwum Ziemkiewicza." A oprócz tego był wtyką II Odziału Sztabu Generalnego i rozpracowywał wileńskie środowisko Białorusinów: usiłował na nie wpływać, niszczył niektórych działaczy, innych, ze względu na ich polskie sympatie, promował. Sam podawał się często za Białorusina z Kresów, ale był synem znanego warszawskiego drukarza.

W warszawskim gimnazjum realnym - pisze Dorota Michaluk w artykule "Jestem przyjacielem Białorusinów..." - zetknął się z wybitną postacią księgarskiego świata — Zygmuntem Wolskim, nauczycielem języka polskiego i znanym kolekcjonerem książek z różnych dziedzin, cennych opraw, exlibrisów, druków regionalnych. Uczeń związał się na tyle blisko z Z. Wolskim, że ten pozwalał mu porządkować swoją bibliotekę. W ten sposób pewnie zrodziło się wielkie zamiłowanie do kolekcjonowania książek, które wkrótce stało się esencją jego życia. [...] Za swojego mistrza uważał Michała Federowskiego, językoznawcę i bibliofila, wielkiego znawcę białoruskiego folkloru, Zainteresowania kolekcjonowaniem, a pewnie i rodzinne powiązania, doprowadziły Ziemkiewicza do znanego warszawskiego Antykwariatu Polskiego Hieronima Wildera przy ulicy Berga 8, gdzie pracował w latach 1906- 1907. Salon ten prowadził sprzedaż cennych, wyczerpanych druków, rękopisów, autografów, map i sztychów, głównie poloników. 

Niestety, jedno było stałe: wszystkich trzech swoich mistrzów okradał. Cytowany przez Michaluk warszawski bibliofil Jan Michalski tak go wspominał: Ziemkiewicz wkradł się w łaski Wolskiego i porządkując jego zbiory okradł swego nauczyciela. Powtórzyła się podobna historia z Fedorowskim (sic!). Pomagając temu w nazywaniu i sprzedawaniu książek, na których się znał, oraz przy opracowaniu notatek białoruskich, Ziemkiewicz poduczył się tego języka, został Białorusinem (przedtem z racji studiów w Kijowie uważał siebie za Ukraińca i zbierał książki w tym języku), a przy sposobności powiększył swoje zbiory kosztem mistrza. Powyciągał Fedorowskiemu cenne druki białoruskie, a nawet powyrywał z książek całe stronice. (...) Ziemkiewicz dostał się na pracownika do antykwarni Wildera i tu gospodarował po swojemu. Wpadł jakoś u Bisiera, któremu też coś zabrał. Podczas rewizji znaleziono w jego mieszkaniu książki Wildera. Groziło mu więzienie, lecz z Z. Wolskim wpłynęliśmy, aby pozwolono mu się poprawić. Nie przeczuwaliśmy, że mamy do czynienia z typowym okazem moral insanity. Ziemkiewicz miał bezwzględnie pasję do książek, gromadził je per fas et nefas i znał się na starych drukach. Dziwiło mię, że zgoła nie interesował się nigdy technicznymi książkami. Po sprawie warszawskiej wyjechał do Wilna, jako rzekomy Białorusin pisywał do gazet, wkradł się w łaski działaczy białoruskich i uzyskawszy wstęp do ich muzeum i biblioteki znów wzbogacił swoje zbiory. Musiał znów się stamtąd ulatniać, przybył do Warszawy, ożenił się i na jakiś czas zniknął z horyzontu warszawskiego. To właśnie w roku 1932 okazało się, że Ziemkiewicz kradł przez całe życie, od czasów, kiedy terminował u poważniejszych bibliofilów. "Polonia" podaje, z których konkretnie zbiorów pochodziły wyszabrowane przezeń cymelia, odkryte w czasie rewizji:





Rzeczywiście, przez całe lata pracował głównie jako działacz białoruski i, zarazem, polski agent (oficjalnie piastował stanowisko w NIKu - naczelnika wydziału, więc dość poczesne). Tymczasem jego prywatne zbiory, liczące 30 tys. woluminów, stale rosły w kamienicy na Chmielnej 68 - dziś nieistniejącej, a wówczas wyglądającej tak:


Było to wedle niektórych znawców najbogatsze archiwum białoruskie, niestety - zdobywane częściowo nielegalnymi sposobami. W roku 1932 wybuchła afera z rękopisem Norwida, rok później - z kartkami wyrwanymi ze sztambucha Maryli Wereszczakówny. Ziemkiewicz był skompromitowany, ale usiłowano z niego zrobić wariata, jak podawał "Nowy Kurjer": 


Ziemkiewicza skazano - do takich nieprecyzyjnych danych dotarłem - na kilkumiesięczne więzienie, nie zmniejszyło to jednak jego kłótliwości, bowiem w 1937 roku tak sobie poczynał, o czym pisały "Nowiny Codzienne":









Jak widać, proces niczego go nie nauczył. Data jego śmierci jest niepewna - różne źródła podają od 1940 do 1944 roku - został stracony przez Niemców w Auschwitz lub w Warszawie, najprawdopodobniej za kradzież cymeliów ze Stadtbibliothek Warschau, która gromadziła najcenniejsze stołeczne zbiory biblioteczne. A jego własna kolekcja? W całości przepadła. W roku 1944 wielki polski literaturoznawca, Juliusz Krzyżanowski, został poproszony o wycenę zbiorów przez rodzinę Ziemkiewicza:

W r. 1944 mój uczeń, Władysław Drapella, zapytał mnie, czy nie podjął- bym się oceny biblioteki, którą ktoś chciałby sprzedać. Odruchowo powiedziałem „Nie”, ale dowiedziawszy się, o co chodzi, propozycję przyjąłem. Okazało się mianowicie, iż na sprzedaż szły zbiory osławionego, niemal legendarnego bibliomana warszawskiego, Romualda Zie[m]kiewicza. Osobnik ten, znany z rozmaitych malwerscyj książkowych, został aresztowany przez gestapo, i siostra, zawiadomiona urzędowo o jego śmierci, postanowiła pozbyć się jego zbiorów. Dwa pokoiki na Chmielnej, gdy się w nich znalazłem wypełnione były po sufit przeróżnymi szpargałami. Drugie tyle, jak mi powiedziano, zgniło w wilgotnej piwnicy. Czego tam nie było! Stare rozkłady jazdy z pierwszych lat w. XIX, cenniki nasion, kalendarze, resztki nakładów, góry broszur z lat 1918-1921, resztki tek redakcyjnych najrozmaitszych czasopism białoruskich, bezcenne wydawnictwa folklorystyczne białoruskie, w naszych bibliotekach nie spotykane, garść starodruków, wśród których pierwsze miejsce zajmował piękny egzemplarz „Zwierciadła” Rejowego. Po miesiącu pracy w mieszkaniu, od paru lat nie opalanym, rozsegregowałem cały ten materiał i wyceniłem, tytułem honorarium zabierając wspomniane rzeczy o folklorze białoruskim, spalone rychło później w moim mieszkaniu na Starym Mieście. Resztę nabyło trzech bezrobotnych księgarzy i sprzedawało ku radości bibliofilów u Gebethnera i Wolffa na Zgodzie. Z całości wyłączyłem około 500 broszur z lat 1918-1921, które nabywcy zobowiązali się przekazać darmo Bibliotece Narodowej, wiedziałem bowiem, że publikacji tych o charakterze druków ulotnych w zbiorach jej nie było. Kolekcja ta uległa podobno zniszczeniu czasu wojny na Rakowieckiej. Wśród rzeczy, które wchodziły w skład mego honorarium, były również materiały rękopiśmienne z autografami pisarzy białoruskich, Janka Kupały i in., oraz części zbiorów M. Federowskiego. Wszystko to zresztą, zdeponowane w Bibliotece Ordynacji Zamoyskich i wywiezione do Piotrkowa, nie wróciło do mnie, zagubione czy zniszczone w toku ewakuacji

Paradoksalnie to, co się po Ziemkiewiczu zachowało to - prócz dzieł naukowych - jego donosy w wojskowych archiwach. Rękopisy, które, zapewne, najmniej poważał.


Za: "Tajny Detektyw" nr 17, rok II, 24 IV 1932, "Nowy Kurjer", 12 IV 1932, "Nowiny Codzienne", nr 195 z 1933, "Polonia", 9 IV 1932, Dorota Michaluk(Toruń)„Jestem przyjacielem Białorusinów...” — raporty wywiadowcze Romualda Ziemkiewicza do II OddziałuSztabu Generalnego WP z lat 1922-1923

środa, 23 grudnia 2015

Miasta cieni cz. XVI Glansowany bucik, czyli jak ładnie zaprezentować trupa?

Moja fascynacja "Tajnym Detektywem" zaczęła się od albumu policyjnego - wierzyłem, że w kolejnych numerach tygodnika odnajdę może reprodukcje zdjęć operacyjnych i ustalę historię, która się za nimi kryje. Niestety, zdarzyło się to w kilku zaledwie przypadkach - w tym w przypadku fotografii, którą uważam za jedną z najbardziej niepokojących w całym albumie.

Policjanci, którzy natrafiali na niezidentyfikowane zwłoki, mieli podówczas zwyczaj aranżowania ich tak, by możliwie najbardziej przypominały żywego człowieka. Trudno temu się dziwić - techniki identyfikacji śladów były znacznie uboższe niż dziś, nikt nie zrobiłby badań DNA, bo i jak. Stąd podstawową metodą było okazanie zdjęć osobom, które mogły znać denata. A albuie trafił się nawet przykład podwójnej fotografii: jedna pokazuje zwłoki tak, jak je zapewne odnaleziono, druga - "ożywione": 


Na jednym ze zdjęć kobiecie (?) podparto powieki zapałkami, więc wpatruje się w widza zamglonym wzrokiem:





Często zwłoki ustawiano do pionu - czy to opierano o słup, czy podpierano żerdkami, czy wreszcie wplatano w drabinę (!). Czasem wystarczał rigor mortis:




Wszystkie te zdjęcia, przez swoją ambiwalencję żywe/nieżywe oraz poczucie jakiejś niestosowności, ba, profanacji (zwłaszcza w przypadku drabiny!), robiły na mnie od początku ogromne wrażenie. Należało do nich i to, na którym za zwłokami, opartymi o jakąś szeroką deskę, może drzwi, może blat stołu roboczego, widać ukrytego policjanta, a właściwie - czarną plamę spodni i jasny blik na starannie wyglansowanym nosku buta:



Charakterystyczny zadarty nos mężczyzny zapadł mi w pamięci i  niedawno odkryłem go na jednym ze zdjęć w "Tajnym Detektywie". Okazał się niezidentyfikowaną ofiarą morderstwa, popełnionego nad Notecią w Kowalewku (obok podobizna ściganego przez policję krakowskiego włamywacza Kmiecika):


O zbrodni informował również miejscowy "Kurjer Bydgoski", publikując także fragment tej samej fotografii:



Aresztowani Niemcy chyba nie okazali się być winnymi, skoro jeszcze w sierpniu "Dzień Bydgoski donosił, że mordercy są nadal poszukiwani i że być może zarówno oni, jak i ofiara, byli komiwojażerami. Wówczas jednak nadal nie podano, jak naprawdę nazywała się ofiara. Być może zresztą nigdy się tego nie dowiedziano.




Za: "Tajny Detektyw" nr 26, rok III, 25 VI 1933, "Kurjer Bydgoski" 23 VI 1933, "Dzień Bydgoski" 1 VIII 1933