niedziela, 18 stycznia 2015

Zemsta, zemsta, zemsta na wroga!


W znanym i lubianym cyklu ciekawostek "Nieprawdopodobne a jednak prawdziwe!" Tajny Detektyw - poza drobiażdżkami o nietypowym użytkowaniu trumny i o przemycie ludzi drogą powietrzną (dziś zupełny banał), przytacza dwie zajmujące opowieści o zemście: jedną z Europy, drugą z holenderskich kolonii (dzisiejszej Indonezji).



Trudno mi sprawdzić, czy obie opowieści są prawdziwe - przypadku pani z Dijon nie udało mi się zgooglować, drugi jest tak ogólnikowy, że nawet nie ma o co się zaczepić. Zemsta złośliwej samobójczyni, przygotowana na zimno, przypomina nieco jedno ze śledztw Sherlocka Holmesa ("Zagadka mostu Thora"), gdzie niekochana żona, zdradzana przez męża z guwernantką, zaaranżowała swoją samobójczą śmierć tak, że rzuciła oskarżenie o morderstwo na niewiernego i jego kochankę. Historia z Jawy natomiast wygląda jak typowe egzemplum "z dalekich krain", gdzie moralność wygląda nieco inaczej, ale dla Europejczyka jest jednak na swój sposób zrozumiała. Takie pomysły nie są nowe - wszak już w "Listach perskich" Monteskiusza i "Podróżach Guliwera" Swifta mamy podobne zderzenia różnych systemów społecznych i etycznych. 

Tak czy owak sądzę, że redaktorom "Tajnego" zimna zemsta, z rozmysłem wykorzystująca śledztwo policyjne, bardziej się kojarzyła z etyką europejską; natomiast ta żarliwa, z uderzeniem nie w obiekt furii, ale w "to, co mu najdroższe", wydawała się mniej zrozumiała, "dzika" i odległa. Tymczasem Bronisław Malinowski opisywał tradycję samobójstwa, które było zarazem zemstą na współplemieńcu (jeśli był obecny przy tej śmierci, musiał sam popełnić samobójstwo lub zapłacić ogromną grzywnę), a w tym samym czasie w Warszawie słynne były kłótnie pomiędzy dorożkarzami, którzy zamiast siebie nawzajem, okładali batami pasażerów przeciwnika...

Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934)








piątek, 16 stycznia 2015

Kto obrabował Leppera?


Dzięki internetowej kwerendzie udało mi się natrafić na losy kolejnych przestępców, których zdjęcia wklejono do policyjnego albumu w roku 1935. Maksymilian Kurek i Marceli Muller byli pospolitymi rabusiami a ich historia nie jest specjalnie ciekawa, prócz tego, że... obrabowali rolnika o nazwisku Lepper. Zbieżność nazwisk przypadkowa? Chyba nie.




Maksymilian Kurek, robotnik z Solca Kujawskiego, pojawia się w doniesieniach prasowych już w roku 1934 - wtedy to w należącym do niego lokalu doszło do poważnej bójki, której jeden z uczestników o mało nie przypłacił życiem:


Na zdjęciu figuruje ze swoim towarzyszem, Marcelim Muellerem. Ci dwaj dziarscy mężczyźni  z grupą bliższych i dalszych współpracowników terroryzowali wsie w Wielkopolsce i na Pomorzu; schwytano ich i postawiono przed sądem w Bydgoszczy 16 X 1935 i stąd wiemy, jak długa lista oskarżeń na nich ciążyła:


Sądy były wtedy prędkie, wyrok zapadł już po trzech dniach. Kara dziś wydaje nam się bardzo surowa, ale wówczas za morderstwo rabunkowe można było trafić na szubienicę, nie wiem więc, która ze stron złożyła apelację - czy obrona, czy prokurator. Tak czy owak, sąd apelacyjny wyrok utrzymał.



I tyle tej było by tej historii... gdyby nie wspomniany pobieżnie rolnik Lepper z Czarnowa koło Chojnic. Bowiem, jak mówią mądre źródła, historia rodziny Andrzeja Leppera jest nie tylko związana z tymi właśnie okolicami (Pomorze Środkowe), ale i zaskakująco długa.

Nazwisko to, po raz pierwszy odnotowane w Brandenburgii w XIII wieku, pochodzi od łacińskiego określenia trądu. Lepperowie byli możnym patrycjuszowskim rodem z Poczdamu (herb: dziki człowiek z mieczem w polu złotym, po bokach dwa lwy złote w polach błękitnych, w klejnocie tenże sam dziki mąż) i przybyli do Słupska pod koniec XVII wieku. Zajmowali się handlem na wielką skalę - niestety, prapradziadek przyszłego polityka, Vincas Lepper, zbankrutował w roku 1801, kiedy flota wojenna zatopiła jego statki handlowe z wielkim ładunkiem herbaty, wiezionym z Indii. Jego syn, Józef, nie miał już żadnego majątku, a ojciec Andrzeja Leppera był skromnym brukarzem, który nie przyznawał  się do swojego szlacheckiego, patrycjuszowskiego pochodzenia. Stąd możemy też wnosić, że Marceli Mueller i Maksymilian Kurek, łupiąc jednego z Lepperów w roku 1935, zanadto się nie obłowili.


Za: album zdjęć, "Kurjer Bydgoski" 10 IV 1934 i 17 X 1935, "Słowo Pomorskie" 19 X 1935, "Gazeta Szamotulska" 13 II 1936; informacje genealogiczne, zgromadzone przez Polskie Towarzystwo Heraldyczne, opublikowane na blogu www.cyklista.wordpress.com

niedziela, 11 stycznia 2015

I jeszcze dwaj komuniści

Wspaniała Czytelniczka, Miss Grim, pozwoliła rozwikłać zagadkę drugiego zdjęcia z łódzkiego procesu. A ja przy okazji znalazłem w albumie trzeciego aresztowanego, więc mały dopisek.


Na zdjęciu widzimy 26-letniego Szmula Krengiela lub Kręgla - był sądzony wraz z 20-letnim Eleazarem Grünbergiem i obywatelem, którego nazwiska wcześniej nie mogłem odczytać - był to 24-letni Daniel Machel Warszawski:


Wszyscy oni byli sądzeni 24 IX 1929 roku za działalność komunistyczną z dwoma jeszcze kolegami: 24-letnim Izraelem Frydbergiem i 28-letnim Janem Gutnerem. Sprawa - z uwagi na to, że oskarżonym jest syn ważnego posła - robi się tak sławna, że odciąga publiczność nawet od procesu słynnej zbójeckiej bandy "Władców nocy":



Ostatecznie Frydberg dostał wyrok pięciu lat ciężkiego więzienia, Gutner - czterech, Warszawski i Kręgiel po dwa, a Grünbaum półtora (więzienia zwykłego), przy czym sąd przychylił się do wniosku obrony i ze względu na młody wiek oraz niekaralność środek zapobiegawczy (przez zgłoszeniem się do więzienia) zamieniono mu z aresztu na trzy tysiące złotych kaucji - sumę dużą, ale z pewnością nie zbyt dużą na możliwości Grünbauma seniora.

O ich dalszych losach nic nie wiem - nitka doprowadziła mnie tylko do Grünbauma.


Za: album, "Republika" nr 263, 25 IX 1929

sobota, 10 stycznia 2015

Dwaj komuniści - Eleazar Grünbaum i Józef Wargin

Zdarza się czasem, że gdzieś na marginesie zdjęcia w albumie policyjnym znajduje się nazwisko. I po tej niteczce, jeśli nazwisko jest rzadkie i uda się zgooglować, można nieraz trafić na arcyciekawe opowieści o ludzkich losach - często zresztą, jak w przypadku dwóch dzisiejszych bohaterów - losach sięgających czasów powojennych.


Dwaj mężczyźni, których zdjęcia oznaczono w albumie kolejnymi numerami 246 i 247, zostali zapewne zatrzymani w Łodzi w tej samej sprawie. Świadczy o tym nie tylko sąsiedztwo na stronie oraz sąsiedztwo numerów 283 i 285, które widnieją na tabliczce przykręconej do wspornika, ale i sporządzone tym samym charakterem pisma notatki na brzegu kliszy: imiona i nazwiska oskarżonych. Można je odczytać lusterkiem - przynajmniej jedno z nich, Eleazar Grünbaum. Drugie stanowi zagadkę - Warnawski Klachel? Machel? Hlachel? Może ktoś z Państwa na to wpadnie.




Dość, że Grünbaum ma imię i nazwisko na tyle rzadkie, że udało się go przyszpilić:



I była to postać, jak się okazuje, niesłychanie interesująca, bo na aresztowaniu sprawa Eleazara wcale się nie kończy. Po pierwsze dlatego, że jego ojciec należy do najwybitniejszych postaci żydowskich w polskiej polityce międzywojennej (nie trzeba dodawać, że jako syjonista miał z poglądami syna na pieńku), po drugie dlatego, że wojenna i powojenna historia ojca i syna jest co najmniej niecodzienna.


Mieszkali, oczywiście, nie na ulicy "Tłumackiej" ale na Tłomackiem, czyli placu wytyczonym w XVIII wieku na miejscu dawnej jurydyki Potockich przez bankiera Karola Schultza, zięcia arcybogatego Teppera. Kamienica pod numerem 6 - widoczna w głębi zdjęcia - stała dokładnie naprzeciwko Wielkiej Synagogi i w samych początkach miała być mieszkaniem samego Schultza, ale ostatecznie została przeznaczona pod wynajem. W okresie międzywojennym nadbudowano jej jedno pięterko z prawej strony (zdjęcie za Warszawa.1939).



Izaak Grünbaum, urodzony w Warszawie w roku 1879, zmarł w Izraelu w roku 1970, był posłem na sejm polski czterech kadencji. Z przekonania syjonista, w carskiej Rosji szykanowany i więziony (aż pięciokrotnie) za swoje poglądy, w wolnej Polsce został politykiem znaczącym, jednym z inicjatorów Bloku Mniejszości Narodowych. Tak, tego bloku, który zdobył w wyborach 15% i ostatecznie zadecydował o wyborze Narutowicza na prezydenta (od czego zaczęła się antysemicko-katonarodowa nagonka, zakończona strzałami w Zachęcie). Do Palestyny wyjechał już w roku 1932, tam też przetrwał wojnę, a szesnaście lat później był jednym z sygnotariuszy deklaracji o powołaniu państwa Izrael oraz ministrem spraw wewnętrznych (1948-49) w rządzie tymczasowym; kiedy w 1952 roku w Knesecie wybierano drugiego prezydenta Izraela, był jednym z czterech kandydatów.

Tymczasem jego syn, Eleazar, miał losy znacznie bardziej pokomplikowane i wstydliwe. Wyjechał z Polski, by walczyć po stronie republikańskiej Hiszpanii. W czasie II wojny światowej trafił do Auschwitz-Birkenau, potem do Buchenwaldu - ale był tam nie tylko więźniem. Został bowiem kapo. Po wyzwoleniu obozu oskarżono go przed sądem koleżeńskim za okrucieństwo wobec współwięźniów (nie wiem niestety, jak ta sprawa się skończyła). Musiał odnowić dawne kontakty, skoro w powojennej Polsce został komunistycznym działaczem - poczesnym, należy sądzić, skoro pozwalano mu na zagraniczne podróże. Traf chciał, że kiedy pojechał do Paryża, został tam rozpoznany na ulicy przez dwóch żydowskich współwięźniów. Groziła mu sprawa we francuskim sądzie, ale tatuś zainterweniował i sprowadził wyrodnego syna do Palestyny. Nie na wiele to się jednak zdało: Eleazar Grünbaum zginął - ponoć w podejrzanych okolicznościach - w Arnonie pod Jerozolimą w I wojnie izraelsko-arabskiej, w roku 1948.


Drugi bohater dzisiejszej notki wygląda tak (podbite oko na trzecim zdjęciu to najprawdopodobniej skaza na kliszy lub odbitce, a nie siniec):



Nie wiem, z jakiego powodu zaaresztowano go w Katowicach 11 listopada 1930 roku, ale już sama data wskazywać może, że chodziło o jakąś polityczną demonstrację. I on bowiem był komunistą. Jeszcze w roku 1920 walczył w wojnie polsko-bolszewickiej po stronie "strasznych laszych krwiopijców" (w obronie Warszawy i pod Kowlem, był ranny w nogę), ale później działał w KPP i WKP(b). Niedługo po aresztowaniu musiał wyjechać do Rosji Radzieckiej, bo już w latach 1932-35 studiował w Dniepropietrowsku na wydziale górniczym. W czasie wojny działał w Głównym Sztabie Partyzanckim ZSRR, w 1942 zrzucony na tyłach Niemców, prowadził akcje dywersyjne i walczył z UPA (takie przynajmniej informacje znalazłem, ale za ich prawdziwość nie ręczę).


Po wojnie, jak dowiedziałem się z prezentacji "Twarze Katowickiej Bezpieki" (tutaj przeklejam tylko fragment, całość TUTAJ) zrobił szybką karierę w Urzędzie Bezpieczeństwa. Szczytów sięgnął w latach czterdziestych, a w latach 1946-46 został szefem UB na całe województwo śląskie, więc podlegała mu zapewne cela, w której siedział piętnaście lat wcześniej, kiedy pstryknięto mu zdjęcie z albumu. 

Ale rewolucja zjada swoje dzieci i już w 1951 skazano go na zdegradowanie i dwa i pół roku więzienia za podanie w ankiecie osobowej fałszywych danych o działalności w KPP. Co się z nim działo później - nie wiem. W latach 70-tych opublikował szereg książek, m.in."Prawo tajgi", "Opowieści z tajgi", "Aksen", "Purga" i - tytuł znaczący, jeśli popatrzymy na jego zdjęcia -"Człowiek, który zgubił uśmiech".

Gdyby nie nazwiska wyskrobane na kliszach - i dobrodziejstwa internetu - nie miałbym pojęcia, co za niezwykłe, straszne biografie kryją się za tymi twarzami. Wziąłbym ich po prostu za dwóch ulicznych rozrabiaków: może włamywaczy, może kieszonkowców. Jakieś niebieskie ptaki Łodzi i Katowic.

Za: album, Wikipedia, Twarze Katowickiej Bezpieki (materiały IPN)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rawlins, Smalls i Googles, czyli "Tajny" o klubach jazzowych w Nowym Jorku Vol. II

Obiecałem dopisek o kapitanie Robercie Smallsie, bo postać to arcyciekawa - a przy okazji ładnie się składa z artykułem z "Tajnego", ponieważ był człowiekiem idącym całkowicie pod prąd rasowych stereotypów epoki.



Robert Smalls urodził się w niewolniczej chacie roku 1839 w Beaufort, w Południowej Karolinie. Jego pan posłał go do Charleston i wynajmował do rozmaitych prac: jako latarnika, dokera, majtka. W roku 1861 młody Smalls został wheelmanem* na konfederackim okręcie CSS Planter (nazwa - 'Plantator' - skądinąd zabawna w kontekście tej historii) i przez niemal rok obserwował uważnie zwyczaje oficerów. Rankiem zorientował się, że trzej biali oficerowie zeszli na ląd. Z siedmioma czarnymi członkami załogi opanował statek, włożył mundur kapitana, a następnie, zabrawszy na pokład rodziny uciekinierów, popłynął w kierunku okrętów Unii. Po drodze minął kilka fortów Konfederacji, każdy z nich pozdrawiając gwizdkiem - a kiedy minął ostatni, ściągnął konfederacką banderę, wciągnął na maszt białą flagę i oddał się w ręce marynarki Północy. W sumie udało mu się uratować z rąk "właścicieli" szesnaścioro ludzi: siebie samego, siedmiu członków załogi, pięć kobiet i trójkę dzieci.

Smalls przekazał Unii wyładowany okręt, mówiąc: "Dostarczam te środki bojowe, w tym armaty, przekonany, że wujaszek Abraham Lincoln będzie wiedział, co z nimi zrobić"  (Kongres zresztą przyznał kapitanowi i załodze jako wynagrodzenie równowartość połowy okrętu, choć wartość tę znacznie zaniżono). Do tego dołożył sprawy niematerialne, ale cenniejsze może: szczegółowe wiadomości na temat umocnień brzegowych i sił przeciwnika. Spotkawszy się z Lincolnem, któremu osobiście zdał relację ze swojej ucieczki, zaciągnął się do marynarki i służył na kilku jednostkach, by powrócić na USS Plantera.

W grudniu 1863 roku znalazł się w ogniu pomiędzy siłami obu stron; dowódca jednostki nakazał się poddać, ale Smalls - słusznie, jak się zdaje - powiedział, że ani on, ani pozostali czarni członkowie załogi nie będą traktowani jak zwyczajni jeńcy i zostaną pewnie zamordowani. Odmówił wykonania rozkazu, przejął dowództwo i wyprowadził okręt w bezpieczne miejsce. Za swoje bohaterstwo otrzymał dowództwo okrętu i tym samym stał się pierwszym czarnym kapitanem w historii amerykańskiej marynarki.



Po wojnie powrócił do Beaufort i kupił dom swojego dawnego pana, gdzie rezydował z rodziną (pozwolił też zamieszkać tam na starość wdowie po właścicielu, Jane Bond McKee), po czym został politykiem - najpierw senatorem stanowym, potem, przez cztery kadencje, kongresmenem (aż do końca XX wieku, kiedy wyprzedził go Andrew Clayton Powell jr., nowojorczyk z Harlemu, był najdłużej urzędującym czarnym członkiem Kongresu).


A skoro jesteśmy znów przy Harlemie, to wypada przypomnieć o Edwinie Smallsie, właścicielu Smalls' Paradise, potomku kapitana Roberta. Otóż kapitan miał dwie żony - Hannah Jones Smalls,, która urodziła mu dwie córki i synka (zmarł jako dwulatek) oraz Annie E. Wigg, która w roku 1892 powiła mu jedynego syna, Williama Roberta Smallsa. Edwin pierwszy swój klub założył w roku 1917, zatem w żadnym razie nie mógł być synem Williama - nie jest też z pewnością synem Roberta. Jak się zdaje, nie tylko "Tajny Detektyw" zmyślał ile wlezie, ale i Edwin Smalls, pomysłowy przedsiębiorca z Harlemu, zbudował swoją rodzinną legendę, a większość internetowych i drukowanych źródeł bezkrytycznie ją powtarza...



*nie znam fachowej terminologii marynarskiej w ówczesnych Stanach, ale z tego, co się dowiedziałem, to wheelman jest właściwie pilotem statku, ale określenia pilot nie stosowano wówczas wobec niewolników, bo nazwa ta była zbyt prestiżowa.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), Wikipedia



niedziela, 4 stycznia 2015

Rawlins, Smalls i Googles, czyli "Tajny" o klubach jazzowych w Nowym Jorku Vol. I

Klub jazzowy "Rawlins Paradise" na 135 Ulicy był tak sławny, że wiadomości o nim dotarły nawet na szpalty polskiej prasy, która sprzedała czytelnikom smakowite kawałki o skandalicznym zachowaniu  czarnego olbrzyma, Barneya Googlesa. Problem w tym, że taki lokal, jak się zdaje, nie istniał. Podobnie jak wspomniany olbrzym.


Dziwnie dziś czytać to, co polskie gazety pisały o innych rasach kilkadziesiąt lat temu - tak dalece odbiega to od dzisiejszego naszego widzenia. I nie chodzi mi wcale o rasizm - tu przykłady są znacznie bardziej oczywiste, wystarczy poczytać prasę katoendecką, gdzie nikt nie owijał w bawełnę. Mam na myśli niespójność, rozpięcie pomiędzy myśleniem krytycznym, równościowym, a stereotypami. Tekst w "Tajnym Detektywie" jest znacznie ciekawszy od przedwojennego szamba rasistowskiego: z jednej strony gwałtownie potępia stosunek białych do czarnych, mówi o linczach, brutalności, nierównościach społecznych, z drugiej - leci konsekwentnie najbardziej oczywistymi rasowymi przesądami:




A teraz przyjrzyjmy się bliżej. Przy 135 Ulicy - a w rzeczywistości przy Siódmej Alei pod numerem 2294 i pół, nieopodal skrzyżowania ze 135 Ulicą - faktycznie istniał klub "Raj", założony w 22 października 1925 roku nie przez żadnego Rawlinsa, ale przez Edwina Smallsa i stąd nazywał się "Smalls' Paradise" (na neonie brakło apostrofu, dlatego zazwyczaj nazwę podaje się z błędnie apostrofem błędnie ustawionym przed ostatnią literą, a nie po niej):


Smalls był potomkiem kapitana Roberta Smallsa, człowieka o nadzwyczajnej wprost biografii, który zasługuje na osobną notkę. Sam był tylko windziarzem, ale z czasem zdobył doświadczenie w prowadzeniu lokali - w roku 1917 założył Sugar Cane Club, o nazwie wyraźnie nawiązującej do rasistowskich fantazmatów, bo chodzi w niej przecież o plantację trzciny cukrowej, gdzie pracowali niewolnicy (choć, co ciekawe, klientela była głównie czarna). W rok później powstaje najsłynniejszy klub Harlemu, Cotton Club, który celuje dokładnie w ten sam stereotyp: oto miejsce, w którym biały może się przyjrzeć szaleństwom potomków czarnych niewolników. W Cotton Clubie, założonym przez boksera wagi ciężkiej, Jacka Johnsona, a przejętym przez pochodzącego z Anglii gangstera Owneya Maddena, murzyńscy wykonawcy i artyści (w tym Duke Ellington, Billie Holiday, czy niedawno zmarła Lena Horne) tworzyli "dziką, afrykańską muzykę", zwaną jungle music, a rewie pokazywały przesycone rasistowskimi symbolami sceny z plantacji i "Czarnego Lądu".  

U Smallsa było nieco inaczej. Przede wszystkim, Smalls' Paradise był największym, najsłynniejszym i jedynym pośród znaczących klubów Harlemu lokalem prowadzonym przez czarnego; o ile Cotton Club czy inne podobne miejsca działały trochę na zasadach opisanych w "Tajnym" (biała klientela przyjeżdża jak do zoo oglądać "dzikich z murzyńskiej dzielnicy", natomiast czarni, poza wykonawcami i garstką celebrytów, nie mieli prawa wstępu), o tyle Smalls miał zupełnie inne podejście i w jego "Raju" klientela była wielorasowa; miłośnicy jazzu i transgresji z bogatych, białych dzielnic mieszali się z harlemczykami. Co zamożniejszymi harlemczykami, dodajmy - dość powiedzieć, że średni rachunek na głowę wynosił cztery dolary, a zwykły robotnik zarabiał wówczas sześć do dwunastu dolarów tygodniowo. Wnętrza mieściły do półtora tysiąca gości i musiały przynosić krociowe zyski.

Do atrakcji należała nie tylko muzyka - przez pierwszą dekadę Charlie Johnson's Paradise Orchestra - i rewie (sam parkiet był ponoć niewielki), ale i tańczący, a nawet jeżdżący na rolkach kelnerzy. Jednym z nich był - w roku 1943 - niejaki Malcolm Little, wówczas osiemnastolatek, który po latach zyskał sławę jako Malcolm X, radykalny trybun ludowy, ważna figura w amerykańskim ruchu równouprawnienia czarnych obywateli. Panowała prohibicja, ale goście mogli po kryjomu pić z własnych butelek lub zamawiać alkohol "spod lady" u kelnerów, oczywiście po wyśrubowanych cenach. Pozostałe kluby zamykały się około trzeciej-czwartej w nocy i wtedy klientela spływała do Smalls' Paradise, gdzie rano organizowano słynne "taneczne śniadania".

Klub Smallsa był ponoć inspiracją dla "Czarnej Wenus", fikcyjnego lokalu z kontrowersyjnej powieści "Nigger Heaven" (1926) Carla van Vechtena, pisarza i fotografa, który był jedną z istotniejszych (choć białych) postaci międzywojennego "renesansu harlemskiego"; trudno powiedzieć, czy to prawda, ale faktem jest, że tak odebrali książkę właściciel, pracownicy i bywalcy Smalls' Paradise, w wyniku czego van Vechtena więcej tam nie wpuszczano. Przeniósł się do Cotton Clubu, który z kolei zaczął bojkotować w roku 1936 za rasistowski program - być może próbował w ten sposób odzyskać prawo wstępu do "Raju"? Nie wiem i nie wiem też, czy mu się to udało.

Ale wróćmy do relacji "Tajnego". Skąd w tej opowieści w miejsce Edwina Smallsa pojawił się Jim Rawlins? Nie mam pojęcia. Teoretycznie można przyjąć, że odkupił klub, wiadomo bowiem, że "Smalls' Paradise" został sprzedany przez swojego założyciela. Zanim upadł po sześćdziesięciu jeden latach istnienia (był najdłużej działającym lokalem w historii Harlemu), przeszedł przez ręce kilku jeszcze przedsiębiorców. Jednak pierwsza sprzedaż miała miejsce w roku 1954, o czym powiadamiał nowy magazyn dla Afroamerykanów, "Jet". A Percy Harris w 1954 to z pewnością nie Jim Rawlins w 1934.


Jeszcze ciekawszy wydaje się Barney Googles, ów olbrzym z Georgii, masywny kryminalista, który dobierał się do białych pań. Otóż Barney Google, owszem, istniał, a nawet istnieje, bo postaci fikcyjne nie umierają - to jeden z bohaterów popularnego komiksu gazetowego Barney Google and Snuffy Smith, publikowanego najpierw w "Chicago Herald", potem w "Examinerze", a w końcu w dziewięciuset gazetach na całym świecie. Był niewielkim facecikiem z wytrzeszczem oczu, wąsikiem, trzykrotnie mniejszym od swojej monumentalnej żony. Był także, o czym warto wspomnieć, kompletnie biały. Istniał, owszem, w Harlemie klub "Barney Google's" i może stąd redaktorzy wzięli ten pseudonim? Trudno orzec. Dość, że cała opowiastka jest sklecona ze zmyśleń, a podpisany pod tekstem John Green wszystko to pewnie spisał przy kawiarnianym stoliku w Krakowie.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), "Jet", 25 lutego 1954, Wikipedia, Encyclopedia of the Harlem Renaissance, keepingupwiththejones-markjones.blogspot.com

sobota, 3 stycznia 2015

Eiffel w wieży czyli za co skazano słynnego konstruktora?

Dziś, kiedy Gustave Eiffel znany jest głównie jako autor dość brzydkiej konstrukcji w centrum Paryża, trudno uwierzyć, że sto lat temu z okładem jego nazwisko było sławne z całkiem innych powodów. I że francuski sąd skazał go na grzywnę i więzienie.




Po pierwsze: Eiffel to właściwie Boenickhausen - jego rodzina na początku XVIII wieku przybyła do Paryża z miasteczka Marmagen i przyjęła nazwisko od tamtejszych gór Eifel. Mały Alexander Gustave urodził się w roku 1832 i w merostwie został zarejestrowany jako obywatel Boenickhausen; wprawdzie przez całe życie używał już nowego nazwiska (i drugiego imienia), ale urzędowo zmienił je dopiero w roku 1880.

Po drugie: Gustawek nie przepadał za szkołą, ale jego edukacją zajęli się dwa chemicy: rodzony wuj, pan Mollerat (który opatentował produkcję octu spirytusowego i miał dużą fabrykę pod Dijon; jego siostra, pani Eiffelowa, zajmowała się produkcją i dystrybucją węgla drzewnego) oraz przyjaciel rzeczonego wuja, pan Perret. To oni wpoili młodemu Eiffelowi zamiłowanie do nauk ścisłych, Poszedł do szkoły inżynieryjnej, Ecole Centrale des Arts et Manufactures, gdzie specjalizował się, oczywiście, w chemii - planował bowiem pracę w rodzinnych firmach. Ale rodzina miała inne zdanie w tej sprawie. Więc, właściwie nieco przypadkiem, został konstruktorem i architektem.

Po trzecie: Eiffel pamiętany jest dziś za sprawą wieży, wystawionej na Wystawę Światową w roku 1889 - zabawki bez większego znaczenia użytkowego, do której zresztą wcale nie był przekonany. Tymczasem był on niesłychanie płodnym twórcą architektury użytkowej: autorem kilkunastu mostów i wiaduktów (we Francji, Hiszpanii, Portugalii, Rumunii, Egipcie, Peru, Chile, Wenezueli, Puerto Rico, Wietnamie i licznych miejscowościach Austro-Węgier) oraz wielu dworców, kościołów, teatrów, gazowni rozsianych po kilku kontynentach, w tym stacji Nyugati w Budapeszcie, szkoły Lycee Carnot, poczty w Sajgonie, synagogi w Paryżu, katedry w Peru, latarni morskiej na estońskiej wysepce Ruhnu, obserwatorium astronomicznego w Nicei i, last but not least, konstrukcji Statuy Wolności:


Po czwarte wreszcie: kontrakt na budowę wieży podpisano w styczniu 1887, prace ukończono w marcu 1889. W tym samym czasie, w roku 1887, Gustave Eiffel rozpoczął współpracę ze słynnym twórcą Kanału Sueskiego, Ferdynandem de Lessepsem, który zamierzał zbudować drugi, równie istotny kanał: Panamski. Z powodu ukształtowania terenu zdecydowano, że nie będzie on przekopywany na poziomie morza, a statki będą go pokonywały dzięki systemowi ogromnych śluz, które zaprojektować miał właśnie Eiffel. I o tym będzie ta piosenka.




Eiffel był jedynie najętym konstruktorem i niewiele chyba zawinił (prócz tego, że swoim nazwiskiem w jakimś sensie żyrował finansową piramidę); skazano go jednak na wysoką grzywnę (20 tys. franków) i dwa lata więzienia. Apelacja przyniosła mu wolność i Eiffel do "wieży" ostatecznie nie trafił. Podobnie jak Lesseps, starzec ponad osiemdziesięcioletni, pod pozorem, że "od przestępstwa minęły już ponad trzy lata".

Budowa w latach 1881-89 kosztowała życie dwudziestu dwóch tysięcy ludzi, w dziewięciu dziesiątych czarnych robotników z Karaibów. Przepadły oszczędności około ośmiuset tysięcy Francuzów, w tym piętnastu tysięcy samotnych kobiet, na ogólną sumę miliarda ośmiuset tysięcy franków w złocie. Dziewięć emisji akcji przyniosło miliard dwieście tysięcy franków, a na kanał spożytkowano dziewięćset sześćdziesiąt tysięcy; reszta poszła na łapówki dla polityków. O korupcję oskarżono pięciuset dziesięciu parlametarzystów - udowodniono stu czterem spośród tej liczby, a także wielu urzędnikom najwyższego stopnia, w tym ministrom rządu. Doradca finansowy spółki, baron Reinach, popełnił samobójstwo - zajmował się dystrybowaniem łapówek wespół z Corneliusem Herzem, finansistą, politykiem i przedsiębiorcą. Obaj byli niemieckimi Żydami - obok nieco późniejszej afery Dreyfusa (który z kolei był kompletnie niewinny) afera panamska, przedstawiana jako spisek żydowskich spekulantów, stała się jednym z kamieni węgielnych XIX-wiecznego francuskiego antysemityzmu.

Sam Eiffel stracił wiele - zwłaszcza renomę. Usunął nawet nazwisko z nazwy własnej firmy (produkującej wielkie metalowe konstrukcje). Jako że przez lata tworzył dzieła, które miały być odporne na wiatr (jak rusztowanie Statuy Wolności), zainteresował się meteorologią i aerodynamiką i w roku 1909 stworzył pierwszy tunel aerodynamiczny w Paryżu, który potem służył pionierom awiacji, z braćmi Wright na czele. Zmarł w roku 1923, niecałe dwa tygodnie po swoich dziewięćdziesiątych urodzinach, słuchając Andante z V Symfonii Beethovena.


Za: "Tajny Detektyw" nr 32, rok IV (5 VIII 1934), Wikipedia