wtorek, 27 listopada 2012

Zubożali rumuńscy bogacze i zdeprawowana czternastolatka

W dziale "Ostatnie wiadomości" jak zwykle ciekawostki i pikantne szczególiki z życia Europy - tym razem w tonacji minorowej. Milionerzy ubożeją, ślepnące dziewczę wyłudza operację, a uwiedziona czternastolatka okazuje się wytrawną rozpustnicą.







Historie o dwóch dziewczynach są w sumie dość banalne. Jedna jest przedstawiona jako niewinna i uciśniona, "budząca w każdym litość", druga - jako godna pogardy puszczalska, choć dziś 14-latka z burzliwą przeszłością budzi raczej litość, a jeśli szuka się winy, to nie w niej, a tych, co do takiego stanu rzeczy dopuścili.

Ciekawszy jest kawałek o Jacquesie Menachemie Eliasie (1844-1923), o którym można się całkiem sporo dowiedzieć z rumuńskiej Wikipedii. Był on zamożnym przemysłowcem (cukrownikiem) i filantropem; na jego majątek składały się cukrownie i inne fabryki, banki, tysiące akrów ziemi, rozliczne budynki w Wiedniu, Berlinie, Rzymie i Paryżu, dwa hotele w Bukareszcie (Continental i Patria), kopalnie rtęci w Dalmacji i miliony w akcjach zagranicznych przedsiębiorstw. Mimo to wiódł bardzo skromne życie. 



Wprawdzie pochodził z rodziny sefardyjskich Żydów, a Żydzi do I wojny światowej nie mogli być obywatelami Rumunii (!), to jednak, jako doradca króla Karola I, mógł się cieszyć monarszą protekcją i w roku 1880 uzyskał obywatelstwo za specjalną zgodą parlamentu. Otrzymał też mnóstwo państwowych odznaczeń. W testamencie zostawił pieniądze Akademii Rumuńskiej (w roku 1993 został pośmiertnie jej członkiem), która miała przeznaczać je na szereg rozmaitych celów: budowę i utrzymanie istniejącego do dziś szpitala, budowę i utrzymanie szkół i stołówek szkolnych, nagrody i stypendia dla ubogich dzieci, finansowanie wydziału medycyny na Uniwersytecie Bukaresztańskim, legaty dla synagog i szkół rytu sefardyjskiego w Wiedniu i Bukareszcie. Na jego pogrzebie był obecny cały rząd rumuński.

W "Tajnym Detektywie" czytamy, że miał licznych krewnych, co nie do końca jest prawdą; był bezdzietnym kawalerem i miał w Wiedniu dwóch braci (to syn jednego z nich figuruje zapewne w artykule jako "siostrzeniec"). Niedługo po śmierci Eliasa przyszedł Wielki Kryzys, który doprowadził Eliasów wiedeńskich do zubożenia, a jeszcze później - Anschluss Austrii oraz dyktatura Antonescu w Rumunii. W styczniu 1941 roku w pogromie bukaresztańskim (kiedy to z ręki Żelaznej Gwardii zginęło 130 Żydów, w tym wielu z nich zamęczonych na śmierć w ciągnących się przez parę dni sesjach tortur) spalono również Synagogę Sefardyjską, rozbudowaną dzięki legatowi Eliasa:




Synowie jednego z bratanków (który pracował jako bankier w Bukareszcie, zatem nie chodzi chyba o tego, który wytoczył sprawę) przeżyli pogrom, ukończyli studia medyczne i mieszkali po wojnie w komunistycznej Rumunii. Pierwszy, w 1950 roku, wyrwał się stamtąd Jonas, w roku 1963 drugi, Marius (Elias). Jonas zmienił nazwisko na Elian i ponoć w roku 1960 brał udział w słynnym porwaniu przez Mosad Adolfa Eichmanna.

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Nalewka truskawkowa i strzały w cukierni

Odkąd zabrałem się do robienia nalewek, rok upływa mi takimi kolejami: w maju sosnowe pędy, w czerwcu kwiaty bzu, w lipcu i sierpniu maliny i wiśnie, we wrześniu i październiku pigwa, w listopadzie i grudniu cytryny, pomarańcze i grejpfruty, w styczniu drugi rzut pigwówki (tym razem na przykład z suszonymi owocami albo cytrusami), i tak dalej. Truskawkówki nie robię - i może lepiej. Truskawkówka bowiem, jak się dowiaduję, może skłonić człowieka do czynów straszliwych.


Wiadomo: romans może zdarzyć się wszędzie. "W pewnym sklepie MHD jarzyny sprzedawały dwie młode dziewczyny..." śpiewała Kwiatkowska w Kabarecie Starszych Panów. A co dopiero romans w cukierni! Wokół sama słodycz: ptifury, marcepany, marmolady, cukry pudry. W tym wszystkim młody, przystojny Żerebecki i krzepka mężatka Zahajkiewiczowa. Trawestując Przyborę: "Tam szczęśliwa z nim była co noc i wypieków niszczyła z nim moc!". 


No właśnie, niszczyła, nie niszczyła? Czasy są przedwojenne i funkcjonuje wówczas byt znany dzisiejszym czytelnikom wyłącznie jako gad kopalny: tak zwana cześć niewieścia. Dlatego to Żerebecki, młodzian przystojny acz porywczy, prosi sędziego o zwolnienie z odpowiedzi na pytanie, czy z ofiarą łączyły go stosunki intymniejsze. Ale przecież w każdej cukierni jest spory personel, a personel cześć Zahajkiewiczowej może mieć gdzieś - zwłaszcza, jeśli nierzadko zastał jakiś wygnieciony worek z krupczatką, jakiś zmasakrowany tort czy blachę rozfasowanych beztrosko pączków. Personel zatem ochoczo donosi, że "dawała mu dowody".

Pozostaje jeszcze kwestia truskawkówki. Wprawdzie tej akurat nie produkuję, ale jako miłośnik nalewek muszę powiedzieć z całą stanowczością, że siność na twarzy i toczenie piany z ust musiało z całą pewnością pochodzić nie od truskawkówki, ale ze źródła innego. Choćby z uczucia, które - jak twierdzi personel - było zresztą całkowicie odwzajemnione.

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934  

wtorek, 20 listopada 2012

O zdemoralizowanej młodzieży ukraińskiej

Kiedy po 150 latach zaborów Polacy wreszcie wywalczyli sobie prawo do samostanowienia, obudzili się w granicach kraju, w którym żyło wiele narodów - i część z nich sama chciała realizacji tego samego prawa. Mniejszość ukraińska w Polsce miała swoje stronnictwa, polityków, ugrupowania. Sanacyjne władze zachowywały się wobec niej raz poprawnie, innym razem skandalicznie - i vice versa. Ukraińscy terroryści zabili w zamachach m.in. posła Hołówkę, wicepremiera Pierackiego, a polskie władze burzyły cerkwie. Ciekawe jednak, że front tych konfliktów przenosił się nawet na łamy "Tajnego Detektywa" i sprawy czyjegoś romansu.





Przemyśl, narodowa mieszanka; trzeba by filologa i genealoga, żeby powiedział, które nazwisko bardziej polskie, które ukraińskie (Hordyński, Gełeta, Kryżowska, Dusiek, Czornyk, Iwasz), ale przecież te podziały nie szły tak prosto; mieszanych małżeństw nie brakowało, nie brakowało też rodzin, w których jeden syn był patriotą polskim, a drugi ukraińskim, litewskim czy białoruskim. W artykule nie o to jednak chodzi. Chodzi o to, że młodzi Ukraińcy są zdemoralizowani, a widać to po dręczeniu kolegi. Emil tak dalece staje się ofiarą "złych Ukraińców", że, bez mała, wychodzi na nękanego Polaka, choć przecież nieprzypadkowo działał w nacjonalistycznej organizacji ukraińskiej. Zgodnie z zasadą "Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem", urzędnik Hordyński, który strzelał do narzeczonej (niechcący; "Chciał strzelić do pana Sawy, a strzelił do pana Sowy, ot taki raczej błahawy lapsusik językowy"*) i jej absztyfikanta, nagle staje się postacią tragiczną. Ktoś mu "wcisnął do ręki rewolwer", a Kryżowska, która otwartym tekstem powiedziała mu, że szuka zamożniejszego kandydata na męża, rwie się do żeniaczki. Dziwna sprawa, dziwne sprawy przedstawienie. 

Chyba, rzecz jasna, że spojrzymy na to z innej strony: sąd zawiesił wykonanie kary, a "Tajny Detektyw" (pismo policyjne!) opublikował panegiryk właśnie dlatego, że oskarżenia były jak najbardziej słuszne, a policja i wymiar sprawiedliwości kryły swojego konfidenta...? Cóż, tego, zapewne, nie dowiemy się nigdy.

*G. Green, tł. A. Marianowicz

Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 19 VIII 1934

niedziela, 18 listopada 2012

Wampir z Teheranu i kowal z Gretna Green

Dziś będzie trochę śmieszno, a trochę straszno (jak to w czterech stronach świata): o seryjnym mordercy, który bronił się apelując do obu części podzielonego perskiego społeczeństwa, oraz o szkockim kowalu, który udzielał ślubu waląc młotem w kowadło. 

Najpierw może błahostka:


Tak naprawdę nie było tu mowy o żadnych "rodowych przywilejach" - w Szkocji obowiązywało inne prawo niż w Anglii, więc młodzi zakochani, którzy chcieli się pobrać bez zgody rodziców, wsiadali w dyliżans i w pierwszej miejscowości po przekroczeniu granicy mogli wziąć legalnie ślub na całkiem innych warunkach. A że wystarczyło dwóch świadków spośród miejscowej ludności, to tak się utarło, że obowiązki udzielania ślubu objął miejscowy kowal (znany pewnie nieźle woźnicom dyliżansów, bo to zawody zaprzyjaźnione jak dziś taksówkarze i mechanicy samochodowi). W wyniku rozmaitych przetasowań prawnych Gretna Green to traciło, to odzyskiwało swoje przywileje, ale do dziś pozostaje jednym z najbardziej popularnych miejsc zawierania ślubu na całym świecie.

A teraz powieje grozą, acz z innej strony świata:



Ali Asghar Borudżerdi urodził się w roku 1893 w Borudżerd w zachodnim Iranie (wówczas Persji), a jako ośmiolatek trafił u boku matki do znanej skądinąd irackiej Karbali, stamtąd zaś, w 1907 roku, pojechał do Bagdadu. To tam zaczął molestować seksualnie, a z czasem i mordować nastoletnich chłopców (głównie włóczęgów i męskie prostytutki) - obrońcy dowodzili później, że powodem takiego zachowania było dorastanie w "moralnie wątpliwym miejscu", czyli prowadzonej przez jego braci kawiarni, oraz fakt, że rodzina zabroniła mu się żenić. Po jakimś czasie (acz niespecjalnie prędko, skoro miał na sumieniu już 25 istnień) pętla śledztwa zaczęła się wokół niego zacieśniać, w ostatnim więc momencie  zbiegł do Teheranu. Tam, prowadząc skromne życie (jako tragarz i sprzedawca warzyw) mordował dalej. W grudniu 1933 w Teheranie znaleziono pierwsze ciała zamordowanych przez niego chłopców (zmasakrowane, pozbawione głów); Asghar został aresztowany, zwolniony i ponownie aresztowany, po czym, po krótkim procesie, uznany winnym  i stracony na placu Sepah. W śledztwie przyznał się do zarzucanych mu czynów i szczegółowo opisał morderstwa.

Proces Asghara Borudżerdi, pierwszego perskiego seryjnego zabójcy, zrobił ogromne wrażenie na współczesnych, był szeroko omawiana w prasie i pracach naukowych. Ciekawe, jak ówczesny spór między tradycjonalistami a modernistami przeglądał się w tej sprawie: podnoszono teorie Lombroso, szermowano hasłami, to o "ciemnocie", to o "bezbożności". Sam Ali Asghar Borudżerdi natomiast bronił się, wychodząc zarazem z pozycji naukowych, proreformatorskich, jak i moralno-religijnych. Dowodził, że według przeprowadzonych przez niego obliczeń, każda męska prostytutka zaraża syfilisem do 300 mężczyzn, zatem podjął się misji oczyszczania miast z występku, nawet jeśli ceną za to miałaby być kara śmierci - w tej sytuacji zostanie męczennikiem narodowym, który złożył życie na ołtarzu czystości społeczeństwa. 

Sąd nie przyjął tych wyjaśnień (nam, którzy znamy sporo takich morderców, "wykorzeniających zło", też trudno je przyjąć), niewiele też dała apelacja. Widoczną na zdjęciu egzekucję przeprowadzono 26-go czerwca 1934 roku na placu Sepah. Trudno dojść do ładu z nazwami w Persji/Iranie, bo tam co rewolucja, to jakaś zmiana - Sepah oznacza bodajże armię i za szachów taką nazwę nosiło inne miejsce. Dzisiejszy plac Sepah leży gdzieś daleko i jest mało imponujący, a jego nazwa odnosi się chyba do innej armii (bo do Armii Rewolucji); nie znam perskiego, więc szukam po omacku, może ktoś mnie poprawi. Wygląda na to, że ówczesny plac Sepah nazywał się później Tupchane, a obecnie to "plac imama Chomejniego" i faktycznie leży w samym centrum miasta. Kolumnada widoczna za szubienicą należała, jak się zdaje, do budynku komendy głównej perskiej policji:



Trudno też powiedzieć, skąd korespondenci "Tajnego Detektywa" wzięli historię o wysysaniu krwi i niewidzialności, pewnikiem z "Baśni 1001 Nocy", przefiltrowanych przez Eugeniusza Sue i Brama Stokera. Asghar zabijał chłopców tuż po odbyciu z nimi stosunku: bił ich do nieprzytomności, a potem odrzynał głowę. W przynajmniej jednym wypadku ofiara ocknęła się w trakcie operacji i zaczęła - bezskutecznie, rzecz jasne - błagać o życie. O spijaniu krwi serca nic mi nie wiadomo. Historia zresztą kupy się nie trzyma: przestępca miałby wydzierać serca po to, żeby stać się niewidzialnym, i móc ponownie mordować, żeby wydzierać serca, żeby stać się niewidzialnym, żeby... zbrodnicze perpetuum mobile, bez sensu. Ale taka pewnie miała być Persja w oczach statystycznego czytelnika: daleka, mityczna, dzika, krwawa. To, że Asghar usprawiedliwiał się "dbaniem o czystość społeczeństwa" nie było dość atrakcyjne; w Europie tych, co planowali tak dbać o czystość społeczeństwa, było na pęczki. Tylko czekali na swoją kolej.

Za: "Tajny Detektyw" nr 33 i 34, rok 4, 12 i 17 VIII 1934

środa, 14 listopada 2012

Hrabia Badeni i asy dróg polskich

Mamy tu wszystko, co w dobrej opowieści o kradzieży: skarb, arystokratę, szajkę przestępców, misterny plan, zuchwały rabunek, pościg samochodowy. Ale jak poskrobać, to wszystko okazuje się nieco spsiałe, nieudolne, narysowane w pomniejszonej skali, groteskowe w swojej niedojdowatości.







Rodzina Badenich należała w XIX wieku do najbardziej wpływowych rodów arystokratycznych, ale mimo to nie jest jednym tchem wymieniana z Czartoryskimi, Sapiehami czy Radziwiłłami. Trafili między magnatów stosunkowo późno (każda epoka miała swoich arywistów - kiedyś Radziwiłłowie, potem Zamojscy i Potoccy - w XVIII wieku oburzano się ponoć, że Czetwertyński ze starożytnego rodu kniaziowskiego, jest marszałkiem dworu u nuworysza Potockiego)  - byli to mieszczanie lwowscy, którzy, nobilitowani w wieku XVIII, doszli później do znacznych urzędów. Najwięcej jednak osiągnęli już za czasów zaborczych, jako politycy galicyjscy. Władysław (1819-1888) był posłem na Sejm Krajowy i do Reichsratu, jego młodszy syn Stanisław (1850-1912) był również posłem na Sejm Krajowy, marszałkiem krajowym Galicji i członkiem Izby Panów, a syn starszy, Kazimierz (1846-1909) dosłużył się rangi namiestnika Galicji, a nawet premiera Austrii - w innych zaborach byłoby to, oczywiście, niemożliwe, ale Austria łaskawym okiem patrzyła na polityków polskich. Były to zatem same szczyty władzy - i, dodajmy, finansów. Badeni byli bowiem w międzywojniu rodziną bardzo zamożną, posiadającą cały szereg dóbr i pałaców (choć już nie ten warszawski, na pl. Krasińskich, skądinąd bardzo ładny, który mieścił wówczas Sąd Apelacyjny). Jak jednak widzimy z tekstu, Stanisław Badeni nie nadawał się na arystokratę z kryminału: nosa nie zadzierał, herb (Bończa) zdjął z frontonu pałacu i rzucił na strych, a w dodatku ze swoim chomiczkowatym pyszczkiem wyglądał jak sanacyjny drobny urzędnik. Był to, być może, wielkiej szlachetności człowiek, ale do kryminału się nie nadaje - to nie wyniosły francuski markiz czy angielski lord, który spogląda z wyżyn swojego rodowodu na cwaną pannę Marple.

Kamerdyner? Ofiarowujący synowski płaszcz pierwszemu lepszemu włóczędze? Och, nie jest to przenikliwy Jeeves!

Przestępcy? Knują, szyją jak mogą. Z pewnością ślicznie udaje im się samo opróżnienie pokoju kredensowego ze sreber, za to dostają medal z ziemniaka im. Kwinty, ale poza tym coś nie wypaliło. Jakie poszlaki sprawiły, że część z nich wyaresztowano we Lwowie? Cóż to za asy, co raz po raz grzęzną w błocie?

Policja? Ci są najzabawniejsi z tym niedziałającym telefonem, nieosiągalnym samochodem, siedzący w głębokim XIX wieku - a mimo to z jakim wysiłkiem próbują nadgonić epokę! Jak dzielnie opóźniają pościg, składając meldunki! I ten bohater Bukowski z bagnetem jak cynowy żołnierzyk!

No i, rzecz jasna, sama technologia. Te drogi, składające się chyba wyłącznie z błota i grzęzawisk, te samochody, które co rusz mają jakąś awarię, ten pościg, który właściwie nie pościgiem jest, ale jakimś stosunkiem przerywanym.

Rabunek sreber Badenich i pościg wyglądają jak specyficzna gra dla przerafinowanych czytelników kryminału: nieudolność gangu walczy o lepsze, czy raczej o gorsze, z nieudolnością ścigających posterunkowych. "Gang Olsena" i "Żandarm" w jednym. Plus, oczywiście, happy end.




PS: Portal Cracovia Leopolis publikuje nadzwyczaj ciekawy list Juliusza Rossa, syna wymienianego w tekście rządcy "dyr. Rossa", gdzie w 1941 roku relacjonuje losy pałacu po zajęciu terenów przez ZSRR: grabież, zniszczenia, niszczenie grobów. Z listu dowiedzieć się można również, że rządca Ross został zaaresztowany przez bolszewików i rozstrzelany. Po wojnie pałac został zburzony, dziś ostał się po nim jedynie park z oranżerią.

Za: "Tajny Detektyw" nr 34, rok 4, 17 VIII 1934


niedziela, 11 listopada 2012

Gmyzowi i Wróblewskiemu na pociechę

Polały się jak Polska długa i szeroka prawicowe łzy po "zamachu na wolność słowa", czyste, rzęsiste, padły wstrząsające zdania o "Rzezi w Rzepie", wywaleni z gazety redaktorzy-fantaści rozdarli szaty, rzucili się rejtanami i porzucali oskarżeniami, Rzeczpospolita zdementowała, później z dementi się nieco wycofała, potem stanęła okrakiem jak ta żaba, co to się nie rozerwie. Zapachniało jesienią, trotylem i melancholią. Na pociechę zwolnionym dziennikarzom postanowiłem przytoczyć wyimek z "Tajnego Detektywa" o prawdziwych rzeziach w prasie codziennej.





Zatem, Cezary Gmyzie, mogło być gorzej. Zatem, Tomaszu Wróblewski, przesuń dłonią po karku i ciesz się, że wbrew rozmaitym tezom o "drugiej Białorusi" o "totalitarnym kraju, w którym żyjemy", mieszkacie i publikujecie w Polsce, cywilizowanym państwie liberalnej demokracji, gdzie karą za plecenie szkodliwych bzdur na łamach dużego dziennika jest kpina i środowiskowa infamia, a nie kęsim-kęsim. Czy raczej kei-shim, kei-shim.

Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok IV, 12 VIII 1934

sobota, 10 listopada 2012

Skłamany Bat'ko

Rzadko chce mi się specjalnie kupić książkę, żeby należycie skomentować jakiś artykuł w "Tajnym Detektywie", tym razem jednak szarpnąłem się na arcyciekawe dzieło Stanisława Łubieńskiego: "Pirata stepowego",  traktującego o ukraińskim watażce z czasów rewolucji, Nestorze Machno, legendarnym bat'ce, przywódcy anarchistycznej Republiki Hulajpole.

Łubieński pisze ciekawie i smacznie - ale smacznie pisze też autor artykułu w "Tajnym". Tyle tylko, że mają nieco inny stosunek do źródeł. A źródła o atamanie Machno, jak o wszystkich bohaterach ówczesnej sceny wojenno-politycznej, są nierzadko sprzeczne i pisane przez najdziwniejsze indywidua, które przy okazji piekły własne pieczenie (lub pieczenie rozmaitych partii, partyjek i wywiadów). Warto zatem sprostować to i owo w tak fantastycznej relacji:





Zacznijmy od dzieciństwa. Przez całe lata pisano, że Machno urodził się w roku 1889, księgi parafialne jednak mówią, że przyszedł na świat 26 X (wg kalendarza gregoriańskiego) 1888 roku. Skąd taka zmiana? Prawdopodobnie to jego matka Jewdokija Matwijiwna zmieniła datę w metryce, by Nestor poszedł do wojska rok później. Była to wówczas częsta praktyka. Służba wojskowa trwała sześć lat, Imperium nieustannie prowadziło wojny. Ten ukryty przed państwem rok oznaczał, że w gospodarstwie dwanaście miesięcy dłużej pomagać będzie jeszcze jedna para męskich rąk. Niewykluczone jednak, że datę w metryce zmieniono dopiero w 1910 roku, kiedy Nestor miał zostać powieszony za działalność rewolucyjną. O rok młodszy pozostawał niepełnoletni i nie można go było skazać na śmierć. A i sama wspomniana działalność przydarzyła mu się nieco przypadkiem. W miejscowej fabryce Kruegera zorganizowane zostało kółko teatralne - do kółka przyłącza się też Nestor Machno, miłośnik teatru i aktor amator. Młody robotnik ma już za sobą debiut. W Koloseum wystąpił w małej, ale jakby proroczej roli "tego, który dba, by nie zgasło światło" we Wschodzie jutrzenki wolności hulajpolskiego pisarza Jelisieja Karpenki. Tyle, że kółko teatralne było tylko przykrywką dla spotkań anarchistycznej organizacji Związek Biednych Chłopów.

Jeśli chodzi o przebieg działań bojowych machnowców, to odsyłam już do "Pirata stepowego" - ciekawym jednak mi się wydaje cała opowieść o ekscesach samego atamana. I tak: jakkolwiek częste są opowieści o straszliwych antysemickich pogromach, organizowanych przez jego bandy, Łubieński dość przekonująco udowadnia, cytując liczne opracowania, że sądy takie pochodziły z drugiej ręki lub od wrogów politycznych atamana. Tymczasem w jego oddziałach Żydzi nie tylko zajmowali poczesne stanowiska, ale i nie byli w żaden sposób prześladowani. Machno wydawał specjalne "edykty tolerancyjne", zakazujące pogromów, a wielu świadków (w tym świadków pochodzenia żydowskiego) wspominało, że w straszliwym okresie rewolucyjnym to właśnie nie biali ani czerwoni, ale machnowcy najprzyzwoiciej zachowywali się wobec ludności cywilnej, w tym wobec mas żydowskich (co nie wyklucza, dodajmy, pojedynczych aktów przemocy).

Machno istotnie miał pierwszą żonę, którą pojął jednak nie przed popem, a przed hulajpolską Radą rewolucyjną. I była to nie żydowska branka, a ukraińska chłopka, niejaka Nastia Wasecka, która pisała do Nestora listy, kiedy siedział w więzieniu na Butyrkach. Małżeństwo nie było udane: Nastia, nieskomplikowana wiejska dziewczyna, nie ma zrozumienia dla ideałów, którymi żyje jej mąż. Nie chce mieszkać w komunie i rywalizować o jego względy z towarzyszami anarchistami. Jest w zaawansowanej ciąży, chce mieć dzieci, męża i święty spokój. Ale Nestor nie czeka, śpieszy się do stolicy [gdzie spotka się z Kropotkinem i Leninem]. I nie zobaczy Iwana Nestorowicza Machny. Przy porodzie coś idzie nie tak, dziecko umiera po kilku dniach. Nastia zmarła dopiero w 1981: związała się z innym mężczyzną, urodziła czwórkę dzieci i jako staruszka sprzedawała nasiona słonecznika podróżnym na stacji Hulajpole. 

Z mordów na Żydach znany był natomiast gorliwie antysemicki Hryhoriew (w "Tajnym" pisany z rosyjska: Grygoriew) i była to, jak się zdaje, jedna z przyczyn niechęci pomiędzy dwoma watażkami. Wbrew jednak temu, co pisze korespondent wileński, ostatecznie zawarli oni ze sobą pakt. A grający na dwa fronty (układający się z białym Denikinem) Hryhoriew zginął dopiero po dziesięciu dniach, i to w wyniku uważnie przeprowadzonej (choć może niespecjalnie wyszukanej) prowokacji, która znacznie bardziej pasowałaby do Borgii, niż zwykły strzał znienacka. Hryhoriewa położył trupem zresztą nie sam Machno, a jego adiutant, Czubenko: Ataman traci głowę. Próbuje wyszarpnąć z kabury pistolet, ale Czubenko z bliska wypala mu w twarz. Wszyscy na moment zastygają... lecz ataman nie pada. Stoi ogłuszony z osmaloną skronią i nie bardzo wierząc własnemu szczęściu, z okrzykiem "Oj, Bat'ko, Bat'ko!" rzuca się do ucieczki. Machnie puszczają nerwy. "Bij atamana!", wrzeszczy i sam rzuca się za Hryhoriewem. Żołnierze na podwórku słyszą serię stłumionych strzałów. To Czubenko posyła zdrajcy kilka kul w plecy. Tym razem celnych. Ale w tym samym czasie, korzystając z zamieszania, przyboczny Hryhoriewa wymierza w Bat'kę. Jeden z machnowców w ostatniej chwili blokuje palcem spust. Nestor pakuje w swojego niedoszłego zabójcę cały magazynek.

Zabicie i przejęcie armii Hryhoriewa nie na wiele jednak się zdało. Machno, który z książki Łubieńskiego wyłania się jako postać tragiczna, samouk-idealista ze smykałką do dowodzenia, nazywany bat'ką, czyli ojcem, choć miał posturę i wygląd brzydkiego dziecka, schorowany na gruźlicę, stopniowo dowiaduje się, że wszedł pomiędzy ostrza potężnych szermierzy i anarchistyczna republika nie przetrwa zbyt długo. Ucieka przez Rumunię do Polski, tam faktycznie ma proces (który, jeśli wierzyć "Piratowi stepowemu", od początku był kuriozalny i wyglądał raczej na grę wywiadów niż świadectwo jakiegoś spiskowania), potem przez Toruń dociera do Paryża. Żyje jak to eks-rewolucjoniści: w biedzie, spisując wspomnienia tak drobiazgowe, że nie zdoła ich doprowadzić do końca, bez końca walcząc o dobre imię z całym stadem byłych sojuszników i pomniejszych wrogów. Umiera na gruźlicę, a jego ostatnie słowa brzmią: "Przynieście poduszkę tlenową".

Nawet ostatni akapit tekstu w "Tajnym" zawiera błąd. Machno zostawił żonę i córkę, Olenę. Obie wróciły do Rosji, obie przeszły przez łagry, obie umarły w zapomnieniu.

[wszystkie kursywy za St. Łubieński, "Pirat stepowy", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2012]

Za: "Tajny Detektyw" nr 33, rok IV, 12 VIII 1934

środa, 10 października 2012

Prawo (i lewo) przed wiekami (feat. Fr. Kafka)

"Tajny detektyw" od czasu do czasu robił mniej więcej to, co ja: wyciągał jakąś pokrytą kurzem staroć i w dziale "Prawo przed wiekami" pokazywał czytelnikom, jak to drzewiej dziwnie bywało. Dziś proponuję smakowite drobiazgi o piętnowaniu żelazem, pojedynkach oraz wczesnych formach eutanazji (nie kijem, to pałką).




Z oczywistych względów zawodowych najbardziej zainteresowała mnie kwestia wypisywania wyroku rozpalonym żelazem. Dwanaście wersów w dwusylabowych jambach, nawet licząc krótki wers (trzystopowiec, powiedzmy) to całe mnóstwo tekstu. Pomijam już trudności związane z wykonaniem matrycy drukarskiej na potrzeby jednej kaźni (cesarz mógł sobie, oczywiście, pozwolić na taki wydatek) - ale czy na dworze był jakiś specjalny nadworny składacz rymowanych wyroków? 

Z miejsca przychodzi oczywiście na myśl "Kolonia karna" Franza Kafki, gdzie specjalna maszyna zabija skazańca, wypisując na jego plecach sentencję wyroku całym systemem mechanicznych rylców, wykonujących w żywym ciele zabójcze arcydzieło kaligrafii. Opowiadanie, najbardziej może makabryczne w całej twórczości pisarza, okazało się niezwykle zapładniające dla artystów. I należy się może cieszyć, że nie było znane w czasach cesarza Teofila (IX w.).

by Bud Perry

by Glassghost

by Martin Senn

Za: "Tajny Detektyw" nr 33 i 35 rok 4, 12 i 26 VIII 1934  

sobota, 6 października 2012

Książki oprawione w ludzką skórę, czyli coś dla miłośników makabry

Kiedy w 1934 roku "Tajny Detektyw" publikował tekścik o takich osobliwych egzemplarzach, młoda księgowa Ilse Koehler właśnie poznawała bankowca Karla Otto Kocha, rozwodnika. Po latach miała zasłynąć jako sadystyczna "Wiedźma z Buchenwaldu", która wybierała z transportów więźniów o ciekawych tatuażach, kazała ich zabijać, zdejmować z ciał skórę i, rzekomo, przerabiać ją na abażury.

Na razie jednak jest w miarę spokojnie. Kochowie pobiorą się dwa lata później, za rok on rozpocznie swoją karierę jako szef kolejnych obozów koncentracyjnych (Columbia Haus w Berlinie, Esterwegen, Sachsenhausen, Buchenwald i Majdanek), ona natomiast zostanie jego współpracownicą: najpierw sekretarką, później przełożoną strażniczek. Dodać należy, że w procesie nie udowodniono, że Ilse Koch faktycznie miała w domu abażury z ludzkiej skóry.  Pomimo dość szeroko zakrojonych badań nie znaleziono także potwierdzenia wiadomości, że posiadała oprawiony w skórę więźniów egzemplarz "Mein Kampf" czy albumy fotograficzne. Natomiast kilku naocznych świadków zeznało, że wybierała "ciekawe tatuaże" i  faktycznie, w Buchenwaldzie odkryto tylko kilka zakonserwowanych kawałków skóry z tatuażami (dziś są w archiwach w Waszyngtonie). Tak czy owak, wszystko to miało dopiero nadejść wraz z epoką krematoryjnych dymów, a tymczasem "Tajny" mógł pisać o książkach oprawnych w ludzką skórę w dziale CURIOSA KRYMINALNE  i to pod dość frywolnym tytułem: Do czego jest dobra skóra przestępców, jakby takie pomysły należały wyłącznie do zamierzchłej przeszłości.


Moda na wykorzystywanie ludzkiej skóry w celach bibliofilskich jest względnie nowa.  W XVIII wieku takie makabryczne oprawy miało w swoich zbiorach paru anatomów, którzy mieli względnie najłatwiejszy dostęp do "surowca" (zresztą jeszcze w 1861 roku filadelfijski anatom Joseph Leidy polecił oprawić własny egzemplarz swojej książki Elementary Treatise on Human Anatomy w skórę żołnierza, który zginął w trakcie wielkiej rebelii Południa). 

Prawdziwym przełomem była jednak pierwsza wielka rzeź czasów nowożytnych, czyli Rewolucja Francuska, gdy ciała "przestępców" były dostępne właściwie bez ograniczeń. Propaganda obozu królewskiego trąbiła na prawo i lewo, że wielka garbarnia skór w Meudon zaspokaja potrzeby republikańskiej armii korzystając właśnie ze skór ludzkich, co wydaje się jednak sporą przesadą. Ale krwiożercze czasy terroru, lubujące się w makabrze, zapisały się jednak w tej historii. W zbiorach paryskiego Musee Carnavalet przechowywany jest jeden z oprawnych w ludzką skórę egzemplarzy rewolucyjnej konstytucji (ten akurat ze skóry barwionej na odcień jasnej zieleni), podobnie upiększono również "Prawa człowieka" Thomasa Paine'a (gdzie tu dać dopisek nomen omen? Przy "prawach człowieka" czy przy wymownie brzmiącym nazwisku Paine?).

W wieku XIX francuski pomysł przeszedł na drugą stronę kanału La Manche, gdzie publiczna sekcja zwłok i  oskórowanie było, jak się zdaje, elementem symbolicznej kary. Wspomniana przez "Tajnego Detektywa" sprawa Williama Cordera była jedną z causes celebres początków XIX wieku i przypomina nieco fabułę Gnijącej panny młodej. W maju 1827 roku niejaka Maria Marten, dwudziestopięciolatka z hrabstwa Suffolk, rzekomo uciekła i pobrała się potajemnie ze swoim kochankiem, rzeczonym Williamem. W kwietniu następnego roku jej macocha, Ann Marten, po serii złowróżbnych snów, w których widziała ciało zamordowanej Marii w pobliskiej czerwonej stodole, zmusiła męża do przeszukania budynku - istotnie, znalazł tam ciało w stanie daleko posuniętego rozkładu, acz wciąż jeszcze nadające się do zidentyfikowania. Podejrzanego niebawem wyśledzono, złapano i zawiedziono do sądu. Po sensacyjnym procesie poszlakowym (do którego popularności przyczyniła się jeszcze warstwa metafizyczna, czyli powracający sen), Corder został skazany na powieszenie oraz - co ciekawe, podano to wyroku - oddanie jego ciała na badania anatomiczne. Po egzekucji, którą oglądało 7 do 20 tysięcy ludzi, zwłoki, wstępnie rozcięte dla ukazania mięśni tułowia, wyeksponowano w miejscowym sądzie - obejrzało je tam 5 tysięcy osób. Następnego dnia przeprowadzono pełną sekcję dla studentów anatomii uniwersytetu w Cambridge. Z twarzy zdjęto kilka masek pośmiertnych, przeprowadzono parabadania frenologiczne, sam szkielet zaś oczyszczono i przechowywano jako pomoc naukową do roku 2004, kiedy to po niemalże dwóch wiekach kości Cordera zostały skremowane. Faktycznie, w część zdjętej w trakcie sekcji skóry oprawiono opis procesu mordercy - egzemplarz ten do dziś przechowywany jest w Bury St. Edmunds w Suffolk:


Jest pewną prawidłowością, że takie oprawy nosiły akta procesowe lub inne teksty dotyczące przestępcy. Pierwszym chyba znanym tego rodzaju przypadkiem są akta jezuity Henry'ego Garneta, jednego z członków Spisku Prochowego (1605), oprawne ponoć w skórę zdjętą z jego twarzy lub z twarzą w skórze odciśniętą (jakim sposobem?) - choć, jak się zdaje, może być to późniejsze fałszerstwo:


Większość znanych przypadków pochodzi jednak z początków wieku XIX. Tak było w przypadku Johna Horwooda, osiemnastolatka powieszonego w Bristolu w 1821 roku za morderstwo ukochanej. Chirurg Richard Smith, który przeprowadzał publiczną sekcję, przesłał introligatorowi skórę i polecił oprawić w nią rozmaite dokumenty i druki ulotne dotyczące Horwooda. Ciemnobrązowa oprawa (wewnątrz, dodam, zachował się jeszcze rachunek od introligatora, opiewający na 1 funt i 10 szylingów) w każdym rogu przedstawia czaszkę ze skrzyżowanymi piszczelami, a w polu środkowym - szubienicę i napis Cutis Vera Johannis Horwood (Prawdziwa skóra Jana Horwooda):
W 1829 roku w Edynburgu powieszono niejakiego Williama Burke'a, który ze swoim pomocnikiem (uwolnionym za złożenie zeznań obciążających Burke'a) przez niecały rok zabił 17 osób po to tylko, by sprzedać ich ciała doktorowi Robertowi Knoxowi, przeprowadzającemu sekcje anatomiczne na edynburskim uniwersytecie. Ponieważ tym razem zależność między sekcją a morderstwami była bardzo bliska, ciało Burke'a poddano rozlicznym zabiegom: dokonujący sekcji lekarz napisał krwią zmarłego słowa: To napisano krwią W-ma Burke powieszonego w Edyburgu. Krew pochodzi z głowy. Szkielet i maskę pośmiertną wystawia do dziś uniwersytet, a ze skóry wykonano oprawę do notesu czy wizytownika (na ulicach sprzedawano również wykonane z niej portfele, ale były to chyba falsyfikaty): 



Szczególnym przypadkiem jest rozbójnik ze stanu Massachusetts, niejaki John Allen, mulat z Jamaiki, który grasował na drogach w okolicach Bostonu. Siedząc w więzieniu, spisał w 1837 roku Opowieść o życiu Johna Allena, znanego także jako George Walton, John Pierce, James H. York i Burley Grove, rozbójnika, będąca jego spowiedzią na łożu śmierci złożoną strażnikowi więzienia w Massachusetss. Dwa egzemplarze dzieła polecił oprawić w skórę ze swoich pleców (tak wyprawioną, że przypomina szarawą skórę jelenia) i jeden z nich ofiarować wykonującemu sekcję lekarzowi a drugi - Johnowi Fenno, który, ciężko ranny, bohatersko stawił mu czoła w potyczce i ostatecznie doprowadził do skazania napastnika. Tom, opatrzony napisem HIC LIBER WALTONIS CUTE COMPATUS EST ('ksiażka ta oprawna jest w skórę Waltona') przechowywany był przez wiele lat w rodzinie Fenno (używano go ponoć do bicia niegrzecznych dzieci), aż trafił do biblioteki Boston Athenaeum:


Znany jest też inny przypadek ofiarowania własnej skóry na oprawę księgi. Młody niemiecki student prawa, Ernst Kaufmann, pragnął zdobyć sławę jako pisarz - jednak, zawiedziony porażkami, wykonał w 1813 roku dwieście drzeworytów pod wspólnym tytułem Dwieście portretów sławnych mężów i po swojej śmierci polecił to właśnie dzieło wyposażyć w okładki z własnego grzbietu. Musiał być zresztą mężczyzną postawnym, bowiem w kolekcji dr. Wooda z Filadelfii znajdowało się kilka jeszcze tomów ze skóry Kaufmanna: Przypadki Idziego Blasa Lesage'a, dwa tomy Książki o doktorach i aż trzy tomy Episodes de la vie des insectes. 

Na Harvardzie oglądać można XVII-wieczny traktat o prawie hiszpańskim, opatrzony wyblakłym dopiskiem: Oprawa tey xięgi to wszystko co pozostało z drogiego przyjaciela mego, Jonasa Wrighta, który został żywcem oskórowany przez plemię Wavuma Czwartego Dnia Sierpnia roku 1632. Król Btesa dał mi tę xięgę, będącą w posiadaniu biednego Jonasa, wraz z pasem jego skóry do oprawienia teyże. Requiescat in pace.

W tej galerii osobliwych przykładów nie może także zabraknąć historii słynnego popularyzatora astronomii, Camille'a Flammariona. Otrzymał on list od admiratorki swoich dzieł, w którym przedłożyła mu swoją prośbę. Owa - jak chce opowieść - umierająca na gruźlicę młoda hrabianka zapragnęła, by Flammarion oprawił w skórę zdjętą z jej pleców egzemplarz swojej kolejnej książki. Uzyskała jego zgodę i faktycznie, niedługo potem Flammarion otrzymał płat skóry, wykorzystany później do oprawy Les Terres du Ciel. Okładkę ozdabia złoty napis: Nabożne wypełnienie anonimowej prośby / Oprawa z ludzkiej skóry (kobiecej), 1882. 

Wróćmy jednak do notki w "Tajnym Detektywie". Wspomniany tam Henri Pranzini trudnił się głównie oszukiwaniem zakochanych w nim kobiet. Jedna z nich, paryska kurtyzana i jedna z królowych półświatka, Marie Regnault, znana także jako pani do Montille, na swoje nieszczęście zgromadziła tak znaczny majątek, że Pranzini postanowił ją zabić. A że mieszkała z pokojówką i jej dwunastoletnią córką, zabił wszystkie trzy kobiety, podrzynając im gardła, po czym wyjął z sejfu gotówkę i biżuterię wartości 40 tys. franków i zbiegł do Nicei. Tam, dzięki sprawności śledczych, został wkrótce ujęty w operze podczas przedstawienia "Cyrulika Sewilskiego" (który to cyrulik, jak wiemy, żył nie tylko ze sprytu, ale i ze stosowania brzytwy). 

Z uwagi na misterny plan morderstwa, którego nie będę tu streszczał, oraz samą brutalność wykonania, proces stał się sławny. Van Gogh był pewien, że Pranzini rzecz zaplanował w kawiarence, w której malarz często bywał, a nawet zorganizował wystawę obrazów - w Cafe du Tambourin, zwanej tak, bo wszystkie stoliki miały blaty z tamburynów. Czternastoletnia Tereska z Lisieux, dowiedziawszy się, że Pranzini nie zamierza się ukorzyć przed Bogiem, gorąco modliła się o jego nawrócenie. Wkrótce (mimo ojcowskiego zakazu czytania gazet) przeczytała w La Croix, że morderca wprawdzie odmówił spowiedzi, ale leżąc już na szafocie z głową w wycięciu gilotyny odwrócił się i trzykrotnie ucałował rany na krucyfiksie. Tereska, z właściwym sobie świętoszkowatym zadufaniem, stwierdziła, że to znak dany jej osobiście od Boga. Ja skłaniałbym się raczej do teorii, że człowiek na którego szyję za kilka sekund spadnie ostrze, zrobi wszystko, żeby ten moment odwlec.

A jak to było z pantoflami? Nijak chyba. W 1920 roku, czyli 33 lata po egzekucji Pranziniego, do redakcji Mercure de France przyszedł anonimowy list, w którym ktoś donosił, że w prosektorium z ciała przestępcy zdjęto nie tylko pośmiertną maskę, ale i skórę, bo jakiś policyjny urzędnik zamierzał w nią oprawić wizytownik. Kiedy jednak o sprawie dowiedział się prefekt policji, z miejsca kazał pochować "surowiec" razem z ciałem zgilotynowanego Pranziniego. Maska natomiast, a właściwie wykonany z wosku cały model głowy, łącznie ze zmierzwionymi włosami, istnieje do dziś i jest przechowywana w muzeum paryskiej prefektury policji:


Campi, kolejny słynny przestępca tej doby, jest bohaterem nader interesującej sprawy. Otóż w 1883 roku zatłukł on młotkiem przy Rue du Regard niejakiego pana Ducros de Sixt (zranił również jego siostrę, której udało się zbiec). Ducros był starszym gentlemanem, żyjącym ze zgromadzonych kapitałów, obficie przekazywanych na cele dobroczynne. Campi natomiast był bezdomnym włóczęgą bez zajęcia, który uparcie odmawiał wyjawienia prawdziwego nazwiska i imienia. Podał tylko, że nazywa się Michael Campi i urodził się w roku 1850 w Marsylii, ale w tamtejszych spisach taki obywatel nie figurował. Odmawiał też, z równą konsekwencją, wyjawienia przyczyny, dla której zamordował Ducrosa - z początku zakładano, że powodowała nim głęboka niechęć do społecznego establishmentu i dlatego uderzył w starszego pana, dobrodzieja ubogich. Przesłuchujący jednak nabrali z czasem przekonania, że była to planowana latami zemsta - za co jednak? Cóż, Campi do końca odmawiał wyjaśnień i zabrał tę tajemnicę do grobu.

Z rozmaitych źródeł można się dowiedzieć, że po śmierci jego ciało zabrano do prosektorium, gdzie dr Jean-Baptiste Labord próbował reanimować ściętą głowę dopływem świeżej krwi ze zdekapitowanego psa. Bezskutecznie zresztą - sztuczka ta udała mu się dopiero w roku 1887 z głową niejakiego Gagny'ego (głowa poruszyła powieką i szczęką, ale zmarły nie odzyskał przytomności). Skórę faktycznie zdjęto z ciała i oprawiono w nią - w zależności od relacji - albo akta procesowe, albo egzemplarze opisu sekcji zwłok. Przy okazji z małego kawałeczka skóry Campiego, z fragmentu powrozu wisielca i z przebitej monety wartości jednego sou wykonano policyjny amulecik, który trafił później do kolekcji antropologa Adriena de Mortilleta, a wraz z nią został sprzedany do londyńskiego Wellcome Museum, po czym przeniesiony do Pitt Rivers Museum w Oxfordzie, gdzie znajduje się do dziś:



Jeśli zaś chodzi o dzieła inne niż akta procesów... Cóż, bracia Goncourtowie wspominali, że stażyści szpitalni pozyskiwali skórę z kobiecych piersi, by oprawiać obsceniczne dziełka dla zamożnej arystokratycznej klienteli z Faubourg Saint-Germain. Pojawiają się również wzmianki o ozdobionym w ten sposób tomie, mieszczącym wczesne wydania Justyny i Julietty de Sade'a, z - co się zdarzało - sutkiem użytym jako rodzaj ornamentu. Pewien introligator wspominał, że dla niejakiego doktora V. wykonał kilka opraw z ludzkiej skóry, w tym  L'eloge de seins Merciera de Compiegne z podobnym użyciem damskiego sutka, a także Trzech muszkieterów Dumasa ze skóry ozdobionej tatuażem, przedstawiającym trzech walczących żołnierzy z czasów Ludwika XIII. W skórę szczurołapa i żonobójcy George'a Cudmore oprawiono fragmenty "Raju utraconego" Miltona (i to w wiele lat po egzekucji w 1830 - użyto bowiem wydania z 1852 roku, więc surowiec długo leżał u introligatora), co miało może znaczenie symboliczne, podobnie jak użycie skóry powieszonego w 1818 roku Jamesa Johnsona do oprawienia słownika języka angielskiego pióra Samuela Johnsona (posępna zbieżność nazwisk - przypadkowa): zepsuty element społeczeństwa zostaje wykorzystany do ozdobienia szczytowych zdobyczy tegoż samego społeczeństwa. 

A żeby nie mieli Państwo wrażenia - jak 80 lat temu czytelnicy "Tajnego Detektywa" - że takie pomysły należą do przeszłości, dodaję jeszcze w miarę współczesny dopisek. W Bailey Library w Slippery Rock University w stanie Pennsylvania przechowywany jest tomik hiszpańskich erotyków niejakiego Tere Medina, El Largo Viaje, spisany w roku 1972 i opatrzony następującym napisem: Plemię Aguadila z płaskowyżu Mayaguez zachowuje skórę zdjętą z tułowia zmarłych członków plemienia. Wprawdzie większość skóry pożytkowana jest przez Aguadilów, część jednak trafia na wolny rynek, którym zdradza niewielkie, acz stałe zapotrzebowanie na taki towar. Ta okładka jest świadectwem tego zapotrzebowania. 



Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934  

środa, 3 października 2012

Jak nie spluwą, to spluwaczką

Za czasów "Tajnego Detektywa" mordowano czym popadło. Siekierą, nożem, sztyletem, rewolwerem, obrzynem, trucizną taką czy inną, sznurem (...usypianie ekstraproszkiem, uduszanie przez pończoszkę...), i tak dalej, i tak dalej. Gdyby jednak niejaka Rancewówna faktycznie zabiła swojego ojca fajansową spluwaczką, byłoby to chyba najosobliwsze narzędzie zbrodni w całej międzywojennej kryminalistyce polskiej.

Można tu przypomnieć postać mało pamiętanego dziś Konstansa II, skądinąd dość niesympatycznej postaci: bizantyjskiego cesarza-bratobójcy, który, pilnując państwowych interesów, przeniósł się z dworem na Sycylię. Kiedy w 663 roku, jako pierwszy od dwóch stuleci władca Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego, odwiedził Rzym (przy okazji obdarł z antycznych brązów Panteon i inne wspaniałe budowle), poniektórzy dworzanie zaczęli się obawiać, że cała stolica zostanie przeniesiona z Konstantynopola gdzieś na zachód, prawdopodobnie do Syrakuz. Byłby to ruch rozsądny z punktu widzenia strategii, ale nie z punktu widzenia glamour - łatwo sobie wyobrazić humory urzędniczej warszawki, zmuszonej do przeprowadzki do Łomży. Zawiązano spisek. 15 września 668 roku pokojowiec zamordował cesarza w łaźni. Narzędziem zbrodni była marmurowa mydelniczka.

Można oczywiście dywagować, czy poręczniejszą i groźniejszą bronią jest marmurowa mydelniczka, czy spluwaczka fajansowa, tak czy owak - narzędziem tego typu zapewne można człowieka uśmiercić. O ile wiemy, jakie były przyczyny zabicia Konstansa, o tyle sprawa Snaścina jest nieco mniej oczywista. Cóż, nie był on cesarzem, a jedynie dozorcą wileńskiego mostu.







Jak widać, dochodzenie policyjne odebrało sprawie cały smaczek. Rancewówna zabiła nie kojarzącą się gombrowiczowską spluwaczką, ale zwykłą siekierą. Cóż, gdybyśmy mieli pozostać przy skojarzeniach literackich, przesuwa to ją z pozycji Raskolnikowa na pozycję Smierdiakowa.

Zastanawiający jest aspekt seksualny całej sprawy: romans starszej z młodszym (nader kryminogenny wedle "Tajnego", jak pamiętamy z innych spraw) i rzekoma próba gwałtu pijanego ojca na córce. Wyjaśnienie biegłych, że Snaścin z pewnością nie usiłował zgwałcić córki, bo "mało interesował się kobietami" dziś wydaje się groteskowe. Mnóstwo ojców wykorzystujących seksualnie dzieci nie interesuje się ich matkami ani innymi dorosłymi kobietami. Ponadto: o ile dziś, w czasach obsesji na tle pedofilii, wydaje się wielce prawdopodobnym, że młoda morderczyni będzie się broniła, oskarżając ojca o próbę gwałtu, o tyle nie wiem, czy 80 lat temu była to aż tak oczywista ścieżka? Trudno mi wyrokować. Być może Rancewówna nie była wcale taką zakłamaną bestią, jaką przedstawił w swoim tekście "Tajny Detektyw"?

Za: "Tajny Detektyw" nr 35 rok 4, 26 VIII 1934