sobota, 4 lipca 2015

Dziad z Nowogrodzkiej czyli epilog zabójstwa warszawskiej gwiazdy

125 lat temu, 1 lipca 1890 roku, popełniono jedną z najsłynniejszych zbrodni miłosnych w historii Warszawy: w garsonierze, mieszczącej się w kamienicy na Nowogrodzkiej 14 rosyjski oficer Aleksander Barteniew, zastrzelił swoją kochankę, ulubienicę publiczności teatrów warszawskich, Marię Wisnowską.



Wiele by można pisać o sprawie Wisnowskiej - Agata Tuszyńska popełniła na ten temat dwie książki historyczne, powstało kilka powieści i przynajmniej dwa filmy (tuż po odzyskaniu niepodległości "Ludzie bez jutra" Aleksandra Hertza z Węgrzynem w roli ułana, a w 2003 rosyjska "Gra w modernizm"). Najsłynniejszym może odbiciem dramatycznego romansu jest "Dieło korneta Jełagina" rosyjskiego noblisty, Iwana Bunina, które prędko ukazało się również po polsku, pod wymownie podkręconym tytułem: "Marja Sosnowska. Sprawa korneta Jełagina".

W roku 1933 od zbrodni mijały 43 lata (a nie 40, jak błędnie podaje "Tajny"), ale pamięć o niej była wciąż żywa (sentymentalni fani aktorki nadal odwiedzali dawną garsonierę, a wówczas - jedynie mieszkanko stróża), zaś dziennikarze mieli dla czytelników smaczny kąsek. Odkryli Barteniewa, "63-letniego starca" pośród warszawskich włóczęgów...



Barteniewa pochowano w zbiorowej mogile dla ubogich, której nie sposób dziś zlokalizować. Wisnowska, starsza od niego o lat siedem, spoczywała wówczas od lat kilkudziesięciu na warszawskich Powązkach, przy samych katakumbach - pod pięknym obeliskiem, który zresztą niedawno odnowiono:


Czas nie obszedł się z kamienicą na Nowogrodzkiej ani dobrze, ani źle: przetrwała wprawdzie wojnę, ale fasadę pozbawiono niemal całego eklektycznego wystroju, z którego pozostało tylko boniowanie na parterze i trwający resztkami sił balkon na pierwszym piętrze. Nie dam zresztą głowy, czy nie tyle ocalało z budynku po wojnie, bo mam wrażenie, że piano nobile nie tylko ma okna przemurowane z łukowatych na prostokątne, ale w ogóle wydaje się w całości niższe. Cóż, nawet jeśli, to aktorka odwiedzała oficerską garsonierę właśnie na parterze... 


Warszawscy eksperci od duchów i nawiedzeń twierdzą, że duch Wisnowskiej pojawia się w kamienicy dość często, zazwyczaj o poranku, i robi mieszkańcom domu drobne psikusy. Z kolei duch Barteniewa ma się pojawiać wieczorami na Powązkach i składać na grobie czerwoną różę. Co podaję tylko jako przykład siły miejskich legend, które trwają przez kolejne pokolenia.

Za: "Tajny Detektyw" nr 52, rok II, 25 XII 1932


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Przyjaciółka lorda Byrona, czyli Regina znaczy "królowa" vol. I


Tak, tak. To już trzysetny, jubileuszowy wpis na tym blogu. Z tej okazji - artykuł o niezwykłej królowej piękności, która grasowała (na kredyt) w Poznaniu, a także nowy tag: "PŁYTA". Dziś bowiem zaczęło się nagrywanie płyty "Tajny Detektyw" i na blogu można sprawdzić, które historie z tygodnika zostały przerobione na piosenki. Należy do nich opowieść o sprytnej Reginie.

Oszustów w międzywojniu było, jak zawsze, wielu - jedni bardziej zręczni, inni mniej. Regina Czajczyńska jest postacią o tyle interesującą, że nie posiadła wprawdzie kompetencji  kulturowych koniecznych do udawania arystokratki, przez co jej listy czyta się jak kabaretowe skecze, ale potrafiła zaskarbić sobie zaufanie poznańskiego mieszczaństwa i poznańskiej prasy, dzięki czemu nacięła niejednego przedsiębiorcę na grubszą kwotę. Najwyraźniej niektórzy poznaniacy też mieli nietęgie kompetencje kulturowe i rzekoma znajomość z lordem Byronem nie wydała im się osobliwa...




Ech, gdzie te czasy, kiedy hrabin było zbyt dużo, ale tytuł książęcy robił jeszcze niejakie wrażenie (zwłaszcza, jeśli polor dawnego szlachectwa mieszał się z polorem tytułu nowego: królowej piękności!) nawet na znanych z... no, powiedzmy, z nierozrzutności kupcach poznańskich!  Było, minęło. Czajczyńską zaaresztowano. Jakie były jej dalsze losy? O tym w następnym poście.

PS: "Hotel Central" należy do najpiękniejszych budynków secesyjnych Pragi (a gdzie jak gdzie, ale tam konkurencja jest spora) i wówczas, choć moda nakazywałaby raczej zakwaterowarowanie w jakimś modernistycznym cudzie ze szkła i betonu, z pewnością nadal cieszył się renomą miejsca dostojnego. Jak Czajczyńska weszła w posiadanie papieru listowego hotelu - nie wiadomo.







Za: "Tajny Detektyw" nr 23, rok I, 21 VI 1931

niedziela, 21 czerwca 2015

Też mieliśmy swoje masakry, czyli Lucjan kłóci się o miedzę

Kiedy Ameryka przeżywa kolejną masakrę, popełnioną przez szaleńca z pistoletem w ręku - tym razem w kościele Charleston - warto przypomnieć, że i u nas w czasach, kiedy dostęp do broni palnej był powszechny dochodziło do podobnych strzelanin. Poznajcie Państwo Lucjana Sierputowskiego ze wsi Grzymały.

Twardogłowi amerykańscy miłośnicy broni palnej (a także nasi rodzimi maniacy) nie tracą rezonu. Z większą jeszcze niż zazwyczaj zapalczywością wygłaszają dyrdymały, że "zabija człowiek, a nie pistolet", a "jedyną ochroną przed wariatem z bronią jest cały tłum zdrowych psychicznie z bronią" (choć w USA na każdy śmiertelny strzał w obronie własnej przypadają 34 niewinne ofiary) itepe, itede. Konserwatywny bloger Erick Erickson zabłysnął tezą, że masakra dokonana przez białego w czarnej parafii nie miała z pewnością podłoża rasistowskiego, prawdziwym zaś winnym jest Bruce Jenner, słynny lekkoatleta i złoty medalista olimpijski, który w wieku lat 65 zmienił płeć, od czego Amerykanom pomieszało się w głowach i odczuli przemożną chęć strzelania do współobywateli. Natomiast niedalekiej od Północnej Karoliny Alabamie republikanie zaproponowali nowelizację prawa, która pozwalałaby nosić pistolety dzieciom oraz zdejmowałaby z handlarzy bronią obowiązek przechowywania danych transakcji (jak np. numerów seryjnych czy nazwiska kupującego), co z pewnością znakomicie wpłynie na poczucie bezkarności bandziorów. Itepe, itede.

U nas, na szczęście, dostęp do pistoletów jest ograniczony (i ginie od nich rocznie 42,5 raza mniej osób na 100 tys. niż w USA), ale bywało inaczej. W II RP o broń palną było nietrudno, mnóstwo jej zostało jeszcze z pierwszej wojny: jakieś pochowane po chatach obrzyny, broń kłusownicza, a także kupowana najzupełniej legalnie myśliwska czy obronna. Im więcej było jej w społeczeństwie, tym niebezpieczniej się robiło, a, co za tym idzie, tym więcej jej kupowano ze strachu, a, co za tym idzie, tym więcej było jej w społeczeństwie, tym niebezpieczniej się robiło... itepe, itede. 

Nie wiem, skąd swój morderczy pistolet wziął Lucjan Sierputowski. Lucjan nie pojawił się w "Tajnym Detektywie" (kiedy dokonywał masakry, pismo już nie istniało). Znam go tylko z fotografii w albumie policyjnym, gdzie występuje w mundurze (choć nie wiem, jakiej formacji):


Mając tylko imię i nazwisko, postanowiłem pogooglować i natrafiłem na historię, którą przyniósł mi - a zatem i Państwu - "Goniec Częstochowski":



Na zdjęciu wydawał się zupełnie zwyczajnym chłopakiem, podejrzewałem, że to może ofiara zbrodni czy zaginiony, ostatecznie jakiś drobny przestępca, a tymczasem... Nie, nie chodzi mi tylko o to, że w ataku furii zaczął strzelać do rodziny i sąsiadów. Takie kryzysy się zdarzają. To, co mnie zaskoczyło, to z jednej strony afekt, z drugiej - wyrachowanie, które kazało u pedałować 46 kilometrów, dystans ponadmaratoński, żeby, skoro już rzucił się w otchłań zbrodni, przy okazji pociągnąć za sobą teściów. Potem trzy tygodnie desperackiego ukrywania się po lasach i wreszcie zgłoszenie się do wziętego adwokata i dobrowolne oddanie w ręce policji: każda z tych rzeczy sprawia wrażenie nieprzystających do pozostałych. Ale któż wniknie w duszę "konstytucjonalnego psychopaty"?


Za: album policyjny, "Goniec Częstochowski" 1938/219 z 28 IX 1938




czwartek, 28 maja 2015

Wyzysk wśród butelek wódki


W czasach PRLu nieustannie rozprawiano o zgniłych kapitalistach, wykorzystujących robotnika - do tego stopnia, że dziś wiele osób zdaje się traktować historie o "tej butelce, którą dziedzic rozpijał chłopa", okrutnych ekonomach i niegodziwych fabrykantach jak bajki o żelaznym wilku. Tymczasem wyzysk człowieka przez człowieka to rzecz jak najbardziej realna.


I nie chodzi tylko o to, co najbardziej nam się kojarzy z tym hasłem: 12-godziny dzień pracy, praca dzieci, fatalne warunki, brak jakichkolwiek zasad bezpieczeństwa, ale i o przemoc rozciągającą się praktycznie na wszystkie dziedziny ludzkiego życia. Podobnie jak zależność chłopa od pana (i pośrednika, czyli ekonoma) w feudalizmie, tak w kapitalizmie starego, wilczego typu (jaki teraz mamy choćby w Chinach) zależność robotnika od właściciela i jego podwładnych jest właściwie nieograniczona. 

Tak bywało i w międzywojniu. Wprawdzie obowiązywały różne przepisy - ale przepisy sobie, a praktyka sobie. Szaleje wielki kryzys, bezrobocie wpędza ludzi w nędzę, jakiej dziś w Polsce znaleźć nie sposób nawet w najbiedniejszych okolicach. Najlepiej miewają się ci, którzy mają porządne posady, zwłaszcza państwowe. Rozwija się cała rozległa gałąź przestępczości związana z załatwianiem posad - łapownictwo z powoływaniem się na prawdziwe lub fałszywe wpływy, zmyślone firmy, które każą sobie płacić za rozpatrzenie podań o pracę, itd. Ci zaś, którzy faktycznie decydują o zatrudnianiu innych, wykorzystują nierzadko tę pozycję w sposób niegodziwy. 

Tak było w przypadku chłopa na schwał, Tadeusza Kuryło, kierownika sortowni flaszek Monopolu Spirytusowego w podlwowskim Zniesieniu, który w ledwie osiem lat zgromadził na koncie 60 tys. złotych, sumę podówczas astronomiczną, i który dzięki byciu "tym-który-może-dać-pracę" pozwalał sobie na najbrutalniejsze wykorzystywanie seksualne pracownic.





Niestety, nie dotarłem do żadnych wiadomości o dalszym losie Stanisława Żółkiewskiego, imiennika słynnego hetmana. Nie wiem, jakim wyrokiem ukarał go sąd za zabójstwo Tadeusza Kuryły, ale, jak się zdaje, mógł liczyć na wyrozumiałość - w międzywojniu, mam wrażenie, bardziej niż dziś liczono się z obiegowym poczuciem sprawiedliwości, niż z rygorem litery prawa. Pozostaje zatem wierzyć, że śmierci wyzyskiwacza Kuryły nie okupił wieloletnim wyrokiem, a tym bardziej że nie zapłacił za ną głową.


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933

piątek, 1 maja 2015

"Tajny Detektyw" - płyta, czyli urodzinowa zapowiedź

Z okazji moich pierwszomajowych urodzin chciałbym dziś sprawić prezent wszystkim miłośnikom "Tajnego Detektywa". Otóż jeszcze w tym roku (jak wszystko dobrze pójdzie) powinna się ukazać płyta, oparta o historie z "Tajnego" - i to wyłącznie o historie kobiet: morderczyń, oszustek, ofiar zbrodniarzy. Stąd też dziś cała seria żeńskich mugshots z policyjnego albumu.














Za: album policyjny.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Eleonora, czyli Eugenia, czyli Genowefa albo z siekierą na ekspedientkę






Pod koniec roku 1934 w Łodzi doszło do brutalnego mordu - ktoś zarąbał siekierą rzeźniczą ekspedientkę w sklepie mięsnym. Plotkowano, że sprawców było trzech, ale dzielna łódzka policja już po paru godzinach ujęła jedynego napastnika, który okazał się zresztą kolegą z pracy ofiary. Jednak co rzeźnik, to rzeźnik.



Dziwny jest dobór zdjęcia, jeden z najdziwniejszych w historii pisma - morderca jest bardziej przebrany niż ubrany - w przekrzywiony celowo kapelusz i zamaszyście zawinięty szalik. Ale to nie strój na zbliżającą się zabawę sylwestrową, to raczej, sądząc po pałeczce w dłoni, przebranie za magika na bal karnawałowy. Ale cóż, niech i tak będzie, choć i strój, i dziwnie dziś brzmiąca nazwa kiełbasy cytrynowej, wreszcie ciągłe pomyłki w imionach (o czym dalej), sprawiają wrażenie jakiejś makabrycznej zgrywy.

Pletz zaatakował swoją ofiarę, Eleonorę - lub Eugenię - Gajdę lub Gajdównę w budynku przy Kilińskiego 28, który stoi po dziś dzień - choć, jak wiele kamienic łódzkich, pokazuje tylko ślady byłej świetności:



Co było dalej? Złapano go po paru godzinach, grającego w karty i płacącego za wódkę; z wyrokiem uwinięto się jeszcze przed sylwestrem. Proces relacjonowało łódzkie "Echo", tym razem stosując inną jeszcze formę nazwiska ofiary, Gajdzianka, a także nadając jej trzecie już imię: Genowefa (takie też imię podawała od początku łódzka "Republika", więc może to z tych trzech jest prawdziwe?):



A dla tych z Państwa, którzy żałowali, że reklama przepięknego poematu miłosnego "Kot i skrzypce" została ucięta na skanie - zdjęcie w pełnej krasie, a na dodatek anons o zabawie "Zalany sylwester" z udziałem najwybitniejszych sił stolicy. Pletz - w swoim karnawałowym wcieleniu - z pewnością by to docenił:


Za: "Tajny Detektyw" nr 51, rok IV, 16 XII 1934, "Echo" X/356, 29 XII 1934

niedziela, 19 kwietnia 2015

Zbójcy na szubienicy

O ile w czasie wojny mieliśmy mnóstwo pokazowych egzekucji publicznych, organizowanych przez władze okupacyjne, a po wojnie kilka przypadków oglądanego przez tłumy wieszania zbrodniarzy nazistowskich, o tyle w dwudziestoleciu wyroki śmierci wykonywano na więziennych dziedzińcach - gapiowie więc gromadzili się przy bramach, by obejrzeć przynajmniej wóz z ciałami skazańców.


Nie udało mi się dotrzeć do danych statystycznych, ilu egzekucji dokonywano w międzywojennej Polsce, z pewnością jednak było ich sporo, bo wiele tekstów w "Tajnym Detektywie" wspomina o takim zakończeniu sprawy. W lipcu 1932 roku wprowadzono nowy kodeks karny, tzw. kodeks Makarewicza (od nazwiska prof. Juliusza Makarewicza z Komisji Kodyfikacyjnej, która miała zespolić przepisy prawne na terenie trzech byłych zaborów), w którym najwyższy wymiar kary (przez powieszenie) można było zasądzić w przypadku pięciu przestępstw: 
1. zdrady stanu (próby oderwania terytorium od RP lub zagrożenia jej niepodległości)
2. zagrożenia życiu lub zdrowiu prezydenta RP
3. udziału w działaniach wojennych przeciw RP w obcym wojsku
4. prowadzenia własnych działań wojennych przeciwko RP
5. zabójstwa. 
Co ciekawe, wcześniej kara śmierci (wedle ustaw dotyczących "odpowiedzialności za przestępstwa popełnione przez urzędników z żądzy zysku" z lat 1920 i 1921), groziła również za korupcję. Urzędnik przyjmujący łapówkę miał być rozstrzelany, wręczającemu łapówkę groziło od 4 do 15 lat więzienia, chyba, że trudnił się łapownictwem zawodowo - wtedy również mógł stanąć przed plutonem egzekucyjnym. Przepisy te jednak - dość, przyznajmy, drakońskie - zostały zniesione w roku 1923.

W dwudziestoleciu zdarzały się czasem wyroki za szpiegostwo i zabójstwa polityczne. Jeden jedyny z artykułu o narażenie życia prezydenta RP (chodzi oczywiście o mord Niewiadomskiego na Narutowiczu), ale były i inne - na przykład ukraińskich nacjonalistów na osobie posła Hołówki; choć akurat najsłynniejszy zamachowiec z OUNu, Hryhorij Maciejko, który zabił ministra Pierackiego, zdołał wymknąć się sprawiedliwości. Jednak znakomita większość kar śmierci dotyczyła pospolitych, zbójeckich morderstw, dokonywanych przez bezwzględnych bandziorów. W przypadku innych zabójstw w grę często wchodziły okoliczności łagodzące - a tu była tylko tępa żądza zysku, choćby i opisywana, jak w przypadku przestępców z Inowrocławia, jako potrzeba zapewnienia sobie spokojnej starości.






Ostatecznie jednak przyznać trzeba, że bandyci z Inowrocławia byli nie tylko pazernymi typami, ale i partaczami. Choć na swój sposób wzruszające jest ich ostatnie życzenie: tort. Jak złe dzieciaki, które coś zbroiły i przed karą chcą jeszcze zażyć słodyczy - co może bardziej pasowałoby do bohaterów poprzedniej notki.

A skoro już przy tym jesteśmy, to również tym razem jeden z bohaterów ma swojego doppelgangera, choć, w przeciwieństwie do Alojzego Kaweckiego, którego nazwiskowy sobowtór jest przestępcą, Franciszek Retman był postacią nie tylko szlachetną, zawikłaną w bardzo subtelne dylematy etyczne, ale i fikcyjną. Tak się bowiem nazywał główny bohater jednego z najsłynniejszych filmów kina moralnego niepokoju - "Iluminacji" Krzysztofa Zanussiego z roku 1972. O ile jednak wiadomo, że Juliusz Machulski, pisząc scenariusz "Vabanque", wykorzystał prawdziwe nazwiska przestępców i policjantów (Kwinto, Duńczyk, Przygoda), o tyle tutaj zbieżność jest chyba przypadkowa...

Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933

piątek, 17 kwietnia 2015

Tacy mili chłopcy, czyli krótka notka o zabijaniu

Ludzie, jak wiadomo, potrafią zamordować za kilka złotych; osiemnastoletnim Alojzym Kaweckim i dziewiętnastoletnim Józefem Brudnym, młodymi robotnikami, powodowało jednak inne pożądanie: pożądanie samochodu, który w latach trzydziestych był dobrem nieporównywalnie rzadszym, niż dzisiaj.



Ile kosztował przed wojną samochód? Rozmaicie. Za auto dla mas, jak Ford Eifel, Ford 10 HP czy Fiat 508 - a takim zapewne pojazdem woził klientów kaliski taksówkarz Świątek - trzeba było zapłacić 5,5 - 6 tys, złotych, podczas gdy robotnik, jeśli w ogóle miał pracę, zarabiał miesięcznie około stówki. Młody czeladnik zapewne mniej - więc Brudny i Kawecki o kupnie samochodu mogli tylko pomarzyć. Postanowili jednak pójść na skróty.

Nie bardzo wiem, co planowali? Bo że plan istniał, to rzecz pewna - przygotowali się zbyt uważnie, by uznać to za improwizację. Zamierzali tylko się przejechać? Czy założyć własne taksówkarskie przedsiębiorstwo (nie bacząc, że policja z pewnością szukałaby samochodu zamordowanego szofera)? Tak czy owak, pięć lat więzienia z pewnością do planu nie należało.

Lata jednak minęły; Alojzy Kawecki żyje i siedzi w więzieniu, a przynajmniej żył i siedział jeszcze w roku 2010. Nie, nie ten z historii - zupełnie inny. Płocczanin, recydywista Alojzy Kawecki, odsiadujący w Strzelcach Opolskich wyrok za współuczestnictwo w morderstwie: pobicie do nieprzytomności i spalenie żywcem kompana od kieliszka. Za kratami odkrył w sobie talent literacki i pisuje rymowane bajki o tematyce religijnej. Dwie z nich nawet opublikował.


Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933

czwartek, 16 kwietnia 2015

Epileptyk z nożem, czyli Noc świętego Bartłomieja w Skolu

W szaleństwie, jak wiemy, może być metoda - ludzie obłąkani nierzadko planują swoje czyny, wymykające się zdrowemu rozsądkowi, z zadziwiającą precyzją i konsekwencją. Jednak młody urzędnik Karol Tyczyński wszystko poplątał.


Historia rodziny Franciszka Tyczyńskiego brzmi jak historia Hioba: pracuje jako listonosz w dobrej, dbającej o pracowników firmie, ma dużą i udaną rodzinę, po czym wszystko w życiu stopniowo mu się rozlatuje. Najpierw jeden syn umiera, a drugi popada w obłęd, którego, pomimo wydawania znacznych sum na lekarzy, nie daje się uleczyć; potem córka, przejęta losem brata, zapada na jakąś śmiertelną chorobę duszy, wreszcie Karol, którego obłęd postępuje, rzuca się na bliskich z nożem. Ale nawet i on ponosi klęskę: rodzice ostatecznie atak przeżywają, a planowana powtórka Nocy św. Bartłomieja wypada w październiku zamiast, jak być powinno, w sierpniu. Wszystko źle. 


Dwoje Tyczyńskich, którzy zabronili się wieźć do szpitala i "dochodzą do siebie w domu" wygląda, jakby leżeli w pościeli w jakimś przedśmiertnym stuporze. Ale może to tylko niema niezgoda na tak niesprawiedliwy los?

*

Warto może jeszcze wspomnieć o Skolu, miejscowości dziś niemal całkiem zapomnianej. Skole leży w Bieszczadach - dziś na Ukrainie, mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów od polskiej granicy. W międzywojniu słynęło jako majątek braci Groedel, właścicieli wielkich tartaków i rozległych dóbr, w których odbywały się ponoć najlepsze polowania w całej Polsce.

Hermann Groedel
Żona Hermanna, Melania z Weinerów
Trzej bracia Groedelowie, Hermann, Albert i Bernard, pochodzili z żydowskiej rodziny, mieszkającej w Hesji; wyemigrowali stamtąd do Transylwanii i założyli przedsiębiorstwo Transylvanian Forest Industry, szybko zarabiając ogromne pieniądze i dosługując się tytułu "królów węgierskiego drewna" (oraz austriackich baronów). Jeden z nich, Hermann, postanowił przenieść siedzibę firmy do Skola, gdzie kupił rozległe lasy (36 tys. hektarów); w niedalekiej Wetlinie miał jeszcze kolejne 5 tys., w Wełdzirzu był współwłaścicielem 33 tys. hektarów. Dalsze ziemie należące do firmy leżały w Czechosłowacji, Polsce. Rumunii i na Węgrzech. Groedelowie mieli też własne linie morskie z czterema parowcami, rozwożącymi drewno po całym świecie. I forsy jak lodu.


Zamek, leżący w ogromnych lasach, stał się mekką myśliwych nie tylko krajowych, ale i z całej Europy; polowało tu wielu przedstawicieli arystokratycznych rodów - słynna gościnność Groedla sprawiała widocznie, że nie strojono fumów i nie wypominano mu ani nuworyszostwa, ani żydowskiego pochodzenia. (więcej o polowaniach w Skolu TUTAJ). Sam gmach zachował się jakoś po dziś dzień, choć nieco podupadły i bez rozkradzionego i zniszczonego wyposażenia, zdażył bowiem służyć jako siedziba NKWD i gestapo oraz szkoła z internatem i sierociniec. Dwie boczne wieże zostały zniszczone prawdopodobnie w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy w tym rejonie toczyły się ostre walki; w międzywojniu ryzality pozostawiono tylko na parterze, zwieńczone na pierwszym piętrze tarasami, natomiast wysoki hełm umieszczono nad głównym wejściem. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933 i artykuł St. Niciei "Skole - mekka myśliwych"

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Tajemnica środka na nagniotki firmy "Unicum"

Przeznaczenie nie wybiera. Można żyć spokojnie i pracowicie, rozwijać przedsiębiorstwo, wytrwale doskonalić nowe formuły rewelacyjnego środka na nagniotki oraz płynu do zmniejszania pocenia stóp i pach - a tu, proszę, wkracza Nemezis i jedną eksplozją kotła zmiata z powierzchni ziemi zapobiegliwego wynalazcę Jurkiewicza! Ale to nie koniec tej historii, a dopiero początek.


Nie wiem, co stało się dalej z panią Hajncel-Jurkiewiczową i jej siostrą, nie dysponuję wypowiedziami z ewentualnego procesu, mogę zatem tylko gdybać o motywach i losach bohaterek tej historii. "Unicum" mogło być wcześniej firmą dobrze prosperującą dzięki produkcji "Pluskwiolu", środka na nagniotki (pod nazwą "Jurkanun", patent z roku 1909) i soli do nóg, ale Wielki Kryzys robił swoje - może dlatego wdowa Jurkiewiczowa postanowiła podreperować budżet firmy i domu kolportażem podrabianych monet, wchodząc w spółkę z fałszerzem?

Natomiast coś mnie kusi, żeby zupełnie inaczej ocenić czyn pasierbic, panien Jurkiewiczówien, które opublikowały w prasie wspomniane w tekście ogłoszenie. Ich macocha nie wygląda mi wcale na najsympatyczniejszą macochę świata; może więc pasierbice postanowiły ni mniej, ni więcej, tylko rozpropagować możliwie jak najszerzej kompromitujące ją oskarżenie? Z jednej strony zachowywały twarz, bo "broniły przybranej matki jak lwice", z drugiej - stawiały krok na drodze do przejęcia firmy zbudowanej przez ojca. Ale to, oczywiście, tylko gdybania.


Za: "Tajny Detektyw" nr 41, rok III, 8 X 1933