sobota, 28 marca 2015

Franz Rudis i przywłaszczenie transatlantyków

Człowiek, figurujący na jednym ze zdjęć w albumie policyjnym, podpisany jest na kliszy "Franz Rudis", ale występował też pod wieloma innymi aliasami; trudnił się tym i owym, ale największe pieniądze przyniosła mu zdecydowanie praca tragarza na statku Leviathan - choć pracowników fizycznych nie opłacano tam jakoś szczególnie szczodrze...


List gończy opublikowany w "Time Magazine" (26 VIII 1929) opisywał go w ten sposób:

Poszukiwany Walter Ringer  (alias Charley Ringer, Franz Rudis, Max Walter Ketter, Charles Long), lat 39, 168 cm wzrostu, budowy potężnej, ramion szerokich - za kradzież poczty państwowej, co miało miejsce na pełnym morzu, na pokładzie statku Leviathan. Poliglota, prowadzi sklepy z upominkami, kawiarnie, pracuje też jako marynarz lub cieśla. Nagroda: 2700 dolarów.

Notka pomija jedną jeszcze - znaną skądinąd - fałszywą tożsamość przestępcy (Charles Larson), ale podaje wysokość nagrody, która... no cóż, dziś może nie wydaje się szczególnie obiecująca, wówczas jednak była sumą znaczną. Tyle wynosiła mniej więcej dwuletnia średnia pensja: tygodniowe średnie zarobki w 1929, w zależności od branży, wahały się pomiędzy 25 a 30 dolarami, zatem było to sto tygodniówek; wypłaty zresztą miały zaraz dramatycznie spaść w wyniku Wielkiego Kryzysu, więc nagroda jeszcze zyskiwała na wartości. Ale też obywatel widoczny na zdjęciu dopuścił się nie lada wyczynu: zrabował pół miliona dolarów. Przeliczając to na dzisiejszą średnią płacę w USA - około dziesięciu milionów dolarów. Bez podatku. 

Kradzież popełniono w pierwszych dniach czerwca 1928 roku - zrazu sądzono, że w czasie załadunku poczty w Nowym Jorku (worki zaś zapieczętowano fałszywymi plombami), później - że w Southampton, ostatecznie okazało się, że na pełnym morzu. Kapitan Leviathana, komandor Harold A. Cunningham, bagatelizował sprawę, mówiąc, że chodzi zaledwie o "parę listów"; z czasem wyszło na jaw, że listy były bardzo cenne, zawierały bowiem świadectwa udziałowe rozmaitych przedsiębiorstw, w tym papiery opiewające na przynajmniej 60 tys. dolarów, wydane przez Tokio Electric Light Company - i to właśnie ta firma fundowała w większości nagrodę za pomoc w ujęciu Ringera/Rudisa, oferując 2500 dolarów; amerykańscy pocztowcy dorzucali marne dwie stówki. 

Międzynarodowe siły policyjne dotarły do papierów wartościowych dwiema drogami. Po pierwsze w Wiedniu, gdzie niejaki Friedrich (nie Franz, jak podaje "Berkeley Gazette") Rybar, kupiec, usiłował spieniężyć w banku świadectwa na sumę 40 tys. dolarów. Z początku twierdził, że uzyskał je jako zabezpieczenie pożyczki, udzielonej bliżej mu nieznanemu partnerowi karcianemu w Monte Carlo, jednak w końcu się ugiął - może dlatego, że próbowano z niego zrobić mózg całej operacji:


A po drugie w Antwerpii. Ringer/Rudis wpadł najklasyczniej, jak się da: za sprawą zdradzonej kobiety. Po trzech latach związku porzucił ją, a w dodatku postanowił zapewnić sobie dostatnią starość, kupując antwerpski dom publiczny dla marynarzy. Przebrała się miarka i porzucona narzeczona poleciała w te pędy na policję, o czym tak informował "Standard Union":

 

Stąd wiemy, że worki z cenną zawartością zrabowano na środku Atlantyku, a głównym przestępcą był Ringer/Rudis, który najął się do pracy na Leviathanie w charakterze tragarza. Niestety, zemsta porzuconej została nieco zaprzepaszczona przez antwerpską policję, która dała się wymknąć przestępcy - cóż, wciąż musiał mieć bardzo dużo pieniędzy... Tak czy owak, poszukiwano go na całym świecie - na Filipinach, o czym donosiła anglojęzyczna prasa singapurska w korespondencji z Manili...



...oraz w Berlinie, o czym informował nowojorski "The Brooklyn Daily Eagle":


...oraz, jak możemy wnioskować z wklejki w naszym policyjnym albumie, w Polsce. Czy udało się go ostatecznie ująć? Źródła milczą, pojawia się wiele informacji o jego poszukiwaniach, ale żadnej o aresztowaniu. Nie wiem też, czy zranionej narzeczonej wypłacono dwa tysiące siedemset dolarów, czy też wykręcono się sianem pod pozorem, że złodziej ostatecznie zbiegł... A przecież taka kwota podratowałaby każde złamane serce!


Warto może dodać, że w tle tej historii o przywłaszczeniu i zmianie nazwisk pojawia się druga, bardzo podobna, choć o niepomiernie większej skali. Leviathan tak naprawdę nazywał się Vaterland i został wybudowany w roku 1911 dla HAPAGu (Hamburg Amerikanische Paketfahrt Aktien Gesellschaft), Towarzystwa Akcyjnego Przewozów Hamburg-Ameryka, należącego do wielkiego niemieckiego armatora, Alberta Ballina. Firma została założona w roku 1847 i to jej statki przewiozły przez Atlantyk większość imigrantów, którzy stworzyli Stany Zjednoczone takimi, jakie je znamy. Obok Vaterlandu powstały również Imperator i Bismarck - były to wówczas trzy największe liniowce w historii (dłuższe od Titanica odpowiednio o 13, 7 i 15 m); palmę pierwszeństwa musiały oddać dopiero Normandii, wodowanej w 1935 roku. 

W momencie wybuchu I wojny światowej Vaterland został zatrzymany w porcie Hoboken przez władze amerykańskie i przekazany marynarce jako SS Leviathan (przewoził jankeskich żołnierzy do Europy, a po zakończeniu wojny sprowadzał z powrotem weteranów). Później, zajęty w ramach reparacji wojennych, stanowił dumę United States Line - niestety, obowiązywała na nim prohibicja, również poza wodami przybrzeżnymi, co odstraszało znaczną część pasażerów, którzy wybierali w związku z tym inne linie (na przykład brytyjskie). Wreszcie wydano pozwolenie na sprzedaż alkoholu na pokładzie ("w celach medycznych"), ale niewiele to pomogło; rejsy Leviathana przynosiły straty aż do roku 1937, kiedy poszedł na żyletki.

Z kolei siostrzany Imperator, który od 1914 roku stał bezczynnie w porcie hamburskim (wymagał przeróbek, bowiem kadłub okazał się źle wyważony), oraz Bismarck, który był nadal w budowie, na mocy traktatu wersalskiego trafiły do Wielkiej Brytanii w ramach reparacji wojennych (m.in. za zniszczenie Britannika). Zakupiły je wspólnie Cunard Line i White Star, dla których pływały jako Berengaria i Majestic. W latach trzydziestych były już nieco przestarzałe i, po różnych kolejach losu, zostały zezłomowane ostatecznie w 1943 i 1946 toku. Kiedy zmarł Franz Rudis - nie wiem.


Za: album policyjny,, "The Straits Times" 20 IV 1929, "Berkeley Gazette" 15 XII 1928, "The Brooklyn Daily Eagle" 21 XII 1928, "Standard Union"21 XII 1928, Wikipedia

sobota, 28 lutego 2015

Zagadka strzałów w Mysłowicach vol. III

W ostatnich dniach procesu Palki, oskarżonego o zabójstwo Pioskowika, nie tylko złożyli zeznania nieoczekiwani - i bardzo niechętni - świadkowie, ale i doszło do ekshumacji zwłok ofiary. Po czym wreszcie zapadł wyrok.


Jak wspominałem, dzielni sędziowie międzywojenni nie tylko wybierali się na wizję lokalną gdzieś het, pod składy kolejowe, ale również asystowali w ekshumacji zwłok przez grabarza Pypłaca, co wydaje mi się daleko większym poświęceniem (z ciekawości sprawdziłem w Mapie Nazwisk, czy oryginalne nazwisko Pypłac w Polsce jeszcze istnieje - i owszem, dwanaścioro jego nosicieli mieszka w Malborku!). Nie mówiąc już o tym, że rozprawa trwała przez jedenaście godzin! Gwoździem programu były jednak nie prześwietlenie i sekcja zwłok, ujawniające pewne szczegóły techniczne zbrodni, ale świadek sprowadzony do sądu niemalże na siłę: przestraszona czternastolatka Bromówna.



Ciekawe szczegóły z ostatniego dnia procesu podaje "Polonia", uzupełniając obficie to, co podali do druku redaktorzy "Tajnego Detektywa". Dowiadujemy się, że grabarz nazywał się raczej Pypłacz (analiza Mapy Nazwisk pokazuje dużą koncentrację tej formy nazwiska w rejonie; tam też głównie występują Bromowie i Grzembowie; natomiast oskarżony nazywał się - wnioskując z mapy - raczej jednak Palka niż Pałka) oraz jak ciężkie warunki musieli znosić sędziowie na cmentarzu, nie mówiąc już o precyzyjnej analizie medycznej. 


Zbrodnia i proces Palki są o tyle ciekawe, że pozwoliły przejść kolejne etapy ujawniania wiedzy. Najpierw doniesienie o dwóch niewinnych ofiarach (śmiertelnej i ciężko rannej) podłego kolejarza, który jednak miał alibi, potem hipoteza o zabójstwie, zakończonym próbą ucieczki i samobójstwa, oraz równoległe zeznania oskarżonego o tajemniczym nieznajomym agresorze, a wreszcie szczegółowe wyświetlenie nie tylko samego momentu zbrodni (podejrzanego przez przypadkowego świadka), ale i charakteru oskarżonego i całego splotu zdarzeń, które doprowadziły go do takiego końca: kradzieży na kolei, konfliktów ze współpracownikami, narastającego zagrożenia ujawnieniem przestępstw.

Sam Palka na zdjęciach wygląda żałośnie (przypominam, że miał raptem 30tkę!). Fizjonomiści niech gdybają, czy to szlak podłości tak go zabiedził, czy też zabiedzenie pchnęło go na szlak podłości.


Za: "Tajny Detektyw" nr 40, rok III, 30 IX 1933, "Polonia" 22 września 1934 nr 3573

niedziela, 22 lutego 2015

Zagadka strzałów w Mysłowicach vol. II

Proces Palki, oskarżonego o zabójstwo Pioskowika, rozpoczął się dopiero w czerwcu 1934 roku, po ponad roku od popełnienia zbrodni - być może oskarżony musiał dojść do siebie po bardzo przecież ciężkim postrzale, być może to prokuratura tak długo budowała akt oskarżenia. Proces - jak to procesy poszlakowe - był bardzo emocjonujący i "Tajny Detektyw" donosił o nim w kolejnych numerach.



Najpierw krótka notka, a potem całostronicowy reportaż z sali sądowej, z efektownym fotomontażem, gdzie Palka w tondzie spoczywa u stóp Temidy:


Pamiętamy, że ranny Palka w ostatnich słowach przed omdleniem wyszeptał komisarzowi Jonderko nazwisko podejrzanego: "Kudra". Miał bowiem z Kudrą na pieńku i postanowił, jak widać, upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - jednak ten podał nieobalalne alibi, więc trzeba było wymyśleć coś innego. Palka postawił na "tajemniczego nieznajomego": 





To, co wydaje mi się w tym procesie najciekawsze, to autentyczne zaangażowanie międzywojennych sędziów, którzy nie tylko siedzą na sali sądowej i wysłuchują świadków, ale są również obecni w terenie, wchodzą po drabinach na dachy, biorą udział - o czym w następnym, ostatnim odcinku - w ekshumacji zwłok, i tak dalej. Łańcuch i powaga łańcuchem i powagą, a dociekanie prawdy dociekaniem prawdy.

Tak czy owak, motywy Palki, magazynowego podwędzacza, stają się jakoś tam jasne. Choć trzeba było prawdziwej desperacji, żeby zabić kolegę ze strachu przed ujawnieniem błahej przecież kradzieży kilkunastu sztuk kożuchów - a tym bardziej, żeby potem się samemu strzelać, by ukryć swoją winę. Oto i porzekadło "od rzemyczka do koniczka, od koniczka do stryczka" w całej rozciągłości.


Za: "Tajny Detektyw" nr 38 i 39, rok III, 16 i 23 IX 1933

środa, 18 lutego 2015

Zagadka strzałów w Mysłowicach vol. I

W dobie powszechnego dostępu do broni palnej strzelaniny zdarzały się dość często; Polska pod tym względem bardziej wówczas przypominała Dziki Zachód - czy dzisiejsze USA - niż dzisiejszą naszą rzeczywistość. W Mysłowicach doszło do morderstwa, którego tajemnicę, jak się zdawało, prędko rozwikłano. Jednak rzeczywistość była bardziej skomplikowana.

25 marca łódzkie "Echo" donosiło o popełnionej poprzedniego dnia zbrodni. Biuro w magazynach kolejowych, dwaj młodzi, żonaci mężczyźni - jeden leży, zabity, w kałuży krwi, drugi ledwie dycha. Ale zanim straci przytomność, szepce jeszcze do ucha komisarza Jonderko (sic!) złowrogie nazwisko. Scena, zaiste, filmowa:


Jednak późniejszy o parę miesięcy, bo listopadowy tekst w "Tajnym Detektywie"  (będący zresztą amatorskim reportażem, nadesłanym na konkurs pisma) naświetla całą sprawę z zupełnie innej strony. Techniki detektywistyczne pozwoliły na zgoła inne odczytanie tej zbrodni:



Dziwny byłby to przebieg zbrodni - najpierw morderstwo, potem panika, próba samobójcza -  i, ostatnim tchem, oskarżenie znienawidzonych braci Kudrów. A potem, skoro się jednak przeżyło... to tak krawiec kraje, jak materii staje. Zrzucenie winy na Kudrów to jednak dopiero początek - Palka był pomysłowy, a proces zaiste wzbudził duże zainteresowanie. Trwał od czerwca do września 1934 roku, powołano wielu świadków, a do tego zarządzono ekshumację zwłok Pioskowika. O tym, jak przebiegał, opowiem w następnym odcinku. 

Tymczasem, na deser jeszcze mała smakowitość z tegoż samego numeru "Echa", z którego zaczerpnąłem pierwszą notkę:


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933, "Echo" 25 III 1933 nr 84

poniedziałek, 16 lutego 2015

Jak zaszczute zwierzęta, czyli mord na dr. Lachmundzie

Mam nadzieję, że w epoce mitologizowania międzywojennej Polski ktoś wreszcie napisze monumentalną powieść o ówczesnej beznadziei - o kraju, w którym, owszem, "Gdynia się rozbudowuje", ale panuje powszechna nędza i alkoholizm, straszliwa przestępczość i szalejące bezrobocie, które wespół doprowadzały do takich tragedii, jak zabójstwo lekarza w Stanisławowie.



Historia nie jest może sama w sobie szczególnie ciekawa, ale pokazuje stan społeczeństwa, gdzie panowała powszechna beznadzieja, ludzie, wysadzeni z siodła przez wielki kryzys, a często i przez paskudne stosunki społeczne, zachowywali się jak zaszczute zwierzęta, nie szanowali życia ani własnego, ani cudzego - co pod wieloma względami przypomina mi arcyciekawy tekst Mashy Gessen o śmiertelności wśród dzisiejszych Rosjan.

O tragedii w Stanisławowie donosił też "Express Ilustrowany" w notce osobliwie zestawionej z reklamami tortów i innych łakotek, o czym wspominam...


...bo przy okazji znalazłem w tej samej gazecie inny jeszcze drobiazg. Nigdy dość powtarzania, jak bezwzględna była prasa międzywojenna w ujawnianiu osobistych danych. Katarzyno Rizak, jeśli gdzieś się unosisz w formie ektoplazmowej, wiedz, że Ci bardzo współczuję nie tylko tej próby, ale i tej notki.


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933, Express Ilustrowany z 17 XI 1933, nr 319

niedziela, 15 lutego 2015

Aniela i diabeł, czyli kazirodztwo i morderstwo na Wileńszczyźnie

Przy okazji notki o Frymecie wspomniałem, że rzeczywistość domowego wychowania, sielskiego dzieciństwa i kochającej rodziny w przedwojennej Polsce wyglądała bardzo różnie. Na dowód wstrząsająca historia z tego samego numeru - wieloletnia gehenna Anieli Piotrowskiej z litewskich Rudziszek, której ojciec zgotował piekło na ziemi. 







Znów w jakiejś małej miejscowości wydarza się w międzywojniu dramat o rozmiarach tragedii antycznej albo szekspirowskiej: ojciec despota, który niszczy wszystkich i wszystko wokół, każdego - córkę, zięcia, syna - w inny sposób. Ścena, w której siedemnastoletni chłopak mdleje przy kopaniu i wpada do świeżego grobu dla ofiary mordu, a tatuś czeka, aż się ocknie i zapędza go z powrotem do roboty, sprawia, że ciarki chodzą po plecach. Również Wojciunowicz, poczciwy, dobry chłopak, w dodatku wędrowny krawiec wiejski, jest jak żywcem wzięty z teatru.

I rzeczywiście - jest i teatralna publiczność. Na salę sądową przychodzą te wszystkie eleganckie panie, miejskie damesy(ciekawe to, swoją drogą, że to głównie kobiety), i czekają na pikantne szczegóły z życia chłopów-analfabetów, reemigrantów z Pennsylwanii, po czym mają za złe sądowi, że popsuł im widowisko. I słuchowisko. A przecież jest to zbrodnia "jakiej nie notowały chyba kroniki kryminalne na całym terenie Rzeczypospolitej". Smakowity kąsek. Choć, dodam, o ile samo spiętrzenie podłości jest może wyjątkowe, o tyle moja intuicja mówi mi, że kazirodztwo było wówczas częstsze jeszcze niż dzisiaj, ale łatwiejsze do ukrycia sąsiedzką zmową milczenia.

Na koniec - zdjęcie. Nie, nie trup w dole, ale ostatnia, jak się można spodziewać, rodzinna fotografia Piotrowskich. Ojciec ze związanymi dłońmi, jak tresowany niedźwiedź na postronku; jego żona, syn, który dopiero co kopał grób dla szwagra. Grupka gapiów i sąsiadów. I dziewczynka, ubrana cała na biało.  


Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933

sobota, 14 lutego 2015

Frymeta, kaliska dzidzia-kieszonkowiec.

"Tajny Detektyw" pisał przeważnie o twardych zbójach, facetach o szorstkich twarzach i łapach jak bochny, którzy potrafili rozpłatać komuś głowę siekierą albo strzelić z parabellum bez zmrużenia oka. Rzadziej bohaterami tekstu były kobiety albo subtelni młodzieńcy, czy słabi starcy. Najrzadziej jednak - dzieci. Historia dwunastoletniej Frymety, małej recydywistki, należy do najosobliwszych.


Niesłychana była siła ówczesnego retuszu - na jednej stronie widzimy trzy różne fotografie Frymetki - i tylko jedna z nich, duża, w tondzie, jest czytelna; w pozostałych śmiały retuszer tak sobie pofolgował, że dziewczynka w żaden sposób nie jest podobna do samej siebie. Ale mniejsza o to.

Usiłuję sobie zebrać to, co wiemy o rezolutnej dwunastolatce. "Frymeta" jest imieniem znaczącym; pochodzi z jidysz, a co za tym idzie z niemieckiego od "fromm", czyli "pobożny". Biedni i poczciwi, ciężko zaharowani Hollünderowie nazwali swoją córeczkę "pobożną", ale z czasem przekonali się, że była to gruba pomyłka... Jednak co kierowało dziewczynką, czemu "zeszła na złą drogę"? 

Była niewątpliwie zręczna i inteligentna; być może przedwcześnie dojrzała. Jednak co sprawia, że dziecko w tym wieku - i wychowane w tamtej kulturze, dalece mniej zseksualizowanej niż nasza - wydaje pieniądze z przestępstw na jedwabną bieliznę i sztuczne perły? Fascynacja fotosami filmowymi w witrynach kinowych? Nie sądzę, kino wtedy pokazywało naprawdę niewiele, wzorce szły przecież z Hollywood, gdzie obowiązywał rygorystyczny kodeks Haysa. 21-letni Murawski, który zamordował swojego kochanka, Kuberta, wyciągał od rodziców pieniądze i trwonił je na wódkę i cukierki. Frymeta, młodsza od niego prawie o dekadę, kupowała sobie rzeczy "jak dla kokoty". Nie mogę przestać myśleć, że było tu coś na rzeczy. 

Dziś zająłby się nią psycholog dziecięcy i dokopałby się może do jakichś traum. Kto wie, czy rodzice byli aż tacy poczciwi? Czy nie przyplątał się jakiś podejrzany wujek, dziadek, kuzyn? Jakie tajemnice otaczały to dzieciństwo? Takich historii było wówczas sporo (więcej może niż dziś), ale wychodziły na jaw bardzo rzadko (choć i o nich pisał czasem "Tajny Detektyw", nawet w tym samym numerze). Nie chce mi się wierzyć, żeby to bystre dziecko o wielkich, smutnych oczach kradło ot tak, dla przyjemności, bez żadnej przyczyny, a nie po to, żeby zwrócić uwagę na głębszy problem. Ale cóż, osiemdziesiąt lat temu odpowiedź była prosta: już za rok ukończy lat trzynaście, trafi do poprawczaka i tam "zrobią z niej człowieka". Ech.



Za: "Tajny Detektyw" nr 47, rok III, 19 XI 1933




niedziela, 18 stycznia 2015

Zemsta, zemsta, zemsta na wroga!


W znanym i lubianym cyklu ciekawostek "Nieprawdopodobne a jednak prawdziwe!" Tajny Detektyw - poza drobiażdżkami o nietypowym użytkowaniu trumny i o przemycie ludzi drogą powietrzną (dziś zupełny banał), przytacza dwie zajmujące opowieści o zemście: jedną z Europy, drugą z holenderskich kolonii (dzisiejszej Indonezji).



Trudno mi sprawdzić, czy obie opowieści są prawdziwe - przypadku pani z Dijon nie udało mi się zgooglować, drugi jest tak ogólnikowy, że nawet nie ma o co się zaczepić. Zemsta złośliwej samobójczyni, przygotowana na zimno, przypomina nieco jedno ze śledztw Sherlocka Holmesa ("Zagadka mostu Thora"), gdzie niekochana żona, zdradzana przez męża z guwernantką, zaaranżowała swoją samobójczą śmierć tak, że rzuciła oskarżenie o morderstwo na niewiernego i jego kochankę. Historia z Jawy natomiast wygląda jak typowe egzemplum "z dalekich krain", gdzie moralność wygląda nieco inaczej, ale dla Europejczyka jest jednak na swój sposób zrozumiała. Takie pomysły nie są nowe - wszak już w "Listach perskich" Monteskiusza i "Podróżach Guliwera" Swifta mamy podobne zderzenia różnych systemów społecznych i etycznych. 

Tak czy owak sądzę, że redaktorom "Tajnego" zimna zemsta, z rozmysłem wykorzystująca śledztwo policyjne, bardziej się kojarzyła z etyką europejską; natomiast ta żarliwa, z uderzeniem nie w obiekt furii, ale w "to, co mu najdroższe", wydawała się mniej zrozumiała, "dzika" i odległa. Tymczasem Bronisław Malinowski opisywał tradycję samobójstwa, które było zarazem zemstą na współplemieńcu (jeśli był obecny przy tej śmierci, musiał sam popełnić samobójstwo lub zapłacić ogromną grzywnę), a w tym samym czasie w Warszawie słynne były kłótnie pomiędzy dorożkarzami, którzy zamiast siebie nawzajem, okładali batami pasażerów przeciwnika...

Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934)








piątek, 16 stycznia 2015

Kto obrabował Leppera?


Dzięki internetowej kwerendzie udało mi się natrafić na losy kolejnych przestępców, których zdjęcia wklejono do policyjnego albumu w roku 1935. Maksymilian Kurek i Marceli Muller byli pospolitymi rabusiami a ich historia nie jest specjalnie ciekawa, prócz tego, że... obrabowali rolnika o nazwisku Lepper. Zbieżność nazwisk przypadkowa? Chyba nie.




Maksymilian Kurek, robotnik z Solca Kujawskiego, pojawia się w doniesieniach prasowych już w roku 1934 - wtedy to w należącym do niego lokalu doszło do poważnej bójki, której jeden z uczestników o mało nie przypłacił życiem:


Na zdjęciu figuruje ze swoim towarzyszem, Marcelim Muellerem. Ci dwaj dziarscy mężczyźni  z grupą bliższych i dalszych współpracowników terroryzowali wsie w Wielkopolsce i na Pomorzu; schwytano ich i postawiono przed sądem w Bydgoszczy 16 X 1935 i stąd wiemy, jak długa lista oskarżeń na nich ciążyła:


Sądy były wtedy prędkie, wyrok zapadł już po trzech dniach. Kara dziś wydaje nam się bardzo surowa, ale wówczas za morderstwo rabunkowe można było trafić na szubienicę, nie wiem więc, która ze stron złożyła apelację - czy obrona, czy prokurator. Tak czy owak, sąd apelacyjny wyrok utrzymał.



I tyle tej było by tej historii... gdyby nie wspomniany pobieżnie rolnik Lepper z Czarnowa koło Chojnic. Bowiem, jak mówią mądre źródła, historia rodziny Andrzeja Leppera jest nie tylko związana z tymi właśnie okolicami (Pomorze Środkowe), ale i zaskakująco długa.

Nazwisko to, po raz pierwszy odnotowane w Brandenburgii w XIII wieku, pochodzi od łacińskiego określenia trądu. Lepperowie byli możnym patrycjuszowskim rodem z Poczdamu (herb: dziki człowiek z mieczem w polu złotym, po bokach dwa lwy złote w polach błękitnych, w klejnocie tenże sam dziki mąż) i przybyli do Słupska pod koniec XVII wieku. Zajmowali się handlem na wielką skalę - niestety, prapradziadek przyszłego polityka, Vincas Lepper, zbankrutował w roku 1801, kiedy flota wojenna zatopiła jego statki handlowe z wielkim ładunkiem herbaty, wiezionym z Indii. Jego syn, Józef, nie miał już żadnego majątku, a ojciec Andrzeja Leppera był skromnym brukarzem, który nie przyznawał  się do swojego szlacheckiego, patrycjuszowskiego pochodzenia. Stąd możemy też wnosić, że Marceli Mueller i Maksymilian Kurek, łupiąc jednego z Lepperów w roku 1935, zanadto się nie obłowili.


Za: album zdjęć, "Kurjer Bydgoski" 10 IV 1934 i 17 X 1935, "Słowo Pomorskie" 19 X 1935, "Gazeta Szamotulska" 13 II 1936; informacje genealogiczne, zgromadzone przez Polskie Towarzystwo Heraldyczne, opublikowane na blogu www.cyklista.wordpress.com

niedziela, 11 stycznia 2015

I jeszcze dwaj komuniści

Wspaniała Czytelniczka, Miss Grim, pozwoliła rozwikłać zagadkę drugiego zdjęcia z łódzkiego procesu. A ja przy okazji znalazłem w albumie trzeciego aresztowanego, więc mały dopisek.


Na zdjęciu widzimy 26-letniego Szmula Krengiela lub Kręgla - był sądzony wraz z 20-letnim Eleazarem Grünbergiem i obywatelem, którego nazwiska wcześniej nie mogłem odczytać - był to 24-letni Daniel Machel Warszawski:


Wszyscy oni byli sądzeni 24 IX 1929 roku za działalność komunistyczną z dwoma jeszcze kolegami: 24-letnim Izraelem Frydbergiem i 28-letnim Janem Gutnerem. Sprawa - z uwagi na to, że oskarżonym jest syn ważnego posła - robi się tak sławna, że odciąga publiczność nawet od procesu słynnej zbójeckiej bandy "Władców nocy":



Ostatecznie Frydberg dostał wyrok pięciu lat ciężkiego więzienia, Gutner - czterech, Warszawski i Kręgiel po dwa, a Grünbaum półtora (więzienia zwykłego), przy czym sąd przychylił się do wniosku obrony i ze względu na młody wiek oraz niekaralność środek zapobiegawczy (przez zgłoszeniem się do więzienia) zamieniono mu z aresztu na trzy tysiące złotych kaucji - sumę dużą, ale z pewnością nie zbyt dużą na możliwości Grünbauma seniora.

O ich dalszych losach nic nie wiem - nitka doprowadziła mnie tylko do Grünbauma.


Za: album, "Republika" nr 263, 25 IX 1929